Świat

Kto dziś ma odwagę Lenina (i dlaczego właśnie prawica)?

Co takiego dzisiejsza prawica w USA, Polsce, na Węgrze czy w Turcji podziwia tak bardzo w Leninie?

Kiedy miałem jakieś 15 lat i pasjonowałem się polityką – zdławienie buntu w więzieniu Attica zmusiło mnie do napisania w pamiętniku, że teraz już nie ma innego wyjścia, jak tylko rewolucja – wspólnie z podobnie myślącymi kolegami i kuzynami z podekscytowaniem myśleliśmy o tym, jak też obchodzić będziemy setną rocznicę rewolucji październikowej. Wydawało się całkiem prawdopodobne, choć jakoś niesamowite, że będziemy wtedy jeszcze na świecie. No i jesteśmy. Tylko gdzie te fajerwerki?

Rewolucja rosyjska, czyli modernizacja, misja i przemoc

By użyć nieco oklepanej metafory, ani to huk ani skomlenie. Po prostu zero, nic, prestiż ten sam, co dowolnego innego stulecia, o których co pewien czas donoszą wyważone, rutynowe wzmianki prasowe na rocznicę poszczególnych wydarzeń. Przypominają nam o czymś i tyle. Niewielu zdaje się to obchodzić[i].

Charakterystyczne, że nawet lewica nie składa hołdów październikowi. Mało które, jeśli w ogóle jakieś, partie czy pisma lewicowe traktują setną rocznicę jako moment na podsumowanie dorobku rewolucji, czy dla kraju, gdzie ją przeprowadzono, czy to dla ruchów radykalnych dziś.

Zatrzymajmy się jednak na chwilę i przyjrzyjmy sprawie bliżej. Wychodzi na to, że Lenin jednak pojawia się w newsach. Pojawia się jako postać współczesna, odciskająca swe piętno, znacząca i nie do zlekceważenia, a nie tylko owiana mgłą mistycyzmu. Tyle że przychodzi on do nas odmieniony tak, że nie spodziewali się tego nawet najbardziej uparci teoretycy „totalitaryzmu” (od nich można było oczekiwać, że to przewidzą). Dziś Lenin to właśność prawicy. Oczywiście nie tej konserwatywnej, lecz reakcyjnej, radykalnej prawicy „populistycznej”, która nagle zyskała na znaczeniu za sprawą eksplodującego kryzysu neoliberalizmu. (Używam pojęcia „populistyczna” w odniesieniu do stylu mówienia do wyborców o ich codziennych troskach w kategoriach „my kontra oni”, który ustawiają nie tylko dotychczasowe elity polityczne i ekonomiczne, ale też dużą część społeczeństwa w roli „wrogów ludu”, ale też który – jak dotąd – unika jawnego odwołania do ideologii faszyzmu czy militaryzmu z poprzednich epok). To prawica sprzyjająca silnemu państwu i wojowniczemu nacjonalizmowi, która wzywa do narodowej jedności wyłącznie na własnych warunkach, odrzuca demokrację liberalną z jej zasadami praw mniejszości i rządów prawa, traktuje feminizm jako śmiertelnego wroga, a także akceptuje państwo opiekuńcze pod warunkiem, że kieruje nim wyłącznie państwo (a nie aktorzy społeczeństwa obywatelskiego, jak np. związki zawodowe) i że wspomaga ono wyłącznie tych, których uznaje się za część „narodu”.

I tak np. główny strateg prezydenta Trumpa Stephen Bannon mówił w roku 2013: „Jestem leninistą. Lenin chciał zniszczyć państwo i to także mój cel. Chcę rozwalić wszystko i zniszczyć cały współczesny establishment”[ii]. Przed Bannonem był jeszcze Grover Norquist, szara eminencja stojąca za mariażem prawicowych nurtów religijnych i korporacyjnych w jedną, szczęśliwą rodzinę, w którego domu – gdzie odbywały się budujące ich jedność spotkania – miał podobno nad schodami wisieć plakat z Leninem. Już w początkach lat 80. niektórzy z pierwszych radykałów z fundacji Cato czy Heritage upominali się o „leninowską strategię”, by działać na rzecz rozmontowania Nowego Ładu[iii]. Jak kiedyś Che dla lewicy, prawicowy gambit Leninem służy przyciągnięciu „buntowników z dowolnego powodu” i włączeniu ich do wyjątkowej wspólnoty z jasną misją i celem.

Fot. Yevgeniy Fiks, Bushwick Print Lab

Mamy wreszcie Jarosława Kaczyńskiego, architekta i przywódcę Prawa i Sprawiedliwości, który od zwycięstwa w wyborach 2015 roku gwałtownie instaluje ustrój antyliberalny oparty na nieograniczonej władzy wykonawczej. Po tym, jak poprzednie próby zdobycia i utrzymania władzy spaliły na panewce, Kaczyński zaczął wyraźnie podziwiać organizacyjne zdolności bolszewików w przekonaniu, że tylko to może przynieść mu powodzenie. „Mieliśmy za sobą przeszło dziesięć lat doświadczeń i wynikało z nich twarde przekonanie, że aby coś zdziałać, trzeba mieć, używając leninowskiej formuły, partię nowego typu, złożoną z ludzi przygotowanych, sprawdzonych, zdolnych do zdyscyplinowanego działania”[iv]

A co takiego dzisiejsza prawica w USA, Polsce, na Węgrze czy w Turcji podziwia tak bardzo w bolszewickim przywódcy? Po pierwsze jego absolutną pewność, oczy zwrócone zawsze na cel, pełną determinację do zdobycia władzy w państwie niezależnie od rzekomej niemożności jej osiągnięcia. Oddają część jego odwadze, by spróbować nie tylko manipulować systemem, lecz go rozbić. Podoba im się jego otwarte i uporczywe podkreślanie, że władza jego partii będzie bardziej demokratyczna niż jakakolwiek tzw. demokracja wynikająca z wyborów. Dla prawicy ograniczenie istniejącej demokracji liberalnej to jedyny sposób osiągnięcia demokracji prawdziwej. To poczucie jest wszechobecne w leninowskiej i bolszewickiej praktyce.

Prawica może dziś zatrudnić Lenina, bo lewica dawno temu zwróciła się ku Gramsciemu. Gdy tylko stało się to możliwe, lewica rozpoczęła długi marsz przez instytucje społeczeństwa obywatelskiego. I właśnie dlatego, że odniosła w tym spory sukces, prawica docenia dziś Lenina. Stara się ona rozbić te instytucje i doprowadzić do (kontr)rewolucyjnego przełomu, by odwojować to, co lewica zdobyła od lat 30.

Jeśli bliżej przyjrzymy się polityce, założeniom i generalnej orientacji rewolucji październikowej zauważymy, że wiele z tych elementów przyjęła za swoje nowa populistyczna prawica, niektóre zachowali sobie współcześni postępowcy i liberałowie, ale bardzo niewiele z nich promuje współczesna lewica. Ta ostrożność lewicy nie jest zresztą zaskakująca: wiele z radykalnie demokratycznych haseł, tak ważnych dla dzisiejszej lewicy, było wprawdzie głoszonych przed rewolucją, ale porzuconych zaraz po niej. Lewicowcy wspierający silne związki zawodowe i zasady samorządności nieraz są przekonani, że podążają za tradycją rewolucji październikowej. Mogą nawet cytować na dowód ustępy z Państwa i rewolucji Lenina o kucharkach, które zostają ministrami. Tyle że bolszewicy zdecydowanie zerwali z samorządnością w ciągu kilku miesięcy po dojściu do władzy. Reprezentanci robotników zostali zastąpieni przez partyjnych funkcjonariuszy, a zasadę tę naruszono jedynie w trakcie NEP-u, gdy część kontroli przekazano jednak nie robotnikom, lecz drobnym kapitalistom. Samorządność się skończyła, władza rad stała się władzą bolszewików, a zasada przewodniej roli partii stała się tak oczywista, że proces jej znoszenia rozpoczął dopiero Gorbaczow. Lewicowcy mogą słusznie przypisywać rewolucji październikowej popularyzację idei demokracji oddolnej, ale zwolennicy takiej demokracji nie mają specjalnie czego chwalić w tej rewolucji, jaka realnie nastąpiła.

Odrzucenie takiej demokracji i uznanie silnej kontroli partii nad społeczeństwem to kluczowe powody, dla których dzisiejsza prawica wykazuje więcej sympatii dla rewolucji. Od jakiegoś czasu to prawica stała się źródłem i siłą radykalnego fanatyzmu na Zachodzie, dążąc do zakończenia długiego okresu hegemonii liberałów i socjaldemokratów. Podczas gdy świat pracowniczy i lewica zazwyczaj angażują się w działania ariergardy mające na celu obronę osiągnięć z przeszłości, to prawica jest dziś ruchem rewolucyjnym, tak jak faszyzm w latach 20. i 30.

Powiedzenie, że rewolucja rosyjska ma dzisiaj więcej wspólnego z prawicą niż z lewicą nie znaczy z pewnością, że było tak zawsze. W miesiącach bezpośrednio po październiku 1917 roku rewolucja inspirowała całe mnóstwo ruchów antywojennych i antyimperialistycznych. Chińscy działacze antykolonialni stworzyli partię komunistyczną z podziwu dla konsekwentnie antyimperialistycznego stanowiska bolszewików, a szybkie wycofanie Rosji z I wojny światowej osłabiło poparcie dla konfliktu wszędzie indziej, przyczyniając się do jego zakończenia rok później. W latach 20. i 30. rewolucja ze swoim mitem władzy robotników inspirowała ruchy związkowe na Zachodzie i przekonywała kapitalistów, że powinni zaakceptować reformy zamiast ryzykować wybuch rewolucji. W latach 40. rewolucję traktowano jako warunek możliwości skutecznej walki z faszyzmem. W latach 50. i 60. nowe kraje wydobywające się spod władzy kolonialnej czerpały nadzieję i kształtowały politykę w oparciu o wizerunek rewolucji jako antyimperialistycznego powstania tworzącego ustrój zdolny do samowystarczalnego rozwoju gospodarczego[v]. W latach 70. i 80. zaczęła pojawiać się wiedza na temat długiej rewolucji w Rosji. Pierwsza wydana w głównym nurcie anglojęzyczna antologia pism Lenina ukazała się w roku 1975 i dobrze się sprzedała[vi]. Pisana wówczas historia społeczna sprawiła, że rewolucja na nowo wydała się istotna, ale pokazała, jak bardzo była ona nieuniwersalna i specyficznie rosyjska. Kiedy polscy robotnicy zbuntowali się przeciwko państwowemu socjalizmowi, doprowadzając wkrótce do upadku Związku Radzieckiego, większość zachodnich lewicowców cieszyła się, że będzie mogła odtąd budować lewicę bez bagażu rewolucji. I tak też się stało. Kiedy jednak lewica w dużej mierze o niej zapomniała, jej dziedzictwo rewolucyjnego zerwania z istniejącym systemem stało się w stulecie października 1917 dostępne tym na prawicy, którzy szukają podobnego zerwania z instytucjami liberalnymi i lewicowymi okresu powojennego.

Mówienie o jej dziedzictwie wymaga dookreślenia, kiedy dokładnie Rewolucja Rosyjska miała miejsce. Ja traktuję ją jako proces rozwijający się w latach 1917–1934, od przejęcia władzy do XVII zjazdu WKP(b), tzw. zjazdu zwycięzców, na którym ogłoszono triumf socjalizmu. Wielu historyków zatrzymuje się wcześniej, np. tuż po wojnie domowej[vii]. Problem polega na tym, że w roku 1921 jedyne dziedzictwo rewolucji sprowadzało się do tego, że rząd głoszący, że panuje w interesie proletariatu, zdobył władzę i przetrwał. Rosja była wówczas krajem w ruinie i z bardzo niepopularnym rządem. Wciąż nie było żadnego modelu państwa czy systemu socjalistycznego, który inni mogliby sensownie chwalić i przyjąć za swój. Przyjęcie za koniec rewolucji jakiegokolwiek momentu przed dekadą lat 30. to utrata momentu, w którym rewolucja ostatecznie zyskała swą moc upowszechniania. Komunizm wojenny przyciągnął nieco zwolenników, ale zdezawuował go sam Lenin wprowadzając drobnokapitalistyczny NEP, który zniechęcił wielu bolszewików zastanawiających się, w imię czego właściwie poświęcili tak wiele. Dopiero w 1931 roku, po rozpoczęciu Planu Pięcioletniego, przymusowej kolektywizacji i forsownej industrializacji rewolucja zyskała model gospodarczy, którym chciała się chwalić przed światem. Przyjęcie 1934 roku jako daty końcowej pozwala nam również objąć rozmaite zmiany kulturowe, z których rewolucja jest znana i które składają się na jej dziedzictwo co najmniej tak samo ważne jak polityczne i gospodarcze. Zakończenie w tym właśnie czasie, co więcej, pozwala nam zostawić na boku kwestię Wielkiej Czystki, gułagu i masowych egzekucji, które to wyłączenie nie ma wynikać z chęci zanegowania represyjnych realiów tamtego okresu, lecz z prostego faktu, że nikt nie przyjmuje polityki tego rodzaju za wzorzec jakkolwiek godny naśladowania.

