Felieton

Unia chce odebrać weganom kiełbaski

Czy nie będzie można już mówić o wyrobie seropodobnym? Jest z nami w Polsce dłużej, niż istniała Unia, ale może przyszła kryska na matyska. I co ze słynnym masłem roślinnym? Przetrwało PRL, a zniszczą je urzędnicy eurokołochozu? A wszystko to w trosce o obywateli.

Czujecie ten smród? To lobby mięsne sra w gacie ze strachu, że przestanie im się opłacać zabijanie zwierząt. Nie czujecie? To poczujcie. 1 kwietnia Komisja Rolnictwa i Rozwoju Wsi Parlamentu Europejskiego zagłosowała za przyjęciem poprawki, która zakazywałaby używania nazw historycznie odnoszących się do mięsa i produktów odzwierzęcych w odniesieniu do wyrobów pochodzenia roślinnego.

Według członków komisji, którzy złożyli wniosek, nazwy te mogą być mylące dla konsumentów. Pomyślcie, że to żart, ale to się dzieje naprawdę. Mamy rok 2019, a Unia Europejska chce nam zabrać kiełbaski, burgery, parówki i wegańskie schabowe. To jeszcze nie koniec. Europosłowie postulują także, żeby nie można było używać – rzekomo mylących konsumentów – zwrotów typu „alternatywa dla mleka”, „w jogurtowym stylu” czy „zamiennik masła”.

Czy nie będzie można już mówić o wyrobie seropodobnym? Jest z nami w Polsce dłużej, niż istniała Unia, ale może przyszła kryska na matyska. I co ze słynnym masłem roślinnym? Przetrwało PRL, a zniszczą je urzędnicy eurokołochozu? A wszystko to w trosce o obywateli.

Zawsze mnie śmieszyło porównywanie UE do ZSRR, ale nagle przestało. Serio? Nazywanie kotleta sojowego „kotletem” ma wprowadzać ludzi w błąd? Komisja proponuje, żebyśmy nazywali je „dyskami”. Serio. – Przepraszam, gdzie znajdę dyski sojowe? – Dyski? To chyba gdzieś na RTV, ale nie wiem, czy mamy sojowe…

Nie… Nie wprowadzajmy ludzi w błąd. Róbmy z nich idiotów, którzy nie potrafią odróżnić kotleta sojowego od dysku z zabitego zwierzęcia. Ok, czasem nie potrafią. Szczególnie jeśli dobrze go przyrządzić i ich wcześniej nie uprzedzić. Schabowy sojowy może być nawet lepszy od prawdziwego. No i nie ma tych obleśnych żył.

Jak ostatni raz sprawdzałem, to w UE nie było specjalnego problemu z analfabetyzmem (no, chyba że wtórnym), a nawet chlubimy się wysokim poziomem powszechnej edukacji. Być może nie wszyscy czytają napisy na opakowaniach, ale pomysł, że mamy odgórnie zmienić całe dotychczasowo przyjęte nazewnictwo, żeby nie wprowadzać ludzi błąd, jest godny talentu wielkiego językoznawcy Józefa Stalina.

Obawiam się jednak, że sam zakaz to za mało. Europejskiemu Trybunałowi Sprawiedliwości udało się już stwierdzić, że nazywanie mleka roślinnego mlekiem jest niezgodne z prawem, bo mleko powinno być z wymiona, a nie z kokosa. Od tamtego czasu oficjalnie kupujemy „napoje”, a nie mleko. Ale Bóg mi świadkiem, że nigdy nie pomyślałem, że idę do sklepu po napój sojowy, ani nie pomnę, żebym w codziennym życiu używał takiego wyrażenia. Chyba że w zdaniu: „Unia Europejska zakazała nazywanie mleka sojowego mlekiem”. Ups, nawet w tym zdaniu nie udało mi się użyć słowa „napój”. Nawet głupio mi sobie wyobrażać, że mógłbym odbywać tego rodzaju rozmowy. – Dzień dobry. Poproszę kawę z napojem sojowym. – Eee, a nie może być mleko sojowe, owsiane lub migdałowe?

Prawo do mięsa (i innych tradycyjnych wartości)

Zakazywanie producentom używania nazw na etykietach to jedno, ale co z innymi niesfornymi konsumentami i użytkownikami języka? Czy powinni pozostać bezkarni? Przecież ich uporczywe nawyki nazywania mleka owsianego mlekiem, a parówek sojowych parówkami, również mogą kogoś wprowadzić w błąd. W efekcie taki nieświadomy konsument sięgnie po roślinne zamienniki i przemysł mięsny upadnie. Może przynajmniej jakieś kary chłosty dla co bardziej niepokornych?

