Zdrowie

Dopalacze. Przeczytałam wywiad w „Magazynie Świątecznym” i mnie jebło

Iga Kender-Jeziorska

„Najpierw chcę pokazać pani, jak oni wyją”. Tymi słowami rozpoczyna się wywiad Agnieszki Urazińskiej z toksykologiem Jackiem Rzepeckim.

Szanowna pani redaktor, szanowna redakcjo Gazety Wyborczej. Wszyscy wiemy, że w sezonie ogórkowym trzeba jakoś podbijać wyniki, a clickbaitowy tytuł „Wziąłem pięć gramów i mnie jebło” zadziałał na statystyki z pewnością doskonale. Warto by się było jednak zastanowić, czy rosnące słupki wyświetleń uświęcają stygmatyzujące i zwyczajnie szkodliwe teksty. Chciałabym tylko przypomnieć, że zaledwie kilka lat temu to właśnie wy w Gazecie Wyborczej prowadziliście akcję „My, narkopolacy”, która miała na celu „przełamywanie tabu i stereotypów, a także postulowanie zmiany polityki państwa i postaw społecznych wobec uzależnień”. Co prawda strona narkopolacy.pl już nie działa, ale czy wraz z jej wygaśnięciem wyczerpały się w redakcji również zapasy empatii? Zakładam, że nie i że być może nie zdajecie sobie państwo sprawy z tego, co się właściwie stało. Pozwólcie więc, że pokrótce wyjaśnię.

PiS zmienia prawo narkotykowe: Palisz mocarza? Jesteś przestępcą

Bestie, dzikusy, zombie ze zrytym mózgiem

Język, jakiego używamy, kształtuje myślenie, a w konsekwencji rzeczywistość. Stygmatyzacja użytkowników substancji psychoaktywnych wpływa nie tylko na opinię publiczną, ale też samych użytkowników. I nie pomaga w zmianie sytuacji, wręcz przeciwnie. Używany przez doktora Rzepeckiego język jest nieakceptowalny w przestrzeni publicznej. Pani redaktor co prawda dziwi się, słysząc z ust toksykologa słowo „ćpuny”, jednak nie przeszkadza jej to chwilę później używać (cytowanego?) określenia „zombie ze zrytym mózgiem”. Osoby używające innych niż alkohol substancji psychoaktywnych są już wystarczająco marginalizowane i stygmatyzowane w polskim społeczeństwie. Naprawdę nie trzeba dorzucać do tego swoich trzech groszy.

Rozum i Godność Człowieka, proszę przyjechać na Facebooka

Etyka lekarska

„Po pierwsze nie szkodzić” – to tak dla przypomnienia. Czy odzieranie pacjentów z ich prywatności, żeby dziennikarz, osoba postronna, mógł sobie popatrzeć na „wyjców” jest dla pacjentów szkodliwe? Cóż, być może ze względu na swój stan w danym momencie nie zdają sobie nawet sprawy z niezapowiedzianych odwiedzin. Jednak jeśli na tej podstawie pojawia się w ogólnopolskim dzienniku tak negatywnie naznaczający tekst, wchodzimy na zupełnie inny poziom.

Panie doktorze, czy pana koledzy z onkologii zapraszają dziennikarzy, żeby sobie popatrzyli na sesję chemioterapii? Pana pacjenci to nie są małpki w zoo, które się pokazuje dzieciom. To nie są obiekty, tylko ludzie, niezależnie od tego, jak wielka jest „dzikość na twarzy ćpunów”. Wydaje się pan o tym nieco zapominać.

Poznajcie Białego Chińczyka z Rosji

Mówiąc o bestiach, ćpunach i dzikusach szkodzi pan swoim pacjentom. Przyczynia się do jeszcze większego ich marginalizowania i stygmatyzowania przez opinię publiczną. Światowa Komisja ds. Polityki Narkotykowej wydała w 2017 roku raport, w którym opisuje związek języka używanego w mediach w kontekście narkotyków i postaw społecznych. Piszą o tym, jak dyskryminujący język skutkuje odrzuceniem osób używających narkotyki przez ich rodziny, przyjaciół. Opisują, jak w konsekwencji marginalizacji społecznej kurczą się możliwości podjęcia terapii. Czy to jest pana recepta na chęć pomocy, którą pan deklaruje? Czy chęć robienia zdjęć „wykrzywionym twarzom” to też element jakiejś niekonwencjonalnej terapii? Jeśli nie, to polecam zapoznać się z przywołanym raportem, zanim ponownie wypowie się pan publicznie o osobach używających lub uzależnionych.

