Świat

Nie wie lewica, czym żyje prawica

Spytałam jednego z moich bohaterów, zagorzałego zwolennika Trumpa: czy jest coś, co ci się w Trumpie nie podoba. A on odpowiedział: „Od czego by tu zacząć”? Z Arlie Hochschild, autorką książki „Obcy we własnym kraju”, rozmawia Kaja Puto.

Kaja Puto: Lewica zwykła uważać się za rzeczniczkę biedniejszych obywateli. Jednak ci wcale nie mają na nią ochoty głosować. W książce Obcy w swoim kraju nazywasz to „wielkim paradoksem”. Czy to właśnie chęć rozwikłania tej zagadki sprawiła, że pojechałaś na pięć lat do Luizjany?

Arlie Hochschild: Siedziałam w swoim biurze na Uniwersytecie Berkeley i uświadomiłam sobie, że jako lewicowa socjolożka niewiele wiem o amerykańskiej prawicy. Nie rozumiem jej, nie mam jej przedstawicieli wśród bliskich przyjaciół, czuję się od prawicy odizolowana. I że właściwie wszyscy wokół mnie są od niej odizolowani, że Berkeley i sama Kalifornia są jedną wielką lewicowo-liberalną bańką. Już wtedy, w 2011 roku można było wyraźnie odczuć, że nasz kraj dzieli się na dwie geograficzne, polityczne i medialne bańki. Dlatego zdecydowałam się wyjść z tej swojej i porozmawiać z ludźmi mieszkającymi w regionie, gdzie prawica jest najsilniejsza. Wybrałam Luizjanę, bo w wyborach prezydenckich w 2012 roku procent białych głosujących na Baracka Obamę wynosił tam zaledwie 14%. Jednocześnie jest to stan biedny, zanieczyszczony, o kiepskim dostępie do opieki zdrowotnej czy edukacji, charakteryzujący się wysokim wskaźnikiem zabójstw i niską oczekiwaną długością życia, wreszcie – stan uzależniony od dotacji z Waszyngtonu. Głowiłam się, jak to możliwe, że mieszkańcy stanu obarczonego wszystkimi tymi problemami nie znoszą rządu federalnego i głosują na prawicę, w tym szczególnie na antypaństwową Tea Party? Nie znoszą rządu federalnego, od którego otrzymują 44% swojego budżetu i który stara się ograniczać zabójcze dla mieszkańców zanieczyszczenie powietrza! Z punktu widzenia Demokratów to paradoks. Dlaczego mieszkańcy Południa głosują przeciwko swoim interesom? Starałam się wyjść poza ten schemat myślenia i zrozumieć perspektywę miejscowych.

I co z tego wyszło?

Mieszkańcy Luizjany myślą o Waszyngtonie na trzy sposoby. Po pierwsze uznają rząd federalny za instrument Północy, która już od czasów amerykańskiej wojny domowej traktuje Południe protekcjonalnie, nieustannie je poucza, np. obarczając winą za grzech niewolnictwa. Po drugie postrzegają Waszyngton jako symbol bezsilności państwa: sami żyją w stanie, który jest w rękach przemysłu naftowego i nie czują się chronieni przez państwo. Jedna czy druga instytucja powoływana do kontroli zanieczyszczeń niczego nie zmienia w oczach podatników. A więc zarówno rząd stanowy, jak i jego większa wersja – rząd federalny – kojarzą się mieszkańcom Luizjany wyłącznie z urzędniczą bezczynnością. Po trzecie wreszcie rząd to instytucja, która pozwala innym wcinać się w kolejkę do amerykańskiego snu, kolejkę, która przez ostatnie dwie dekady ani drgnęła. Więc kiedy w Luizjanie słyszy się o kolejnych programach antydyskryminacyjnych dla kobiet, czarnych czy uchodźców, kiedy widzi się, że kobiety otrzymują stanowiska, które zarezerwowane były dotąd dla mężczyzn, a czarni – stanowiska zarezerwowane dla białych, ma się uczucie, że znów zostajemy z tyłu, że ktoś nam zajął miejsce w kolejce. Tak jakby Barack Obama i demokraci machali do wszystkich, tylko nie do luizjańskich robotników.

Przepaść między demokratyczną a republikańską bańką się pogłębia. Przytaczasz badania, z których wynika, że jeszcze w latach 60. tylko 5% respondentów odpowiedziało „tak” na pytanie, czy przeszkadzałoby im, gdyby ich dziecko zawarło związek małżeński z członkiem przeciwnej partii. W 2010 roku na to samo pytanie „tak” odpowiedziało 33% wyborców demokratów i 44% wyborców republikanów. Skąd bierze się to uprzedzenie, które nazywasz „partyizmem”?

