📊 Instytut Krytyki Politycznej zakończył badania Ludzie bezwstydni. Dynamika emocjonalna populizmu w Polsce.
🍎 Inspirowane socjologią Arlie Russel Hochschild badania przeprowadzone zostały na Wareckim Szlaku Jabłkowym – regionie traktowanym jako społeczny „środek Polski”.
⚔️ Badacze i badaczki analizowali, czego wstydzą się i z czego są dumni Polacy i jak to się ma do niszczącej nas polaryzacji.
📄 Pełen tekst raportu z badań znajdziesz tutaj.
Kaja Puto: Czego wstydzą się Polacy?
Przemysław Sadura: Przede wszystkim siebie nawzajem. Jesteśmy mistrzami świata w biciu się w cudze piersi. Liberalna inteligencja z syndromem oblężonej twierdzy wstydzi się wyborców PiS-u, klasy ludowej, mieszkańców wsi. Mieliśmy tego próbkę po wywiadzie prezydentowej Marty Nawrockiej w TVN24, po której liberałowie komentowali, że „dziewczyna z blokowiska” nie nadaje się do Pałacu Prezydenckiego. Z kolei wyborcy prawicy wstydzą się polityków – oczywiście nie swoich, bo ze swoich są dumni. Są dumni z Karola Nawrockiego, który potrafi dołożyć, a i dziennikarza do pionu postawi, jak trzeba. Wstydzą się za to tych, których uważają za zdrajców Polski.
Skąd pomysł, by zbadać, czego się wstydzimy, a z czego jesteśmy dumni?
Julia Szostek: Zainspirowała nas książka Arlie Russell Hochschild zatytułowana Skradziona duma. Strata, wstyd i triumf prawicy, którą wydaliśmy w wydawnictwie Krytyki Politycznej w ubiegłym roku. Socjolożka ta ruszyła w amerykańskie Appalachy, by zbadać dumę i wstyd wśród wyborców prawicy. Zastanawiała się, dlaczego mieszkańcy regionu, który na dużą skalę korzysta z bezpłatnych programów opieki zdrowotnej, głosują na polityków, którzy chcą im te programy zabrać. Wyszło na to, że stoi za tym protestancki wstyd za deficyt środków ekonomicznych.
A zatem i my postanowiliśmy zadać sobie pytanie, w jaki sposób konstruuje się w Polsce dumę i wstyd. W przeciwieństwie do Hochschild nie ograniczyliśmy się jednak do wyborców prawicy. Z nimi również rozmawialiśmy; wśród naszych respondentów dominował jednak elektorat głosujący na koalicję.
Nie wybraliście się też do miejsca zdegradowanego upadkiem przemysłu – Appalachy, które odwiedziła Hochschild, to część słynnego Pasa Rdzy. Warecki Szlak Jabłkowy, czyli słynące z sadów jabłkowych tereny na południe od Warszawy, nie przeżył wielkiego wstrząsu. W czasach PRL „badylarzom” wiodło się tam całkiem nieźle, a i dziś z owoców da się żyć.
P.S.: Inspirowaliśmy się Hochschild, ale chcieliśmy te badania zrobić lepiej. Bardzo szanuję tę badaczkę, starszą panią profesor, która potrafi swoją kalifornijskość zawiesić na kołku i rozmawiać z wyborcami Trumpa. Ale gdy wybiera się w miejsca, w których żyją stereotypowi prawicowcy, wyciąga z tego obrazy wynikające z tych stereotypów. My wybraliśmy Warecki Szlak Jabłkowy, bo to taka średnia Polska, Polska w pigułce – trochę Polska wschodnia i mazowiecki interior, ale jednak blisko Warszawy.
J.S.: Tereny badane przez nas odzwierciedlają średnie poparcie dla partii politycznych w Polsce. Nie jest to wyjątkowo liberalna Warszawa ani wyjątkowo konserwatywne Podkarpacie, lecz coś pomiędzy. Badane przez nas miasta są bardziej liberalne, a wsi – konserwatywne, choć ten stereotypowy podział zaburzony jest przez wzmożone po pandemii przepływy ludności z miast do wsi i na odwrót.
Z Waszych badań wynika, że Polacy jako zbiorowość przeszli terapię. Nie dadzą się już zawstydzać politykom, że są niewystarczająco nowocześni i europejscy.