Całkiem zabawny jest ten strach w świecie, w którym większość ludzie je mięso i produkty odzwierzęce. Ale oczywiście jest to strach uzasadniony. Szacuje się, że światowy rynek roślinnych napojów alternatywnych dla mleka w 2018 roku osiągnął wartość 16,3 mld dolarów. I przewiduje się, że ich konsumpcja będzie dalej  rosła. Dzięki kolejnym innowacjom rynek innych roślinnych alternatyw też się całkiem ładnie rozwija.

Popularne są już nie tylko wegańskie burgery. Nawet w Polsce można już kupić bezmięsne żeberka, boczek, gyrosa, czy co tam kto lubi. Jak ktoś ma ochotę, to może znaleźć nawet przepisy na wegańską wątróbkę z tofu. Dzięki technologii produkcji mięsa z in vitro już wkrótce na naszych stołach prawdopodobnie zagoszczą nawet bezubojowe foie gras, polędwice czy golonki. O ile w ogóle komuś będzie się jeszcze chciało jeść golonkę. Co wcale nie jest powiedziane.

Weganizm? Czy to jakaś choroba?

Z niedawnych badań wynika, że co piąty młody człowiek uważa, że do 2030 roku ludzie przestaną jeść mięso. Jakby tego było mało, badania przeprowadzone w Stanach wskazują, że choć większość respondentów ciągle je mięso, to blisko połowa z nich zgadza się stwierdzeniem, że rzeźnie powinny być zdelegalizowane. Nie tylko w USA, ale nawet w Polsce ludzie chcą jeść mniej mięsa. Trudno się dziwić producentom, że wpadają w panikę.

Wszystkie znaki na ziemi wskazują, że era przemysłowego chowu zwierząt na mięso i mleko dobiega końca. A kredyty pobrane i nie każdy CEO ma ochotę się na starość przekwalifikować. Choć są też oczywiście tacy, którzy podchodzą do przyszłości z większą otwartością na zmiany. Pod koniec zeszłego roku Unilever przejął markę The Vegetarian Butcher. Tyson Foods, największy producent mięsa w USA, również inwestuje w roślinne alternatywy.

Nic dziwnego. Pomijając niewyobrażalne cierpienie zwierząt, roślinne alternatywy są lepsze dla środowiska. Przy ich produkcji zużywa się mniej wody i emituje mniej CO2, a coś tam słyszałem, że UE stawia na niskoemisyjną gospodarkę i podejmuje jakieś tam zobowiązania, żeby nas uchronić przed klimatyczną katastrofą. Choć nie znam takich badań z Europy, łatwo sobie wyobrazić, że również tutaj większość ludzi jedzących mięso wolałaby, żeby rzeźnie nie istniały, a zwierzęta nie cierpiały.

Z miłości do świń

Czy nie byłoby znacznie bardziej rozsądnie, gdyby Unia Europejska działała na rzecz jasnej, wolnej od cierpienia zwierząt i bardziej ekologicznej przyszłości dla swoich obywateli, promując produkty roślinne, zamiast rzucać im kłody pod nogi? Oczywiście, że byłoby, ale niestety to nie rozsądek rządzi polityką, tylko ludzie, a najbardziej ci, którzy mają dużo pieniędzy.

Choć łatwo sobie wyobrazić, że UE wydaje miliony euro na promocję weganizmu i inwestuje w innowacyjne start-upy, aby być liderem rynków przyszłości, to są to tylko fantazje. W rzeczywistości wciąż wydajemy miliony na wspieranie hodowli przemysłowej i promocję mięsa. Co bardziej zdesperowani politycy są nawet gotowi wprowadzać programy Krowa+ i dopłacać 500 złotych na każdą mućkę. Oczywiście również z unijnych pieniędzy.

Na szczęście wcale nie musi tak być. Wniosek Komisji Rolnictwa i Rozwoju Wsi musi zostać jeszcze przegłosowany przez Parlament Europejski, co będzie miało miejsce po kolejnych eurowyborach, więc pamiętajcie, żeby głosować na takich posłów, którzy nie otwierają nowych ubojni i przetwórni, a potrafią sobie wyobrazić przyszłość bez cierpienia zwierząt i z mięsem bezubojowym na stołach.

