Kraj

PiS. Zwyczajna polska dyktatura

PiS wygrywa kolejne bitwy i umacnia się. Jak będzie wyglądała jego autorytarna władza? Mamy polskie, tradycyjne formy autokracji. Wiemy także, jak działają nowoczesne rządy autorytarne na świecie. Oto portret tego, co nas czeka.

Byłem, oczywiście, na demonstracji w niedzielę. Ale jeśli ostatnie dwa lata rządów PiS czegoś nas nauczyły, to tego, że ta demonstracja powtórzyła scenariusz poprzednich protestów. W Warszawie zebrało się tysiące ludzi, w „narodowych” mediach nazwano ich „bojówkarzami” i pokazano jako „puczystów”; PiS wycofa się teraz z dwóch czy trzech najbardziej oburzających zapisów w projekcie, ogłaszając, że wielkodusznie poszedł opozycji na rękę. Potem ustawy uchwali, a prezydent je podpisze, z pośpiechu potykając się o własne pióro.

W kolejce instytucji demokratycznego państwa, które pozostały jeszcze do demontażu, następne są media (wszystkie, publiczne już zniszczono), samorządy i uniwersytety. PiS ma bardzo wiele planów wobec tych instytucji (zaraz do nich dojdziemy).

Będziemy więc żyli w państwie niedemokratycznym. To stała w polskiej historii. W XX w. demokrację mieliśmy tylko przez siedem lat w Dwudziestoleciu (1919–1926, do zamachu majowego) i przez ostatnią dekadę. Wiemy więc trochę z doświadczenia, jakie formy przybierają niedemokratyczne rządy w Polsce. PRL w swoim podejściu do władzy i życia społecznego był bardziej polski, niż się dziś wydaje wielu jego spóźnionym krytykom. Jeżeli rządy PiS przypominają właśnie PRL tym, którzy go jeszcze pamiętają, to nie dlatego, że Kaczyński chce wrócić do czasów komunizmu. Po prostu społeczeństwo polskie pewne formy rządów przyswaja, a inne odrzuca. Spójrzmy prawdzie w oczy: umiarkowany, paternalistyczny autorytaryzm bardzo dużej części Polaków nigdy nie przeszkadzał, pod warunkiem, że w domu było co jeść. Nie ma demokratycznych „kłótni”, w ojczyźnie jest „porządek”, naród dziarsko pracuje, Polska rośnie w siłę, a ludziom żyje się dostatnio — w tych obrazkach, które dziś wpycha nam TVP, a które starszym wydają się znajome, w ogóle nie ma nic przypadkowego. One po prostu trafiają w ważną część narodowego ducha.

Skoro więc nie będziemy mieli — przynajmniej na czas jakiś — demokracji, to co będziemy mieli?

Oto próba rekonstrukcji. Wielki francuski historyk Fernand Braudel pisał kiedyś o „długim trwaniu” w historii społeczeństw: są w życiu narodów formy życia społecznego — relacji międzyludzkich, działania instytucji, takich jak firmy czy urzędy — które są znacznie trwalsze od rewolucji, zmian ustrojów i okupacji.

Skoro więc nie będziemy mieli — przynajmniej na czas jakiś — demokracji, to co będziemy mieli?

Kształtująca się władza PiS będzie więc amalgamatem tego, co znamy z polskiej przeszłości, i nowych metod autorytaryzmu, wypracowanych przez Putina, Orbana, Erdogana czy Chaveza. Nowe autorytaryzmy nie są zamknięte na świat, jak stare. Każdy może wyjechać z Węgier czy z Rosji, proszę bardzo. Nowe autorytaryzmy nie są wrogie kapitalizmowi — przeciwnie, dają dobrze zarobić, zwłaszcza partyjnym kolegom i znajomym. Biznes nie jest wrogiem, ale podporą Putina czy Orbana. Nie ma też formalnej cenzury: media opozycji istnieją, ale są na różne sposoby skutecznie marginalizowane. Nowy autokrata nie jest też zainteresowany praktyczną likwidacją opozycji. Dba o swoją bazę politycznego poparcia, ale wie, że „elity” — wykształceni, z wielkich miast — są jego wrogami. To nawet wygodne. Można nieustannie mobilizować swoich zwolenników do walki z „elitami”, którym już dawno odebrano wpływy i władzę. Nowy autokrata nie mówi do całego narodu: mówi tylko do swojej bazy i jest zainteresowany tylko jej poparciem.