P.S.: Ta strategia stosowana przez liberalne elity stosowana była przez pierwsze dwie dekady transformacji. Piętnowano zachowania, z którymi wstyd pokazać się na europejskich salonach, a odchylenia od neoliberalnej normy – jak na przykład obronę państwa opiekuńczego czy strajki – określano mianem „oszołomstwa”. Jednak PiS doszedł w 2015 roku do władzy, zapowiadając koniec z „pedagogiką wstydu”. To wyszło i daje efekty.
Polacy przestali się wstydzić tej swojej niższości, polskości, wiejskości. Nie dadzą się zapędzić do narożnika inteligenckimi ocenami. Nie będą wstydzić się tego, że Karol Nawrocki był kibolem ani że pochodzi z blokowiska. Wręcz przeciwnie – fakt, że człowiek z takim backgroundem został prezydentem, napawa ich dumą.
Teraz terapii potrzebuje raczej ta liberalna bańka. Z waszych badań wynika, że choć nienawidzimy się wszyscy nawzajem, najsilniej nienawidzą liberałowie – a jak wiadomo, jeśli się tak bardzo nienawidzi, to bardziej świadczy to o tym, kto nienawidzi, a nie tym, kto jest nienawidzony. Jeden z waszych respondentów o poglądach prokoalicyjnych twierdzi, że „pisiora rozpozna na odległość”, bo oni tak charakterystycznie charczą, garbią się i mają zaczerwienione oczy.
P.S.: Im by się przydała terapia, ale i trening zastępowania agresji [śmiech]. Nasi rozmówcy idą przykładem celebrytów, którzy mieszają polityków i wyborców PiS z błotem. Wróćmy do przykładu pary prezydenckiej, która doprowadza liberalny salon do obłędu. Manuela Gretkowska nazywa prezydenta „naćpanym ruchaczem” i diagnozuje, że prezydentowa ma „słomę w głowie”. Z kolei feministka na łamach Wyborczej odmawia Nawrockiej prawa głosu. Tego rodzaju agresja nie oczernia pary prezydenckiej w oczach wyborców Nawrockiego – za to ociepla ich wizerunek jako ofiary liberalnych hejterów. Nienawiść do elektoratu PiS nakręca im poparcie, a Nawrocki między innymi dlatego wygrał wybory, że zmieniono je w plebiscyt, czy trzeba urodzić się na salonach, żeby zostać prezydentem Polski.
A nie wstydzimy się już – jak u Hochschild – biedy?
J.S.: Nasi respondenci rzadko odnosili się do jakiegoś biograficznego czy też prywatnego wstydu. Nie usłyszeliśmy od nikogo, że wstydzi się swojej sytuacji materialnej czy ekonomicznej. Wybrzmiewało to natomiast w formie frustracji – to niesprawiedliwe, że ktoś ma lepiej niż ja. I ta frustracja przerzucana jest na tego rzekomo uprzywilejowanego Innego. Kogoś, kto się wpycha w naszą kolejkę.
Metaforę „kolejki” zaczerpnęliście również od Hochschild.
J.S.: Użyła jej swojej poprzedniej książce, Obcy we własnym kraju. Gniew i żal amerykańskiej prawicy. Była ona zwieńczeniem badań przeprowadzonych w Luizjanie – wówczas autorkę interesowało, dlaczego mieszkańcy terenów zrujnowanych przez samowolę koncernów naftowych głosują na partie, które przyznają tym koncernom jeszcze większą swobodę działania.
I co jej wyszło?
J.S.: Że to wyborcy, którzy nie rozumieją, dlaczego nie mogą spełniać swojego amerykańskiego snu tak jak poprzednie pokolenia. Przeciętny Amerykanin parę dekad temu mógł ciężką pracą wyrwać się z biedy, zapracować na samochód i dom pod miastem, dziś to raczej niemożliwe. I ci wyborcy obwiniają o ten stan rzeczy kobiety, czarnych, osoby LGBTQ+ – grupy, którym państwo według nich w jakiś sposób pomaga. Zdaniem prawicowych wyborców to oni „wpychają się im w kolejkę” po amerykański sen.
A naszej prawicy przeszkadzają Ukraińcy, którzy ich zdaniem wpychają się im w kolejkę do lekarza na NFZ.
