Kultura

Renata Lis przed Forum Przyszłości Kultury: Lesbos i Łączka

Renata-Lis

Gra toczy się o samo istnienie polskiej wspólnoty kulturowej. Wspólnota ta istnieć wcale nie musi – jeśli przestaniemy jej potrzebować i o nią zabiegać, pewnego dnia trwale się rozpadnie i nie będzie już powrotu.

Po katastrofie

„Nic nie zaczyna się (…) w konkretnym czasie i konkretnym miejscu. Wszystko zaczęło się w wielu miejscach i w wielu czasach, po części nawet zanim się urodziłeś, w obcych krajach, i w świadomościach innych” – rozmyśla Dymitr Szostakowicz w powieści Juliana Barnesa Zgiełk czasu (w przekładzie Dominiki Lewandowskiej-Rodak), czekając na aresztowanie. Warto mieć te słowa w tyle głowy, gdy zamierza się wypowiedzieć zdanie, które teraz wypowiem: przyszłość zaczyna się teraz, to tutaj tkwią jej korzenie. Nie sposób myśleć o przyszłości bez uświadomienia sobie, gdzie się znajdujemy.

Forum Przyszłości Kultury odbywa się po katastrofie: dwa lata po wyborczym zwycięstwie sił populistyczno-narodowo-katolickich (PNK) i po dwóch latach hybrydowej rewolucji, która lubi się wyżywać w polityce kulturalnej (dlatego, że to ważne, ale też dlatego, że łatwe – znacznie łatwiejsze niż głębokie zmiany prospołeczne). Na horyzoncie nie widać przesłanek, które dawałyby nadzieję na zatrzymanie procesu: buldożer ustrojony w biało-czerwoną flagę, katolicki krzyż i symbole ONR-u będzie jechał dalej wśród dymu rac i kibolskich okrzyków, a skutki rewolucji będą utrwalały się w czasie. Zwycięstwo sił PNK wyrosło bowiem z zaniedbań i błędów w dziedzinie polityki społecznej i kulturalnej, które podkopały zaufanie do demokracji wśród nieuprzywilejowanych, tymczasem główne siły opozycyjne wciąż nie potrafią tego faktu nie tylko przepracować, ale często nawet zauważyć.

Społeczne deficyty i zmartwienia przez lata pozostawały bez odpowiedzi, ponieważ systemowe założenie było takie, że po transformacji każdy ma radzić sobie sam i każdy jest sam sobie winien. Taką politykę prowadziła w przeszłości również partia obecnie znów rządząca, jednak to ona pierwsza dostrzegła potencjał społecznego i symbolicznego wykluczenia, a następnie zajęła się tego potencjału pompowaniem. Wskazała też winnego: liberalno-lewicowe elity i polityczny establishment, z którego sprytnie usunęła siebie. I choć jest oczywiste, że na realne problemy partia ta nie daje odpowiedzi prawdziwie uzdrawiającej ani w sferze społecznej, ani w sferze symbolicznej, to z jej politycznych posunięć na obu tych polach wielu czerpie ulgę na tyle głęboką, że kolejna kadencja lub kadencje dla Prawa i Sprawiedliwości wydają się przesądzone.

W jakimś sensie jest więc za późno. Nasze dyskusje będziemy toczyć – excusez le mot – z ręką w nocniku. Jednak nawet w tak niekomfortowej sytuacji toczyć je musimy, bo stawka jest najwyższa: gra toczy się o samo istnienie polskiej wspólnoty kulturowej. Wspólnota ta istnieć wcale nie musi – jeśli przestaniemy jej potrzebować i o nią zabiegać, pewnego dnia trwale się rozpadnie i nie będzie już powrotu.

Janion: Szczerze nienawidzę naszego mesjanizmu! [List do Kongresu Kultury]

Wygnani

Nie pomylę się pewnie bardzo, jeśli powiem, że wszyscy tutaj czujemy się – do pewnego stopnia – jak wygnańcy, a przynajmniej jak ludzie, których bardzo chce się w takiej pozycji ustawić. Jesteśmy twórcami i uczestnikami kultury, których rewolucja PNK próbuje pozostawić za burtą – jednych dlatego, że od początku nie chcieli przykładać do niej ręki, innych dlatego, że wprawdzie dopuszczali możliwość współdziałania, ale prędko zrozumieli, że inaczej wyobrażali sobie zmianę: jako proces mądrego równoważenia, a nie nową i w dodatku o wiele bardziej agresywną tendencyjność. Rewolucja PNK wszelkimi sposobami daje nam odczuć, że jesteśmy kulturowymi przybłędami i że ojczyzna nas nie potrzebuje, a nasze miejsce – Władimir Iljicz skubie swoją rudą bródkę – jest na śmietniku historii. Z rozmysłem wykoślawia i zohydza liberalno-lewicową agendę oraz związaną z nią wrażliwość, przeciwstawiając je formacji narodowo-katolickiej na zasadzie albo-albo. Co nie mieści się w ideowo-estetycznych ramach PNK, jakoby nie należy do polskiej kultury i musi zostać z niej wypchnięte.