System władzy w IV RP

System władzy w IV RP będzie więc miał fasadę demokracji. Nikt nie zdelegalizuje Platformy Obywatelskiej, a nawet Razem. Władza będzie wygrywać wybory dzięki kombinacji propagandy, władzy nad służbami specjalnymi i prokuraturą oraz różnych innych zabiegów, takich jak zmiana ordynacji wyborczej. Będzie też dbała, żeby opozycja była skłócona i skutecznie ośmieszona.

Represje

Represje będą miały charakter wyrywkowy, a sposób ich wymierzania zachowa pozory legalizmu. Nie jesteśmy Turcją, gdzie ludzie znikają bez śladu, czy Chile Pinocheta, gdzie wyrzucało się ich z helikopterów nad oceanem. Nie ta tradycja, jednak u nas Europa, azjatycka brutalność się tutaj nie opłaca. Za to niewygodnymi dziennikarzami zajmie się prokurator (tak jak Tomaszem Piątkiem). Nikt takiego nie zamknie do więzienia, ale np. skaże się go na bardzo wysoką grzywnę albo na wykupienie przeprosin dla Macierewicza zaraz po głównym wydaniu Wiadomości, co Piątka skutecznie zrujnuje. Niech chodzi i żebrze po znajomych! Taka lekcja dla jednego odstraszy 90 proc. pozostałych dziennikarzy. Być może od czasu do czasu policja zatrzyma jakiegoś działacza albo narodowe bojówki kogoś pobiją, a policja akurat wtedy będzie patrzyła w inną stronę. CBA będzie zatrzymywało polityków opozycji pod zarzutami korupcji — prawdziwymi albo fałszywymi, bez znaczenia, bo zanim się to wyjaśni, media obozu władzy już ich zniszczą.

Media

Media są kluczowym ogniwem sprawowania władzy. Lekcja nowego autorytaryzmu — dobrze przerobiona przez PiS — mówi, że w pozornie otwartym świecie internetu można wychować sobie własnego odbiorcę i bezkarnie produkować „alternatywne fakty” (żeby zacytować Kellyanne Conway, doradczynię prezydenta Trumpa). PiS musi więc mieć dominujący głos w mediach, które będą karmiły jego bazę coraz bardziej oderwaną od rzeczywistości propagandą i podsycały jej najgorsze lęki. Będzie więc ciągłe straszenie uchodźcami, Brukselą, islamem i gejami z Zachodu; nieustanne festiwale ku czci „żołnierzy wyklętych” i Jana Pietrzaka, pompowane ludziom do głów do znudzenia i bez cienia zażenowania. Naród nie chce na to płacić? To się im doliczy abonament do podatków.

Sami wyprodukowaliśmy miliony medialnych analfabetów

Media opozycji mają swoje miejsce w takim systemie — służą jako przedmiot ataków i zarazem świadectwo pluralizmu, listek figowy dla Zachodu — ale muszą być zmarginalizowane. PiS ma wiele instrumentów, żeby to zrobić, a kalendarz wyborczy sugeruje, że powinien się za to zabrać najpóźniej jesienią 2017 r. Uchwali więc ustawę o „dekoncentracji” mediów, zmuszając zagranicznych właścicieli do sprzedaży lokalnych tytułów. Kupi je biznes związany z PiS. Trudniej jest z mediami ogólnopolskimi. Można naciskać na zachodnich właścicieli, aby zmienili szefów i linię polityczną swoich mediów w Polsce. Niemcy się nie ugną, ale Amerykanie, właściciele TVN? Kto wie?

Zmienimy prawo prasowe: niech wydawcy płacą wysokie kary za niejasno sformułowane przestępstwa (jak „obraza narodu” w Turcji: to władza decyduje, co obraża naród). Prasa ma zresztą śladowe i spadające nakłady. Sprzedaż „Wyborczej” szybko zbliża się do 100 tys., podobne ilości sprzedają co tydzień „Polityka” i „Newsweek”. Wystarczy zabrać im pieniądze i poczekać, aż sami zdechną. W internecie czyta ich więcej ludzi, ale czytelnicy tych mediów i tak na PiS nie zagłosują. Niech więc gadają: chodzi o to, żeby ich głos był mniej słyszalny niż głos władzy.