Kulturowe dziedzictwo rewolucji jest z pewnością najbardziej złożone, gdyż obejmuje cztery różne momenty, czy też projekty, powiązane ze sobą w heglowskim sensie „zniesienia” (Aufhebung): mimo że każdy z momentów zostaje zanegowany, pozostaje on żywotną częścią całości, trwającym elementem dziedzictwa rewolucji, którego inni mogą bronić. Te cztery projekty określam jako Oświecenie, rewolucyjny, cywilizujący i unaradawiający. Ten wielotorowy model kulturowy, wraz z politycznym dziedzictwem zdobycia władzy oraz modelem ekonomicznym gospodarki kontrolowanej przez państwo składają się na całościowy archetyp, który rewolucja rosyjska może reprezentować. Jego zasadnicze cechy to konsekwentna determinacja do obalenia systemu i zastąpienia go innym, charakteryzującym się gwałtownym wzrostem gospodarczym przy użyciu lokalnych zasobów i zaangażowaniem na rzecz ideologicznego komunitaryzmu; edukacja i kulturalne „podniesienie mas”, wreszcie przywództwo oparte na samozwańczej partii awangardy ukazującej siebie jako faktyczny i niekwestionowany lider narodu.

Leninowska polityka: lewica ją traci, prawica odkrywa

Zacznijmy od aspektu politycznego, czyli od skupienia na zdobyciu i utrzymaniu niepodzielnej władzy, oczywiście w imię kolektywnego dobra. Zachodnia lewica tak naprawdę porzuciła te aspiracje stosunkowo szybko. Po kilku nieudanych próbach zdobycia władzy w stylu leninowskim – w roku 1919 w Niemczech, na Węgrzech i w krajach bałtyckich[viii] – żadna zachodnia partia komunistyczna nie próbowała więcej pójść tą drogą. Partie socjalistyczne, co oczywiste, były przeciwne takim próbom od samego początku. Inaczej niż Lenin pozostały wierne Marksowskiej teorii etapów; w okresie międzywojennym europejskie partie socjalistyczne były znane raczej z bierności. Odrzuciły Leninowski postulat zdobycia władzy, oczekując jej przejęcia wskutek upadku kapitalizmu. Ta taktyka budziła zachwyt faszystów. Socjaliści, jak pisał Mussolini, byli „impotentami zarówno jako reformiści i jako rewolucjoniści. Nie podejmują akcji ani w parlamencie, ani na ulicach”, przygotowując tym samym grunt dla faszystów „wcześniej, niż moglibyśmy oczekiwać”[ix]. Partie komunistyczne z kolei mierzyły się ze znacznym poziomem represji, a do przejęcia władzy przez Hitlera ich gniew zwracał się głównie przeciwko socjalistycznym rywalom na lewicy. W tym samym czasie rozczarowani leniniści ze Szkoły Frankfurckiej zerwali z leninowską orientacją na zdobycie władzy, w dużej mierze dlatego, że postępowanie Lenina w warunkach silnego sprzeciwu (czego Lenin nigdy nie negował i dlatego właśnie rozwiązał Konstytuantę i oczyścił rady z niebolszewików) wygenerowało nieprzezwyciężalne przeszkody dla budowy socjalizmu.

Boris Kustodiew, Bolszewik (1920)

Jak zauważył Perry Anderson, myślenie Szkoły Frankfurckiej opierało się na „powszechnym i ukrytym pesymizmie”[x]. Jej teoretycy widzieli, że choć Leninowski gambit zadziałał, to w radzieckim państwie robotników dominowała alienacja i racjonalność techniczna, podczas gdy w innych krajach szeregi proletariuszy opanowywał faszyzm. Frankfurtczycy zaczęli zwracać uwagę na podmiotowość i kulturowe warunki możliwości socjalizmu, porzucając zdobycie władzy nawet wówczas, gdyby było ono możliwe. To jednak Gramsci dobudował do tej postawy dźwignię teoretyczną, postulując odejście od leninizmu z jego koncentracją na władzy państwowej, w zamian zaś wskazywał na potrzebę uzyskania hegemonii ideologicznej w kluczowych węzłach społeczeństwa obywatelskiego. Zachodni marksiści – zarówno ci od Gramsciego, jak i Szkoła Frankfurcka – zachowali szacunek dla Lenina i rewolucji rosyjskiej jako radykalnego momentu zwrotnego. Wierzyli jednak mocno, że lewica nie powinna podążać tamtą drogą.

Poza oficjalnymi partiami komunistycznymi być może najważniejszą siłą zawsze otwarcie lojalną wobec rewolucji rosyjskiej w okresie międzywojennym byli trockiści. Stanowisko Trockiego było nieco zawiłe: przywiązanie do rewolucji jako historycznego osiągnięcia klasy robotniczej, która jednocześnie zdradziła klasę robotniczą, przez co domagała się obalenia stalinowskiej „biurokracji”, aby znów móc stanowić wzór do naśladowania. Doradzając innym, Trocki wspierał zdobywanie władzy co do zasady, ale często je odradzał w danym momencie. Kiedy globalny kapitalizm ustabilizował się po II wojnie światowej, trockizm wyraźnie osłabł. Przyjmował zdrową postawę „bierz licho wasze domy” wobec obydwu stron Zimnej Wojny. Nic dziwnego, że trockiści należeli do najbardziej zagorzałych zwolenników dysydenckich ruchów opozycyjnych w Europie Wschodniej. Ich skupienie na rewolucji i władzy państwowej, wraz z brakiem jakiegokolwiek państwa, któremu mogliby okazywać solidarność, stopniowo pozbawiało ich ostatnich resztek wpływów.

Leninowska polityka zawitała oczywiście do Europy Wschodniej w okresie powojennym, ale wyłącznie za sprawą Stalina i Armii Czerwonej. Komuniści obiecali chłopom ziemię, robotnikom władzę, a do tego gospodarkę mieszaną i „demokrację ludową” z wyborami, ale do 1949 roku wszystkie te obietnice złamali i skonsolidowali władzę we własnych rękach. Na Zachodzie jednak nawet silne partie komunistyczne ani nie próbowały zdobywać władzy, ani też Stalin nie życzył sobie, by to robiły. Potężne partie, jakie wyrosły we Francji i we Włoszech, tak naprawdę stały gotowe na rozkazy od Stalina, bez wielkich protestów w partyjnych szeregach[xi].

Powojenna lewica na Zachodzie zyskiwała jednak gwałtownie na znaczeniu. Po II wojnie światowej nie przywrócono bowiem przedwojennego liberalizmu, lecz zainstalowano kapitalizm nowy, „nowoczesny kapitalizm”[xii], kształtowany pod wpływem socjaldemokracji. Walka z faszyzmem wytworzyła silne uczucia wspólnotowe. Polityka państwa sprzyjała silnym związkom zawodowym, hojnemu zabezpieczeniu społecznemu, a także boomowi edukacyjnego, który wkrótce wyniósł miliony robotników do nowej klasy średniej. Nowy konsensus był na tyle silny, że trzymały się go nawet rządy konserwatywne. Przypomnijmy sobie tylko peany Berniego Sandersa z kampanii wyborczej 2016 roku na cześć polityki podatkowej prezydenta Eisenhowera). Wraz z inkluzją świata pracy większą niż kiedykolwiek wcześniej kapitalizm mógł zaoferować, a także wraz z rozrostem instytucji publicznych, państwowych i edukacyjnych, do których mieli dostęp również lewicowcy, Gramsciańska trajektoria rozwijała się obiecująco.

Choć zachodni lewicowcy odrzucali leninowskie dziedzictwo we własnych krajach, często wspierali je w przypadku ruchów wyzwoleńczych Trzeciego Świata. Również i to zmieniło się jednak w połowie lat 70., zwłaszcza gdy oczywiste stały się konsekwencje zdobycia władzy przez Czerwonych Khmerów. Wówczas wielu lewicowców postrzegało maoistowskie Chiny jako niosące pochodnię prawdziwego leninizmu na przekór geriatrycznej biurokracji ZSRR i popierało właśnie kambodżańskich maoistów. Kiedy jednak skali rozpętanego terroru nie dało się ukryć, duża część zachodniej lewicy pozostała z niesmakiem, odrzucając czy wręcz żałując swej wcześniejszej fascynacji „trzecioświatowością” z jej przekonaniem – odtąd krytykowanym jako pobłażliwy orientalizm – że zdobyta przez kolonizowane narody władza będzie inna i bardziej ludzka, choćby motywowały je Fanonowskie wyobrażenia na temat przemocy.

Wtedy na scenę z impetem wkracza czarujące społeczeństwo obywatelskie, demokratyczna odnowa zapowiadana przez nowych, lewicowych antykomunistów z Europy Wschodniej. Trudno przecenić skalę, na jaką ten właśnie ruch oczarował zachodnią lewicę[xiii]. Sami nazywający siebie lewicowcami opozycjoniści rzucają wyzwanie pseudolewicowemu reżimowi, robią to w imię poszerzonej demokracji opartej na czynnym uczestnictwie wszystkich obywateli: to działało na nową lewicę, ale i na sporą część starej. Ironią losu, tylko dlatego, że państwowy socjalizm nie dopuszczał żadnej perspektywy kapitalistycznej transformacji, te radykalnie demokratyczne aspekty ruchu mogły zabłysnąć. Nie będąc w stanie przeobrazić gospodarki (a więc też musząc się obejść bez masowych wystąpień, które by to za sobą pociągnęło i które niedługo później faktycznie nastąpiły), opozycjoniści mogli się skupić się na wymyślaniu demokracji od nowa.

Do lat 80. zatem już niewielu ludzi zachodniej lewicy wierzyło, że zdobycie władzy było możliwe i w ogóle pożądane. Z rewolucji rosyjskiej wyciągnęli taką głównie lekcję, że ludzie skupieni na zdobywaniu władzy potem będą skupieni głównie na jej utrzymaniu. „To odmienieni ludzie mogą odmienić świat”: tak wyglądała wrażliwość tej nowej lewicy. A wschodnioeuropejska odmiana społeczeństwa obywatelskiego, zwłaszcza w Polsce od czasu uformowania się ruchu Solidarności, pokazywała, jak ludzie sami się zmieniają, stając się ufnym w swe siły aktorem zbiorowym, który może stworzyć społeczeństwo nowego typu.

Jeśli chodzi o radykalną prawicę, to aż do niedawna była ona zmarginalizowana. Do końca lat 30. niemal cała prawica albo stała się faszystowska, albo przed faszyzmem skapitulowała. Późniejsza klęska Hitlera owiała faszyzm złą sławą. Radykalna prawica straciła swój potencjał, a sukces socjaldemokratycznego, „regulowanego kapitalizmu” już wkrótce stał się podstawą dla lewicowo-postępowej hegemonii[xiv]. Kryzys powojennego konsensusu za sprawą globalizacji, która pozwoliła biznesowi wypowiedzieć go dla zysku, przyspieszył nadejście nowej epoki neoliberalizmu, który dążył do wycofania się państw z przyjaznych światu pracy rozwiązań z przeszłości, zachowując potencjał wzrostu poprzez dług, zarówno publiczny, jak i prywatny[xv]. Jak stało się dziś jasne, kryzys neoliberalizmu z 2008 roku rozpoczął okres niepokojów i niepewności, w którym zbyt wielu ludzi ma zbyt małe szanse na dające status klasy średniej miejsca pracy znane z okresu powojennego – i ten właśnie okres przywrócił radykalnej prawicy jej moc i znaczenie. W końcu to jedyny nurt, który może powiedzieć – zgodnie z prawdą – że nie miał nic wspólnego z całym powojennym systemem społeczno-gospodarczym. Jedyny, który może zaprezentować się jako nowy i świeży.

Ta nowa radykalna prawica najpierw urosła w siłę w Europie Wschodniej. Za sprawą gorliwości, z jaką tamtejsze społeczeństwa powitały kapitalizm po upadku ustroju socjalistycznego, wzrost znaczenia takiej prawicy nie jest bardzo zaskakujący. Nie stawiając żadnego oporu, nawet wschodnioeuropejskie związki zawodowe przyczyniły się do tego, że rodzący się kapitalizm stał się wybitnie nieznośny. Ja sam pamiętam, jak wysoka rangą menadżerka Procter&Gamble mówiła mi w 1991 roku, że jej firma spodziewała się twardych negocjacji z NSZZ Solidarność, gdy firma zbudowała w Polsce pierwszą fabrykę, ale związek od początku dał korporacji carte blanche – którego P&G nawet nie chciała – zakładając, że prywatni właściciele z pewnością lepiej zaopiekują się robotnikami, niż robił to właściciel państwowy. Europa Wschodnia wcześniej niż inne regiony doświadczyła kryzysu neoliberalizmu, gdyż nie był on tam zbudowany na bazie socjaldemokratycznego kapitalizmu, lecz stanowił jedyną jego formę, jakiej region zaznał po roku 1989. Związki broniące robotników przed kapitalizmem nie stały się słabsze po roku 1989; były raczej słabe od samego początku. Słabe związki, skojarzenie lewicy z opresyjną władzą partii komunistycznej i wynikający z tego kult kapitalizmu jako „wroga naszego wroga” stworzyły ostatecznie żyzny grunt dla pojawienia się silnej antydemokratycznej prawicy[xvi].