P.S.: Tak, i to jest właśnie Hochschild po polsku. W Stanach ludzie, którzy są ofiarami wolnego rynku, bronią go, bo wierzą, że dzięki niemu odniosą sukces. Państwo w ich oczach jest negatywnym bohaterem, który w tym przeszkadza. Z kolei u nas państwo jest bohaterem pozytywnym, ale uprawnienie do korzystania z jego usług jest ekskluzywne. Pojawia się walka o dostęp.
J.S. Nasi konserwatywni rozmówcy mówili, że boją się, że polskich usług publicznych nie starczy dla wszystkich. W raporcie pojawiła się nam również metafora „kołdry”, która jest za krótka, żeby starczyła dla wszystkich obywateli.
P.S.: Oni się po prostu obawiają, że to wszystko się zaraz zawali, a tu nagle jeszcze tyle gęb do wykarmienia. I zaczynają mnożyć te niestworzone antyukraińskie opowieści, które wyłapaliśmy ze Sławomirem Sierakowskim w innych badaniach przeprowadzonych dla Instytutu Krytyki Politycznej zaledwie kilka miesięcy po wybuchu wojny.
Moment, ale od stwierdzenia faktu, że od wybuchu wojny trudno się dostać w lokalnej przychodni do pediatry do zapiekłej antyukraińskości jeszcze daleka droga. To oczywiście nie wina Ukraińców, a Rosji, która napadła na Ukrainę oraz Polski, która nie potrafi dostarczyć swoim obywatelom przyzwoitej opieki zdrowotnej. Niemniej za tymi „niestworzonymi historiami” często stoją realne napięcia…
P.S.: Tak, tylko że w tej prawicowej narracji winna jest nie Rosja ani Polska, tylko Ukraińcy. Mówi się o nich dokładnie tym samym tonem, który pamiętam z czasów, gdy robiłem badania we wschodnio-północnej Anglii w okolicach Brexitu. Wszystkiemu, co złe, byli winni Polacy.
Czyli można powiedzieć, że to nędza polskich usług publicznych napędza polską ksenofobię i prawicowy elektorat?
P.S.: Tak. Prawica świetnie potrafi zagospodarować wszystkie niedomagania państwa polskiego, wskazując winnych – migrantów oraz zewnętrzne ograniczenia w postaci Brukseli i Berlina.
A realny kontakt z migrantami – w przychodni czy szkole – nie osłabia podatności Polaków na wiarę w „niestworzone historie” o nich? Niemal dekadę temu przygotowywałam „Krytyki Politycznej” reportaż o uchodźcach w Polsce. Z badań przeprowadzonych wówczas przez Uniwersytet Mikołaja Kopernika wynikało, że najsilniejsze uprzedzenia względem migrantów żywią ci, którzy nie mają z nimi do czynienia wcale. Ci, którzy mieszkają w ich pobliżu, ale nie mają z nimi kontaktu, bo posyłają dzieci do innych – lepszych – szkół, mają o nich najlepsze zdanie – wyłącznie deklaratywne. Natomiast ci, którzy z uchodźcami mijają się na korytarzu w przychodni, podchodzą do nich neutralnie.
J. S.: W naszych badaniach stosunek do migrantów jest wyraźnie zależny od deklarowanego światopoglądu politycznego. Powiedzieliśmy już o wyborcach konserwatywnych, którzy traktują Ukraińców jako „konkurencję” w kolejce po usługi publiczne. Wyborcy liberalni podchodzą do ich obecności bardziej pozytywnie – pewnie po części również dlatego, że z usług publicznych korzystają rzadziej.
Jednak pozytywnie nie znaczy podmiotowo. W narracji jednego z waszych rozmówców wybrzmiała nuta postkolonialna: Ukraina w jego odbiorze to dawna przestrzeń polskich Kresów. Czyli migrant jest nam niezbędny jak chłop szlachcicowi?
J.S.: Na szczęście nie wszyscy widzą to w ten sposób, ale można powiedzieć, że w oczach liberalnych wyborców migrant to pracownik sezonowy, który jest potrzebny, bo wykonuje szybko, tanio i dobrze pracę, której Polak nie chce wykonać lub żąda za to wyższej stawki. W pełnym uzyskaniu tej podmiotowości nie pomaga nawet wzorcowa integracja. Jedna z naszych respondentek, Ukrainka, doszła od zbierania jabłek w sadach do otworzenia własnej firmy. Ale do dziś spotyka się z podejrzliwością.
