Świat

Nie wie lewica, czym żyje prawica

Spytałam jednego z moich bohaterów, zagorzałego zwolennika Trumpa: czy jest coś, co ci się w Trumpie nie podoba. A on odpowiedział: „Od czego by tu zacząć”? Z Arlie Hochschild, autorką książki „Obcy we własnym kraju”, rozmawia Kaja Puto.

Kaja Puto: Lewica zwykła uważać się za rzeczniczkę biedniejszych obywateli. Jednak ci wcale nie mają na nią ochoty głosować. W książce Obcy w swoim kraju nazywasz to „wielkim paradoksem”. Czy to właśnie chęć rozwikłania tej zagadki sprawiła, że pojechałaś na pięć lat do Luizjany?

Arlie Hochschild: Siedziałam w swoim biurze na Uniwersytecie Berkeley i uświadomiłam sobie, że jako lewicowa socjolożka niewiele wiem o amerykańskiej prawicy. Nie rozumiem jej, nie mam jej przedstawicieli wśród bliskich przyjaciół, czuję się od prawicy odizolowana. I że właściwie wszyscy wokół mnie są od niej odizolowani, że Berkeley i sama Kalifornia są jedną wielką lewicowo-liberalną bańką. Już wtedy, w 2011 roku można było wyraźnie odczuć, że nasz kraj dzieli się na dwie geograficzne, polityczne i medialne bańki. Dlatego zdecydowałam się wyjść z tej swojej i porozmawiać z ludźmi mieszkającymi w regionie, gdzie prawica jest najsilniejsza. Wybrałam Luizjanę, bo w wyborach prezydenckich w 2012 roku procent białych głosujących na Baracka Obamę wynosił tam zaledwie 14%. Jednocześnie jest to stan biedny, zanieczyszczony, o kiepskim dostępie do opieki zdrowotnej czy edukacji, charakteryzujący się wysokim wskaźnikiem zabójstw i niską oczekiwaną długością życia, wreszcie – stan uzależniony od dotacji z Waszyngtonu. Głowiłam się, jak to możliwe, że mieszkańcy stanu obarczonego wszystkimi tymi problemami nie znoszą rządu federalnego i głosują na prawicę, w tym szczególnie na antypaństwową Tea Party? Nie znoszą rządu federalnego, od którego otrzymują 44% swojego budżetu i który stara się ograniczać zabójcze dla mieszkańców zanieczyszczenie powietrza! Z punktu widzenia Demokratów to paradoks. Dlaczego mieszkańcy Południa głosują przeciwko swoim interesom? Starałam się wyjść poza ten schemat myślenia i zrozumieć perspektywę miejscowych.

I co z tego wyszło?

Mieszkańcy Luizjany myślą o Waszyngtonie na trzy sposoby. Po pierwsze uznają rząd federalny za instrument Północy, która już od czasów amerykańskiej wojny domowej traktuje Południe protekcjonalnie, nieustannie je poucza, np. obarczając winą za grzech niewolnictwa. Po drugie postrzegają Waszyngton jako symbol bezsilności państwa: sami żyją w stanie, który jest w rękach przemysłu naftowego i nie czują się chronieni przez państwo. Jedna czy druga instytucja powoływana do kontroli zanieczyszczeń niczego nie zmienia w oczach podatników. A więc zarówno rząd stanowy, jak i jego większa wersja – rząd federalny – kojarzą się mieszkańcom Luizjany wyłącznie z urzędniczą bezczynnością. Po trzecie wreszcie rząd to instytucja, która pozwala innym wcinać się w kolejkę do amerykańskiego snu, kolejkę, która przez ostatnie dwie dekady ani drgnęła. Więc kiedy w Luizjanie słyszy się o kolejnych programach antydyskryminacyjnych dla kobiet, czarnych czy uchodźców, kiedy widzi się, że kobiety otrzymują stanowiska, które zarezerwowane były dotąd dla mężczyzn, a czarni – stanowiska zarezerwowane dla białych, ma się uczucie, że znów zostajemy z tyłu, że ktoś nam zajął miejsce w kolejce. Tak jakby Barack Obama i demokraci machali do wszystkich, tylko nie do luizjańskich robotników.

