Na pierwszy rzut oka fakt, że Kaczyński wybrał moment szantażowania Morawieckiego akurat teraz, może wydawać się dziwny. Rząd ma przecież wciąż pod górkę z aferą szpitalną, zbierane są głosy w sprawie referendum odwoławczego Trzaskowskiego, a tłum w sieci huczy przeciwko Ukraińcom, na czym Przemysław Czarnek coraz bardziej ochoczo chce budować swoją kampanię wyborczą. Słowem: moment na odwracanie uwagi własnymi sporami nie jest najlepszy. Ale nie jest też zupełnie przypadkowy.
Sojusz z Wochem języczkiem u wagi?
Nie chodzi tylko o to, że właśnie teraz zwykle ma miejsce najważniejsze wydarzenie dla polityków, a więc obsadzanie list wyborczych. Chodzi o to, że Kaczyński dopiął pewnego ważnego, rzadko docenianego celu – wszedł w polityczny układ z Markiem Wochem.
Tak, wiem, wiele było z tego śmiechu, ale ten maleńki politycznie Woch ze swoimi samorządowcami pełni dość istotną rolę w gambicie Kaczyńskiego. Mianowicie prezes PiS prawdopodobnie chce go na stałe odciągnąć od Konfederacji. To właśnie samorządowe zasoby Wocha miałyby bowiem stanowić zaplecze, z którego Braun będzie czerpał, by obsadzić swe listy wyborcze.
Wbrew pozorom nie jest to wcale łatwe zadanie, nawet dla Konfederacji z jej sondażowym poparciem. Zwłaszcza gdy nie chce się na listy brać ludzi skompromitowanych (niekoniecznie w rozumieniu mainstreamu). Woch takie kadry mógłby dać, ale idąc z Kaczyńskim, nie musi dać ich Braunowi. Ceną za to jest nie tylko wspólna lista do Senatu, ale być może także sojusz na listach do Sejmu. Tyle że wtedy jakaś frakcja w PiS musi się posunąć. Na przykład frakcja Morawieckiego. Stąd i moment ataku jest nieprzypadkowy.
Teoretycznie Kaczyński mógł zakładać, że nawet jeśli nie Morawiecki, to duża część jego posłów się ugnie. Ale póki co się nie uginają. I jeśli rzeczywiście dobiją do liczby 40 posłów, to może to oznaczać tsunami polityczne w Sejmie.
Morawiecki kontra Nawrocki? To niewykluczone
Dlaczego? Otóż obecna koalicja rządowa ma 239 głosów. Gdyby dodać do nich 40 głosów Morawieckiego (albo 37 w przypadku uwzględniania głosów partii Razem), to byliby oni w stanie odrzucić weto prezydenta. A to oznaczałoby dla obozu PiS koszmarną wręcz porażkę. Cały pomysł pokazywania siły i pozowania na obrońcę uciśnionego pisowskiego ludu poprzez weta runąłby w gruzy. Prezydent Nawrocki zmalałby do roli autentycznego żyrandola, a Tusk wreszcie mógłby pokazać sprawstwo.
Powie ktoś, że Morawiecki na to nie pójdzie. Moim zdaniem – wręcz przeciwnie, może rzucić się na to niczym Braun na miliony euro w europarlamencie. Dlaczego? Ano dlatego, iż będzie to najszybsza droga do przejścia na drugą stronę.
Okres czyśćca i przechodzenia między dwiema bliskimi sobie partiami postsolidarnościowej prawicy – PiS i PO – trwa różnie. U Sikorskiego i Kowala było to krócej, u Giertycha trzeba było udawać, że jest niezależny. U Gowina się nie udało, ale u jego współpracownicy Magdaleny Sroki poszło błyskawicznie.
Czas czyśćca zależny jest od temperatury politycznej, jakości kandydata i przede wszystkim tego, co ma on do zaoferowania drugiej stronie. A Morawiecki może mieć do zaoferowania aż 40 posłów. I możliwość pognębienia Nawrockiego. Oczywiście owo pognębienie nie musi być spektakularne i Morawiecki nie musi tego robić ciągle. Ale może w sprawach kluczowych.
Hetman na ustawodawczej szachownicy
Oczywiście grę tę bardzo dobrze rozumiałby Morawiecki. Dlatego niektóre weta odrzucałby wręcz ostentacyjnie. W innych przypadkach mógłby z Kaczyńskim i obozem PiS negocjować. To on przez moment trzymałby i kij, i marchewkę.
Co ważniejsze, ów kij i marchewkę trzymałby także Tusk. Warunkiem przejścia Morawieckiego na drugą stronę mógłby bowiem być test lojalności. Musisz pokazać, Mateuszu, jak bardzo już nie jesteś pisowski. Samo bicie się w piersi w programie Moniki Olejnik nie wystarczy. Musisz pokazać je w głosowaniach!
Co jednak najbardziej zabawne, swój kij, czy może kijek, dostałby także Kosiniak-Kamysz. Z 40 głosami Morawieckiego mógłby całkowicie zaszachować lewicę i sprawić, iż głosy partii Czarzastego już zupełnie przestałyby się liczyć. A kto wie, Kosiniak mógłby nawet zaatakować fotel marszałka Sejmu (choć akurat w to na dziś wątpię).
Słowem, tak wielki klub poselski Morawieckiego mógłby dać koalicji rządzącej umiarkowanie konserwatywny przechył na prawo i wepchnąć kolonizowany przez Suwerenną Polskę PiS jeszcze bardziej w ręce Konfederatów i Brauna. A wyborcy koalicji? Ci, widząc ciskanie się PiS-u i gnębienie „Batyra”, wiele by Morawieckiemu wybaczyli. Tak jak wybaczyli Giertychowi. Pytanie więc brzmi nie „czy”, a „ile” głosów przyniesie na tacy Morawiecki.
Dzisiaj jeszcze nie wiemy. Sejm ma wakacje i właśnie się rozpoczęły łowy ze wszystkich stron. Do września sytuacja się ustabilizuje. I wtedy się dowiemy, czy dintojra Kaczyńskiego poszła tak sprawnie, że właśnie stracili hetmana Nawrockiego na szachownicy ustawodawczej.








!["Odwagi! [o zaangażowaniu młodych]" Dominika Lasota](https://krytykapolityczna.pl/wp-content/uploads/2026/04/odwagi-plomienie-okladka-173x267.jpg)

Komentarze
Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!