Notuję te myśli jako autorka swoich książek. Kiedy dwa lata temu rozpoczynałam pracę nad ostatnią z nich, Lesbos, ja też czułam się jak ktoś, z kogo próbuje się zrobić wyrzutka, kogo z piętnem na czole wypędza się z domu i zakazuje powrotu. Sprawił to język, który – dzięki błogosławieństwu nowej władzy i często za sprawą jej przedstawicieli – błyskawicznie zdominował przestrzeń publiczną: język nienawiści i wykluczenia, pogardy dla mniejszości i odmienności, supremacji białych, heteroseksualnych katolików o etnicznie czystych korzeniach (najczęściej urojonych) ze wszystkich klas społecznych, od prostego kibola aż do profesora i poety, którzy nareszcie mogli zrzucić maski i napluć na to, co jest kulturą społecznego współżycia, a co oni nazywają terrorem politycznej poprawności. Żenujące żarty o „judeosceptycyzmie” czy „marksizmie-lesbianizmie” przesunęły się z marginesu do centrum. W jednym z kanałów telewizji publicznej występuje pseudoekspert, który uczestniczki społecznego protestu podsumowuje pytaniem: „Kto to rucha?”. Rynsztok płynie frontowymi drzwiami. Cuchnie.

Na okładce mojej Lesbos wydawca napisał: „Lesbos jest wyspą wolności. Autorka buduje ze słów przestrzeń, w której o miłości kobiet można mówić w sposób w pełni niepodległy. Jej książka to arka na czas potopu i jednocześnie projekt na lepszą przyszłość: ręka wyciągnięta do potrzebujących i list w butelce”.

W tej nocie, którą współtworzyłam, znalazło się wszystko, czego nagle w dwójnasób zabrakło mi w zewnętrznym świecie: poczucie wolności, niepodległość sztuki, społeczna więź. Widać tu także zamiar rozpaczliwie utopijny – postanowiłam stworzyć sobie świat (bo język to świat), w którym sama będę w stanie żyć, a następnie ofiarować go współwygnańcom. Świat ten przybrał formę wyspy – wyspy miłości i pieśni, indywidualizmu i sztuki swobodnie przekraczającej wszystkie granice: państw, języków, epok, klas i płci. Wyspy Lesbos.

Dzisiaj myślę, że jeżeli mamy żyć na wyspach – a mnie samej trudno by było żyć inaczej – to wyspy te powinny tworzyć dobrze skomunikowany archipelag. Ważne jest, żebyśmy nie ratowali się z opresji PNK w pojedynkę – warto połączyć wysiłki, rozmawiać o środkach i celach, wspólnie projektować symboliczną przestrzeń, w której żyć będziemy w stanie wszyscy. Czyli – projektować przyszłość kultury. Bo to w kulturze w pierwszym rzędzie żyjemy, a nie w państwie, które – jak uczy m.in. historia Polski – raz jest, a raz go nie ma. Żyjemy w niej jako „zwierzęta symboliczne” wedle określenia Ernsta Cassirera. Kultura od swego zarania należy do człowieka, który jej potrzebuje i ją wytwarza, a nie do państwa, które co najwyżej używa jej do swoich celów. Nie da się posiadać kultury inaczej, niż używając jej zgodnie z jej naturą i przeznaczeniem, nie da się więc również kultury zawłaszczyć. Trzeba to wyraźnie zobaczyć: piraci, którzy opanowali okręt polskiej kultury, są złudzeniem. Trzeba rozbić iluzję, że państwo posiada kulturę.

Nie można dłużej dyskutować o kulturze z apolitycznych pozycji [rozmowa z Pawłem Wodzińskim i Bartoszem Frąckowiakiem]

Interludium: Oni

Rzecz kłopotliwa i nieprzyjemna, o której stale musimy pamiętać, mimo że z chęcią byśmy o niej zapomnieli: kultura przyszłości nie może być kulturą tylko „dla nas”, nie może być naszą strefą bezpieczeństwa i tożsamościowej afirmacji, ale musi być też – jednocześnie – kulturą „dla nich”. Mówiąc umownie i z konieczności upraszczając (bo ani my nie jesteśmy monolitem, ani oni nim nie są – istnieje wiele podziałów, które przebiegają wewnątrz i w poprzek naszych „obozów”): „my z Lesbos” i „tamci z Łączki”, obrońcy wolności jednostki i stróże kwatery „Ł” na warszawskich Powązkach, musimy poczuć się aspektami jednej kultury. Musimy pokonywać radykalną obcość i wrogość, jaka rozciąga się między naszymi wyspami, musimy nawiązywać komunikację i żywić nadzieję, że mostów z czasem będzie przybywało, choćby miały nam służyć do toczenia nierozstrzygalnych sporów. Jest to zadanie niewyobrażalnie trudne z wielu powodów, których niemała część leży po stronie „tamtych z Łączki” (choćby katolicki fundamentalizm), i nie jestem pewna, czy w ogóle wykonalne, zwłaszcza że wymagałoby wspólnego wysiłku. Ucieknę przed nim jeszcze na chwilę i wrócę do rewolucji.

Hybryda

Rewolucję – czy może ściślej: kontrrewolucję – z jaką mamy do czynienia w Polsce, nazwałam rewolucją hybrydową. Określenie to nawiązuje z jednej strony do pojęcia wojny hybrydowej, z drugiej – do pojęcia hybrydowej demokracji.