Chociaż nowe partie prawicy – PiS w Polsce i Fidesz na Węgrzech to najważniejsze przykłady – zawsze podkreślają swój antykomunizm, uporczywie sięgały po głosy tych, którzy tęsknią za kolektywistycznym etosem, jaki zapewniał państwowy socjalizm. W swojej kampanii prezydenckiej z 2010 roku Jarosław Kaczyński mówił życzliwie o czasach Gomułki, będących szczytowymi latami tzw. narodowego komunizmu. Fidesz zdobył pełnię władzy na Węgrzech w roku 2010, PiS zaledwie pięć lat później. Choć obydwie ekipy doszły do władzy w ramach systemów parlamentarnych sankcjonowanych przez Unię Europejską, zobowiązanych przestrzegać praw mniejszości politycznych, promować w publicznej sferze pluralizm i wynosić profesjonalizm ponad lojalności partyjne, najbardziej charakterystyczną cechą ich rządów – najsilniej przywodzącą na myśl klasyczne praktyki bolszewików – jest konsekwentny wysiłek na rzecz skonsolidowania całej władzy we własnych rękach. Opozycję wykluczono z kluczowych komisji, zamieniono media publiczne w tuby propagandowe rządu, sądy odarto z niezależności i forsowano zmieniające ustrój ustawy bez publicznej dyskusji[xvii]. Drastyczne manipulacje granicami okręgów w połączeniu z nową ordynacją wyborczą pozbawiły opozycję szansy realnego konkurowania w wyborach na Węgrzech, PiS grozi tym samym w Polsce[xviii].

Podczas gdy współczesna lewica jest właściwie jednomyślna w swym potępieniu wszelkich wysiłków zmierzających do ograniczania demokracji – czy to na Węgrzech, w Polsce, w Turcji czy w Ameryce Trumpa – leninowski aspekt rewolucji październikowej, skupiający się na przejęciu kontroli na państwem i wyeliminowaniu opozycji znajduje silnych zwolenników na współczesnej prawicy. Prawica nie pochwala celów rosyjskiej rewolucji, lecz podziwia zdolności, determinację i skupienie na celu, jakim dla bolszewików było zdobycie władzy. Prawica nie chce, by odmienieni ludzie zmieniali świat. Tak jak Lenin, chce zmienić sam świat, a ludzi zmienić po drodze.

Ktoś mógłby zapytać, czy radykalna lewica nie jest wciąż przywiązana do leninowskich i bolszewickich reguł, nawet jeśli obecnie nie jest w stanie swojej agendy przeforsować? Otóż nie jest. Weźmy „chavismo” w Wenezueli, najgłośniejszy ruch radykalnej lewicy, który doszedł do władzy w ostatnim czasie. Trudno przecenić skalę różnic względem bolszewizmu. Po nieudanej próbie zamachu stanu Hugo Chavez doszedł do władzy w wyniku demokratycznych wyborów w roku 1999, nie mając za sobą żadnej partii. Swą władzę zbudował finansując i wspierając liczne inicjatywy obywatelskie, odrzucając przy tym przejmowanie instytucji państwowych. Jak określił to Greg Grandin, „chavismo było anarchicznym, otwartym dla wszystkich ruchem tysięcy oddolnych organizacji masowych, rad miejskich, spółdzielni, związków chłopskich i mediów społecznych”[xix]. Zamiast bolszewickiego czy nowoprawicowego modelu kierowanego przez partię państwa w służbie ludowi, Chavez większość państwa zostawił w rękach burżuazji, realizując politykę dobrobytu przekazując wpływy z ropy naftowej do „niesamowitej plejady nowych organizacji nazywanych misiones, zaprojektowanych po to, by ominąć istniejącą biurokrację”[xx]. Choć z czasem zainicjował utworzenie Socjalistycznej Partii Jedności, rozmaite „misje” ruchy społecznego na rzecz ochrony zdrowia, mieszkalnictwa, edukacji, reformy rolnej, praw rdzennej ludności i inne, które składały się na Chavezowską „rewolucję boliwariańską” nigdy nie zostały wcielone do struktur partii. Brak upartyjnienia państwa, oparcie się na ruchach obywatelskich i brak starań, by zastąpić wenezuelskie elity: tak właśnie wyglądał niebolszewicki model, który zdobył podziw dużej części współczesnej lewicy.

Tak naprawdę to dopiero następca Chaveza, Nicolás Maduro rozpoczął przejmowanie władzy państwowej od 2016 roku – zawieszając wybory gubernatorów, przejmując Sąd Najwyższy, uniemożliwiając kontrolowanemu przez opozycję Zgromadzeniu Narodowemu przyjmowanie co istotniejszych ustaw, a następnie posuwając się do przepisania konstytucji, by zapewnić sobie utrzymanie władzy dzięki stworzeniu nowej, zależnej od państwa elity. Dopiero wówczas duża część lewicy zaczęła odrzucać reżim wenezuelski[xxi], chociaż to wcześniejsza rezygnacja z przejęcia państwa przyczyniła się do słabości rewolucji po śmierci Chaveza, kiedy lecące w dół ceny ropy zamroziły środki przeznaczone na politykę społeczną i pozwoliły nietkniętym, energicznym elitom opozycyjnym wzbudzić poważne niezadowolenie społeczne. Fakt, że Wenezuela straciła większość poparcia międzynarodowej lewicy właśnie wtedy, gdy zabrała się za przechwycenie pełni władzy państwowej i zwalczanie opozycji, pokazuje, do jakiego stopnia bolszewickie postawy na lewicy osłabły. Znów, to raczej radykalna prawica, nie lewica przypomina dziś politycznie bolszewizm.

Kulturowe dziedzictwo rewolucji rosyjskiej i jego spadkobiercy

Ponieważ związek prawicy z rewolucją październikową staje się jasny, tylko jeśli uwzględnimy jej kulturowe aspekty, przejdźmy właśnie do nich. Jak już wspominałem, dzielę kulturowe dziedzictwo rewolucji na cztery projekty, względnie cztery Heglowskie momenty: oświecenie, rewolucyjny, cywilizujący i unaradawiający.

Projekt oświecenia jest tym, z którego okres rosyjskiej rewolucji w sferze kultury jest najbardziej znany. Bolszewicy objęli władzę i zabrali się za uczenie ludzi czytać, wynieśli naukę ponad religię a rozum ponad wiarę. Bolszewicy byli modernizatorami, okcydentalistami próbującymi przenieść „zacofany” (to ich własne pojęcie) lud do świata nauki i technologii. Świadectwem ich zaangażowania były słynne pociągi rozsyłane po kraju w czasie wojny domowej – skromne zasoby wycofywano z bitwy po to, by uczyć ludzi czytać i zdobywać ich dla sprawy rewolucji. Aby uczyć nauki i odciągać ludzi od religii, kulturowi rewolucjoniści usuwali zmumifikowanych kapłanów z trumien, pokazując wiernym, że nawet święci ludzie się rozkładają, i prowadzili pokazowe lekcje przyrody, by wyjaśnić jak i dlaczego tak się dzieje[xxii].

Lewicowi awangardyści, jak Majakowski, którzy niegdyś chcieli zaszokować stare klasy panujące, z zapałem dołączyli do rewolucji, projektując plakaty obrazkowe uczące alfabetu na dekady przed Ulicą Sezamkową, dla siebie zaś wynajdując nowe, modernistyczne, zaangażowane społecznie nurty artystyczne. Dla bolszewików wszystko to były części tego samego projektu. Niepiśmiennych trzeba było nauczyć podstaw, aby i oni mogli uczestniczyć w najlepszym z tego, co świat i twórczy umysł ludzki miały do zaoferowania.

Bolszewickie przywiązanie do masowego oświecenia publicznego pozwoliło zjednać dla komunizmu zachodnich intelektualistów na całe dekady. Aż do rewolucji elity zazwyczaj oscylowały między ignorowaniem, zabawianiem a represjonowaniem „mas”. Wkrótce potem nacjonaliści i faszyści próbowali uwieść je widowiskiem, rozmachem i nowym kultem wiary. Bolszewicy postrzegali siebie jako nauczycieli, a legiony intelektualistów zareagowały na to z sympatią. Nawet dziś zwolennicy Kuby, wciąż podkreślający solidarność z rewolucją październikową, bronią kubańskiego reżimu, wskazując, jak wielu nauczycieli i lekarzy on wykształcił.

Rewolucja i Związek Radziecki zasługują na uznanie za uruchomienie projektu oświecenia wśród robotników. W kolejnych dekadach, zwłaszcza po II wojnie światowej, edukacja mas stała się jednak czymś powszechnym. Eric Hobsbawm pisze o masowym wzroście liczby instytucji edukacyjnych w powojennej Europie, przeznaczonych właśnie dla nowych robotników gwałtownie wyrywanych ze wsi, tak jak stało się to w Rosji[xxiii]. Podobny, choć wolniejszy proces dokonał się względem rasy. Odrzucenie rasizmu było kolejnym elementem projektu oświecenia, który zyskał bolszewikom poparcie gdzie indziej. Mimo ideologii tak samoświadomie utożsamianej z nauką bolszewicy nigdy nie uznali naukowego rasizmu (choć uporczywie podtrzymywali paternalistyczny stosunek do Azji Środkowej). Po detronizacji rasizmu po II wojnie światowej nie tylko jednak komuniści opowiadali się za równymi prawami. „Daily Worker”, czyli dziennik partii komunistycznej mógł być jedyną gazetą piszącą obszernie o czarnym Jackie Robinsonie zanim ten zagrał w bejsbolowej Major League w 1946 roku, ale w ciągu dekady czy dwóch także liberałowie stali się wyrazistymi antyrasistami[xxiv].

Jackie Robinson jako zawodnik Brooklyn Dodgers

Projekt oświecenia w dużej mierze przeniknął do liberałów i innych postępowców. Ludzie domagający się dalszego postępu w sferze edukacji publicznej czy tolerancji etnicznej i rasowej nie uważają się już za spadkobierców rewolucji październikowej. Jeśli zaś chodzi o nową populistyczną prawicę, to wobec tej tradycji pozostała ona wroga, na co jasno wskazuje jej rasistowska i dyskryminująca retoryka, czasem tylko skrywana pod hasłem walki z „polityczną poprawnością”.

Projekt rewolucyjny w kulturze, a więc drugi aspekt kulturowego dziedzictwa rewolucji dotyczy przede wszystkim odrzucenia istniejących instytucji, jak szkoły oraz organizacje naukowe i zawodowe, na rzecz „proletariackiej” kultury, podkreślając absolutną wierność rewolucji jako jedyną akceptowalną regułę przewodnią. Projekt ten nie mógł wystartować, dopóki żył Lenin. Słynący z argumentacji, że naukę socjalizmu rozwinęli „wykształceni reprezentanci klas posiadających” oraz że „Marks i Engels sami należeli do burżuazyjnej inteligencji”[xxv], Lenin nie mógł być nigdy wiarygodnym pogromcą konwencjonalnych norm naukowych czy artystycznych. Po śmierci Lenina, dzięki wielu szeregowym bolszewikom rozczarowanym całym szeregiem „burżuazyjnych” norm przywróconych w ramach NEP urósł też ruch rewolucji kulturalnej osiągając swój szczyt w późnych latach 20., kiedy to atak Stalina na NEP przyniósł kampanię partyjnych dołów wymierzoną w intelektualizm w ogólności.

Bezczelni bolszewiccy radykałowie starali się obalić istniejącą biurokrację, rozwiązać szkoły i uniwersytety i zastąpić „burżuazyjnych” intelektualistów robotnikami, którzy mieli pokazać, że osiągnięcia komunizmu nie mają granic, a wszelkie apele o umiarkowanie są bezpodstawne i antysocjalistyczne. Zawodowe organizacje nauczycieli, architektów, historyków, socjologów, psychologów, biologów i wielu innych profesji zostały przejęte lub zwyczajnie zastąpione innymi. Pisarzom nakazano, by stali się „pisarzami-bojownikami”[xxvi].

To właśnie ten projekt rewolucyjny w pełni przyswoiła sobie dzisiejsza prawica populistyczna. Ona również odrzuca intelektualistów i profesjonalistów z czasów ich poprzedzających. Rosyjscy rewolucjoniści kulturalni próbowali usunąć niebolszewików. W dzisiejszej Polsce i na Węgrzech prawica próbuje oczyścić sądy, media, służbę cywilną, szkoły i organizacje zawodowe nie tylko z „komunistów”, bo to nastąpiło już dawno temu – lecz z „liberałów” i wszystkich nominowanych w czasach rządów obecnej opozycji. Zgodnie z nowymi zasadmi biurokraci nie muszą mieć doświadczenia w swych dziedzinach, lecz muszą być za to pozbawionymi pewności zatrudnienia stronnikami partii rządzącej. W Stanach Zjednoczonych Donald Trump wybiera wrogów poszczególnych agend po to, by stanęli na ich czele, a Newt Gingrich wzywa do skończenia z gwarancjami zatrudnienia dla pracowników federalnych, mając nadzieję na zastąpienie ekspertów działaczami partyjnymi na wszystkich poziomach. „Precz z elitami, wpuśćmy zwykłych ludzi!” – krzyczą radykalni populiści prawicowi na Śląsku i w Zachodniej Wirginii, stając po stronie górników, a przeciwko „antyrobotniczej nauce” o zmianie klimatu.