Dodam jeszcze, że według najnowszych badań to demokraci są bardziej „partyistyczni” niż republikanie – nienawidzą wyborców Trumpa bardziej niż tamci wyborców demokratycznych! Myślę, że ta tendencja ma dwie przyczyny. Pierwszą są gwałtownie powiększające się różnice regionalne i klasowe. Dolina Krzemowa się bogaci, rolnicze Kentucky – biednieje. Najbogatszy 1% pomnaża swój kapitał, a najbiedniejsza 1/3 mieszkańców go traci. Na to nakładają się stereotypy: na przykład takie, że w ostatnich trzydziestu latach czarni „przegonili” białych, jeśli chodzi o średnie przychody czy poziom wykształcenia, co nie jest prawdą, ale tak się wydaje wielu białym robotnikom i wykorzystują to prawicowi politycy. Drugą przyczyną „partyizmu” jest zanik platform komunikacji między klasami, rasami i regionami. Taką platformą była na przykład obowiązkowa służba wojskowa, która została zniesiona w 1973 roku. Wojsko było miejscem, w którym spotykali się ze sobą prawnicy i stolarze, biali i czarni, w którym wszyscy maszerowali w jednym szeregu. No, przynajmniej mężczyźni. Innym przykładem mogą być związki zawodowe: kiedyś w Stanach zrzeszała się około 1/3 pracowników, dziś to mniej niż 9%. Nie mamy ogólnopaństwowych struktur, w których spotykałyby się ze sobą różne klasy.

Nie społeczeństwo jest zacofane, tylko elity ślepe

„Partyizm” pociąga za sobą również wzmacnianie się stereotypów na temat wrogiego obozu. Dla wyborców demokratów republikanie to ludzie niewykształceni, nieokrzesani, przepełnieni nienawiścią do wszystkiego, co inne. Dla republikanów z kolei demokraci kojarzą się z zaślepionymi polityczną poprawnością lewakami, którzy rozdają pieniądze na prawo i lewo, ale nienawidzą amerykańskiej prowincji. Jak radziłaś sobie z tymi stereotypami podczas swojej pracy w Luizjanie?

Zrozumienie tych stereotypów było dla moich badań sprawą kluczową. To chyba najciekawsza praca, jakiej się w życiu podjęłam. Również dlatego, że chodziło tu przecież także o moje stereotypy na temat osób badanych i ich stereotypy na mój temat. Myślę, że obydwie strony miały tego świadomość. Ja tłumaczyłam im, dlaczego przyjechałam z nimi rozmawiać, a oni odpowiadali: „Też uważamy, że jesteśmy podzielonym krajem, że żyjemy w bańce, że nie wiemy zbyt wiele o tobie i martwimy się tym podziałem. Ale przy tym sądzimy, że to wasza, demokratów, wina, bo nas nie rozumiecie, bo patrzycie na nas z góry, bo uważacie, że jesteśmy zacofani”. Chciałabym wierzyć, że takie podejście – chęć zrozumienia, skąd pochodzą stereotypy, przyglądanie się ludzkim doświadczeniom, ludzkim emocjom – pozwala nawiązać kontakt ponad podziałami. Nie jest tak, że komunikacja między naszymi bańkami nie jest możliwa, trzeba po prostu – powtórzę to po raz kolejny – rozmawiać. Dopiero po nawiązaniu osobistego kontaktu docieramy w rozmowie z drugim człowiekiem do poziomu szczerości, w którym ujawnia się ambiwalencja i niuansowanie postaw innych. W Aneksie C do mojej książki rozprawiam się z pewnymi mitami na temat funkcjonowania amerykańskiego państwa, z którymi spotkałam się w Luizjanie. Dyskutując na ten temat z jej mieszkańcami, nie chciałam im na wstępie mówić: „Ależ wy jesteście głupi, homofobiczni, seksistowscy, rasistowscy”, tylko raczej: „Rozumiem, jak się czujecie, wydaje mi się, że rozumiem też, dlaczego się tak czujecie, czy moglibyśmy o tym porozmawiać, ale opierając się na faktach?”. Z niektórymi wyborcami Trumpa to oczywiście byłoby niemożliwe – nie jestem zwolenniczką prowadzenia miłych, grzecznych dysput z Ku Klux Klanem itp. Ale wielu z tych wyborców to po prostu zagubieni ludzie, którzy czują się niewidzialni i żyją w głębokim przekonaniu, że nie są rasistami, tylko my ich nie rozumiemy. Musimy z nimi rozmawiać, muszą to robić partie polityczne. Jak to możliwe, że demokraci, partia lewicowa, a więc partia pracowników i pracowniczek, nie rozmawia z większością z nich?

Amerykańscy liberałowie odkrywają, że „byli głupi”

Ten paradoks widać również w Europie. Jak to się właściwie stało, że bohaterowie Twojej książki – ofiary postindustrialnej transformacji – przez tyle lat umykali uwadze lewicowych działaczy i działaczek?

Przede wszystkim Partia Demokratyczna została w ostatnich dekadach zdominowana przez neoliberałów. Politykę Billa Clintona można byłoby streścić mniej więcej tak: „Ojej, przykro mi, że pas rdzy [rust belt – potoczne określenie terenów w północno-wschodniej części Stanów Zjednoczonych, kiedyś charakteryzujących się znacznym rozwojem przemysłu ciężkiego, obecnie zdezindustrializowanych – przyp. red.] kiepsko sobie radzi, ale musimy skupić się na eksporcie”. Biedniejsze stany mnóstwo na takiej polityce straciły.