Czy będzie Wiosna w puszczy? [rozmowa z Wajrakiem]

Już dziś do rozsądku i godności człowieka naszych przedstawicieli przemówić próbują ProVeg, Compassion in World Farming, Humane Society i Greenpeace oraz kilka innych organizacji, które wystosowały do członków Komisji list, w którym zauważają, że nie ma żadnych dowodów na to, żeby konsumentom myliły się produkty zwierzęce z roślinnymi. Jeśli obywateli wprowadza się w błąd poprzez etykiety, to raczej w przypadkach, gdy pisze się o produktach, że są naturalne, a na obwolutach umieszcza zwierzę na pastwisku, przez co ludzie wyobrażają sobie szczęśliwą krówkę żyjącą na łące, tymczasem naturalne mleko prosto od krowy pochodzi od samicy zamkniętej w baraku.

Rzeczywiście, o ile większość konsumentów potrafi odróżnić burgera z seitanu od wołowego, to prawdopodobnie mniejszość jest świadoma realnych warunków hodowli przemysłowej. Jeśli Komisji rzeczywiście leży na sercu świadomość konsumentów, to może na etykietach mięsa powinno być ostrzeżenie, że prawdopodobnie co czwarta jego porcja jest skażona odchodami. Przynajmniej w Wielkiej Brytanii.

W Polsce powinno się za to ostrzegać, że możemy jeść padlinę z chorych zwierząt albo mięso ze zwrotów, które powinno podlegać utylizacji. Pewnie myślicie, że chodzi o krowy, ale mogą to też być kurczaki z nielegalnej ubojni. Oczywiście takie praktyki są bezprawne, ale na tyle popularne, że może Komisja powinna się na nich skupić, zamiast odbierać weganom kiełbaski.

W Polsce powinno się ostrzegać, że możemy jeść padlinę z chorych zwierząt albo mięso ze zwrotów, które powinno podlegać utylizacji.

Choć trzeba przyznać, że weganie są całkiem dobrzy w słowotwórstwie. Mamy już nie tylko tofucznicę czy tofurnik, ale też sojonez czy wegaby. Język polski jest tutaj całkiem giętki i można wymyślać kolejne nazwy. Sojownica na polędwicę z soi. Na wegańskie kiełbaski spokojnie moglibyśmy mówić wegaski, a na parówki wegówki. Gorzej z wegańskim twarożkiem ze słonecznika, bo słonecznikożek brzmi trochę słabo.

Plastry roślinne zamiast sera wegańskiego? Jakoś ujdzie, choć trochę nie wiadomo, jakiego smaku się spodziewać, bo przecież mamy zarówno imitacje sera, jak i mięsa. Nie będzie można napisać, że coś smakuje podobnie do cheddara? OK, jeszcze nie jadłem wegańskiego sera, któremu by się to udało. Ale wegańskie sery też są coraz lepsze. Czy ser z ziemniaków znowu trzeba będzie nazywać purée? Trzeba będzie oceniać po konsystencji, zamiast po nazwie? To dopiero może być konfudujące. No i z tym wegańskim twarożkiem naprawdę nie wiem, co zrobić. Albo z serem z nerkowca. Ner? Nerkower? W sumie też OK, choć trochę pewnie potrwa, zanim konsumenci się przyzwyczają.

Mimo wszystko trudno nie odnieść wrażenia, że w obliczu tylu kryzysów i problemów, z jakimi obecnie mierzy się Unia, europosłowie chyba trochę się nudzą. Poszliby lepiej na spacer, porzucać jakieś dyski, a kiełbaski weganom mogliby jednak zostawić. I nie tylko weganom, bo większość alternatyw dla mięsa i nabiału spożywana jest przez wszystkożerców.

Polskie chore mięso, co o nim wiemy, a czego nie

PS Jedno trzeba europosłom przyznać. Nareszcie skończą się pytania: dlaczego nazywacie swoje produkty jak mięso, skoro nie chcecie jeść mięsa?

Bio

Jaś Kapela

| Pisarz, poeta, felietonista
Pisarz, poeta, felietonista, aktywista. Autor trzech książek z wierszami („Reklama”, „Życie na gorąco”, „Modlitwy dla opornych”), powieści („Stosunek seksualny nie istnieje”, „Janusz Hrystus”, „Dobry troll”) i zbioru felietonów „Jak odebrałem dzieci Terlikowskiemu”. W 2018 roku ukazała się jego najnowsza książka, „Polskie mięso. Jak zostałem weganinem i przestałem się bać”. Należy do zespołu redakcji Wydawnictwa Krytyki Politycznej. Opiekun Serii Literackiej.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.