Przepaść między demokratyczną a republikańską bańką się pogłębia. Przytaczasz badania, z których wynika, że jeszcze w latach 60. tylko 5% respondentów odpowiedziało „tak” na pytanie, czy przeszkadzałoby im, gdyby ich dziecko zawarło związek małżeński z członkiem przeciwnej partii. W 2010 roku na to samo pytanie „tak” odpowiedziało 33% wyborców demokratów i 44% wyborców republikanów. Skąd bierze się to uprzedzenie, które nazywasz „partyizmem”?

Dodam jeszcze, że według najnowszych badań to demokraci są bardziej „partyistyczni” niż republikanie – nienawidzą wyborców Trumpa bardziej niż tamci wyborców demokratycznych! Myślę, że ta tendencja ma dwie przyczyny. Pierwszą są gwałtownie powiększające się różnice regionalne i klasowe. Dolina Krzemowa się bogaci, rolnicze Kentucky – biednieje. Najbogatszy 1% pomnaża swój kapitał, a najbiedniejsza 1/3 mieszkańców go traci. Na to nakładają się stereotypy: na przykład takie, że w ostatnich trzydziestu latach czarni „przegonili” białych, jeśli chodzi o średnie przychody czy poziom wykształcenia, co nie jest prawdą, ale tak się wydaje wielu białym robotnikom i wykorzystują to prawicowi politycy. Drugą przyczyną „partyizmu” jest zanik platform komunikacji między klasami, rasami i regionami. Taką platformą była na przykład obowiązkowa służba wojskowa, która została zniesiona w 1973 roku. Wojsko było miejscem, w którym spotykali się ze sobą prawnicy i stolarze, biali i czarni, w którym wszyscy maszerowali w jednym szeregu. No, przynajmniej mężczyźni. Innym przykładem mogą być związki zawodowe: kiedyś w Stanach zrzeszała się około 1/3 pracowników, dziś to mniej niż 9%. Nie mamy ogólnopaństwowych struktur, w których spotykałyby się ze sobą różne klasy.

Nie społeczeństwo jest zacofane, tylko elity ślepe

„Partyizm” pociąga za sobą również wzmacnianie się stereotypów na temat wrogiego obozu. Dla wyborców demokratów republikanie to ludzie niewykształceni, nieokrzesani, przepełnieni nienawiścią do wszystkiego, co inne. Dla republikanów z kolei demokraci kojarzą się z zaślepionymi polityczną poprawnością lewakami, którzy rozdają pieniądze na prawo i lewo, ale nienawidzą amerykańskiej prowincji. Jak radziłaś sobie z tymi stereotypami podczas swojej pracy w Luizjanie?

Zrozumienie tych stereotypów było dla moich badań sprawą kluczową. To chyba najciekawsza praca, jakiej się w życiu podjęłam. Również dlatego, że chodziło tu przecież także o moje stereotypy na temat osób badanych i ich stereotypy na mój temat. Myślę, że obydwie strony miały tego świadomość. Ja tłumaczyłam im, dlaczego przyjechałam z nimi rozmawiać, a oni odpowiadali: „Też uważamy, że jesteśmy podzielonym krajem, że żyjemy w bańce, że nie wiemy zbyt wiele o tobie i martwimy się tym podziałem. Ale przy tym sądzimy, że to wasza, demokratów, wina, bo nas nie rozumiecie, bo patrzycie na nas z góry, bo uważacie, że jesteśmy zacofani”. Chciałabym wierzyć, że takie podejście – chęć zrozumienia, skąd pochodzą stereotypy, przyglądanie się ludzkim doświadczeniom, ludzkim emocjom – pozwala nawiązać kontakt ponad podziałami. Nie jest tak, że komunikacja między naszymi bańkami nie jest możliwa, trzeba po prostu – powtórzę to po raz kolejny – rozmawiać. Dopiero po nawiązaniu osobistego kontaktu docieramy w rozmowie z drugim człowiekiem do poziomu szczerości, w którym ujawnia się ambiwalencja i niuansowanie postaw innych. W Aneksie C do mojej książki rozprawiam się z pewnymi mitami na temat funkcjonowania amerykańskiego państwa, z którymi spotkałam się w Luizjanie. Dyskutując na ten temat z jej mieszkańcami, nie chciałam im na wstępie mówić: „Ależ wy jesteście głupi, homofobiczni, seksistowscy, rasistowscy”, tylko raczej: „Rozumiem, jak się czujecie, wydaje mi się, że rozumiem też, dlaczego się tak czujecie, czy moglibyśmy o tym porozmawiać, ale opierając się na faktach?”. Z niektórymi wyborcami Trumpa to oczywiście byłoby niemożliwe – nie jestem zwolenniczką prowadzenia miłych, grzecznych dysput z Ku Klux Klanem itp. Ale wielu z tych wyborców to po prostu zagubieni ludzie, którzy czują się niewidzialni i żyją w głębokim przekonaniu, że nie są rasistami, tylko my ich nie rozumiemy. Musimy z nimi rozmawiać, muszą to robić partie polityczne. Jak to możliwe, że demokraci, partia lewicowa, a więc partia pracowników i pracowniczek, nie rozmawia z większością z nich?