Pięć rzeczy, które trzeba wiedzieć o narkotykach w Europie

„Ja jestem tak upierdliwy, że ich męczę: <<Człowieku, dlaczego to brałeś? Czułeś po tym coś miłego?>>” – mówi pan. Cóż, nie sposób nie zgodzić się, że jest to „upierdliwość”. I niewiele więcej, niestety. Jeśli ma się ambicje faktycznie pomagać dalej, poza swoim oddziałem, a nie tylko „męczyć”, to zamiast zadawania takich konfrontacyjnych i atakujących pytań, można by rozważyć nieco bardziej wspierające podejście i kierowanie pacjentów do ośrodków terapii uzależnień. Tylko tyle i aż tyle. Takimi pytaniami, jak powyższe, umacnia pan jedynie przekonanie osoby, że jest sama sobie winna i wybrała sobie takie życie. Nazywając swoich pacjentów „tak głupimi, że na własnych organizmach testują truciznę” kompletnie ignoruje pan istnienie mechanizmów uzależnienia.

Może to zaskakujące, ale prawdopodobnie nie istnieje na świecie ani jedna osoba, która zaczęła używać substancji psychoaktywnych po to, żeby się od nich uzależnić. Czy taka manipulacja przystoi autorytetowi?

Wygrać wojnę z dopalaczami? Jest sposób – dekryminalizacja marihuany

Etyka dziennikarska

Czy każdy przeprowadzony wywiad trzeba publikować? Czy zawsze należy dostosowywać się do stylu i języka rozmówcy? Wydaje mi się, że nie. Nie jestem natomiast dziennikarką, więc nie będę się wymądrzać. Chciałam skupić się na innej kwestii, a mianowicie na tym, jak jednowymiarowy i zorientowany na sensację jest opisywany wywiad. Pani redaktor, czy naprawdę jedyną ambicją tego tekstu było postraszenie tymi przerażającymi „ćpunami”? Czy nie było miejsca na jakąkolwiek refleksję?

Z rozmowy wyłania się obraz heroicznego lekarza na białym koniu, który niestrudzenie walczy w pocie czoła z potworami na dopalaczach. Naprawdę trudno o większy kontrast i bardziej wyrazisty podział na „dobrzy my” i „źli oni”. Oni ćpają, biją, kradną, a my próbujemy im pomóc. Oni nie chcą. Wypisują się i znów idą ćpać, bić i kraść. Czy ktokolwiek się zastanowił, dlaczego tak się dzieje? Czy ktoś próbował w ogóle potraktować tych ludzi podmiotowo, dowiedzieć się czegokolwiek o ich sytuacji życiowej, zapleczu społeczno-ekonomicznym i emocjonalnym? Czy komukolwiek, kiedykolwiek przyszło do głowy, że uzależnienie od dopalaczy to prawdopodobnie objaw jakichś innych problemów, a nie istota rzeczy? Tego się nie dowiadujemy.

Ministerstwo Zdrowia bierze się za dopalacze w sposób najgorszy z możliwych

Dopalacze

Dopalacze pojawiły się w Europie mniej więcej dekadę temu. Legalne, nieregulowane przez traktaty ONZ i prawa krajowe substancje bardzo szybko zyskały popularność ze względu na swoje niskie ceny i niskie ryzyko w przypadku spotkania z organami ścigania. Od tamtej pory, co roku na rynku europejskim identyfikowane jest kilkadziesiąt nowych substancji. W Polsce zamknięcie sklepów stacjonarnych spowodowało jedynie przeniesienie handlu do internetu i na słupy ogłoszeniowe bądź latarnie. Niezależnie od tego, jak restrykcyjne będą regulacje, państwo – ze względu na raczej powolne działanie – zawsze będzie w tyle za producentami i dystrybutorami. Nie pozbędziemy się dopalaczy przez zakazywanie coraz to nowych substancji. Jedynym tego rezultatem będzie jeszcze większa kreatywność producentów, a więc liczba nowych substancji i ich częstotliwość pojawiania się na rynku.

Bezpiecznie jak na Wixapolu

czytaj także

Problem z dopalaczami jest taki, że ich nie znamy. Nie mamy pojęcia, co tak naprawdę siedzi w Czeszącym Grzebieniu, który kupiliśmy na sobotnią imprezę. Nawet jeśli taka substancja trafi do policji, a następnie do laboratorium i zostanie zidentyfikowana, nie wiemy jakie są długotrwałe skutki jej używania ani dla zdrowia psychicznego, ani fizycznego. W związku z tą niewiedzą i zalewem nowych substancji rok w rok, liczba zatruć dopalaczami rośnie w Polsce lawinowo. Nie wygląda na to, żeby trend ten miał ulec odwróceniu.

UJAWNIAMY: Marihuana nie zabija

Warto zastanowić się, czy zamiast prób karania za posiadanie coraz to nowych substancji, nie należałoby raczej spojrzeć w przeciwną stronę. Czy jeśli mogę legalnie kupić w sklepie pół litra to będę ryzykować spożywanie niewiadomego pochodzenia bimbru z mety? Prawdopodobnie nie. Podobnie, jeśli za posiadanie marihuany czy amfetaminy nie groziłoby nawet trzyletnie pozbawienie wolności, można przypuszczać, że większość użytkowników nie bawiłaby się w dopalacze. Może to brzmi dziwnie, ale większość ludzi naprawdę ceni swoje zdrowie i życie.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.