Świat

Bożek: Chiny się kurczą

W Chinach mieszka obecnie 1,34 miliarda ludzi, prawie szósta część ludzkości. Mimo to demografowie biją na alarm: „Chiny zestarzeją się, zanim zdążą się wzbogacić”.

Chińska polityka rodzinna ma wiele form. Czasem przyjmuje postać napisów na murach. Urzędnicy informują obywateli, że  „Planowanie urodzeń jest korzystne dla kraju”. Są też bardziej mobilne formy. Peter Hessler, chyba najlepszy biograf zmodernizowanych Chin, pisał o zmotoryzowanych „punktach planowania rodziny”. To duże furgony wyposażone w szczekaczki, migające światła, generator energii elektrycznej oraz… dwa szpitalne łóżka. Z rozmowy z kierowcą takiego vana Hessler dowiedział się, że dwoma najczęstszymi zabiegami są aborcja i sterylizacja.

***

Według ostatniego spisu powszechnego w Chinach mieszka 1,34 miliarda ludzi. To prawie szósta część ludzkości. Mimo to demografowie biją na alarm: „Chiny zestarzeją się, zanim zdążą się wzbogacić”.

Wskaźniki to potwierdzają. W latach 90. populacja rosła średnio o 1 procent rocznie, dekadę później tempo wzrostu spadło o połowę. Prawdziwą powagę sytuacji ukazuje wartość współczynnika dzietności, która informuje o liczbie urodzeń wśród kobiet w wieku rozrodczym – według statystyków to okres między 15. a 49. rokiem życia. W Chinach ten wskaźnik wynosi 1,4, co oznacza, że jedna kobieta w ciągu życia rodzi mniej niż dwoje dzieci. Tymczasem, by pokolenia zastępowały się płynnie, współczynnik dzietności powinien być wyższy niż 2,1, bo dopiero przy tej wartości mamy pewność, że każda płodna kobieta urodzi córkę. Ta córka z kolei urodzi kiedyś kolejną córkę i tak dalej.

Gdybyśmy żyli w świecie idealnym, w którym żadna kobieta nie umiera do 49. roku życia, do osiągnięcia zastępowalności pokoleń wystarczyłoby, żeby współczynnik dzietności wynosił dwa. Końcówka po przecinku bierze się stąd, że jesteśmy śmiertelni także przed 49. rokiem życia. Informuje również o poziomie rozwoju kraju, w którym żyjemy. W państwach bogatych i uprzemysłowionych optymalna wartość tego współczynnika faktycznie oscyluje wokół 2,1, w państwach rozwijających się jest zaś wyższa z uwagi na wyższą śmiertelność. Dla przykładu w krajach Afryki Wschodniej zastępowalność pokoleń gwarantowałby dopiero współczynnik dzietności na poziomie 2,9, w Chinach – 2,2 (posługuję się wyliczeniami trzech socjologów – Thomasa Espenhadego, Juana Carlosa Guzmana i Charlesa F. Westoffa).

***

Jeszcze w latach 50., przed wielkim skokiem i rewolucją kulturalną, Chinki rodziły przeciętnie niemal sześcioro dzieci. Skąd więc ten dramatyczny spadek dzietności?

Najłatwiej byłoby go wyjaśnić niesławną polityką jednego dziecka. Została ona wprowadzano pod koniec lat 70., wraz z reformami rynkowymi. Reformatorzy uważali, że Chiny są zbyt ubogie w zasoby, by utrzymać dodatni przyrost ludności. Rodziny miały ograniczyć się do jednego dziecka, z tym że nie dotyczyło to wszystkich w równym stopniu. Prawo było luźniejsze w stosunku do mieszkańców wsi, przede wszystkim dlatego, że potrzebowali oni więcej rąk do pracy. Poza tym choć władza i zasoby Komisji Planowania Rodziny były znaczne, nie oznaczało to jeszcze, że urzędnicy byli wszechpotężni i wszystkowiedzący. Na odległych wsiach można było łatwiej ukryć drugie albo trzecie dziecko. Polityka jednego dziecka nie dotyczyła też mniejszości etnicznych (to rodzaj akcji afirmatywnej).

Grupą podlegającą największej kontroli byli więc Chińczycy z grupy etnicznej Han, zamieszkali w większych lub mniejszych miastach. To dokładnie ta grupa, która w ogóle nie potrzebowała żadnej polityki, by ograniczyć liczbę dzieci do minimum.

Ci ludzie byli poddani największemu ciśnieniu modernizacyjnemu, przenieśli się ze wsi do miast, w poszukiwaniu pracy i lepszego życia migrowali nieraz po tysiąc i więcej kilometrów. W zamian za porzucenie starego życia dostawali nowe. Być może nie lepsze, ale na pewno bogatsze i bardziej komfortowe. Wraz z poprawą standardu życia pojawiły się inne składniki przejścia demograficznego wywołanego uprzemysłowieniem. Wśród nich były np. wydłużenie się trwania życia oraz niższa dzietność. Podobne tendencje znajdziemy w każdym z krajów rozwiniętych, a także w krajach sąsiadujących z Chinami. Nie potrzeba było do tego urzędowych zakazów, wystarczył zwyczajny kapitalizm przynoszący większe ryzyko, ale też większe nadzieje – jeśli już nie dla siebie, to chociaż dla dzieci.

Być może polityka jednego dziecka nie miała więc aż takiego wpływu, jaki przypisuje jej władza. Nie oznacza to jednak, że była zupełnie nieważna.