Tak jak rewolucjoniści od kultury atakowali NEP-owskich urzędników za doradzanie cierpliwości i podkreślanie trudności na drodze do osiągnięcia socjalizmu, tak też Jarosław Kaczyński zarzuca swym poprzednikom, świadomym ograniczeń, z jakimi mierzy się Polska jako mały kraj, promowanie „imposybilizmu”. Jeśli rozum podpowiada nam, że celu nie da się zrealizować, tym gorzej dla rozumu. Rzeczywistość można zmienić i to zmienić szybko, jeśli tylko będziemy wystarczająco uparci.

Za sprawą swych sukcesów w przenikaniu do instytucji dzisiejsza lewica porzuciła terytorium rewolucyjnej kultury. Faktycznie to prawica dokonuje dziś kulturalnej kontrrewolucji właśnie po to, by pozbyć się lewicy. Oczywiście mówimy o lewicy socjaldemokratycznej, liberalno-postępowej, a nie lewicy komunistycznej, ta ostatnia bardzo straciła na znaczeniu przez ostatnie sto lat, w dużej mierze dlatego, że tak wiele jej postulatów – dotyczących zabezpieczenia społecznego, praw pracowniczych, edukacji, autonomii – zostało wcielonych w życie.

Bardzo trudno byłoby zaprzeczyć, że lewica przeniknęła głęboko do panujących instytucji kulturalnych i intelektualnych. Dość ironiczny fakt wygodnego usadowienia lewicowych działaczy na uniwersytetach powszechnie zauważano od lat i często uznawano za czynnik zarówno stępiający wyrazistość lewicy, jak również rozluźniający jej więź z dawną bazą, czyli klasą robotniczą [xxvii]. W Polsce, na Węgrzech i w USA to uczelnie były bastionem opozycji wobec prawicy, która wygrywała z kolei politycznie. Zamiast dążyć do rewolucji kulturalnej w stylu bolszewickim dzisiejsza lewica stara się zachować niezależność tych instytucji, w których zachowuje wpływy. Jednocześnie rząd węgierski próbuje zdelegalizować Uniwersytet Środkowoeuropejski, władze rosyjskie zamykają Uniwersytet Europejski w Petersburgu, zaś Erdogan w Turcji przeprowadził całościową czystkę w instytucjach oświatowych i w służbie cywilnej. Także i pod tym względem, radykałowie są na prawicy.

Stalin udzielał rewolucjonistom kultury raczej letniego poparcia i zerwał z nimi ostatecznie w roku 1934. Wraz z oficjalnym ogłoszeniem osiągnięcia etapu socjalizmu, ludzi i instytucje, które do tego historycznego sukcesu się przyczyniły należało wynagrodzić. Ludzie mieli odtąd żyć „normalnym” życiem. Promowano konsumpcję materialną, fetowano wartości rodzinne, chwalono dyscyplinę[xxviii]. Nadszedł czas projektu cywilizacyjnego.

Szara plama puszcza płyty

Zerwawszy zarówno z polityką kulturalną NEP-u, jak również z rewolucją kulturalną, kulturowa nadbudowa uznawana za właściwą dla nowej socjalistycznej bazy tworzonej wraz z Planem Pięcioletnim, masową industrializacją i urbanizacją była konserwatywna. Ten przewrót w kulturze uczynił sowieckie społeczeństwo bardziej przyswajalnym dla tradycyjnych i apolitycznych obywateli, tych zmęczonych niekończącą się polityzacją życia codziennego i wreszcie tych mniej predysponowanych psychologicznie do zmiany. Kobiety zmęczone seksualnym napastowaniem racjonalizowanym jako rewolucyjna „wolna miłość” i skłonne pozbyć się zjawiska „czerwonych donżuanów” chętnie popierały kolejne potępienia „seksualnej anarchii” i pochwały tradycyjnego małżeństwa, choć już niekoniecznie pogardę, jaką obdarzono teraz masturbację[xxix]. Tradycjonaliści krytyczni wobec dzieła i stylu życia radykalnych artystów poprzedniej dekady docenili oficjalne poparcie dla spokojniejszej, bardziej konserwatywnej, mniej angażującej i tym samym bardziej „popularnej” sztuki i literatury. Dla tych grup kulturowy zwrot uczynił państwowy socjalizm niemal „normalnym”.

Ten nowy zwrot zniechęcił jednak dużą część zwolenników wśród międzynarodowej lewicy. Nie od razu: w latach 30. wielu zachodnich lewicowców również popierało tradycjonalistyczną estetykę jako sposób dotarcia do „zwykłych ludzi”. Od lat 60., wraz z pojawieniem się feminizmu drugiej fali i dominacją kontrkultury lewica stała się niemal jednogłośnie antytradycjonalistyczna. Dziś trudno byłoby znaleźć lewicę akceptującą taki państwowo-socjalistyczny konserwatyzm. Ta część rewolucji październikowej dziś należy do prawicy, która pochwala tradycjonalizm jako krynicę nowego społeczeństwa, a wielu jej działaczy wprost popiera Władimira Putina, który dziś taką politykę uosabia.

Ironia losu polega na tym, że to właśnie za sprawą kolejnych kroków poczynionych przez lewicę i postępowców na rzecz promowania projektu oświecenia, dzisiejsza prawica sięga po rewolucję kulturalną po to, by zaprowadzić kontrrewolucyjny tradycjonalizm, podczas gdy w Związku Radzieckim rewolucję kulturalną zablokowano, by utorować drogę tradycjonalizmowi. Ostatecznie jednak projekt cywilizujący również jest tą częścią dziedzictwa rewolucji, którą w pełni opanowała prawica.

A co z narodami? Bolszewicy mieli obsesję na punkcie narodów, choć nigdy nie wiedzieli do końca, jak się z nimi obchodzić. Pierwszym krokiem w roku 1917 było danie im swobody opuszczenia imperium rosyjskiego. I faktycznie to zrobiły. Ale w jakim kierunku? Rok po rewolucji wszystkie środkowoeuropejskie mocarstwa były pogrążone w chaosie. Nie było ani wyraźnych granic, a w epoce rewolucji i nacjonalizmu, także łatwych ścieżek ich wytyczenia. Rewolucyjna Rosja początkowo nie starała się o wyraźne granice czy o państwa. Chciała i wierzyła, że potrzebuje rewolucji. Zaczęła zatem wywoływać rewolucje na tych obszarach, które wyłamały się z Imperium, przy czym rewolucję rozumiano jako takie same zdobycie władzy, jakiego dokonano w Piotrogrodzie. Te miejsca, gdzie się udało włączono do nowo powstałego Związku Radzieckiego w roku 1922. Nowy kraj, tak jak i stare imperium, znów obejmował całe mnóstwo narodów.

Konstantin Mielnikow, Finalny szkic pawilonu ZSRR na Miedzynarodową wystawę współczesnej sztuki dekoracyjnej i wzornictwa w Paryżu, narysowany w grudniu 1924 roku.

Zapanowała schizofrenia. W swych pierwszych latach Związek Radziecki stosował politykę wspierania nacjonalizmów wewnątrz radzieckich granic. Etnografowie i antropolodzy podzielili koncepcyjnie nierosyjską ludność na odrębne narody. Państwo narzucało wówczas narodowość ich rzekomym członkom, nawet jeśli oni sami sobie tego nie życzyli. Chłopów mówiących po ukraińsku uznawano czasem za Polaków i nawet jeśli ich samych ten rozdźwięk niewiele obchodził, to miał on znaczenie dla urzędników, którzy zasypali region polskojęzycznymi materiałami, które nikomu nie mogły się przydać[xxx]. Do późnych lat 20. w ZSRR rozkwitał nierosyjski nacjonalizm. Tak bardzo, że wraz z rewolucją stalinowską zamieniono priorytety. Te same narody, które jeszcze wczoraj sztucznie wspierano, teraz okazały się celem ataków jako niebezpieczni nacjonaliści i potencjalne piąte kolumny. Przymusowa deportacja całych narodów, jak Koreańczycy czy Tatarzy, na Syberię zaczęła się w początku lat 30. i trwała dalej w czasie II wojny światowej.

Jedynym wspólnym czynnikiem jest tutaj ciągłość nacjonalizmu. Jak wskazywał Terry Martin, można by oczekiwać, że bolszewicy ze swym marksizmem i antyimperializmem odrzucą naród jako kategorię kluczową i „zamiast tego popierać będą jedność całej ludzkości”[xxxi]. Tymczasem nie, mieli oni na punkcie narodów obsesję. Nic dziwnego, że szybko przyciągnęli do swojej sprawy prawicowych nacjonalistów. W Rosji wielu dawnych entuzjastów caratu zaczęło doceniać władzę radziecką za odtworzenie rosyjskiej potęgi[xxxii]. Na Litwie po II wojnie światowej nacjonaliści wiwatowali, gdy Sowieci wyrzucili Polaków z Wilna[xxxiii], a z kolei w Polsce przedwojenny lider faszystów Bolesław Piasecki stał się twardym zwolennikiem reżimu, który z kolei zawsze legitymizował się na podstawie twierdzenia, że wreszcie realizuje wolę polskiego narodu[xxxiv].

Multikulturalizm byłby bardziej na miejscu – dziś to jest zasada popierana zazwyczaj przez lewicę, która w efekcie nie bardzo ma czego szukać w znanych z pierwszych dekad rosyjskiej rewolucji praktykach tworzenia narodów[xxxv]. Dzisiejsza prawica jednak uwielbia tę tradycję. Nacjonalizm to oczywiście główne hasło dzisiejszych prawicowych populistów. Uczynić Amerykę Znowu Wielką czy Polskę albo Węgry na powrót silnymi i niepodległymi – takie slogany mają z pewnością więcej wspólnego z praktyką rewolucji niż odwołania do multikulturalizmu czy kosmopolityzmu, do których przywiązana jest dzisiejsza lewica.

Wciąż nie jest rozpoznany stopień, do jakiego bolszewicy kreowali narody. Nawet krótkotrwała rewolucja węgierska z 1919 roku broniła narodowych wartości, zyskując poparcie dzięki przeciwstawieniu się zagranicznym planom utworzenia małych, kadłubowych Węgier. Obecna predylekcja lewicy do współpracy na poziomie regionalnym czy międzynarodowym, np. w postaci Unii Europejskiej (zwłaszcza bardziej demokratycznej) w bolszewickim dziedzictwie nie znajdzie zbyt wiele inspiracji. Projekty unaradawiające rosyjskiej rewolucji dziś zbiegają się wyraźnie z projektami prawicy.

Lewicowy faszyzm, po raz kolejny

Jeśli chodzi o politykę gospodarczą, to nawet w tym obszarze populistyczna prawica ma coś wspólnego z dziedzictwem rewolucji. W czasach, gdy niewielu lewicowców domaga się państwowej kontroli nad przemysłem, właśnie to forsują dziś prawicowcy w Polsce i na Węgrzech. Oczywiście nie są oni zwolennikami totalnej nacjonalizacji, ale ich głównym wrogiem jest, jak sami mówią, liberalizm. Po pierwsze chodzi im o pozbycie się powojennego liberalizmu politycznego z jego ochroną jednostek i założeniem istnienia niezależnego społeczeństwa obywatelskiego. Po drugie o odrzucenie powojennego socjaldemokratycznego dodatku do liberalizmu, względnie związków zawodowych, na rzecz nadrzędnej roli państwa[xxxvi]. Po trzecie zrywają oni z determinizmem rynkowym i zakazem interwencji rządu w gospodarkę – krótko mówiąc, z neoliberalizmem. Dzisiejsza lewica szuka zerwania z neoliberalizmem na rzecz większej demokracji i partycypacji obywatelskiej. Prawica robi w celu zwiększenia kontroli państwa tak, aby partia reprezentująca naród mogła sprawić, że gospodarka będzie służyć narodowi – dokładnie to zawsze głosili rosyjscy rewolucjoniści. To dlatego te populistyczne partie prawicowe tak często postrzegane są jako lewicowe: bo wzywają, by państwo zdyscyplinowało rynki (Trump obiecuje, że zrobi to on sam).

