Świat

Smoleński: Strefa Gazy bez wyjścia

Strefa gazy, 14 maja 2018. Fot. Jordi Bernabeu Farrús, flickr.com

Otwarcie ambasady w Jerozolimie rozdrapało tę starą, ropiejącą ranę.

We wtorek świat obiegły zdjęcia zestawiające ze sobą poniedziałkową ceremonię otwarcia ambasady USA w Jerozolimie z trwającą kilkadziesiąt kilometrów dalej masakrą palestyńskich demonstrantów starających się sforsować mur oddzielający Strefę Gazy od Izraela. Na jednym ze zdjęć demonstranci uciekają spod gradu opadających kanistrów z gazem łzawiącym lub niosą nieprzytomnych rannych. Podczas poniedziałkowych protestów zabitych zostało 58 osób, a liczba rannych szła w setki. Od 30 marca, gdy zaczęły się protesty w ramach Wielkiego Marszu Powrotu, zginęło ponad sto osób, w tym dzieci i dziennikarze (Siły Obrony Izraela twierdzą, że zginęli też bojownicy Hamasu i innych organizacji terrorystycznych), a wiele tysięcy zostało rannych. Jest to najkrwawsza seria protestów w Izraelu/Palestynie od 2014 roku.

Na drugim z wspominanych zdjęć reprezentująca USA córka prezydenta Ivanka Trump z szerokim uśmiechem odsłaniała nową tablicę na budynku byłego konsulatu oficjalnie podnosząc rangę placówki.

 

 

Warto poznać szczegóły ceremonii. Cała uroczystość była karykaturą samej siebie i doskonale obrazowała to, na czym opiera się chemia między Donaldem Trumpem a premierem Izraela Benjaminem Netanjahu (i szerzej, między częścią amerykańskiej i izraelskiej prawicy, które są obecnie u władzy) – instrumentalnie traktowany religijny fundamentalizm, nacjonalizm i typowe dla miłośników rządów twardej ręki ignorowanie praw człowieka.

Jeszcze przed uroczystościami Ivanka i jej mąż Jared Kushner, któremu Donald Trump powierzył sprawy bliskowschodnie, spotkali się z ultrakonserwatywnym rabinem, który w przeszłości porównał osoby czarnoskóre do małp i stwierdził, że Izrael nie jest miejscem dla ludzi niebędących Żydami. Modlitwę inaugurującą ceremonię otwarcia ambasady wygłosił Robert Jeffress, konserwatywny pastor znany między innymi z tego, że stwierdził, że wyznawcy judaizmu (obok muzułmanów, buddystów, czy hinduistów) nie mogą być zbawieni. Ale to nie wszystko. Końcowe błogosławieństwo wygłosił John Hagee, który swego czasu stwierdził, że… Hitlera zesłał bóg po to, by Żydzi mogli wrócić do swojej biblijnej ojczyzny. Po izraelskiej stronie nie było dużo lepiej: polityczna i religijna konserwa. Gdy pod murem Strefy Gazy ginęli od izraelskich kul Palestyńczycy, premier Izraela Benjamin Netanjahu mówił o pokoju, który musi być zbudowany na prawdzie – i dziękował Stanom Trumpa za uznanie tej prawdy: niepodzielona Jerozolima jest stolicą Izraela.

 

W konflikcie palestyńsko-izraelskim Jerozolima ma status symboliczny z powodów historycznych i religijnych. Tam znajduje się Ściana Płaczu, najświętsze miejsce judaizmu, będąca jedyną pozostałością po drugiej Świątyni Jerozolimskiej. W pierwszej Świątyni według legendy spoczywała Arka Przymierza. Dla muzułmanów Jerozolima jest, po Mekce i Medynie, trzecim świętym miastem. To tam znajduje się Meczet Al-Aksa upamiętniający rzekome wniebowstąpienie proroka Mahometa.

Jerozolima była stolicą starożytnego państwa Izrael i z tego powodu jest symbolem ciągłości z antyczną historią, symbolem legitymizującym roszczenia obecnych syjonistów. Na ciągłości współczesnego Izraela ze starożytnym zbudowano uzasadniającą kolonizację mitologię powrotu. (Mit ten miał też swoje inne potężne źródło, jakim była kompletna porażka Europy Zachodniej i Stanów Zjednoczonych w powstrzymaniu Holocaustu: nietrudno zrozumieć przekonanie, że w świecie państw narodowych jedynie państwo żydowskie byłoby w stanie zapewnić Żydom bezpieczeństwo).

Przez ostatnie wieki Jerozolima była jednak miastem arabskim. W 1948 roku Jerozolimę podzielono, przyznając jej zachodnią część nowopowstałemu Izraelowi. Po Wojnie Sześciodniowej w 1967 roku Izrael zajął również wschodnią Jerozolimę, a w latach 80. ogłosił ją integralną częścią izraelskiego terytorium. Państwa zachodnie nie uznały tej aneksji i odmówiły przeniesienia ambasad z Tel Awiwu do czasu osiągnięcia pokoju pomiędzy Izraelem a Palestyńczykami. Proces pokojowy faktycznie zatrzymał się wiele lat temu, ale realizacja grudniowej decyzji Trumpa o przeniesieniu ambasady rozpaliła konflikt na nowo.

