Felieton

Codzienny zielony radykalizm

Tylko jedna czwarta Polaków – wg CBOS – potrafi wskazać swoją partię, taką, z którą się identyfikuje, a nie tylko głosuje na nią, bo nie ma nic innego albo to mniejsze zło. Przy czym największy problem ze znalezieniem takiej partii mają osoby o poglądach lewicowych.

Jeśli nie podobają ci się istniejące partie, załóż sobie własną? Mogłabym powiedzieć, że dziesięć lat temu właśnie to zrobiłam, nie byłaby to jednak szczera prawda. Zjazd założycielski Zielonych 2004, bo tak brzmi pełna nazwa tej partii, poprzedziła ogromną praca wielu ludzi, do której nie przyłożyłam ręki. Przyszłam właściwie na gotowe i jestem po prostu jednym z członków-założycieli tej partii, których nazwiska spoczywają gdzieś w sądowych archiwach.

Kiedy pytano mnie dlaczego, odpowiadałam, że chcę mieć partię, na którą będę mogła głosować bez obrzydzenia. Nie nadaję się do polityki – za późno wstaję i nie lubię publicznych występów, szczególnie we wrogim otoczeniu, ale to nie znaczy, że nie potrzebuję politycznej reprezentacji,  choćby symbolicznej. Co by było, gdyby stała się ona znaczącym graczem w polskiej polityce, zajęła istotne miejsce w parlamencie? Jak szybko bym się rozczarowała? Chętnie podjęłabym ryzyko sprawdzenia.

Dlaczego akurat Zieloni? Co mnie pociąga? Program? Taaak… Jego część „kulturowa” – prawa mniejszości, równość kobiet, świeckie państwo. Postulat „zrównoważonego rozwoju”, przez co rozumiem, że gospodarka ma być dla ludzi, a miernikiem rozwoju jest stopień zaspokojenia potrzeb wszystkich, a nie poziom bogactwa niektórych. I że przy okazji nie eksploatujemy bezmyślnie środowiska naturalnego.

Takie hasła można jednak znaleźć nie tylko u Zielonych. Rzecz w tym, że Zieloni w nie wierzą. Więcej niż wierzą – praktykują, co jest jakimś namacalnym dowodem na tę wiarę. Co mi po gadaniu SLD czy Ruchu Palikota o równości płci, jeśli nie ma w tych partiach silnych polityczek, które naprawdę się liczą? Nawet parytet czy suwak można obejść, dopisując do listy koleżanki-paprotki. Równość płci to dla mnie kwestia codziennej praktyki, a nie sloganów. Podobnie z mniejszościami seksualnymi. Na listach SLD czy RP może znaleźć się aktywista  ruchu LGTB, ale wśród posłów nie ma żadnych „niezrzeszonych” lesbijek czy gejów, którzy otwarcie mówiliby o swojej orientacji. Posła takiego ma tylko PO, ale w pakiecie z Gowinem.

W kwestiach ekonomiczno-społecznych-ekologicznych Zieloni są w gruncie rzeczy reformistami, nie dążą do zastąpienia kapitalizmu jakimś zupełnie innym systemem. To z kolei wydaje mi się pragmatycznie sensowniejsze niż radykalne lewicowe krytyki, z którymi się zgadzam, ale nie widzę wielkich szans ich realizacji. I tu – podobnie jak w kwestii praw człowieka – sprawdzianem jest codzienna wrażliwość na poziomie tego, na co ma się wpływ. Na przykład zaangażowanie w politykę miejską, samorządową, w akcje obrony środowiska…

Dla mnie Zieloni to ludzie, którzy na co dzień realizują swój program, w takim zakresie, w jakim jest to możliwe. Dostrzegają sprawy małe, lokalne, choć – przepraszam za slogan – myślą globalnie. I za to cenię ich bardziej niż za program i hasła.

Zieloni to też mentalność i styl życia. Czy w Polsce już rozpowszechnione na tyle, żeby mieć swoją  poważną polityczną reprezentację? Szczerze mówiąc, wątpię, ale zakładam, że w kiedyś będzie lepiej.

Adam Ostolski, nowy współprzewodniczący Zielonych, mówi w wywiadzie z Cezarym Michalskim:

Lewicy potrzebny jest radykalizm, który nie jest maską, ale rzeczywistym wyrazem krytycznych poglądów na rzeczywistość. W tym momencie bardzo potrzebne jest to, żeby po lewej stronie odezwał się głos, który powie: „Ten system jest do kitu, zbudujmy jakiś inny, miejmy odwagę!”.

Inny, czyli jaki? Jak bardzo inny? W 100% zrealizowany program Zielonych nadal nie byłby całkiem innym systemem, o ile tak samo rozumiemy to słowo. I to mi nie przeszkadza, bo uważam, że warto nieustanie walczyć o poprawianie tego co jest: UE, demokracji mniej więcej w tym kształcie, jaki znamy, relacji między kapitałem a pracą.

Chyba, że Adamowi chodziło o coś innego, o radykalizację  ekspresji krytycznej, ściganie się na emocje i hasła z radykalną  prawicą.

Nie jestem do tego przekonana.

Na tle polskiej mentalności Zieloni są wystarczająco radykalni. A na taki radykalizm, który mógłby przyciągnąć uwagę mediów, na szczęście ich nie stać. Problemem jest zalegitymizowanie się jako siła ważna i stale obecna na scenie politycznej. Jej potencjalny elektorat może nie jest ogromny, ale już istnieje, jest też szansa, że w przyszłości będzie się powiększał.

Jak to zrobić? Ba! Gdybym wiedziała, to bym zrobiła. Na tej drodze znajdują się pewno różne niezbyt miłe okoliczności: dwuznaczne sojusze, medialne szopki. Chciałabym wierzyć w inną drogę: budowanie struktur, koalicji z podobnymi środowiskami, zdobywanie samorządów, czyli w demokrację. Niestety, nie bardzo wierzę.

Nie chcę być „trzebą”, kimś, kto innym mówi, co trzeba zrobić. Przy czym „trzeby”, zawsze wiedzą co, nigdy nie wiedzą, jak. 

To, co mogę, to popierać Zielonych. Popieram.  

Bio

Kinga Dunin

| Socjolożka, publicystka, pisarka, krytyczka literacka
Socjolożka, publicystka, pisarka, krytyczka literacka. Od 1977 roku współpracowniczka KOR oraz Niezależnej Oficyny Wydawniczej. Po roku 1989 współpracowała z ruchem feministycznym. Współzałożycielka partii Zielonych. Autorka licznych publikacji (m.in. „Tao gospodyni domowej”, „Karoca z dyni” – finalistka Nagrody Literackiej Nike w 2001) i opracowań naukowych (m.in. współautorka i współredaktorka pracy socjologicznej "Cudze problemy. O ważności tego, co nieważne”). Autorka książek "Czytając Polskę. Literatura polska po roku 1989 wobec dylematów nowoczesności", "Zadyma", "Kochaj i rób".

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.