Demokraci zauważali jednak inne grupy wykluczonych, chociażby kobiety czy czarnych…

Tak, to prawda. Wydaje mi się, że splotły się tutaj dwa czynniki: uprawianie polityki, która była dobra dla Wall Street, ale nie dla przeciętnej Main Street, i niedostrzeganie pogłębiających się problemów białej klasy robotniczej. W tym czasie prowincjonalni wyborcy prawicy siedzieli przed telewizorem i oglądali te wszystkie skecze o sobie samych, jako „tych idiotach z Południa”. Dziś ci wyborcy są absolutnie wściekli z powodu tej naszej arogancji. Uważam, że musimy uderzyć się w pierś i powiedzieć wyraźnie: „Myliliśmy się, przepraszamy, że was tak obrażaliśmy, że upraszczaliśmy wasze problemy”.

Jednak sama piszesz, że spoglądanie na amerykańską białą klasę robotniczą przez lewicowe okulary – traktowanie jej jako grupy wykluczonej, potrzebującej pomocy systemowej – nie ma sensu. Mieszkańcy Południa chyba nie chcieliby trafić do szufladki między „LGBT” a „uchodźcy”?

W żadnym razie! Moi bohaterowie nie chcą być postrzegani jako ofiary. Mówią co prawda: „Hej, chyba o nas zapomnieliście?”, ale przyjmowanie rządowej pomocy to dla nich upokorzenie. Chcą, żeby było jak dawniej, kiedy można było stosunkowo łatwo spełnić swój amerykański sen, zatrudniając się w kwitnącym przemyśle, ale naprawdę można z nimi rozmawiać! Odkąd ukazała się moja książka, byłam w Luizjanie trzy razy. Spytałam jednego z moich bohaterów, zagorzałego zwolennika Trumpa: czy jest coś, co ci się w Trumpie nie podoba. A on odpowiedział: „Od czego by tu zacząć”? Wśród zwolenników Trumpa jest naprawdę spora grupa osób, z którymi można znaleźć płaszczyznę porozumienia. Nie chodzi tylko o to, by żyć w milszej atmosferze politycznej, ale żeby na tej płaszczyźnie próbować coś zbudować. Jest kilka tematów, na które możemy mieć podobne zdanie: zarabianie pieniędzy na polityce, przepełnione więzienia czy nawet energia odnawialna. Wiedziałaś, że istnieje w Tea Party frakcja „Green Tea”? Lewica i prawica będą proponowały inne rozwiązania różnych problemów, ale są takie problemy, które nas łączą.

Dlaczego biedni z Luizjany głosują na miliardera?

Dziś nie wydaje się, żeby którakolwiek ze stron dążyła do takiego dialogu.

Należę w USA do ruchu, który nazywa się „Bridge Alliance”. To coś w rodzaju międzyludzkiej dyplomacji. Temat, który mamy teraz na tapecie, to odtworzenie kontaktów pomiędzy klasami społecznymi i regionami. Chciałabym, żeby udało się na poziomie państwowym wdrożyć w amerykańskich liceach programy wymiany: dzieciaki z wybrzeża jadą w głąb lądu, dzieciaki z amerykańskiej wsi – na wybrzeże. Co może zastąpić takie doświadczenie: miesiąc na farmie pod opieką rolniczej rodziny, wstawanie skoro świt, przed szkołą praca w gospodarstwie? W drugą stronę to działa podobnie. Potrzebujemy stworzenia strukturalnych rozwiązań dla takiej komunikacji, nowych form współpracy, odnowienia debaty publicznej. Wszystko po to, żeby otworzyć sobie nawzajem oczy na nasze problemy.

Zdjęcie u góry: Arlie Hochschild. Fot. wikipedia

***

Arlie Russell Hochschild (1940) – wybitna amerykańska socjolożka, emerytowana profesorka Uniwersytetu Kalifornijskiego w Berkeley. Autorka dziewięciu książek, wśród których kilka trafiało regularnie na listę najlepszych książek roku „New York Timesa”. Jej książki przetłumaczono na szesnaście języków. Najnowsza Obcy we własnym kraju, ukazała się niedawno po polsku.

Modlitwa za Polaka

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Kaja Puto
Kaja Puto
Reportażystka, felietonistka
Dziennikarka i redaktorka zajmująca się tematyką Europy Wschodniej, migracji i nacjonalizmu. Współpracuje z mediami polskimi i zagranicznymi jako freelancerka. Związana z Krytyką Polityczną, stowarzyszeniem reporterów Rekolektyw i stowarzyszeniem n-ost – The Network for Reporting on Eastern Europe. Absolwentka MISH UJ, studiowała też w Berlinie i Tbilisi. W latach 2015-2018 wiceprezeska wydawnictwa Ha!art.
Zamknij