Przypomina się nam, że faszyzm w latach 30. także był często postrzegany jako ruch lewicowy, a niektórzy z tych, którzy nazywali się „narodowymi socjalistami” traktowali to drugie słowo równie poważnie jak pierwsze. Składali w ten sposób swoisty hołd rewolucji październikowej i próbowali przywłaszczyć sobie jej energię. Abstrahując od krytyki neoliberalizmu, w ich programie nie ma niczego, co mogłoby elektryzować współczesną lewicę. Jak już wskazywałem, poparcie lewicy dla państwowej kontroli w gospodarce wyraźnie osłabło. Nawet w czasach bolszewickich państwową własność środków produkcji często postrzegano jako konieczny, acz przejściowy substytut samorządności pracowniczej i powszechnej, demokratycznej kontroli nad gospodarką. Jej zwolennicy mogą znaleźć jakieś nawiązania do niej w przedrewolucyjnej retoryce bolszewickich przywódców i u całych legionów anarchistów czy radykałów, ale przecież nie w praktyce Rewolucji Rosyjskiej. W swej obronie kontroli rządzonego przez partię komunistyczną państwa nad gospodarką, prawicy znów dużo bliżej do rewolucyjnych realiów. Nie ulegając gorączce świętowania setnej rocznicy, lewica dobrze wie, co robi.

Dzisiejsza populistyczna prawica nacjonalistyczna posługuje się niektórymi lewicowymi sloganami, podobnie jak faszyści w latach 20. I tak np. PiS i Fidesz przyjęły ustawy wprowadzające kilka przyjaznych pracownikom instrumentów politycznych – niższe opłaty komunalne na Węgrzech, wyższą płacę minimalną i zasiłki na dzieci w Polsce, nowe opodatkowanie banków w obydwu krajach. Obydwa rządy konsekwentnie posługują się językiem antyimperializmu, który momentami przypomina głosy latynoamerykańskich teoretyków zależności. Ideolodzy PiS często mówią o Polsce jako kraju „postkolonialnym”, niegdyś zajętym przez Rosję, a obecnie wyzyskiwanym przez Zachód. Regularnie potępiają Unię Europejska za prowadzenie „neokolonialnej” polityki na wschodzie, przez co brzmią zupełnie jak marksistowscy radykałowie z Trzeciego Świata, których tak bardzo nienawidzą. Tak samo jak faszyści w latach 30. zyskiwali całkiem spore poparcie od byłych marksistów, szukających kogokolwiek, kto mógłby walczyć z kapitalizmem, tak też część z najbardziej zagorzałych zwolenników PiS sama była kiedyś marksistami, poszukującymi dziś partii, która zwalczy neoliberalizm. Niemało jest wcale wyborców PiS, których partią drugiego wyboru jest Razem, mała partia, która podobnie jak Podemos czy Syriza, stara się stawić czoła neoliberalizmowi od lewej strony.

Nie chodzi o to, że PiS czy Fidesz same widzą siebie jako naśladowców rewolucji rosyjskiej, ale że za sprawą społecznych i ekonomicznych postępów, jakie lewica poczyniła po II wojnie światowej, obecnie demontowanych ze względu na dominację neoliberalizmu, to raczej prawica niż lewica jest dziś antysystemowa i w tym sensie bliżej jej do dziedzictwa rewolucji. Lewica także odrzuca neoliberalizm, ale ponieważ stara się również zachować to, co uzyskała w czasach powojennego konsensusu socjaldemokratycznego, nie jest antysystemowa. Z kolei prawica nie widzi w powojennym systemie niemal niczego, co warto byłoby zachować. Odrzuca zarówno zorientowany na lewo regulowany kapitalizm i neokorporatyzm okresu powojennego, jak również neoliberalizm dominujący od lat 70. Dzisiejsza lewica odrzuca jedynie neoliberalizm. Zarówno więc w polityce i w kulturze, jak i w sferze gospodarki znajdziemy niespodziewane powiązania między współczesną prawicą a dziedzictwem rewolucji.

Nawet jeśli jej ideolodzy, ze swymi prowokacyjnymi odwołaniami do Lenina znajdują wiele radości w tej ironicznej analogii, dla samej prawicy chwalenie się takimi skojarzeniami nie ma sensu. Sama lewica zdaje się rozumieć realia: świętowanie tradycji rewolucji rosyjskiej jako żywotnej i ważnej mogłoby jej tylko zaszkodzić.

To, że rewolucja jest dziś bardziej istotna dla prawicy niż dla lewicy nie znaczy, że zawsze musi tak pozostać. O ile prawicy uda się zrealizować autorytarne aspiracje, można się spodziewać wzmocnienia lewicy radykalnej. Jeśli ustrój demokratyczny wciąż będzie w odwrocie, a społeczeństwo obywatelskie zostanie zmarginalizowane i podporządkowane państwu, antysystemowy duch lewicy może powrócić. Jeśli prawicowa kontrrewolucja przejmie kontrolę nad instytucjami, lewicowcy prowadzący Gramsciański marsz przez instytucje niespecjalnie będą mieli czego bronić. Tak samo zatem jak prawica dziś jest pod wyraźnym wrażeniem bolszewickiej determinacji w wywracaniu systemu do góry nogami, również i lewica może poczuć podobną pokusę. Niewykluczone, że wtedy lewicowi aktywiści wygrzebią spod ziemi tradycję rewolucji jako znów użyteczną.

Herbert Marcuse w 1955 roku

Czy poszłaby za tym aprobata dla koncentracji władzy – oczywiście w „dobrych” rękach – trudno powiedzieć. Jednym z ostatnich szeroko usłyszanych głosów na rzecz lewicowego monopolu władzy było wezwanie Herberta Marcuse do „represyjnej tolerancji” – propozycja uzasadniająca wykluczenie przeciwników, wykazująca podobieństwa do współczesnych tendencji prawicowych w Polsce, na Węgrzech czy w Turcji. Marcuse zaczyna od identyfikacji istniejącego systemu jako „demokracji totalitarnej” służącej interesom kapitalistycznych elit; na podobnej zasadzie teoretycy nowej prawicy zrównują dziś liberalizm z komunizmem[xxxvii]. Autor Człowieka jednowymiarowego wzywa do „zaniechania tolerancji wobec języka i zgromadzeń grup promujących politykę agresji”[xxxviii], do czego zmierza dziś prawica poprzez ograniczenia roli opozycji w parlamencie i zwiększanie kontroli nad mediami. Ograniczenie demokracji to jedyny sposób jej osiągnięcia, mówi nam Marcuse, podobnie jak Lenin, Kaczyński i Orban. O tyle, o ile radykalnej prawicy uda się przebić, ten sposób myślenia może znów okazać się sensowny dla jakiejś przyszłej lewicy.

Taki projekt nie mógłby mi się spodobać. Jako wieloletni i nieprzejednany lewicowy krytyk „realnego socjalizmu” państwowego będącego konsekwencją rewolucji rosyjskiej, jestem wciąż mocno przekonany, że autorytarna władza państwowa, nawet mająca służyć sprawiedliwości społecznej, kończy się kolosalną porażką dla lewicy, odzierając ją z jej wartości i niemal zawsze prowadzi do katastrofalnego i niepopularnego zdwojenia represji, jeśli tylko – a raczej kiedy tylko – pojawią się różne nowe problemy. Dla nowych pokoleń lewicy, świadomych autorytarnych skłonności widocznych u nowej prawicy, ale nie zmuszonych nigdy do poważnej refleksji nad sprzecznościami realnego socjalizmu państwowego, leninizm może okazać się propozycją kuszącą. Także w tym sensie tradycja rewolucji październikowej wciąż nie jest rozdziałem definitywnie zamkniętym.

przełożył Michał Sutowski

Już wkrótce rozmowa Wiktorii Bielaszyn i Pawła Pieniążka z Ilją Budtraitskisem oraz tekst Tomasza Borkowskiego o rewolucyjnym epizodzie z życia Kazimierza Pużaka.

*

PRZYPISY

[i]            Zdaniem wybitnej historyczki Sheili Fitzpatrick, tę zblazowaną postawę można dostrzec nawet w nowych badaniach na temat rewolucji. W recenzji kilku książek napisanych z okazji jej stulecia zauważa ona, że napisano je tylko ze względu na rocznicę, przy czym w każdej z nich wprost przyznaje się, z radością bądź żalem, że rewolucja współcześnie nie ma żadnego znaczenia. Sheila Fitzpatrick, What’s Left?, „London Review of Books”, 39:7, 30 marca 2017.

[ii]            Jak twierdzi neokonserwatysta Ronald Radosh, „The Daily Beast, August 22, 2016; http://www.thedailybeast.com/articles/2016/08/22/steve-bannon-trump-s-top-guy-told-me-he-was-a-leninist.html.

[iii]            Stuart Butler and Peter Germanis, “Achieving Social Security Reform: A ‘Leninist’ Strategy,” The Cato Journal 3:2, Fall 1983.

[iv]            Jarosław Kaczyński, Porozumienie przeciw monowładzy (Poznań: Zysk i S-ka, 2016), s. 381–382.

[v]            Tezę, że Związek Radziecki nigdy tak naprawdę nie dążył do autarkii i od zawsze zmierzał do pełnej integracji z kapitalistycznym systemem światowym postawił ostatnio Oscar Sanchez-Sibony, zob. tegoż Red Globalization (Cambridge: Cambridge University Press, 2014).

[vi]            Robert C. Tucker, ed., The Lenin Anthology (New York: Norton, 1975).

[vii]            Ostatnio uczynił tak Mark Steinberg, który jednak również początek rewolucji wyznacza o wiele wcześniej; zob. jego The Russian Revolution 1905–1921 (Oxford: Oxford University Press, 2017).

[viii]            Na temat tych ostatnich, zob. War, Revolution and Terror in the Baltic States and Finland after the Great War, wydanie specjalne „Journal of Baltic Studies”, 46, 2015.

[ix]            Sheri Berman cytująca Mussoliniego, w tejże, The Primacy of Politics (Princeton: Princeton University Press, 2006), 103-104.

[x]            Perry Anderson, Considerations on Western Marxism (New York: Verso, 1976), s. 88.

[xi]            Fernando Claudin, The Communist Movement: From Comintern to Cominform, Part Two (New York: Monthly Review Press, 1975).

[xii]            Andrew Shonfield, Modern Capitalism (New York: Oxford University Press, 1965).

[xiii]            Powody tego oczarowania, jak również jego przejawy opisuję w mojej książce Solidarność a polityka antypolityki (Gdańsk: Europejskie Centrum Solidarności, 2014).

[xiv]            Na temat kolejnych faz kapitalizmu potraktowanych jako „społeczne struktury akumulacji”, zob. David M. Kotz, The Rise and Fall of Neoliberal Capitalism (Cambridge: Harvard University Press, 2015).

[xv]            Zob. świetny opis roli długu w artykule Wolfganga Streecka The Crises of Democratic Capitalism, „New Left Review” 71, wrzesień–październik 2011.

[xvi]            Polityczne i ekonomiczne powody, dla których prawica mogła stać się tak mocna w regionie omawiam w mojej książce Klęska „Solidarności”. Gniew i polityka w postkomunistycznej Europie, przeł. Hanna Jankowska, Wydawnictwo Muza SA, Warszawa 2007.

[xvii]            Więcej na ten temat, zob. David Ost, Authoritarian Drive in Poland, w: „European Politics and Society Newsletter”, Winter 2017; dostępne pod adresem https://higherlogicdownload.s3.amazonaws.com/APSANET/887e5df8-0982-4d77-8a9a-cb5ed1307de9/UploadedFiles/lSh4ynrnTkqxlSd1aZF6_EPS_Winter2017.pdf.

[xviii]            Zob. Kim Scheppele, “Hungary: An Election in Question,” a five-part series in the New York Times, February 28, 2014; http://krugman.blogs.nytimes.com/2014/02/28/hungary-an-election-in-question-part-1/.

[xix]            Greg Grandin, Down from the Mountain, „London Review of Books” 39:3, 29 czerwca 2017, s. 10.

[xx]            Tamże, s. 9.

[xxi]            Charakterystyczne są tutaj ostre głosy krytyczne na łamach lewicowego pisma „The Jacobin”, np. Gabriela Hetlanda, Why is Venezuela Spiraling Out of Control?, 14 maja 2017, oraz Mike’a Gonzaleza, Being Honest About Venezuela, 8 lipca 2017.

[xxii]            Zob. opisy w: René Fulop-Muller, The Mind and Face of Bolshevism (New York: Knopf, 1928), zwłaszcza rozdział 10, The Revolutionizing of Everyday Life.

[xxiii]            Eric Hobsbawm, Wiek skrajności (Warszawa: Bertelsmann Media, 1999), rozdział 10.

[xxiv]            Wiele historii na temat Jackie Robinsona, rasy i baseballa usłyszałem od Billa Mardo, ówczesnego dziennikarza sportowego „Daily Workera”, który był moim bliskim przyjacielem i partnerem życiowym mojej matki po śmierci mojego ojca.

[xxv]            Włodzimierz Lenin, Co robić? (1902), część druga.

[xxvi]            Najlepszym omówieniem tego okresu pozostaje książka pod red. Sheili Fitzpatrick, Cultural Revolution in Russia, 1928–1931 (Bloomington: Indiana University Press, 1978). Na temat „pisarzy-bojowników” zob. Katerina Clark, “Little Heroes and Big Deeds,” in ibid., 198.

[xxvii]            Russell Jacoby, The Last Intellectuals: American Culture in the Age of Academe (New York: Basic Books, 2000; pierwsze wydanie: 1987).