To w kulturze w pierwszym rzędzie żyjemy, a nie w państwie, które – jak uczy m.in. historia Polski – raz jest, a raz go nie ma.

Z hybrydową wojną łączy rewolucję PNK to, że żadna z osób pełniących najważniejsze funkcje w państwie nigdy nie przyznała, że przeprowadza rewolucję, a więc zmianę o charakterze przemocowym, możliwą wyłącznie dzięki zawieszeniu obowiązującego prawa. Mimo rewolucyjnych deklaracji publicystów i polityków, jakie pojawiają się w prorządowych mediach, rząd utrzymuje, że zmiany ustrojowe, jakie przeprowadza z naruszeniem Konstytucji i bez dostatecznej legitymizacji, mieszczą się w granicach prawa i uzyskanego mandatu.

Jeśli idzie o hybrydową demokrację, skupię się na jej imitacyjnym charakterze i sposobie, w jaki hybrydowe reżimy używają przemocy. Zjawisku temu wiele uwagi poświęciła m.in. rosyjska politolożka Jekatierina Szulman, która znajduje się w uprzywilejowanej pozycji – ma bezpośredni dostęp do przedmiotu swoich badań, ponieważ to właśnie putinowska Rosja z jej „suwerenną demokracją” jest najdoskonalszym przykładem nowego antyliberalnego ustroju, w literaturze przedmiotu nazywanego też demokracją nieliberalną, demokracją imitacyjną, autorytaryzmem elekcyjnym, czy autokracją bez tyranii. Mnogość określeń wskazuje na płynność zjawiska, które dopiero się kształtuje. Wiadomo, że od Władimira Putina uczy się Victor Orbán, od Orbána zaś – Jarosław Kaczyński, i choć dałoby się wskazać istotne różnice zarówno między tymi trzema przywódcami, jak i między rządzonymi przez nich państwami, to przecież wszystkie trzy piranie pływają w tym samym akwarium.

„Naturę reżimów hybrydowych – pisała Szulman w głośnym tekście Królestwo politycznej imitacji (w przekładzie moim – R. L.) – warto rozumieć chociażby po to, aby uniknąć narzucających się historycznych analogii i nie tracić czasu na oczekiwanie, że za oknem nastanie faszyzm lub wzejdzie zorza sowietyzmu”. To wskazówka dla nas – rewolucja PNK nie jest powrotem do przeszłości, nie zwiastuje odrodzenia się faszyzmu ani stalinizmu: jest współczesną mutacją autorytaryzmu, która imituje dawne jego formy. Symuluje, by sięgnąć po termin z intelektualnego instrumentarium Jeana Baudrillarda, przy czym symulacja obejmuje zarówno przejawy państwowej przemocy, jak i procedury demokratyczne. Te ostatnie w hybrydowej demokracji stają się wydmuszką i pełnią funkcję dekoracyjną, bo władza i tak nigdy się nie zmienia. Charakterystyczne, że nawet w Rosji niezmienność władzy nie wymaga fałszerstw wyborczych – jest skutkiem funkcjonowania systemu. Na Węgrzech i w Polsce kwestia możliwości odwołania władzy w drodze wyborów powszechnych wydaje się jeszcze otwarta – oba środkowoeuropejskie reżimy hybrydowe znajdują się na dość wczesnym (choć różnym) etapie rozwoju, mimo że w obu daje się zauważyć silna tendencja do utożsamiania demokracji z dyktaturą większości, co de facto zmienia demokratyczne procedury w fasadę.

Gdula w „GW”: Kaczyński buduje neoautorytaryzm

„Reżim hybrydowy – zauważa Szulman – ma charakter dwustronnie imitacyjny. Nie tylko symuluje demokrację, której nie ma, ale też przedstawia sobą dyktaturę, która w rzeczywistości nie istnieje. (…) stara się wykonać swoje główne zadanie – zapewnić niezmienność władzy – za cenę względnie niskiego poziomu przemocy. Nie dysponuje ani moralnym kapitałem monarchii, ani aparatem represji totalitaryzmu”. Charakterystykę tę można odnieść zarówno do całokształtu rządów tzw. dobrej zmiany, jak i zawęzić do polityki kulturalnej, która także stara się osiągnąć swój cel „za cenę względnie niskiego poziomu przemocy”.

Pojawiające się co pewien czas w niezależnych od rządu mediach i prywatnych rozmowach porównania obecnej sytuacji w kulturze do czasów stalinowskich (skądinąd oparte na zrozumiałych skojarzeniach) są więc o tyle niedokładne, że wyrzucani z pracy z przyczyn ideologicznych dyrektorzy teatrów, dziennikarze, piosenkarze i aktorzy nie trafiają dzisiaj w Polsce do aresztów ani do łagrów, nikt ich też nie rozstrzeliwuje, podobnie jak pisarzy i artystów pozbawionych szans na państwowe dotacje czy stypendia. Wszystkie te osoby mogą funkcjonować poza państwowym obiegiem, ponieważ obieg pozapaństwowy istnieje i nie został zdelegalizowany. Jeśli więc mamy do czynienia z jakąś formą stalinizmu, to jest to raczej stalinizm bezzębny, czyli właśnie – imitacyjny. To simulacrum stalinizmu, które ma nas trochę postraszyć i osłabić, ale nie zabić. Sądzę, że wiemy, a przynajmniej czujemy to wszyscy – czy nie dlatego podpalenie się pana Piotra S. przed Pałacem Kultury i Nauki w Warszawie rozpłynęło się w zagadkowej ciszy? Pan Piotr odpowiedział na imitację autorytaryzmu gestem z epoki twardych totalitaryzmów – gestem Jana Palacha i Ryszarda Siwca. Jego epistemologiczna „pomyłka” polegała na tym, że protestując przeciwko symulacji, podpalił swoje prawdziwe ciało, imitacji przeciwstawił rzeczywisty ból.