Amerykańscy liberałowie odkrywają, że „byli głupi”

Ten paradoks widać również w Europie. Jak to się właściwie stało, że bohaterowie Twojej książki – ofiary postindustrialnej transformacji – przez tyle lat umykali uwadze lewicowych działaczy i działaczek?

Przede wszystkim Partia Demokratyczna została w ostatnich dekadach zdominowana przez neoliberałów. Politykę Billa Clintona można byłoby streścić mniej więcej tak: „Ojej, przykro mi, że pas rdzy [rust belt – potoczne określenie terenów w północno-wschodniej części Stanów Zjednoczonych, kiedyś charakteryzujących się znacznym rozwojem przemysłu ciężkiego, obecnie zdezindustrializowanych – przyp. red.] kiepsko sobie radzi, ale musimy skupić się na eksporcie”. Biedniejsze stany mnóstwo na takiej polityce straciły.

Demokraci zauważali jednak inne grupy wykluczonych, chociażby kobiety czy czarnych…

Tak, to prawda. Wydaje mi się, że splotły się tutaj dwa czynniki: uprawianie polityki, która była dobra dla Wall Street, ale nie dla przeciętnej Main Street, i niedostrzeganie pogłębiających się problemów białej klasy robotniczej. W tym czasie prowincjonalni wyborcy prawicy siedzieli przed telewizorem i oglądali te wszystkie skecze o sobie samych, jako „tych idiotach z Południa”. Dziś ci wyborcy są absolutnie wściekli z powodu tej naszej arogancji. Uważam, że musimy uderzyć się w pierś i powiedzieć wyraźnie: „Myliliśmy się, przepraszamy, że was tak obrażaliśmy, że upraszczaliśmy wasze problemy”.

Jednak sama piszesz, że spoglądanie na amerykańską białą klasę robotniczą przez lewicowe okulary – traktowanie jej jako grupy wykluczonej, potrzebującej pomocy systemowej – nie ma sensu. Mieszkańcy Południa chyba nie chcieliby trafić do szufladki między „LGBT” a „uchodźcy”?

W żadnym razie! Moi bohaterowie nie chcą być postrzegani jako ofiary. Mówią co prawda: „Hej, chyba o nas zapomnieliście?”, ale przyjmowanie rządowej pomocy to dla nich upokorzenie. Chcą, żeby było jak dawniej, kiedy można było stosunkowo łatwo spełnić swój amerykański sen, zatrudniając się w kwitnącym przemyśle, ale naprawdę można z nimi rozmawiać! Odkąd ukazała się moja książka, byłam w Luizjanie trzy razy. Spytałam jednego z moich bohaterów, zagorzałego zwolennika Trumpa: czy jest coś, co ci się w Trumpie nie podoba. A on odpowiedział: „Od czego by tu zacząć”? Wśród zwolenników Trumpa jest naprawdę spora grupa osób, z którymi można znaleźć płaszczyznę porozumienia. Nie chodzi tylko o to, by żyć w milszej atmosferze politycznej, ale żeby na tej płaszczyźnie próbować coś zbudować. Jest kilka tematów, na które możemy mieć podobne zdanie: zarabianie pieniędzy na polityce, przepełnione więzienia czy nawet energia odnawialna. Wiedziałaś, że istnieje w Tea Party frakcja „Green Tea”? Lewica i prawica będą proponowały inne rozwiązania różnych problemów, ale są takie problemy, które nas łączą.

Dlaczego biedni z Luizjany głosują na miliardera?

Dziś nie wydaje się, żeby którakolwiek ze stron dążyła do takiego dialogu.