[xxviii]            David L. Hoffman, Stalinist Values: The Cultural Norms of Soviet Modernity (Ithaca: Cornell University Press, 2003).

[xxix]            Tamże, s. 90–97, also Wendy Goldman, Women, The State, and Revolution: Soviet Family Policy and Social Life, 1917-1936 (Cambridge: Cambridge University Press, 1993).

[xxx]            Kate Brown, A Biography of No Place: From Ethnic Borderland to Soviet Heartland (Cambridge: Harvard University Press, 2004), 23.

[xxxi]            Terry Martin, The Affirmative Action Empire: Nations and Nationalism in the Soviet Union, 1923-1939 (Ithaca: Cornell University Press, 2001), 125

[xxxii]            Zob. debaty “Eurazjatystów” z lat 30. w: Charles Clover, Black Wind, White Snow: The Rise of Russia’s New Nationalism (New Haven: Yale University Press, 2016).

[xxxiii]            Timothy Snyder, Rekonstrukcja narodów. Polska, Ukraina, Litwa, Białoruś 1569–1999 (Sejny: Pogranicze 2009), rozdziały 4 i 5.

[xxxiv]            Brian Porter-Szucs, Poland in the Modern World (New York: Wiley-Blackwell, 2014), rozdział 9.

[xxxv]            Po śmierci Stalina ZSRR faktycznie stał się czymś w rodzaju społeczeństwa wielokulturowego; stąd tak wielki szok dla wielu obywateli, gdy państwo się nagle rozpadło.

[xxxvi]            Niektórzy na prawicy wciąż nie chcą podkreślać tego aspektu. Zwolennik PiS Krzysztof Mazur twierdzi, że „Współczesna prawica, gdybyśmy chcieli ten termin traktować bardziej globalnie, jest przede wszystkim reakcją sprzeciwu na ład polityczny ufundowany na podwójnym zwycięstwie liberalizmu. W 1968 r. liberalizm zwyciężył w wymiarze obyczajowym, a w 1989 – gospodarczym”. Zaprzecza, jakoby prawica była równie wroga silnym organizacjom pracowniczym wywierającym wpływ na politykę państwa, czy neokorporatyzmowi. PiS ma rację, wstajemy z kolan, „Kultura Liberalna”, 11 kwietnia 2017.

[xxxvii]            Herbert Marcuse, Repressive Tolerance, w: Robert Paul Woolf, Barrington Moore, and Herbert Marcuse (red.), A Critique of Pure Tolerance (Boston: Beacon, 1965), s. 99. Na temat zrównania liberalnej demokracji z komunizmem zob. książkę ideologa PiS Ryszarda Legutko, Triumf człowieka pospolitego (Poznań: Zysk i S-ka, 2012).

[xxxviii]            Herbert Marcuse, dz. cyt., s. 100.

***

21 listopada, we wtorek, o godz. 18.00 zapraszamy do siedziby Krytyki Politycznej w Warszawie (ul. Foksal 16, II p.) na spotkanie: Utopia, modernizacja, terror – 100 lat po Październiku 1917. Na marginesie Rewolucji rosyjskiej Sheili Fitzpatrick o rewolucji dyskutować będą: Adam Leszczyński, Paweł Kowal, Anna Sosnowska i Adrian Zandberg. Spotkanie poprowadzi Michał Sutowski.

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.

Lenin wiecznie żywy - rozumiem, że nie brakuje wariatów na Zachodzie, ale czy polska lewica nie może być choć ciut mądrzejsza ?

Autor nie potrafi totalnie oderwać własnych poglądów od pewnej analizy i uznać, choćby tak prostej rzeczy, że różne narody i kraje mają własną historię i patrzą na rzeczy z własnej perspektywy, a sprowadzanie wszystkiego do Lenina i faszyzmu w logice albo - albo - pokazuje jakiś głęboki feler intelektualny. Można było chociaż poprawić błędy - Jarosław Kaczyński pozytywny mówił o Gierku, a nie o Gomułce, co pokazuje skalę (nie)wiedzy autora o Polsce, ale oczywiście jak ktoś jest autorytetem na Zachodzie, to trzeba go publikować.

ale.sobie.konto.wymyslilem

@ Adi
Fakt, ten tekst jest nawet trudny do przeczytania - i nie, nie dlatego że jest długi, tylko napisany z perspektywy kogoś, kto żyje z dala od Rewolucji, którą jest wyraźnie zafascynowany. Daleko zarówno w czasie, jak i w przestrzeni.

Mnie szczególnie uderzyło uznanie że Rewolucja skończyła się w 1934, co pozwala w zgrabny sposób prześlizgnąć się nad 'Czystką, gułagiem i egzekucjami'. To zupełnie jak prawicowy intelektualista uznający że faszyzm w Niemczech skończył się gdzieś po zbudowaniu autostrad ale przed Holocaustem.

Rozumiem, że ktoś mógł mieć idiotyczne poglądy mając 15 lat, ale żeby po czasie ich nie zrewidować ?

Rozpychanie się w ramach demokracji, zawłaszczanie instytucji, to nie jest jakiś ewenement w skali świata, żeby koniecznie przywoływać Lenina, a przeciwnie rzadkością i marginesem ( pozytywnym ) są kraje o wysokiej kulturze politycznej, prawnej, gdzie pewnych rzeczy się nie robi. Od błędnej oceny historii, a na błędnej ocenie dzisiejszej prawicy - niektórym się wszystko kojarzy z seksem, autorowi z Leninem.

Oczywiście używamy epitetu bolszewik - faszysta, ale na ulicy, w walce politycznej - natomiast w sensie analizy jest to idiotyczne.
Wielość przypisów nie tworzy tu wartości intelektualnej.

"są kraje o wysokiej kulturze politycznej"

Naprawdę? Bo ja nie znam takich krajów. Jako "wygnaniec" i osoba która zna wielu "wygnańców" gwarantuję, że z tej listy należy skreślić RFN i Zjednoczone Królestwo. Elity polityczne tych krajów są również skorumpowane i krótkowzroczne. Nie jest tak źle jak u nas, ale jest tylko kilka powodów dlaczego. Powód pierwszy, wielki biznes, który musi pilnować skomplikowanych "supply chains" zapewniających im strategiczną przewagę. Następnie, kapitał polityczny pozwalający im na utrzymanie rynków zbyt i pilnowanie żeby konkurencyjne ośrodki rozwoju technologii nie powstawały gdzie indziej. Ten kapitał bazuje na służbach specjalnych i przewadze politycznej. Jest jeszcze kilka przykładów ale nie będą się rozpisywał. W pewnym sensie widziałem to na własne oczy więc to nie jest tak że wymyślam teorie spiskowe. Możecie ocenić po doborze słownictwa. Efekt jest taki, że elity biznesowe wspierały polityków o minimalnym zrozumieniu konsekwencji swoich działań. Piszę w czasie przeszłym, bo w UK ten model już nie funkcjonuje. Dlatego polityka zaczyna przypominać już nasz własny lokalny cyrk. RFN ciągle żyje z przemysłu i elity polityczne stoją na znacznie wyższym poziomi. Bez szału jednak. Przekręty finansowe są w tych krajach na porządku dziennym. Tylko tort jest znacznie większy więc nie da się rozkraść wszystkiego i część środków rzeczywiście trafia tam gdzie powinna. Poza tym, jest u nas masa ludzi zdolnych to "grania na najwyższym poziomie, tylko są marginalizowani. Bo z tanim cwaniakiem nigdy przepychanki nie wygrasz, jeżeli nie masz zaplecza. Rozsądna polityka nie oferuje wiele poza poczuciem własnej godności i spokojnym snem. Niewielu ludzi ceni to ponad szybki awans.

Prawie wszyscy zainteresowani polityką popełniają ten sam błąd. Zakładacie, że bogate kraje są bardziej cywilizowane. Może trochę są ale to nie jest dystans nie odrobienia. Można by to zrobić spokojnie w 5-10 lat. Byście się zaskoczyli, gdybyście zobaczyli na jak wysokim poziomie stoi nasza służba cywilna. Przynajmniej stała. Niestety nikt tych ludzi nie słucha. Poznałem też "urzędników" z tzw. krajów 3 świata, którym rząd sponsoruje doktoraty, żeby podnieść jakość swojej administracji. To o czymś świadczy jednak. Zbyt wiele się oglądamy za bogatymi krajami, nie zastanawiając się jakie są źródła ich bogactwa. Nie ma sensu wierzyć w w propagandę wymierzoną "przeciw" nam.

Wiem, że się czepiam jednego stwierdzenia, ale jestem takim Don Kichotem na lewicy. Zamiast walczyć na polu "gender" wolę zwalczać auto-rasizm. Temat pierwszy nie trzyma się polskich realiów. Pod tym względem, jesteśmy akurat bardziej "cywilizowani".

Miałem na myśli przede wszystkim Skandynawię, gdzie jest tradycja rządów mniejszościowych, a żeby taki rząd mógł funkcjonować musi być wypracowana pewna zasada politycznego kompromisu i jakiejś agendy, na którą godzą się obie strony.
Istnienie w Niemczech takiego zjawiska jak wielka koalicja, także pokazuje odmienność w końcu tworzą ją dwie główne partie na co dzień rywale, to że udaje się wynegocjować porozumienie koalicyjne pokazuje inny wymiar polityki, niż w Polsce i w wielu krajach UE. Afery, które w Niemczech doprowadziły do dymisji prezydenta Wulfa w wielu krajach przeszłyby po kilku tygodniach bez echa, podobnie afera Kohla jakieś tam drobne 2 miliony marek w dodatku na partię - co to za afera ?
Całej tej części spiskowej, demonicznej nie kupuje, nie rozumiem, jest oczywiste, że niemiecki polityk będzie wspierać rodzime firmy i nikt nie robi z tego tajemnicy w końcu z prezydentem RP, także udają się często na wizyty szefowie dużych firm typu Orlen, KGHM, PKO BP i jest to normalne. Całe to niszczenie konkurencyjnych ośrodków jest śmieszne - przecież mamy kraje, firmy, które konsekwentnie gonią i skracają dystans do niemieckich liderów rynku, to się dzieje choćby w przemyśle motoryzacyjnym i robią to ze zmiennym szczęściem Japończycy, czy ostatnio Koreańczycy.
Można wypisywać dowolne brednie, ale nie ma przykładu niemieckiego polityka, który zgromadziłbym majątek na poziomie Poroszenki, Janukowycza, Tymoszenko - choćby podejście Niemców do afery Wulfa pokazuje inny biegun, w Szwecji minister musiała ustąpić za drobne zakupy zrobione służbową kartą kredytową, więc aż do przesady.

Kilka błędów się wkradło ale piszę na "szybcika" w małym okienku.

Jeśli chodzi o Skandynawię to się nie będę kłócił. Nie znam tamtej rzeczywistości. Ukraina to dość szczególny przypadek. Nie twierdzę, że nie ma różnic między krajami. Twierdzę, że kultura polityczna "zachodu" to nie jest coś czym należy się zachwycać. Powiedzmy, że bardziej się dba o właściwą "otoczkę". Są też takie kraje jak Ukraina, które są skorumpowane do poziomu absurdu, ale jestem przekonany, że to nie jest rezultat panującej kultury politycznej. Raczej kultura polityczna wynika z uwarunkowań politycznych i gospodarczych. Te mechanizmy nawzajem się wspierają, to prawda. Ale znając naturę ludzką, myślę, że bez solidnej "bazy", wszędzie polityka będzie się staczać do poziomu cyrku. Musi być solidna i wpływowa grupa, która jest zainteresowana sprawnie funkcjonującym państwem, żeby państwo mogło takie pozostać. Wywieźli swój przemysł do Chin, lokalne elity interesują się głownie swoim portfolio finansowym i patentowym. No jak jest, każdy widzi. Dla jasności, uważam że kandydaci w tych wyborach byli siebie warci.

Jeśli chodzi o korupcję to ona funkcjonuje w sposób bardziej wyrafinowany. Odrobinę. Politycy którzy są widoczni nie biorą zwyczajnie łapówek. Dostają honoraria za wykłady. Biznes chętnie wspiera ich fundacje. Albo są zatrudniani w radach nadzorczych firm. Najgłośniejszy obecnie przykład to fundacja Clintonów.

Najlepsze akcja była w UK, gdzie rząd wynajął prywatną firmę konsultingową, żeby pomogli im w ustaleniu nowej polityki podatkowej. Następnie ta sama firma, została przyłapana przez dziennikarzy na pomocy w unikaniu podatków. Jakby nie wiedzieli, że to się stanie. W krajach które wymieniłem, wpływy polityczne buduje się na zasadzie "old boys club". Tak się lokalnie nazywa to zjawisko. Inny przykład. Rząd wybiera nową strategię zarządzania, według której deleguje się kompetencje do "prywatnych" partnerów. Powstaje znikąd firma konsultingowa, która wygrywa przetarg i przez kilka lat jej jedynym klientem są rządowe instytucje. Dorzucają do koszyka kilka "znanych" klientów i vioula. Można ruszać na podbój zagranicznych rynków z pięknym portfolio, podczas gdy rodzime instytucje tracą miliardy na nieefektywnym zarządzaniu. Takie "instystucje" to też doskonałe przechowalnie na czasy bycia w opozycji. Nie wspominając już o planach prywatyzacji NHS czy rozdmuchanym do poziomu absurdu budżecie obronnym USA. Jeśli chodzi o te pierwsze, to Virgin już buduje sieć prywatnych szpitali, podczas gdy NHS jest cięgle niedofinansowany. Zdaniem "autochtonów", żeby go zadłużyć i pokazać jak niewydajny ten system jest. Problem jest taki, że USA ma chyba jeden z najmniej wydajnych systemów zdrowotnych na świecie a o takich alternatywach się rozmawia. I tak już było przed Obama Care. Które zresztą według niektórych ludzi, służy tylko pompowaniu kasy wielkim ubezpieczalniom. Nie sprawdziłem tej informacji.