PiS. Zwyczajna polska dyktatura

Nieobecność przemocy na skalę totalitarną zmienia bardzo wiele – zmasowany terror, jak przypomina choćby Barnes w Zgiełku czasu, wytrąca z ręki każdą broń i kruszy każdego, niezależnie od obranej strategii przetrwania. Nie znaczy to bynajmniej, że za brak tego rodzaju przemocy powinniśmy być komuś wdzięczni – w XXI wieku przemoc znacząco przybladła, ponieważ po drugiej wojnie światowej nietolerancja na nią w Europie ogromnie wzrosła, a ponadto w hybrydowej demokracji nie ma powodu sięgać po środki tak skrajne, skoro – jak pokazuje przykład Rosji i Węgier – środowiska niezależne da się zmarginalizować na tyle skutecznie, żeby nie miały wpływu na proces utrwalania się władzy. Głos tych środowisk, choć nie do końca stłumiony (co przydaje się w propagandzie, zwłaszcza tej na użytek zewnętrzny), nie jest słyszalny poza określoną niszą i niczego nie zmienia.

Rejs…

Nie oznacza to jednak, że porównanie z Rosją stalinowską jest całkowicie nieefektywne literacko. Polska rewolucja kulturalna strukturalnie przypomina przecież politykę kulturalną stalinowskiej Rosji, której symbolicznym skrótem mógłby stać się osławiony rejs pisarzy po Kanale Białomorskim.

Polska rewolucja kulturalna strukturalnie przypomina politykę kulturalną stalinowskiej Rosji, której symbolicznym skrótem mógłby stać się osławiony rejs pisarzy po Kanale Białomorskim.

Makabryczną tę wycieczkę za wiedzą Stalina zorganizowało w 1933 roku GPU, zapraszając na pokład statku „Anochin” grupę prawomyślnych literatów. Od pisarzy oczekiwano, że zobaczą i opiszą to, co zobaczyć i opisać powinni, a oni byli gotowi zrealizować propagandowe zamówienie, to jest zamknąć oczy na prawdę i widzieć tylko to, co widzieć należy, a także cieszyć się sowitą gratyfikacją w warunkach, które niejednemu odebrałyby nie tylko apetyt, ale i chęć do życia. Wszystko to dla dobra ojczyzny i na pohybel wrogom ludu, w wielu przypadkach zapewne szczerze. Sromota tamtego rejsu nie wywietrzała do dzisiaj, skoro wszelkie jego ślady nadal zaciera się w biografiach pisarzy-uczestników i trzeba wiele wysiłku, żeby się dowiedzieć, kto płynął wtedy między barakami z kieliszkiem szampana w dłoni.

Polska kultura również ma teraz mieć – na kształt sowieckiego przedsięwzięcia – wyraźne centrum dowodzenia (w resorcie przy Krakowskim Przedmieściu) oraz komórkę superwizyjną (przy ulicy Nowogrodzkiej). Centrum dowodzenia w porozumieniu z komórką superwizyjną tworzy i finansuje państwowe zamówienia na dzieła o określonej tematyce i wymowie (patriotycznej w rozumieniu sił PNK) oraz wyraźnym potencjale propagandowym. Centrum profiluje regulaminy rozpisywanych przez siebie konkursów w taki sposób, aby warunki mogli spełnić wyłącznie twórcy o preferowanym światopoglądzie lub gotowi go zaakceptować dla korzyści materialnej, i sowicie ich za to wynagradza (nakłady na kulturę, w tym na stypendia, znacząco wzrosły). Z regulaminów tych wynika pośrednio, że twórcy liczący na dofinansowanie państwa nie powinni dostrzegać zjawisk z punktu widzenia władzy niewygodnych – np. antysemickich ekscesów, jakich dopuszczali się Polacy w czasie drugiej wojny światowej i po niej, odmiennej orientacji uczuciowej prominentnych postaci polskiej kultury, czy pedofilii wśród księży. Tę listę można oczywiście wydłużyć, choć oficjalnego spisu tematów źle widzianych nikt nie ogłosił, bo i po co – to się wie samo przez się. Szepcze nam to do ucha mały pisiorek, którego każdy z nas ma w głowie i właśnie tak ma być – mamy się cenzurować sami.