Należę w USA do ruchu, który nazywa się „Bridge Alliance”. To coś w rodzaju międzyludzkiej dyplomacji. Temat, który mamy teraz na tapecie, to odtworzenie kontaktów pomiędzy klasami społecznymi i regionami. Chciałabym, żeby udało się na poziomie państwowym wdrożyć w amerykańskich liceach programy wymiany: dzieciaki z wybrzeża jadą w głąb lądu, dzieciaki z amerykańskiej wsi – na wybrzeże. Co może zastąpić takie doświadczenie: miesiąc na farmie pod opieką rolniczej rodziny, wstawanie skoro świt, przed szkołą praca w gospodarstwie? W drugą stronę to działa podobnie. Potrzebujemy stworzenia strukturalnych rozwiązań dla takiej komunikacji, nowych form współpracy, odnowienia debaty publicznej. Wszystko po to, żeby otworzyć sobie nawzajem oczy na nasze problemy.

Zdjęcie u góry: Arlie Hochschild. Fot. wikipedia

***

Arlie Russell Hochschild (1940) – wybitna amerykańska socjolożka, emerytowana profesorka Uniwersytetu Kalifornijskiego w Berkeley. Autorka dziewięciu książek, wśród których kilka trafiało regularnie na listę najlepszych książek roku „New York Timesa”. Jej książki przetłumaczono na szesnaście języków. Najnowsza Obcy we własnym kraju, ukazała się niedawno po polsku.

Modlitwa za Polaka

Bio

Kaja Puto

| Reportażystka, felietonistka

Wiceprezeska zarządu Korporacji Ha!art. Z wykształcenia kulturoznawczyni i filozofka, studiowała w Krakowie, Berlinie i Tbilisi. Zajmuje się Europą Środkowo-Wschodnią, Kaukazem Południowym i tematyką migracyjną. Publikuje m.in. w Krytyce Politycznej, „Nowej Europie Wschodniej” i „Polityce”. W Ha!arcie huczy, redaguje, tłumaczy z niemieckiego i ogarnia fundraising.

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.

Świetny artykuł. Gratuluję redakcji. Więcej takich artykułów, a będzie warto na ten portal wracać. Nawet jak się nie należy do lewicy.

Zgadzam się z przedmówcą. Wreszcie coś sensownego anie teoria postkolonialna, czarny feminizm i 173 płeć. Poprawność polityczna i tym podobne bzdury to nawet nie nóż w plecach lewicy to jej grub i do tego zaorany.

rozumiem, że poprawność językowa i reguły ortografii języka ojczystego są następne w kolejce do zaorania?

Sądząc po nazwisku i stanowisku w lewackim Berkley pani autorka jest Starszą Siostrą w Wierze co za tym idzie może nami Gojami manipulować według starej talmudycznej zasady :

Lepiej pod dobroci oddać połowę niż pod przymusem stracić wszystko.

Zwycięstwo Trumpa pokazało, że można obalić kult mniejszości uderzyć w feminizm obiecać mur i wygrać wybory tj. JEST Życie po za liberalną demokracją i poprawnością polityczną.

Oni widzą Nasz marsze i wciąż zadają sobie pytanie :

Gdzie jedwabne szeregi Michnika. Gdzie ci Goje przeorani poprawno politycznym praniem mózgu ? I czy na pewno kiedy kolwiek istnieli po za lewackim campusem (Kalifornią) oraz redakcją Gazet W KP i studiami Gerdens.

Coraz bardziej widać, że poprawno polityczny liberalno demokratyczny król jest nagi. Można temu zaprzeczać i wypierać ale zarówno Trumpowi jak i PiSowi od tego nie spadnie.

Ciekawy wywiad, ale otwierające pytanie: "dlaczego biedniejsi obywatele nie chcą głosować na lewicę (czytaj demokratów)?" w kontekście amerykańskiej polityki jest nie do końca prawdziwe. Na poziomie wyborów prezydenckich biedniejsi obywatele głosują zdecydowanie na Demokratów od dekad. Posługując się przypadkiem ostatnich wyborów: mówi się często mitycznych "białych wyborcach z klasy robotniczej", którzy stanowią bazę Trumpa. Jeśli jednak przyjmie się, że są to osoby bez wykształcenia wyższego i zarabiający poniżej mediany, to stanowią oni 25% wyborców Trumpa. Mediana wynagrodzeń w stanach to około 50 tys. rocznie. Wśród osób zarabiających poniżej 50 tys. Clinton wygrała stosunkiem 53-41%. Na Trumpa (Republikanów, czy szerzej prawicę) nie głosują więc "najbiedniejsi", ale prędzej klasa średnia i wyższa, a to, co ich wyróżnia to raczej, że jest biała. A przyjmując b. historyczną perspektywę, można też przypomnieć, że od 68 roku, czyli od wprowadzenia równouprawnienia czarnych, nie było ani jednego prezydenta Demokratów, który wygrałby w kategorii "biali wyborcy".

