Polska i Ukraina różnie patrzą na odpowiedzialność instytucjonalną za wzajemne czystki etniczne. Z punktu widzenia ukraińskiej opinii publicznej – jeżeli przyjmiemy, że jakaś wspólna linia istnieje – ani UPA, ani AK nie były formacjami zbrodniczymi, mówić można jedynie o zbrodniach konkretnych dowódców i jednostek. Wzrost sympatii dla symboli związanych z ukraińskim nacjonalizmem lat 1920–1940 jest ściśle związany z wojną z Rosją i budowaniem nowej tożsamości narodowej. Z perspektywy większości Polek i Polaków, a także polskiego prawa, na OUN-B i UPA spoczywa odpowiedzialność jako na formacjach, które w związku z tym należy jednoznacznie potępić.
Ukraińscy politycy od lat posługują się tematem UPA instrumentalnie, by odwrócić uwagę wyborców od własnych zaniedbań albo zgromadzić wszystkich pod flagą – co oczywiście nie oznacza, że nie ma obywateli i liderów opinii, dla których to kwestia autentycznej sympatii, a nawet podziwu. Z kolei polscy politycy i publicyści w chwilach szczególnego wzmożenia używają języka tak ostrego, że krytyka ukraińskiej polityki pamięci zaczyna przypominać hasła płynące z Rosji, co budzi opór nawet umiarkowanych Ukraińców.
Ukraińskie elity nie szanują polskiej wrażliwości w tej kwestii, niszcząc fundament przyszłego partnerstwa. Polskie elity, łącząc kwestie odpowiedzialności za Wołyń z kontynuacją wsparcia wojennego, wymiany handlowej i stosunku do migrantów i uchodźców mieszkających w Polsce, wyglądają na oderwane od rzeczywistości.
Powyższe stwierdzenia pasują zarówno do powstania Muzeum Romana Szuchewycza we Lwowie, rezolucji polskiego Sejmu z 2016 roku, uznającej zbrodnie wołyńskie za ludobójstwo, jak i do wypowiedzi w stylu Kaczyńskiego: „z Banderą do Europy nie wejdziecie”, a także do niedawnej decyzji Wołodymyra Zełenskiego o nadaniu jednej z ukraińskich jednostek wojskowych imienia „bohaterów UPA”.
To, co zmieniło się pomiędzy 2016 a 2026 rokiem, to – poza rozpoczęciem pełnoskalowej rosyjskiej inwazji – obecność w Polsce ok. 1,7-milionowej ukraińskiej diaspory. Pogorszenie stosunku Polaków do Ukraińców, które od 2025 roku obserwujemy w licznych sondażach, nie dotyczy już abstrakcyjnych „obcych”, z którymi styka się jakieś 5 proc. polskich obywateli, ale konkretnych ludzi, którzy żyją wśród nas, bo znaleźli tu pracę albo chronią się przed wojną. Co prawda, intensywna ukraińska imigracja do Polski rozpoczęła się już w 2014 roku, ale w większości przypadków miała charakter czasowy, poza tym Ukraińcy wykonywali niskopłatne, niewymagające wyższych kwalifikacji prace, często niewidoczne dla Polaków. Dziś skala kontaktów jest zupełnie inna.
Ukraińska imigracja to nie to, co polska emigracja
To, że relacje polityczne między dwoma krajami rzutują na diasporę, jest oczywiste. Świadczą o tym i pogarszające się nastroje wobec Ukraińców i ukraińskich uchodźców w badaniach CBOS, i rosnąca liczba zgłoszeń na policję przestępstw z nienawiści. Czy wobec tego powinna ona bardziej zaangażować się w politykę?
Na to pytanie nie sposób odpowiedzieć bez doprecyzowania: kto w ogóle należy do ukraińskiej diaspory? Jak wskazują badania – chociażby te przeprowadzone w ostatnim czasie przez Instytut Krytyki Politycznej (premiera raportu 29 czerwca) – Ukraińcy mieszkający w Polsce bardzo rzadko myślą o sobie jako o członkach diaspory.
Jest ukraińska mniejszość narodowa – 50-70 tys. osób, obywatele polscy, mieszkańcy przygranicznych województw i potomkowie przesiedlonych w ramach akcji „Wisła”. Są migranci zarobkowi, którzy przyjechali głównie w latach 2014-2020, ok. 700 tys. osób (z badania NBP wiemy, że 92 proc. podejmuje pracę w Polsce). Jest też ok. 1 mln uchodźczyń i uchodźców wojennych objętych ochroną czasową, która wygasa w marcu 2027 roku. Te grupy zasadniczo różnią się pod względem praw politycznych, poziomu zatrudnienia i pracy zgodnej z kwalifikacjami oraz dalszych planów migracyjnych.