…i „Rejs”

Ale ponieważ żyjemy w świecie imitacji, rejs po Kanale trzeba przełamać Rejsem Marka Piwowskiego – dopiero wtedy powstanie monstrualna mieszanka komedii i grozy, zdolna wyrazić naszą rzeczywistość. Rewolucja PNK, przy całej swej szkodliwości, często przypomina przecież karykaturę, groteskę lub satyrę: po oczach bije tragikomiczny splot ignorancji z arogancją na wszystkich szczeblach oraz brak kadr. Jakoś nie widać genialnych twórców ani wielkich dzieł z kręgów PNK, a teza o wieloletniej politycznej dyskryminacji wybitnych artystów narodowo-katolickich dezawuuje się jako humbug. Nie doszło do erupcji rzekomo stłumionej energii, nie zalała nas fala znakomitych dzieł, a filmy w rodzaju Smoleńska czy Historii Roja, tak jak nowsza twórczość Wojciecha Wencla, czy realizacja pomysłu na Stary Teatr bez Jana Klaty, okazują się kompromitacją. Odnosi się wrażenie, że pragnąc uwiarygodnić swoją narrację i zamaskować bezpłodność własnej wizji kultury, władza próbuje w pośpiechu sprokurować cokolwiek, co da się sprzedać jako „narodowe”.

W Krakowie już jebło

Współczesne imitacje politruków mają ambicje obejmujące także naszą wspólną pamięć. Jakże charakterystyczne są ich doktrynerskie zapędy, kiedy próbują wyrugować z przestrzeni publicznej nazwisko Brunona Jasieńskiego albo zatrzeć fakt ukraińskiego pochodzenia Anny Walentynowicz! Modelowanie pamięci w duchu PNK odbywa się nieodmiennie za pomocą redukcji, nacjonalizacji i instrumentalizacji. Polska pamięć ma być jednoznaczna i takie same mają być przypisane do niej wartości: zdrajca albo bohater, poeta polski albo „kacapski”, tertium non datur. Pamięć ta ma być również niezróżnicowana pod względem płci, rasy czy wyznania, a więc wolna od wewnętrznych konfliktów: jeśli Żyd, to taki, który czuł się Polakiem; jeśli ateista, to taki, który łaknął wiary; jeśli kobieta, to przystosowana do patriarchalnych reguł; jeśli gej czy lesbijka, to tak dyskretni, że do śmierci nikomu nie powiedzą. Brakuje przestrzeni na niejednoznaczność i złożoność, na wahania i komplikacje, na dramaty i konflikty, czyli na wszystko to, co składa się na prawdę życia. Centralnie sterowana kultura ma sprawić, by historia stała się zbiorem budujących przykładów, bajką o pięknych i dobrych Polakach, sentymentalną kołysanką.

Polska pamięć ma być jednoznaczna i takie same mają być przypisane do niej wartości: zdrajca albo bohater, poeta polski albo „kacapski”.

Pytanie, czy bajka z morałem krzepi kogoś oprócz dziecka? „W świecie (…) pozbawionym ambiwalencji i niejasności (…) pojawia się narastające poczucie straty” – stwierdza Alastair Bonnett w książce Poza mapą (w przekładzie Jacka Żuławnika), zwracając uwagę na nieusuwalną ludzką potrzebę zanurzenia się w tym, co niejasne i skomplikowane, dającą o sobie znać tym mocniej, im bardziej jednoznaczne staje się otoczenie. Tak samo kultura – nie będzie nas krzepić, jeżeli jej gładka powierzchnia to kłamstwo. Na krótką metę pozwoli stłumić niepokój, ten jednak, nieuświadomiony, będzie nas nurtował i tworzył niszczące napięcie. Kolejny raz stracimy szansę konfrontacji z rzeczywistością, znowu rozminiemy się z własną dojrzałością.

Lesbos i Łączka

Jak zatem – wbrew rewolucji PNK – ocalić życiodajną niejednoznaczność kultury i zarazem nawiązać komunikację z „tymi z Łączki”? Jak budować przyszłość dla podzielonej społeczności? Niewątpliwie czeka nas praca u podstaw, długi marsz bez łatwych zwycięstw. Setki małych bitew o kulturę do wygrania lub przegrania, a na początku trudny pierwszy krok – wyjście poza obręb własnego matecznika, w którym czujemy się bezpiecznie i wsłuchiwanie się także w cudze pieśni. Różne – nie tylko te dobiegające z Łączki. Bo sztuka – jak pisała Jeanette Winterson – oznacza więcej, nie mniej. Jej najważniejszym zadaniem nie jest potwierdzanie naszej tożsamości, tylko stałe jej kwestionowanie i rozszerzanie. Dlatego właśnie kultura może się stać platformą łączącą, przestrzenią spotkania i mediacji. W przestrzeni kultury łatwiej rozmawiać, zwłaszcza że taka rozmowa nie musi oznaczać bezpośredniej konfrontacji: na początku wystarczy czytać te same książki, oglądać te same spektakle, filmy i obrazy. Poznawać te same biografie.

Wicepremier Gliński wychodzi do ludzi!

Na przykład biografię Brunona Jasieńskiego – polskiego uczestnika rejsu po Kanale Białomorskim. Instytut Pamięci Narodowej podjął niedawno drugą próbę usunięcia tego awangardowego poety z przestrzeni publicznej – w optyce samozwańczych stróżów naszej pamięci nazwisko Jasieńskiego w nazwie ulicy miałoby oznaczać propagowanie komunizmu i niemal zbrodnię przeciwko narodowi polskiemu. Stanowisko Instytutu uzasadnia udostępniony w sieci preparat biografii Jasieńskiego, przedstawiający go jako sowieckiego aparatczyka. Po stronie PNK mamy więc: tendencyjność, uproszczenie i przekreślenie wartości sztuki na rzecz inkwizytorsko traktowanej biografii artysty. Jednak obrońcy obecności Jasieńskiego także ułatwiają sobie zadanie ponad miarę: dla nich z kolei sztuka jest wszystkim, a biografia niczym, nawołują więc, aby biografię artysty puścić w niepamięć i skupić się na dziełach.