Otwarcie nowej ambasady miało miejsce dzień przed 70. rocznicą ogłoszenia izraelskiej deklaracji niepodległości. Palestyńczycy obchodzą wtedy dzień Nakby, czyli katastrofy, jaką było dla nich powstanie Izraela, wiązało się ono bowiem z wygnaniem setek tysięcy ludzi z ich domów w wyniku izraelskiej wojny o niepodległość, potem w wyniku okupacji i kolonizacji Zachodniego brzegu Jordanu, Strefy Gazy i Wzgórz Golan. Doświadczenie wygnania stało się integralną częścią tożsamości Palestyńczyków. Mówi się o przekazywanych w rodzinach kluczach do domów, które w najlepszym razie zostały zajęte przez Izraelczyków, a w najgorszym już dawno nie istnieją. Wielu Palestyńczyków mieszka w obozach dla uchodźców i choć te obozy w zasadzie przypominają biedne dzielnice mieszkalne – stoją w nich domy zbudowane z cegły i betonu, a nie namioty – to wiele budynków nie ma dachów, bo dach jest symbolem permanentnego osiedlenia. Zbudowanie dachu byłoby symboliczną rezygnacją z domagania się prawa do powrotu.

Otwarcie ambasady w Jerozolimie rozdrapało tę starą, ropiejącą ranę. Wielki Marsz Powrotu, którym zdesperowani mieszkańcy Strefy Gazy chcieli wyrwać sobie prawo do powrotu, dotyka źródła konfliktu – kolonializmu osadniczego leżącego u źródeł powstania Izraela. Gdy ambasady znajdowały się w Tel Awiwie, można było się łudzić, że konflikt można przeformułować tak, by dotyczył warunków współżycia. Była to fikcja, bo zawsze kwestia powrotu palestyńskich uchodźców wypływała, jak wtedy, gdy rozbiły się o nią negocjacje w Camp David. Ariel Szaron oferował m.in. utworzenie międzynarodowego funduszu na rzecz palestyńskich uchodźców, ale w zamian zażądał, by Jasir Arafat na zawsze zrzekł się prawa do powrotu. Porozumienie nigdy nie doszło do skutku.

Silny, kolonizujący Izrael jako zaprzeczenie słabego Żyda z getta

Obecnie jednak, po przeniesieniu ambasady, tragiczny i zarazem egzystencjalny charakter konfliktu palestyńsko-izraelskiego widać jak na dłoni. Konflikt ten jest tragiczny, bo obie strony żyją mitem powrotu – choć oczywiście to Izrael go realizuje i wciela w życie między innymi blokadą Strefy Gazy, kolonizacją Zachodniego Brzegu czy aneksją Jerozolimy. Jest egzystencjalny, bo spełnienie mitu jednej grupy może się ziścić jedynie kosztem drugiej. Nie chodzi już bowiem o znalezienie sposobu na współżycie dwóch społeczności, tylko o to, do kogo będzie należała ta ziemia.

To, co teraz napiszę może rozzłościć wielu moich lewicowych znajomych: uważam, że czasami należy poświęcić sprawiedliwość na rzecz politycznego realizmu i pogodzić się ze smutną prawdą, że nie wszystkie krzywdy zostaną wynagrodzone. W pewnych warunkach pytanie o wynagradzanie krzywd jest zwyczajnie źle postawione. Dlatego uważam, że należy rozróżnić obecny rozlew krwi i pociągnięcia winnych do odpowiedzialności oraz konflikt o to, jak będzie wyglądało współżycie Palestyńczyków i Izraela od pytania o to, który mit bardziej realizuje sprawiedliwość dziejową, bo jeśli wykluczymy stworzenie monoetnicznego Izraela poprzez masowe wysiedlenia osób niebędących Żydami (o monoetnicznym państwie palestyńskim możemy zapomnieć), Palestyńczycy i Izraelczycy będą skazani na życie na tym samym terenie.

Bezsilność przekonanych ignorantów

Niestety, nie wygląda na to, by Izrael pod rządami Netanjahu i wsparty przez Trumpa był tym zainteresowany. Stany Zjednoczone zawetowały rezolucję Rady Bezpieczeństwa ONZ domagającą się dochodzenia w sprawie użycia przez Izraelskie wojsko broni palnej. A jest co badać: pojawiły się informacje, że izraelscy snajperzy strzelali uciekającym protestującym w plecy. W innych warunkach powiedziałbym, że choć okrutne, to rozwiązanie takie, jak przeniesienie ambasady do Jerozolimy, może zamknąć pewne pole konfliktu i stworzyć szansę na jego przeformułowanie. Musiałyby się z tym jednak wiązać pewne koncesje ze strony Izraela. Tych na razie nie widać i – biorąc pod uwagę klimat tak w Izraelu jak i w USA – nie ma w zasadzie żadnych szans na jakiekolwiek ustępstwa. Ten ruch raczej tylko zaostrzy konflikt, dając – obawiam się – dodatkową pożywkę religijnym fundamentalistom, którzy walkę o całkiem muzułmańską (już nie palestyńską) Jerozolimę będą mogli ubrać w szaty świętej wojny (a nie walki narodowowyzwoleńczej). Z nakazami boga w końcu się nie negocjuje.

__
Przeczytany do końca tekst jest bezcenny. Ale nie powstaje za darmo. Niezależność Krytyki Politycznej jest możliwa tylko dzięki stałej hojności osób takich jak Ty. Potrzebujemy Twojej energii. Wesprzyj nas teraz.

Jan Smoleński
Jan Smoleński
Politolog, wykładowca w Ośrodku Studiów Amerykańskich UW
Politolog, pisze doktorat z nauk politycznych na nowojorskiej New School for Social Research. Wykładowca w Ośrodku Studiów Amerykańskich UW. Absolwent Instytutu Filozofii Uniwersytetu Warszawskiego i Nauk Politycznych na Uniwersytecie Środkowoeuropejskim w Budapeszcie. Stypendysta Fulbrighta. Autor książki „Odczarowanie. Z artystami o narkotykach rozmawia Jan Smoleński”.
Zamknij