Są Ukraińcy i Ukrainki aktywni w przestrzeni publicznej, których interesuje polska polityka i zawiłości relacji bilateralnych, ale to wąskie grono, złożone głównie z osób, które przybyły do Polski dekadę temu lub wcześniej. Zdecydowana większość zainteresowana jest głównie tym, jak przeżyć w nowym kraju, znaleźć i utrzymać pracę, wynająć mieszkanie, zapewnić edukację dzieciom, wesprzeć rodzinę, która została w ojczyźnie. A więc tak samo, jak większość Polaków w Niemczech, Norwegii czy Holandii.
Dlatego wśród ponad 40 organizacji i inicjatyw założonych przez Ukraińców w Polsce, większość skupia się albo na integracji ukraińskich migrantów i uchodźców, albo na promocji ukraińskiej kultury, albo na pomocy ukraińskiemu wojsku i cywilom dotkniętym wojną. Liderki najbardziej rozpoznawalnych inicjatyw pojawiają się w polskich mediach głównie przy okazji zmian w ustawach dotyczących Ukraińców albo intensyfikacji antyukraińskich nastrojów – bo właśnie te tematy są najważniejsze dla społeczności, dla której działają.
Jednak działania władz ukraińskich, przede wszystkim w zakresie polityki pamięci, to pożywka dla nastrojów antyukraińskich w Polsce – może więc diaspora i jej przedstawiciele powinni aktywnie uczestniczyć również w tej debacie? Jeżeli kwestia jest ważna dla relacji dwustronnych i polskiego społeczeństwa, to czy nie wypada powiedzieć przynajmniej, że choć nie cała działalność UPA była antypolska, to dalsze eksponowanie ukraińskich międzywojennych nacjonalistów w polityce historycznej jest niekonieczne, a przy tym ofensywne wobec polskich przyjaciół?
Ukraińska polityka wobec diaspor jest w powijakach
W Polsce mieszkam od 18 lat, od 2011 roku pracuję jako dziennikarka. Rocznie nagrywam dziesiątki wywiadów prasowych i badawczych, do tego dochodzą small talki i długie rozmowy w pociągach, przychodniach czy na placach zabaw. Nigdy nie spotkałam się z tym, by uchodźczyni czy imigrant z Ukrainy samoczynnie poruszył w rozmowie kwestie UPA, Wołynia, pamięci historycznej. Za to przy każdej interakcji pojawiają się tematy takie jak szukanie pracy, wynajem mieszkania, wyrobienie karty pobytu czy rodzina, która została w Ukrainie. Nie jestem w stanie powiedzieć, czy Ukraińcy w Polsce popierają, czy potępiają ostatnią decyzję Zełenskiego. Obstawiam, że poza obywatelsko aktywną bańką złożoną z aktywistek i działaczy kultury, większość się nad tym po prostu nie zastanawia.
W Ukrainie najbardziej liczą się dziś głosy wojskowych oraz osób aktywnie wspierających armię na miejscu. W Kijowie, owszem, funkcjonuje pewien mit ukraińskiej diaspory w Kanadzie i USA – wpływowej politycznie, zamożnej, zdolnej zaoferować Ukrainie wsparcie finansowe oraz wpływ na politykę w państwach zamieszkania, a jednocześnie niewymagającej szczególnego wsparcia. Stosunek do diaspor w państwach europejskich jest zupełnie inny. Jeszcze przed 2022 rokiem dominowała mieszanka pogardy i zazdrości. Emigranci pojawiali się w debacie publicznej raz jako „zarobitczany”, czyszczący toalety w Hiszpanii czy Włoszech, innym razem jako ci, którym udało się uciec do lepszego świata. Po 2022 roku doszedł do tego wątek „zdrady” – tych, które i którzy opuścili ojczyznę w najbardziej krytycznym momencie.
Ukraińska polityka wobec diaspor dopiero się kształtuje, ale już dziś widać jej podstawową logikę: emigranci powinni albo wrócić, albo siedzieć cicho. Koncepcja, zgodnie z którą diaspora jest również zasobem, źródłem soft power, a państwo może oczekiwać od niej wsparcia budowanego na podstawie żywej więzi z ojczyzną, a nie wyłącznie poprzez powroty, pozostaje na bardzo wczesnym etapie rozwoju. Nikt nie konsultuje z diasporą ani polityki pamięci, ani polityki zagranicznej.
Sugestie, że władze w Kijowie mogłyby brać pod uwagę fakt, iż kolejne napięcia polsko-ukraińskie wpływają na życie konkretnych Ukraińców mieszkających w Polsce, spotykają się zwykle z niezrozumieniem. Jeden z użytkowników serwisu X skwitował taki argument pytaniem: „To co, celem ukraińskiej polityki pamięci ma być to, żeby migrantom w Polsce dobrze się żyło?”