Ta modelowa sytuacja przypomina wewnętrzny rozbiór Polski: ze wspólnego dobra, jakim jest Bruno Jasieński, oni biorą życie, my twórczość, i każdy wlecze tę swoją połowę w inną stronę. Człowiek z kręgów mentalnie bliższych IPN-owi (człowiek z Łączki) nie potrafi docenić artysty, którego niejednoznaczne życie tak wielkodusznie puszczają w niepamięć ludzie z Lesbos. I vice versa: człowiek o mentalności wolnościowej (człowiek z Lesbos) nie chce się wgłębiać w trudną biografię Jasieńskiego, skoro ludzie z Łączki używają jej jako maczugi przeciwko twórcy. Co więc robić? Na początku każda ze stron mogłaby oświetlić zacienioną drugą połowę problemu: ludzie z Łączki musieliby zrobić wysiłek i przyznać, że Pieśń o głodzie jest utworem wyjątkowym i wartościowym; ludzie z Lesbos musieliby zrobić wysiłek i przyznać, że niektórych zachowań Jasieńskiego w Rosji nie da się usprawiedliwić i że budzą one zgrozę w każdym przyzwoitym człowieku. Dzięki temu postać Jasieńskiego na powrót scaliłaby się we wspólnej pamięci, a wtedy obie strony mogłyby się ewentualnie zgodzić, że nazwisko poety nie musi znikać z nazw ulic.

Ta modelowa sytuacja przypomina wewnętrzny rozbiór Polski: ze wspólnego dobra, jakim jest Bruno Jasieński, oni biorą życie, my twórczość, i każdy wlecze tę swoją połowę w inną stronę.

Sądzę, że w takim kierunku należałoby dążyć – zbliżając do siebie przeciwstawne stanowiska, choćby część wspólna miała się czasem sprowadzać do jednego punktu. Zbliżając do siebie Łączkę i Lesbos, wytrwale kopiąc tunel od jednej do drugiej i czekając na cud.

Albo na Godota. Nie ukrywam, że we mnie samej taka perspektywa nie budzi entuzjazmu. Dyskusje z ludźmi z Łączki na temat związków partnerskich, prawa wyboru w sprawie aborcji czy akcji #metoo, jakich wiele odbyłam na Facebooku, przyniosły mi doświadczenia niemal wyłącznie negatywne, a czasem też raniące, najchętniej więc bym tego zbliżania się uniknęła.

Zdaje się jednak, że jako żywa całość mówiąca tym samym językiem nie mamy innego wyjścia: musimy próbować ze sobą rozmawiać. Po to, żeby ktoś mógł kiedyś powiedzieć: „Nic nie kończy się (…) w konkretnym czasie i konkretnym miejscu. Wszystko kończyło się w wielu miejscach i w wielu czasach, po części nawet zanim się urodziłeś”.

Wolność, równość, wyobraźnia

***
Renata Lis (ur. 1970) – pisarka i tłumaczka. Za debiutancką książkę Ręka Flauberta (2011) otrzymała m.in. nominację do Nagrody Literackiej Nike i Nagrody Literackiej m.st. Warszawy. Przetłumaczyła z rosyjskiego zbiór próz Iwana Bunina pt. Późna godzina. Opowiadania emigracyjne i Nieszczęsne dni (dziennik z lat 1918-1919) (2013) oraz dwie z Trzech baśni Flauberta (2009). Za przekład eseju Ameryka Jeana Baudrillarda otrzymała wyróżnienie Stowarzyszenia Tłumaczy Polskich (1998). Jej książka pt. W lodach Prowansji. Bunin na wygnaniu (2015) znalazła się w finale Nagrody Literackiej Nike i półfinale Nagrody Literackiej Europy Środkowej Angelus; otrzymała też nominacje do Nagrody Literackiej Gdynia, Nagrody Literackiej m.st. Warszawy i Nagrody Literackiej dla Autorki Gryfia.

*
Tekst powstał w ramach przygotowań do Forum Przyszłości Kultury 2017, które odbędzie się w dniach 18–19 listopada w Teatrze Powszechnym w Warszawie. FPK to przestrzeń dialogu i dyskusji na temat perspektyw rozwoju kultury we współczesnej Polsce. Program Forum wypełnią spotkania z udziałem ruchów obywatelskich, debaty, spektakle i pokazy oddolnych inicjatyw kulturalnych. Kontekstem dla prac Forum są scenariusze dotyczące przyszłości kultury, napisane przez wybitnych humanistów, a także cykl debat organizowanych w całej Polsce. Więcej informacji na stronie: forumprzyszloscikultury.pl

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.