Wyborcy liberalni są przy tym skłonni krytykować antyukraińskie czy antymigranckie narracje. Towarzyszy temu niekiedy dość zaskakujące uzasadnienie. Usłyszeliśmy od jednego z rozmówców, że wstydzi się „pisiorów”, że tak się niefajnie wypowiadają o migrantach, a przecież w sadach potrzebni są pracownicy, więc nie powinniśmy ich zniechęcać.
A z czego mieszkańcy Wareckiego Szlaku Jabłkowego są dumni?
J.S.: Oczywiście z jabłkowych sadów. Ci konserwatywni przede wszystkim z tego, że polskie jabłka mają swoją markę, ci liberalni – że sady z pomocą unijnych środków stały się nowoczesne, a sadownicy stali się przedsiębiorcami.
Co również łatwo przełożyć na ogół kraju i to, jak te grupy myślą o Polsce. Zastanawiam się jednak, czy w naszym stosunku do Unii Europejskiej nie widać jakiejś różnicy pokoleniowej? Starsi liberałowie idealizują Unię Europejską, starsi konserwatyści demonizują kojarzony z nią liberalizm np. obyczajowy. Obie grupy odnoszą się przy tym do świata „sprzed Unii”, na który młodsi nie mogą się powołać…
P.S.: Starsi wyborcy są zakładnikami własnej pamięci. Liberałowie myślą, że jeśli nie Unia Europejska, to wróci PRL, konserwatyści chcą tkwić w swoim zaścianku do końca świata i jeden dzień dłużej. Młodsi są pod tym względem mniej labilni – podchodzą do Unii mniej lub bardziej krytycznie, ale rzadziej są w tym tak radykalni jak starzy. Co stanowi w sumie wyjątek, bo młodość sprzyja radykalnym poglądom.
Jest za to coś, co nas wszystkich łączy – przekonanie o własnej słuszności, a także nienawiść i brak zaufania do innych. Puentujecie swój raport słowami: „Nie jest problemem, że mamy kibola w pałacu, a to, że jesteśmy społeczeństwem kiboli.”
P.S.: Polaryzacja to globalny problem, ale w Polsce ma szczególny charakter, bo nasze zaufanie społeczne jest najniższe w Unii Europejskiej. W książce Społeczeństwo populistów pokazaliśmy, że to właśnie niskie zaufanie czyni z nas podatnymi na populistyczne – czy to liberalne, czy prawicowe – narracje. Tu się tylko zmieniają ci, którym nie ufamy: platformersom lub pisowcom, Ukraińcom lub Warszawiakom, wieśniakom lub gejom. Możesz sobie wybrać, kogo nienawidzisz.
Co ciekawe, z waszych badań wynika też, że Polacy nienawidzą polityków i obwiniają ich za wywoływanie polaryzacji.
J.S. Zarówno rozmówcy konserwatywni, jak i liberalni mówią o tym, że nie chcą już powielać tej polaryzacji, że nie chcą rozmawiać o polityce z rodziną czy sąsiadami. A w kolejnym zdaniu obwiniają za tę sytuację drugą stronę. Rzadko towarzyszy temu autorefleksja. A dopiero zrobienie własnego rachunku sumienia co do tego, jakiego języka używamy i czy jest on przemocowy, może dać nam nadzieję na zmianę.
P.S. Niby to, co usłyszeliśmy od obu zwaśnionych stron, nie było dla nas nowością, ale zaszokował nas poziom dehumanizacji przeciwnika. Każdy badacz społeczny jest na nią wyczulony, bo to klasyczny symptom wejścia w nastroje przedpogromowe. W takiej sytuacji migracyjnej i geopolitycznej, w jakiej obecnie się znajdujemy, podsycanie polaryzacji to bawienie się zapałkami nad beczką prochu. Gdy w Polsce zapanowały nastroje antyukraińskie, ostrzegaliśmy, że jeśli tego nie rozbroimy, skończy się na kimś w rodzaju Brauna.
Czyli wasz raport to wezwanie do polityków władzy i opozycji: opamiętajcie się?
P.S: Do polityków, ale też do mediów, które biorą udział w tworzeniu równoległych rzeczywistości. Ale przede wszystkim do nas samych. Czy ja jestem wolny od tego, co właśnie krytykujemy? Oczywiście, że nie. A ty?



![Utracony kompas [o europejskiej lewicy]](https://krytykapolityczna.pl/wp-content/uploads/2026/03/plomienie_utracony_kompas-171x267.jpg)






Komentarze
Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.