Żeby Polacy wiedzieli, że Ukraińcy mieszkający obok nich są bardziej wrażliwi na polskie racje, niż władze w Kijowie? A może – jak powiedzieliby niektórzy – bardziej wobec Polski lojalni? Na poziomie emocjonalnym taki postulat jest oczywiście zrozumiały. Obawiam się jednak, że zaufanie środowisk ukraińskich do państwa polskiego w ostatnim czasie wyraźnie ucierpiało.
Czy ktoś w ogóle pytał je o zdanie podczas prac nad ustawą wygaszającą ochronę czasową, która dotyczy właśnie legalności pobytu, dostępu do pracy i świadczeń społecznych – a więc, powtórzę, kwestii obiektywnie najważniejszych dla migrantów i uchodźców? Również zapowiadane od miesięcy – nie tylko przez Konfederację i PiS, ale także przez przedstawicieli rządu – zaostrzenie przepisów dotyczących obywatelstwa, które w praktyce może ograniczyć liczbę osób uprawnionych do naturalizacji, wygląda jak kolejny ukłon w stronę nastrojów antyimigracyjnych i antyukraińskich. Na perspektywę samych migrantów i ich wrażliwość nie ma tu wiele miejsca.
Środowiska diasporalne – niestety – nie są dziś wpływowymi uczestnikami polsko-ukraińskiego dialogu. Są raczej zakładnikami pogarszających się relacji między Warszawą a Kijowem. I co z tego, że według szacunków Deloitte i UNHCR obecność Ukraińców przełożyła się na wzrost polskiego PKB o 2,7 proc., a podatki i składki płacone przez obywateli Ukrainy z nawiązką pokrywają wydatki państwa na wsparcie uchodźców? Ukraińcy mieszkający w Polsce będą rozliczani raczej z kryzysu zbożowego, Przewodowa czy pułku „bohaterów UPA” niż z sumiennie wykonywanej pracy i opłacanych składek zdrowotnych.
Ukraińcy muszą wyjechać, by Polacy ich zaakceptowali?
To, że kwestie polityki zagranicznej i migracyjnej zostały w Polsce tak silnie splecione, wcale nie jest czymś oczywistym. Przecież ani uzasadniona krytyka polityki Berlina, ani otwarcie antyniemieckie wypowiedzi polityków poprzedniego polskiego rządu nie przełożyły się na sytuację niemieckiej Polonii. Powstaje więc pytanie: dlaczego w Polsce Jasionka, 800 plus i UPA tak często pojawiają się w debacie publicznej jako elementy jednej opowieści – i to już nie tylko w przekazie polityków prawicy?
Interesującym punktem odniesienia wydaje się przypadek Polonii w Wielkiej Brytanii. Nastroje antyimigranckie, które nierzadko przybierały formę niechęci wobec Polaków, zaczęły tam narastać w okresie poprzedzającym brexit, mimo bardzo dobrych relacji politycznych między Warszawą a Londynem. Co sprawiło, że brytyjscy Polacy po pewnym czasie odetchnęli z ulgą? Nie demonstracyjne podkreślanie swojej brytyjskości, lecz masowy odpływ polskich pracowników i ich rodzin z Wielkiej Brytanii po opuszczeniu przez nią UE. Polak, który wyjeżdżał, przestawał być postrzegany jako natrętny konkurent czy roszczeniowy imigrant, a zaczynał jako potrzebny pracownik i dobrze zintegrowany członek społeczeństwa.
Obawiam się, że jedyną drogą do radykalnej poprawy sytuacji ukraińskiej społeczności w Polsce nie jest ani aktywniejszy udział w polsko-ukraińskich sporach, ani nadzieja, że polski czy ukraiński rząd wreszcie przypomną sobie, że ich decyzje i wypowiedzi wpływają później na życie konkretnych ludzi. Bardziej prawdopodobnym scenariuszem wydaje się odczuwalna reemigracja Ukraińców – czy to do własnego kraju po wyciszeniu działań wojennych, czy dalej na Zachód.
W obecnym klinczu pozostają oni zakładnikami zarówno ukraińskiej polityki pamięci, jak i polskich kampanii wyborczych.


!["Odwagi! [o zaangażowaniu młodych]" Dominika Lasota](https://krytykapolityczna.pl/wp-content/uploads/2026/04/odwagi-plomienie-okladka-173x267.jpg)





![Utracony kompas [o europejskiej lewicy]](https://krytykapolityczna.pl/wp-content/uploads/2026/03/plomienie_utracony_kompas-171x267.jpg)

Komentarze
Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.