Obraz świata pani Lis wygląda na przeniknięty paniką moralną. Politykę kulturalną współtworzy ONR, który ostatnio jest symbolem wszelkiego zła, bo Hitler już nieco zużył się w tej roli. Mamy reżim podobny do rządów Putina w Rosji, a że przywódcy opozycji nie są mordowani na ulicach jak nieboszczyk Niemcow, to tylko argument za tym, że przecież by mogli.
Prawdziwy stalinizm opierał się na mechanizmie nieustannej czystki, w wyniku której funkcjonariusze reżimu nieustannie trafiali do więzień i kończyli z kulą w głowie. Podkreślam, funkcjonariusze reżimu, a nie opozycja, bo opozycję zlikwidował już Lenin. Wedle pani Lis w Polsce mamy miękki stalinizm, polegający na tym, że zwalnia się dyrektorów teatrów.
Niedobrze, oj, niedobrze Marcinie! (jak rzekłaby krowa). Karykaturalny sposób krytykowania Pisu, zostanie użyty przez pisowską propagandę przeciw krytykantom. Błędne rozpoznanie sytuacji prowadzi do błędnych działań. Oj, niedobrze, niedobrze krowo. Odrzekł Marcin.

Rzeczywiście, opis rzeczywistości autorstwa Autorki też bym skorygował, ale te różnice nie przekreślają intencji, które są wielką wartością tego wpisu. Wielką, bo tak rzadko z obu obozów znajduje się ktoś, kto nie chce eksterminacji tej drugiej strony. To, że Autorka potrafi się przymusić do uznania praw obywatelskich niecierpianych "tradycjonalistów" zasługuje na dowartościowanie, a nie na zatopienie w morzu często słusznych korekt.

To prawda tekst pani Lis odbiega od typowego narzekania na Pis, co jest bardzo zły i ma bardzo ostre kły. Autorka jest nieprzeciętnie inteligentną osobą, jej książki muszą być ciekawe. Pan Piotr ma wiele racji. Ja jednak jestem starszym panem (przynajmniej tak się czuję, nie lubię czuć się młodo). W swoim życiu dużo czytałem o reżimie sowieckim, słyszałem też relacje osób, które bezpośrednio doświadczyły systemu stalinowskiego. Kiedy czytam, że w Polsce panuje miękki stalinizm, bo zwalniają dyrektorów teatrów, to pytam: do kogo ta mowa?

Bełkot, ale popieram. Tak długo, jak wy- komuchy, nie rozumiecie, co się dzieje, tak długo można spać spokojnie.

Jeszcze wam wygarnę w długim komentarzu, dlaczego mam niezwykle fatalne zdanie o was i całym lewactwie. Przygotujcie się, bo tej siły już nikt nie POwstrzyma.

Obecnie mamy chaos, anarchię i brak fundamentów. Wygląda na to, że będę musiał wejść do polityki, na zasadzie "nie chcę, ale muszę" tak jak nie kto inny niż Donald Trump w USA. Obecnie wszystkim w Polsce rządzą straszne cepy i wydmuszki. Ktoś musi ten burdel ogarnąć i wyrzeźbić nowe fundamenty dla Polski.

Myślę o stworzeniu nowego państwa w miejsce obecnej III RzeczPOspolitej Polskiej, nowej ligi piłkarskiej, klubów i wszyściusieńko od zera. W każdym razie na takich założeniach będzie opierać się moja partia w przyszłości, bo tylko takie coś będzie mogło się przebić. Nowy, lepszy Hitler.

Polsce potrzebny jest nowy totalitaryzm, z tym że rządzić będzie nie jakiś bandyta, a ktoś kto kocha ludzi bardziej niż Jezus, który tylko trochę połaził po wodzie, zamienił ją w alkohol i na tym kończyły się jego kompetencje. Ja mogę zrobić dużo więcej, tylko potrzebuję władzy.

6 klubów w dwóch najwyższych ligach w Polsce. Po jednym spada niżej, 30 kolejek, Wszyscy się zmierzą ze sobą ze sobą 6 razy (każdy zagra 6 razy przeciwko 5 rywalom) trzy razy u siebie i trzy razy na wyjeździe. W sumie w dwóch najwyższych ligach będzie miejsce tylko dla dwunastu klubów, a w następnej (trzeciej w kolejności lidze) zagra mnóstwo klubów (najprawdopodobniej 22, czyli 42 kolejki) i tylko jeden awansuje co sezon. To będą drakońskie zasady, ale tylko ciężką pracą i wysokimi wymaganiami można do czegoś dojść. Oprócz tego trzeba będzie zreformować nazwy i barwy niektórych klubów, tych co najbardziej nie będą mi się podobać. Ludzie po wojnie nie chcieli totalitaryzmów, ale to było nieprecyzyjne ocenienie sytuacji, bo to nie totalitaryzmy były winne mordowania się ludzi, tylko sami ludzie, że tak robili. A później zwalili sobie wszystko na system (ustrój) polityczny, hehe.

W najwyższej lidze będą obowiązywały różne limity, np wzrost od 174 cm do 184 cm. To jest 11-centymetrowy przedział (174, 175, 176, 177, 178, 179, 180, 181, 182, 183 i 184). 1+7+4 = 12, 1+8+4=13. A więc wszystko się ładnie układa: 11, 12, 13. Jeśli Lewandowski ma 185 cm wzrostu, to nie będzie mógł zagrać w najwyższej lidze, ale będzie mógł zagrać w drugiej, ale że w pierwszej będzie tylko 6 klubów, to dalej mógłby grać w klubie z krajowego top 10. GENIALNE!!! Oprócz tego w najwyższej lidze na strojach zawsze będzie wymagana znacząca ilość białego lub żółtego koloru, bo to najwyraźniejsze, najbardziej widoczne barwy dla piłkarzy, kibiców i wszystkich co tu dużo mówić.