Z tymi "białymi wyborcami" to coś kręcisz. "Biali wyborcy" są w USA w mniejszości?

Non-Hispanic Whites w 1990 roku stanowili 75% całej populacji, w 2000 69%, w 2010 62%. (oczywiście, jeśli zaliczyć do białych Latino i Hispanic, wtedy 72%, ale na poziomie społecznym i wyborczym to tak nie działa).

W wyborach 2012 roku Obama wygrał z Mittem Romney'em zdobywając prawie 5 mln głosów więcej, zarazem przegrywając kategorię "białych wyborców" stosunkiem 59 do 39 (a na marginesie tych"biednych niegłosujących na Demokratów : na poziomie dochodów wygrał "tylko" w grupie Amerykanów zarabiających mniej niż 50 tys. rocznie, we wszystkich pozostałych grupach większość zgarniał Romney). Republikanie akurat dobrze zdają sobie z sprawę trendów demograficznych, dlatego też próbowali promować tak pokracznych kandydatów jak Marco Rubio, żeby nie doprowadzić do całkowitego przejęcia populacji latynoskiej przez demokratów. Ale po Trumpie ich "brand" jest tak toksyczny, że jest to już właściwie niemożliwe.
No i oczywiście nie muszę dodawać, że gdyby mieli normalną większościową ordynację, a nie głosy elektorskie, to Hillary Clinton byłaby teraz prezydentem (zdobyła prawie 2,9mln więcej głosów).

Gdyby babcia miała wąsy

Gdyby była inna ordynacja w USA to inaczej wyglądała by kampania wyborcza i wszystko co zwiazane z polityka. I nie wiadomo co by bylo. Clinton by była prezydentką gdyby Trump się nie zorientował, że ordynacja jest inna.

I jeszcze na temat "Demokraci wygrywają wybory przegrywając białych wyborców" -od czasów Nixona wygląda to mw tak:
Jimmy Carter przegrał tę grupę stosunkiem 48-52%;
Bill Clinton w 92 roku 39-41%, w 96 roku 44-46% (przy czym w obu przypadkach, gdyby Ross Perot -taka b. zrównoważona wersja Trumpa- nie startował jako trzeci kandydat prawdopodobnie przegrałby w ogóle wybory);
w 2000 roku Al Gore zdobył więcej głosów niż Bush Jr, ale nie zdobył elektorów, przegrał białych wyborców 42-55%;
Obama w 2008, 43-55%, a w 2012, jak pisałem, 39-59%,
Clinton w zeszłym roku 37-58% (gdyby zmniejszyła ten margines tak mw o 1,5%, to by spokojnie wygrała)

Można więcej dywagować, rozprawiać i niuansować, ale prawda jest taka, że odkąd partia Demokratyczna przestała być partią segregacji i rasistów z Południa (czyli w okolicach 1965 roku), nie wygrała ani razu w grupie białych wyborców. Trendy demograficzne jednak wskazują na to, że jeśli Republikanie całkowicie zmienią się w partię Trumpa, już wkrótce będą niewybieralni na poziomie krajowym, na pewno za to poradzą sobie w takich stanach jak Luizjana, Missisipi czy West Virginia.

Dziękuję za doprecyzowanie. Ja się na rasach nie specjalnie znam, ale rozumiem, że ci "biali wyborcy" to po prostu "rasa aryjska". Czy coś w tym rodzaju.

Paradoksy systemu wyborczego na prezydenta USA nie wynikają ze specyfiki sytemu większościowego czy też elektorskiego, lecz ze specyfiki systemu federalnego. Prezydenta nie wybierają obywatele USA bezpośrednio, lecz obywatele stanów USA pośrednio. Inaczej mówiąc prezydenta wybierają stany.

stoicki obserwator

"Lewica zwykła uważać się za rzeczniczkę biedniejszych obywateli."

Może i tak, natomiast ci obywatele nigdy lewicy za taką rzeczniczkę nie traktowali i to nawet mimo szeroko zakrojonych akcji reedukacyjnych prowadzonych na syberyjskim łonie natury.