Nie mam nic przeciwko wizytom szefów wielkich firm w biurach polityków, ale przekupywanie rządów obcych krajów, żeby wygrać przetarg to już zupełnie co innego. To kolejny przykład pięknej współpracy, bo nie wierzę że służby wywiadowcze nie wiedzą o takich rzeczach. Była też afera związana z naciskami USA na jakiś kraj, żeby nie kupował samolotów Airbusa. Ale nie pamiętam szczegółów. Mszę zacząć prowadzić jakiś dziennik. Ale nie ma zazwyczaj z kim się kłócić o takie rzeczy. Swoją drogą nie sądzę, żeby afera "spalinowa" VW albo nagłe zainteresowanie "przejrzystością" DB w USA było przypadkiem. RFN już nie jest "narzędziem", tylko konkurentem.

Jasne, że są kraje którym pozwala się wybić. Japonia, Korea i RFN. Dziwnym zbiegiem okoliczności te kraje graniczą lub graniczyły z głównymi konkurentami USA. Niby ZSRR próbował to samo zrobić DDR ale i tak mieli większy bilans handlowy z RFN więc chyba nie wszystkie agencje były przekonane i wyszło fatalnie. Wiele krajów, jakby tylko je zostawić w spokoju, dać im dostęp do kapitału i rynków zbytu, prędzej czy później znajdą swoją niszę. Mądrych ludzi znajdziesz wszędzie.

"są kraje o wysokiej kulturze politycznej"

Naprawdę? Bo ja nie znam takich krajów. Jako "wygnaniec" i osoba która zna wielu "wygnańców" gwarantuję, że z tej listy należy skreślić RFN i Zjednoczone Królestwo. Elity polityczne tych krajów są również skorumpowane i krótkowzroczne. Nie jest tak źle jak u nas, ale jest tylko kilka powodów dlaczego. Powód pierwszy, wielki biznes, który musi pilnować skomplikowanych "supply chains" zapewniających im strategiczną przewagę. Następnie, kapitał polityczny pozwalający im na utrzymanie rynków zbyt i pilnowanie żeby konkurencyjne ośrodki rozwoju technologii nie powstawały gdzie indziej. Ten kapitał bazuje na służbach specjalnych i przewadze politycznej. Jest jeszcze kilka przykładów ale nie będą się rozpisywał. W pewnym sensie widziałem to na własne oczy więc to nie jest tak że wymyślam teorie spiskowe. Możecie ocenić po doborze słownictwa. Efekt jest taki, że elity biznesowe wspierały polityków o minimalnym zrozumieniu konsekwencji swoich działań. Piszę w czasie przeszłym, bo w UK ten model już nie funkcjonuje. Dlatego polityka zaczyna przypominać już nasz własny lokalny cyrk. RFN ciągle żyje z przemysłu i elity polityczne stoją na znacznie wyższym poziomi. Bez szału jednak. Przekręty finansowe są w tych krajach na porządku dziennym. Tylko tort jest znacznie większy więc nie da się rozkraść wszystkiego i część środków rzeczywiście trafia tam gdzie powinna. Poza tym, jest u nas masa ludzi zdolnych to "grania na najwyższym poziomie, tylko są marginalizowani. Bo z tanim cwaniakiem nigdy przepychanki nie wygrasz, jeżeli nie masz zaplecza. Rozsądna polityka nie oferuje wiele poza poczuciem własnej godności i spokojnym snem. Niewielu ludzi ceni to ponad szybki awans.

Prawie wszyscy zainteresowani polityką popełniają ten sam błąd. Zakładacie, że bogate kraje są bardziej cywilizowane. Może trochę są ale to nie jest dystans nie odrobienia. Można by to zrobić spokojnie w 5-10 lat. Byście się zaskoczyli, gdybyście zobaczyli na jak wysokim poziomie stoi nasza służba cywilna. Przynajmniej stała. Niestety nikt tych ludzi nie słucha. Poznałem też "urzędników" z tzw. krajów 3 świata, którym rząd sponsoruje doktoraty, żeby podnieść jakość swojej administracji. To o czymś świadczy jednak. Zbyt wiele się oglądamy za bogatymi krajami, nie zastanawiając się jakie są źródła ich bogactwa. Nie ma sensu wierzyć w w propagandę wymierzoną "przeciw" nam.

Wiem, że się czepiam jednego stwierdzenia, ale jestem takim Don Kichotem na lewicy. Zamiast walczyć na polu "gender" wolę zwalczać auto-rasizm. Temat pierwszy nie trzyma się polskich realiów. Pod tym względem, jesteśmy akurat bardziej "cywilizowani".

Tak to jest, dla amerykańskich intelektualistów rewolucja bolszewicka była fascynującym eksperymentem. A my musieliśmy żyć wśród jej skutków. W tej sprawie nigdy się nie dogadamy.

Jednak redaktor Sutowski przełożył tekst ( łącznie z błędami ) i jest to któraś kolejna podobna publikacja, a gdybyśmy prześledzili 15 lat funkcjonowania redakcji, to będzie tego od groma, że staje się to i śmieszne i straszne po trochu i wypada zadać pytanie czemu to ma służyć i dokonać tu jakiegoś małego podsumowania.

Sprawa jest prosta raczej. Chłopaki z KP stosują strategię różnicowania produktu. Starają się pokazać, że mają do zaoferowania coś nowego, atrakcyjnego, czego inni nie mają. Powołać się na Marksa to dość banalne. Podczas gdy Lenin jednak budzi strach. Pokazanie, że wzorujemy się na Leninie, to już jakaś oryginalność. Dlatego KP zaczęło wydawanie książek od "Rewolucji u bram". Celem tej strategii jest zdobycie rozpoznawalnej pozycji a następnie kooptacja do istniejących elit. Jeśli to prawda, że Sierakowski dostał etat w "Polityce", to można rzec, że efekty są ale dość skromne. Kolejnym etapem będzie własny program w telewizji.

Strategia "leninowska" to antysystemowość i bezwzględność, a później... budowa i wzmacnianie nowego systemu. Kult Lenina zaczęto budować za jego życia, a rozbudowano po śmierci (głównie za Stalina, a także później) - stał się z czasem masowym symbolem bez większego sensu. Tymczasem Lenin był właściwie populistą, o zmiennych poglądach. W 1917 r. uwiódł masy wyartykułowanym na potrzebę chwili hasłem "cała władza w ręce rad!" z tez kwietniowych, z którego później się wycofał. Po porażce i chaosie lat 1917-21, tzw. komunizmu wojennego, Lenin w 1921 r. opowiedział się za NEPem, czyli radzieckim odpowiednikiem późniejszego amerykańskiego Nowego Ładu, innymi słowy - kapitalizmem państwowym, jak sam to określał. Politycznie i gospodarczo Lenin znajdował się gdzieś w centrum partii bolszewickiej, był bardziej socjaldemokratą, niż komunistą (mimo że deklarował docelowe zmierzanie do wyobrażonego komunizmu), krytykował "dzieciącą chorobę lewicowości (lewactwa) w komunizmie". NEP, jak zauważa autor tego tekstu, nie był systemem alternatywnym dla ówczesnego kapitalizmu. I jak dalej zauważa - dopiero Stalin zaczął budować coś jakościowo odmiennego i trwałego, ale jednocześnie był to jednak - za Stalina - szczególnie jaskrawy "zamordyzm" (choć jego początki to już czasy Lenina i Dzierżyńskiego). "Mówienie o jej dziedzictwie wymaga dookreślenia, kiedy dokładnie Rewolucja Rosyjska miała miejsce. Ja traktuję ją jako proces rozwijający się w latach 1917–1934, od przejęcia władzy do XVII zjazdu WKP(b), tzw. zjazdu zwycięzców, na którym ogłoszono triumf socjalizmu. Wielu historyków zatrzymuje się wcześniej, np. tuż po wojnie domowej[vii]. Problem polega na tym, że w roku 1921 jedyne dziedzictwo rewolucji sprowadzało się do tego, że rząd głoszący, że panuje w interesie proletariatu, zdobył władzę i przetrwał. Rosja była wówczas krajem w ruinie i z bardzo niepopularnym rządem. Wciąż nie było żadnego modelu państwa czy systemu socjalistycznego, który inni mogliby sensownie chwalić i przyjąć za swój. Przyjęcie za koniec rewolucji jakiegokolwiek momentu przed dekadą lat 30. to utrata momentu, w którym rewolucja ostatecznie zyskała swą moc upowszechniania. Komunizm wojenny przyciągnął nieco zwolenników, ale zdezawuował go sam Lenin wprowadzając drobnokapitalistyczny NEP, który zniechęcił wielu bolszewików zastanawiających się, w imię czego właściwie poświęcili tak wiele. Dopiero w 1931 roku, po rozpoczęciu Planu Pięcioletniego, przymusowej kolektywizacji i forsownej industrializacji rewolucja zyskała model gospodarczy, którym chciała się chwalić przed światem."

No tak komunizm wojenny, był lepszy, niż NEP - a co mówią lekarze ? Okazało się, że rzeczywistość nie jest ideologiczna i nie ideę karmią ludzi. Neoliberalne reformy w Polsce są straszne, ale industrializacja i kolektywizacja za Stalina to jest to.

PS: Za Stalina to w ogóle był specyficzny system scentralizowanego, monopolistyczno-państwowego kapitalizmu - odmienny zarówno od NEP, jak i od komunizmu wojennego, gdzie jednak jeszcze coś (przynajmniej na samym początku) do powiedzenia miały czynniki oddolne, ale wiązało się to - jak wspomniano - z chaosem i biedą.

Nie, nie, opacznie mnie zrozumiałeś. Ja nie oceniam co jest dobre, a co złe, pisałem tylko o pewnych procesach i kierunkach działań. Gdybyś nie zauważył, to poniżej zamieściłem także komentarz, że za Stalina także występował inny wariant kapitalizmu państwowego (monopolistyczno-państwowego, odmienny od wielosektorowej - w tym także prywatnej - gospodarki w okresie leninowskiego NEPu). Jeśli mamy się skupić na tym, który ustrój był lepszy z punktu widzenia przeciętnego człowieka to jest już pole do odrębnej dyskusji. Komunizm wojenny wiązał się z chaosem, także biedą, za NEP zawieszono wiele praw pracowniczych - w tym m.in. 8-godzinny dzień pracy (a więc okazuje się, że także Lenin wprowadzał reformy, które dziś nazwalibyśmy neoliberalnymi), za Stalina także panował wyzysk. A więc "raju na Ziemi" chyba nigdy nie było, a na pewno nie w Związku Radzieckim/ZSRR...

Po okresie wojny domowej, gdy panował głód, nie było opału to i tak prawa pracownicze i zdobycze socjalizmu były dla ludzi pewną abstrakcją, a po kataklizmie trzeba było po prostu pracować więcej, słowo neoliberalizm jest tu więc trochę śmieszne, gdy odniesiemy je do czasów i kontekstu co przeszli ludzie w Rosji od rewolucji do początków NEP. Sam NEP był niewątpliwie sukcesem szczególnie na tle komunizmu wojennego.

Tyle że to jest taka łatwa "racjonalizacja", stosowana także przez ówczesnych i dzisiejszych kapitalistów. Budujmy dobrobyt, gońmy Zachód (albo ew. Wschód), trzeba pracować więcej. A podstawowe prawa pracownicze odłóżmy na później. Tymczasem celem jest tutaj po prostu wciąż - także w warunkach zarządzania gospodarką ostatecznie przez państwo - akumulacja kapitału i związany z tym wyzysk.

Straszny z pana ideolog, prawie jak Dawid Ost - 90 procent ludzi nie ocenia swojej rzeczywistości przez pryzmat ideologii, a po prostu przez portfel, żołądek, dostępność dóbr i standard życia, który można zapewnić sobie w danym kraju w odniesieniu do przeciętnej płacy, czy tego co wokół. Człowiek radziecki miał dwa marzenia - mieszkanie i samochód i w tym sensie nie różnił się wcale od obywateli państw kapitalistycznych.