ZŁOTE IMPERIUM POLSKI
Biało-czerwone paski zostaną na fladze, ale zwężone, a po bokach, jak we flagach Nigerii czy Meksyku, kolor złoty. No i trzy litery na fladze ZIP na czarno (Z oraz P na złotych bokach, I na biało-czerwonym środku). Tak zaczyna się V Rzeczpospolita!!!

Korwin chciałby wszystko sprywatyzować, ale mi w sumie nie trzeba oddawać całego kraju. Wystarczy mi województwo dolnośląskie na własność. To tu mogę stworzyć Złote Imperium Polski, czyli V Rzeczpospolitą, a reszta niech POzostanie III i IV jak do tej POry, i gnije, bo POmysłów to oni nie mają żadnych, a ja mam wiele.

Odklejenie twórców "lewicowo-liberalnych" od państwowego garnka może mieć - paradoksalnie - dobre skutki. Twórcy ci będą mieli większe zapotrzebowanie na kasę i może bardziej dostosują sie do rynku, tworząc dzieła przeznaczone nie dla kółek wzajemnej adoracji, ale dla szerszego kręgu odbiorców. A właśnie to jest teraz najbardziej potrzebne - popularne, przystępne dzieła demaskujące udział Polaków w holocauście, zbrodnie bandytów wyklętych, zbrodniczą durnotę przywódców powstania warszawskiego, gangsterski charakter państwa PiSo-kościelnego, krycie pedofilii przez JPII i inne brudy cielca z Wadowic, kłamliwość katolickich dogmatów, śmieszność i durnota religii itd.. itd.. Tematów na popularne książki, sztuki i filmy jest od pyty, a teraz - przy rządach tych skurwieli - będzie na to coraz większa koniunktura. Zamiast więc biadolić, brać się do piór i za kamery i - jebać w Boga, Honor i Ojczyznę !

Tego rodzaju totalny kierunek sprawiłby jedynie, że lewica byłaby niejako wyjęta z polskiego społeczeństwa, można nie lubić PiS-u widzieć śmieszność i przesadę, ale faktem jest, że Niemcy robią dziś filmy o nielicznych antyfaszystach, ofiarach II wojny światowej, a my musimy zmagać się z Pokłosiem - proszę mnie źle nie zrozumieć, to ważny temat, tylko po II wojnie światowej, komunizmie i całej dość traumatycznej historii jest pewna granica krytycyzmu, która w jakimś momencie jest szkodliwa trochę jak w GW. Skoro polskiej lewicy nie sposób dogodzić, nie sposób ciągle czytać, źle, źle, źle - to ten przekaz jest w dużej mierze odrzucany. Cała ta liberalno-lewicowa kultura docierała w sumie do bardzo wąskiego grona odbiorców, a u przeciętnego Polaka częściej budziła niesmak, niż jakieś poczucie tożsamości, wspólnoty itd. Skoro ktoś ze sceny teatru zadaje pytanie, czy nie lepiej - było przegrać wojnę polsko-bolszewicką - bo utraciliśmy być może zdobycze socjalne rewolucji - to może lepiej dla twórców, że mało kto to oglądał, bo przynajmniej twórcy nie dostali po mordzie.
Jaki sens dziś ma np pastwienie się na Powstańcami Warszawskimi i rozdrapywanie ran historycznych po 70 latach ? Dwa decyzja choć tragiczna i pod wieloma względami błędna, nie oznacza, że to dowódcy Powstania dokonywali rzezi cywilnych mieszkańców Warszawy - jednak robili to Niemcy. Czy odpowiedzią na obłęd PiS - prawicy odnośnie - Wyklętych ma być inny obłęd - w ocenie powojennej Polski ?
Własne poglądy to często przekleństwo jeśli nie ma się do nich choć odrobiny dystansu, refleksji, żyje tylko nimi, bez odniesienia do kontekstu historycznego, czy obecnej Polski.

"Jak zatem – wbrew rewolucji PNK – ocalić życiodajną niejednoznaczność kultury ..."

Proponuję zasięgnąć porady u polskich black i death metalowców, którzy bez żadnych dotacji, bez żadnego wsparcia, przy pełnym ostracyzmie kolejnych dewocyjnych rządów, całkowitym zbanowaniu medialnym - zbudowali jedną z najmocniejszych, cieszących się zasłużoną marką i rozpoznawalnością - scen blackmetalowych w Europie i na świecie.

Polska w ogóle black metalem stoi. Ilość kapel grających ten rodzaj muzyki w Polsce, w porównaniu z innymi krajami UE - jest ogromna. Tak liczne sceny mają jedynie niezakatoliczeni Skandynawowie. Cały świat docenia polski black metal a o fenomenie tegoż zjawiska wiele napisano. Np. Dayal Petterson w swojej książce szuka tropów i przyczyn oryginalności brzmienia polskich zespołów. Jak widać więc "życiodajną niejednoznaczność kultury" można z powodzeniem budować i bez niańczenia POPiSowskich kołtuńskich tłumoków.