Zazwyczaj na 105 chłopców rodzi się tylko 100 dziewczynek, to uniwersalna zależność statystyczna, za którą odpowiadają różne czynniki środowiskowe i biologiczne. Potem te proporcje się wyrównują, bo mężczyźni umierają wcześniej. W Chinach natomiast na 100 dziewczynek rodzi się aż 118 chłopców. To, że synów ceni się bardziej niż córki, to element tradycji i konserwatywnej kultury, nieobcej też innym krajom na dorobku. Synowie mieli przejąć majątek, poprowadzić gospodarstwo, zapewnić przetrwanie rodzinie. W pierwszych latach obowiązywania polityki jednego dziecka to, że jedyny potomek rodziny będzie płci męskiej, gwarantowano sobie nieraz bardzo drastycznymi środkami. W miarę rozwoju medycyny dzieciobójstwo stawalo się coraz rzadsze, nie było już potrzebne, skoro można było wykonać ultrasonografię i usunąć niechcianą ciążę. Nikt nie przejmuje się znakami, które gdzieniegdzie rozmieszczają urzędniczy: „Córki to też potomstwo”.

***
To, że Chinki rodzą mniej dzieci, to jedna strona przejścia demograficznego. Drugą jest szybkie starzenie się społeczeństwa. W roku 2000 10 procent Chińczyków miało na karku 60 lat i więcej, obecnie w takim wieku jest już powyżej 13 procent (ONZ przewiduje, że do 2050 ten odsetek sięgnie aż 34 procent). Dokładnie o tyle samo procent zmalała liczba dzieci poniżej 14 lat. Tę dynamikę widać na przykład w szkolnictwie: między rokiem 2011 a 2012 do szkół pierwszego i drugiego stopnia przyjęto o pięć milionów dzieci mniej, między rokiem 2002 a 2012 liczba uczniów podstawówek zmalała o jedną piątą.

Największe wyzwanie, z jakim będą musieli zmierzyć się Chińczycy z powodu kryzysu demograficznego – a to określenie jest jak najbardziej uzasadnione – to reforma służby zdrowia.
Urynkawianiu się Chin w latach 80. towarzyszył równoczesny rozpad starego systemu opieki zdrowotnej. Rząd obcinał finansowanie klinik i szpitali, zlikwidowano też instytucję „bosonogiego doktora” – pracownika medycznego, który z osiągnięciami medycyny docierał do odległych wsi. Takich ludzi było aż 1,8 miliona, jednym z nich jest zaś obecny minister zdrowia, Chen Zhu. Ciężar opieki zdrowotnej został niemal w całości przerzucony na obywateli, w latach 90. rząd pokrywał zaledwie 20 procent całkowitych kosztów systemu. Wróciły choroby, które wydawały się już dawno poskromione.

Ta dekonstrukcję systemu opieki zdrowotnej odbiła się na zdrowiu Chińczyków. Widać to na przykład w prowadzonych obecnie podłużnych badaniach stanu zdrowia Chińczyków (CHARLS). Badanie to jest prowadzone przez zespół chińskich i amerykańskich naukowców na próbie 18 tysięcy ludzi (z 10 tysięcy gospodarstw domowych). Ankieterzy mierzą ich ciśnienie, wzrost, wagę, sprawdzają stan płuc, pobierają krew, ale też pytają o takie sprawy, jak zadowolenie z życia i dochody. Wyniki nie są dobre. Ponad połowa Chińczyków w wieku powyżej 60 lat ma nadciśnienie, 40 procent – depresję, 25 procent – nadwagę i chroniczny ból, ponad 20 procent zaś nie jest w stanie samodzielnie wykonać codziennych czynności.

To olbrzymi problem, bo Chiny nie mają infrastruktury, by zająć się osobami starymi i chorymi. Brakuje nie tylko profesjonalnych opiekunów i geriatrów, ale też domów opieki. Spośród 30 tysięcy wiejskich domów opieki legalnych jest tylko 11 tysięcy.

Dziś Chińczycy reformują swój system opieki medycznej i jak na nich przystało, jest to duża reforma. Tylko dwa lata zajęło dwudziestokrotne zwiększenie liczby mieszkańców wsi objętych ubezpieczeniem medycznych. Obecnie system jest prawie uniwersalny, bo jakąś formą ubezpieczenia medycznego objętych jest ponad 90 procent obywateli. Z drugiej strony nadal jest przeżarty korupcją, a szersze uczestnictwo oznacza lawinowy wzrost kosztów.

Równie dużym problemem są zabezpieczenia społeczne. Jeśli obecne trendy się nie zmienią, do 2050 roku na każdą osobę na emeryturze będą przypadały mniej niż dwie osoby pracujące. Przy dzisiejszym systemie emerytalnym taki układ jest nie do utrzymania.

Bio

Jakub Bożek

| Publicysta, redaktor w wydawnictwie Czarne
Publicysta, redaktor inicjujący w wydawnictwie Czarne, wcześniej (do sierpnia 2017) redaktor prowadzący w Wydawnictwie Krytyki Politycznej. Absolwent Centrum Kształcenia Międzynarodowego Politechniki Łódzkiej i socjologii na Uniwersytecie Łódzkim. Redagował serwis klimatyczny KP. Otrzymał drugą nagrodę w konkursie w Koalicji Klimatycznej „Media z klimatem!”. Współtworzył Klub Krytyki Politycznej w Łodzi.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.