Nawet nie chcę się czepiać bo wywiad fajny i kilka poruszonych kwestii wydaje się być ważnymi, ale mamy tutaj "socjolożkę z Berkeley" + Krytykę Polityczną. Uśmiech politowania sam ciśnie się na usta. Nie wiem, może w jakiś zamkniętych enklawach dla bogaczy w Los Angeles czy gdzieś na zachodzie Europy ktoś jeszcze tego słucha ale u nas nie macie już nic. Nie macie młodych, nie macie starych, nie macie ulicy, nie macie liderów, nie macie poparcia. I dzięki Bogu za to 🙂

Pozdrawiam i życzę dalszego pisania, ale piszcie bardziej dla siebie. 124214124 płeć, problemy oddziaływania polskiej polityki klimatycznej na uchodźców LGBT albo że 97% kobiet w Polsce jest molestowanych. Będziecie mieli więcej odwiedzin na stronie, bo nie wiem czy wiecie ale robicie już oficjalnie za kabaret 😀

" I dzięki Bogu za to"
Kolejny człowiek, który wierzy w odwieczne konserwatywne królestwo. Zła wiadomość dla Ciebie: wszystko idzie falami. Prędzej czy później nastąpi sprzężenie zwrotne. A konserwuchy będą wtedy bardzo zdziwienie.

Już same kpiny z polityki klimatycznej wskazuje na małą wiedzę. Zmiany klimatu to absolutnie najważniejsza sprawa w dzisiejszym świecie.

Polecam każdemu powyższy wywiad. Trzyma poziom i pion. Naprawdę dobrze się to czyta.

Co tu dużo mówić. Tak jak już mówiłem, mam pomysł na nowy układ w polskiej polityce. Podobny do tego w USA, ale trochę inny, bardziej nowatorski. To będzie takie 2+, ale ten plus będzie w 100% zależny od tej 2. Ludzie będą musieli nauczyć się funkcjonowania w dwóch partiach na raz. Dzięki temu ci co nie będą się nadawali do polityki nie będą funkcjonować w żadnej partii. Ci co będą się nadawać będą funkcjonowali w dwóch najważniejszych, oficjalnych partiach. Dzięki temu założeniu już nic nie będzie oddolne, ale na dole to sama głupota jest. Trzeba będzie robić wszystko od góry. Koniec końców jednak, żeby móc to zrealizować, to muszę założyć własną partią. Mogę już nawet powiedzieć jaki będzie miała skrót: ISPN. Jak ta telewizja sportowa amerykańska. A więc muszę stworzyć nową partię i dogadać się z Żydami z PiS-u. Inaczej się nie da. Jakiś kompromis musi być. Platforma Obywatelska i tak pójdzie do kasacji. Tylko tyle da się zrobić. Szkoda, ale trudno. Takie życie.

Co tu dużo mówić. Tak jak już mówiłem, mam pomysł na nowy układ w polskiej polityce. Podobny do tego w USA, ale trochę inny, bardziej nowatorski. To będzie takie 2+, ale ten plus będzie w 100% zależny od tej 2. Ludzie będą musieli nauczyć się funkcjonowania w dwóch partiach na raz. Dzięki temu ci co nie będą się nadawali do polityki nie będą funkcjonować w żadnej partii. Ci co będą się nadawać będą funkcjonowali w jednej z dwóch najważniejszych, oficjalnych partii i jakiejś tam dodatkowej, którą stworzą (tam będą mogli mieszać się członkowie obu oficjalnych partii). Dzięki temu założeniu już nic nie będzie oddolne, ale na dole to sama głupota jest. Trzeba będzie robić wszystko od góry. Koniec końców jednak, żeby móc to zrealizować, to muszę założyć własną partią. Mogę już nawet powiedzieć jaki będzie miała skrót: ISPN. Jak ta telewizja sportowa amerykańska. A więc muszę stworzyć nową partię i dogadać się z Żydami z PiS-u. Inaczej się nie da. Jakiś kompromis musi być. Platforma Obywatelska i tak pójdzie do kasacji. Tylko tyle da się zrobić. Szkoda, ale trudno. Takie życie.

Politycy muszą być szachistami, a nie pionkami na szachownicy.

W sumie to i tak nie do was lewaków, bo wy i tak nic nie zrozumiecie. Moje pomysły to jest 18+.

" Moje pomysły to jest 18+"
Obawiam się, że te pomysły pasują raczej do już zlikwidowanego gimnazjum.

Kaja Puto: Obcy we własnym kraju (nie w "swoim")