Po co dziś na lewicy pojawia się Lenin i jaki jest w sumie cel całego tego mętnego wywodu Osta, że lewicy brak dziś radykalizmu i odwagi, a ma ją rzekomo prawica ? Z uporem maniaka autor odnosi współczesność wciąż do towarzysza Lenina, tak jakby autorytaryzm, rozpychanie się w ramach demokracji, zawłaszczanie władzy, kryzysy konstytucyjne to była rzadkość, a nie pewna ogólnoświatowa norma. Jest przeciwnie to wysokie standardy demokracji, państwa prawa, kultury politycznej są stosunkowo rzadkie i co gorsza w wielu krajach polityczny poziom debaty spada, ale jednocześnie nikt nie robi rewolucji, nie wywołuje wojny domowej i nie rozstrzeliwuje politycznych przeciwników - a więc nawet te złe scenariusze dzieją w jakiś ramach poszanowania praw człowieka, demokracji, choć nie w ich puryzmie.

Zamiast analizy mamy tu jakiś absurdalny i chory obraz, który nakreślił człowiek z okularami po Leninie.

Lewica, także miała swój okres polityków bardziej radykalnych - choćby rządy Olofa Palme w Szwecji, czy Francois Mitterranda we Francji, który jako ostatni wprowadził tak mocne lewicowe reformy z 35 godzinnym czasem pracy.

Ależ ja rozumiem, że przeciętny człowiek - niezależnie od ustroju - marzy o pełnym żołądku, samochodzie i mieszkaniu. Tyle że przyzwolenie na dzień pracy dłuższy niż 8 godzin, a tak było właśnie m.in. w okresie NEPu, z zachowaniem dotychczasowych wynagrodzeń wcale nie przybliża do realizacji takiego marzenia. Zgadzam się też z opinią, że naruszanie norm demokracji jest często także w ustrojach tzw. demokratycznych.
A w swoim komentarzu nie odnosiłem się nawet do sedna powyższego artykułu, ale do pewnych mitów narosłych wokół Lenina.

Zapętliłem wypowiedź, ale sens mniej więcej OK.

NEP okazał się sukcesem i na tle komunizmu wojennego, czasów wojny domowej, to że ówcześni Rosjanie pracowali dłużej, niż 8 godzin to był dla nich mały pikuś na tle wyrzeczeń z okresu I wojny światowej, wojny domowej, kosztów społecznych komunizmu wojennego. Dwa NEP przyniósł względny sukces w wyniszczonym kraju, dał przynajmniej pełne żołądki, bo szybko rosła produkcja rolna, więc jednak mija się pan trochę z prawdą. Jakiś drobny cel doraźny osiągnięto.

Przy czym za Stalina to był także swego rodzaju kapitalizm państwowy, tylko w innym wariancie (monopolistyczo-państwowym, a nie - z mieszanymi formami gospodarki, jak jeszcze w okresie NEPu).

Różne porównania można robić, wszelako stawianie na równi krwawej rewolucji bolszewickiej i zmiany władzy dokonanej w wyniku powszechnych wyborów jest ogromnym nadużyciem. Jest to objaw paniki moralnej na lewicy.
Bez uczciwej analizy sytuacji nie będzie dobrych wniosków politycznych. Radziłbym rozglądnąć się szerzej. Jednym z problemów, które warto zauważyć jest wyczerpywanie się źródeł wzrostu gospodarczego. Zasoby energetyczne Ziemi są w przyspieszonym tempie wyczerpywane, gospodarujemy w pobliżu granic wzrostu. Pora zastanowić się jak żyć w społeczeństwie bez wzrostu gospodarczego. Wydaje się, że w tej sytuacji rośnie rola kwestii podziału dochodu społecznego. Można się było godzić na spore nierówności w sytuacji kiedy była jasna perspektywa lepszej przyszłości. Kiedy ta ostatnia znika, istniejące podziały stają się bardziej drażniące.

Żadnej moralnej paniki nie ma. Ciągle obowiązuje 11 przykazanie aka imperatyw moralny Kanta aka teoria sprawiedliwości Rowlsa. KP jaka jest każdy widzi i żaden szanujący się lewicowiec nie kupuje wszystkiego co sprzedają. Ja tą stronę znalazłem jakieś 10 lat temu i wtedy jeszcze był link do fundacji "im. Stefana Batorego". Ale mają spory wybór dobrych książek i talent to wzniecania ciekawych dyskusji. Kurczowe trzymanie się poziomu "akademickiego" powoduję, że zbyt mało czasu zostaje na "szalone eksperymenty" myślowe. Czasem warto, palnąć bzdurę, albo przełożyć kiepski artukuł, napisać coś o serialu z Netflixa jakby to była jakaś wysoka kultura albo wcielenie ducha naszych czasów.

KP przyjęła już całkowicie świadomie pozycję przystawki tzw. liberalnych elit, których główną siła jest partia pana Schetyny. Razem z nimi atakują pana Kaczyńskiego w sposób, który trudno nazwać inaczej niż paniką moralną. W tym przypadku ma zastosowanie powiedzonko Talleyranda: co przesadne to bez znaczenia. Niemniej ich działalność wydawnicza zasługuje na szacunek, wiele bardzo dobrych książek wydali.

"Podoba im się jego otwarte i uporczywe podkreślanie, że władza jego partii będzie bardziej demokratyczna niż jakakolwiek tzw. demokracja wynikająca z wyborów. Dla prawicy ograniczenie istniejącej demokracji liberalnej to jedyny sposób osiągnięcia demokracji prawdziwej. To poczucie jest wszechobecne w leninowskiej i bolszewickiej praktyce. " Klu całej sprawy w Polsce tkwi w tym, że że władza partii otwarcie i uporczywie podkreślającej swą demokratyczność -wynika z DEMOKRATYCZNYCH WYBORÓW .. a nie OGRANICZENIA istniejącej demokracji liberalnej, jako niby demokracji prawdziwej . Czym jest zatem demokracja prawdziwa - demokratyczna ? I prawdziwa demokratyczna władza ??? Wynikiem powszechnych wolnych wyborów obywatelskich ?? Czy może odgórnie założonej wyższości demokracji liberalnej ( reprezentowanej przez totalnie skompromitowana grupę polityczną ) , bez względu na wynik demokratycznych wyborów ?? I czy poczucie że tzw demokracja liberalna odgórnie oznaczona jako prawdziwa nie jest przypadkiem oznaka leninowskiej i bolszewickiej praktyki? :)))Reszta to bełkot dla zamulenia tego podstawowego problemu ... rozczarowujecie nawet na poziomie dyskusji gimnazjalnych

"Demokracja prawdziwa" to demokracja, która "rzeczywiście" odzwierciedla wolę ludu. Słyszałem, przemowę Hitlera w której mówił o czymś podobnym. Może też był leninistą, hehe. To jest stary przekręt. Twierdzenie, że wybory są niepotrzebne, bo przecież my ludzie u władzy, jesteśmy jednymi z was, i doskonale wiemy czego chcecie. A kto nie chce tego samego, nie jest jednym z nas, itd.

aa i żeby nie było.. nienawidzę polskiej prawicy z powodu ... swoich osobistych powodów..:) ale fakty .. a tym bardziej polityka, to nie emocje i animozje .. tępą propagandą ubraną w naukawe piórka ich nie zmienicie .. nawet jeśli kłamstwo powtarzane naukawo wiele razy miało by się niby stać prawdą - bo wszyscy od dawna znają tę stalinowską zasadę .. I sorry ale wychodzi na to, że to wy jesteście bolszewickimi leninowcami ubranymi w piórka jedynej słusznej demokracji liberalnej 🙂 i to jest strasznie śmieszne

A tera poważnie - problemem"nowoczesnej "polskiej "lewicy" nie jest coś tam coś tam, co już moi przedmówcy ślicznie wyjaśnili .. KRYTYKO POLITYCZNA - PRZESPAŁAŚ BAUDRILLARDA ! a może nie przespałaś, tylko rżniesz głupa. że takiegoż nigdy nie było 🙂 jak zwykli słuchacze Zenka wiedzą że .. był :))) tłumaczenia i wydania w 2007 ! - k..wa -11 lat temu ! spieprzajcie ze swoimi starożytnymi prawicami i lewicami ! Ludzie - Baudrillard - i wszystko jasne

Świetny tekst!

Ależ dużo w tym tekście "odkryć". Główną zasadą faszystów było "Podbicie państwa". Tak się nawet nazywało pismo faszystów hiszpańskich z tamtejszej Hiszpanii. Nieprzypadkowo taki np. Che Guevara wisi dzisiaj na ścianach lokali faszystów. Świetnym przykładem jest tutaj włoska CasaPound Italia. Polecam ich filmiki z YouTube, a całkiem ciekawy opis ich działań jest na blogu "Stop nacjonalizmowi" w tekście z 7 lipca. Przedstawiciele CPI będą też na tegorocznym Marszu Niepodległości. Lewica ma Gramsciego, a prawica wzięła Nicolę Bombacciego. Wszyscy przejmujecie się PiS-em, cieszycie się, że odebrał szanse na rozwój Ruchowi Narodowemu, odbierając mu tematy, ale rośnie spory ruch "podziemny", poza establishmentem. Nowa prawica, alt-right, tożsamościowcy, faszyści trzeciego milenium, szturmowcy, jak zwał tak zwał. To brunatni bolszewicy, którzy chcą podbić nasze państwa.

z tamtejszej Falangi oczywiście, przepraszam. Warto zobaczyć działania CPI, pierwszy filmik na YouTube, 3,5 minutowy bodaj. Zachęcam też do zobaczenia klipów zespołu Zetazeroalfa, który został stworzony przez lidera CPI. Piosenki Cinghiamattanza czy Fare Blocco (o ich młodzieżówce studenckiej). Lewica wzięła salony, faszyści ulice.

Co za lewacki bełkot , strata czasu czytać takie bzdury

Jakby po prawej stronie ludzie nie bełkotali. Mnie też się zdarza "popłynąć" za daleko z myślami.

Bliskość celów, metod wreszcie ideologii bolszewickiej i narodowo-radykalnej, poczynając od nazistów a kończąc na rozmaitych anty-establishmentowych ruchach współczesnych jest powszechnie znana. Niestety zamiast choćby przykładów mogących szerzej uświadomić czytelnikowi istniejące niebezpieczeństwo, autor praktykuje historyczny "rewizjonizm" polegający na zakłamywaniu powszechnie znanych
faktów historycznych. A nie są to fakty, które, miejmy nadzieję, redakcja KP chciałaby kontestować.
Ograniczmy się do jednego przykładu:
>Stalin udzielał rewolucjonistom kultury raczej letniego poparcia i zerwał z nimi ostatecznie w roku 1934.
>Wraz z oficjalnym ogłoszeniem osiągnięcia etapu socjalizmu, ludzi i instytucje, które do tego historycznego sukcesu
>się przyczyniły należało wynagrodzić. Ludzie mieli odtąd żyć „normalnym” życiem. Promowano konsumpcję materialną,
>fetowano wartości rodzinne, chwalono dyscyplinę[xxviii]. Nadszedł czas projektu cywilizacyjnego......
Hmm....Lata 1931-1932, bezpośrednio poprzedzające "ogłoszenie osiągnięcia etapu socjalizmu" to nic innego niż ukraiński Hołodomor,
zagłodzenie na śmierć 7-11 mln ludzi (Wikipedia). W kraju, który dwadzieścia lat wcześniej, mimo swego "zapóźnienia" był największym
na świecie eksporterem zboża na świecie. A przecież lata 1918-1931 wcale nie były wzorcowym okresem dobrobytu i poszanowania praw
ludności, w których zabito jedynie rodzinę odsuniętych od władzy Romanowów. Bo przecież straszliwy Hołodomor to był jedynie wstęp
do nadchodzącej od 1934 Wielkiej Czystki. Według ocen komisji do spraw rehabilitacji KPZS z początków lat 60 XX w. "normalne życie" i
"promowanie konsumpcji materialnej" (żeby postawić słowa autora w odpowiednim kontekście) polegało na aresztowaniu w latach 1931-1942
.....20 mln ludzi!!!! Kraj zamieniony został w Gułag. Osobiście wątpię, żeby autor (podobnie jak redakcja KP) nie wiedział o tych faktach.
Podobnych kwiatków, moim zdaniem całkowicie dyskwalifikujących autora, jest w tekście więcej. Niestety rewizjonizm historyczny (a raczej
pseudo-historyczne dywagacje najniższego lotu) rozkręcają się coraz bardziej i nie ma w tym nic dziwnego bo choć mówimy o historii nowoczesnej ludzie pamiętający tamte tragiczne czasy już nie żyją i nie mogą prostować nawet najgorszych absurdów podsuwanych przez "mentorów pamięci". Ostatnio jeden z prawicowych (?) pracowników IPN i jednocześnie naukowiec KUL z tytułem dr.hab. próbował przekonywać, że Żydzi w czasie wojny "nie mieli najgorzej" na co "dowodem" miało być istnienie własnego samorządu (judenraat).
Skoro redakcja promuje niewybredną apologetykę w sprawie czerwonego terroru to może dla kontynuacji rozważań o ideologicznej bliskości
"lewicy" i "prawicy" należałoby zaprosić kogoś z licznych przecież u nas prawicowych kontestatorów "pamięci"?
Albo przyznać się do redakcyjnego błędu w postaci puszczenia tego tekstu i przeprosić czytelników.