Można opozycyjnych dziennikarzy trochę zdyscyplinować: zatrzymać jednego czy dwóch, nałożyć kary finansowe na wydawcę, dać do zrozumienia prywatnym firmom, żeby nie kupowały tam reklam (państwowe już dawno tego nie robią). Nieznani sprawcy kogoś pobiją na ulicy, paru osobom przebije się opony. Większość dziennikarzy zrozumie, czego ma nie robić: mają rodziny i kredyty. W ten sposób, krok po kroku, Orban sprowadził opozycyjne media u siebie do roli planktonu. Bez cenzury, bez awantur, bez kolejnej hecy w Brukseli.

Gospodarka

Gospodarka to druga podstawa nowego autorytaryzmu. Inaczej niż kiedyś, władza musi dbać o wzrost gospodarczy. PiS zostawi więc klasie średniej swobodę robienia swoich małych biznesów, wolność kupowania drogich samochodów i jeżdżenia na wakacje na Bali. Niech konsumują! Wtedy lekarze, prawnicy czy architekci będą bali się podskoczyć, bo każdy będzie miał co stracić.

Równocześnie władza po cichu będzie szczodrze płaciła swojemu aparatowi. Orban robi tak na Węgrzech. Nagrodą za lojalność są dobre posady w państwowych spółkach, a dla biznesu — możliwość robienia interesów z państwem. Prywatny biznes da się łatwo kupić lub zastraszyć — sami dali Kaczyńskiemu nagrodę w Krynicy.

Poza tym jesteśmy otwarci na inwestycje, dbamy o niską inflację i stabilność waluty. Jak się okazuje, inwestorzy zagraniczni są wrażliwi na takie parametry, a nie na jęczenie Tomasza Lisa w „Newsweeku”, że demokracja w Polsce się skończyła.

Majmurek: Lekcje z Budapesztu dla Warszawy

Im więcej PiS w gospodarce, tym więcej nie tylko nagród dla działaczy, ale także tym słabsze finansowanie opozycji. Drogi prezesie: popierasz PO? Nie dostaniesz kontraktu od państwa, a do twojej firmy przyjdzie kontrola. Będzie to, oczywiście, zupełnie przypadkowy zbieg okoliczności. Jak będziesz nadal bardzo uparty, CBA zatrzyma cię na parę dni, a sprawę nagłośni TVP. Po co ci to? Chcesz zaszkodzić swojej firmie? Tak dobrze się przecież rozwija.

Akademia

Akademię również czekają zmiany. Władza potrzebuje naukowców do swojego programu rozwoju gospodarczego. Nie potrzebuje krytycznych socjologów albo kwestionujących oficjalną ideologię historyków. Szczęśliwie dla PiS już za rządów PO przeprowadzono reformę nauki, która łączy finansowanie z gospodarczymi efektami pracy naukowca. Biolodzy, informatycy czy fizycy będą więc mogli spać spokojnie, o ile nie będą się udzielać politycznie. Dla nich kurek z publicznymi pieniędzmi pozostanie otwarty.

Ciemna strona reformy. Jak utowarowienie szkolnictwa wyższego legitymizuje irracjonalność

Pozostałym można odebrać pieniądze — zawsze łatwo zmienić parametry oceny jednostek naukowych tak, aby to zrobić. To w praktyce pozostaje całkowicie w gestii ministerstwa. Można też zabrać się do „wymiany elit”, chociaż to jest program na dłuższą metę. Poletkiem doświadczalnym tego procesu jest dziś TVP, gdzie notorycznie pojawiają się jako eksperci nikomu nieznani wcześniej naukowcy bez żadnego dorobku. Warto zmienić kryteria awansu naukowego tak, aby władza miała tu więcej do powiedzenia, a mniej „korporacja” naukowców. Zrobimy to pod hasłem „modernizacji”, „racjonalizacji wydatków” oraz „współpracy nauki z gospodarką”.

Polska specyfika

W XX w. polski dyktator był zwykle mężczyzną w średnim lub starszym wieku, całkowicie pozbawionym chęci gromadzenia majątku czy choćby życia w luksusie. Piłsudski uwielbiał mały dworek w Sulejówku, który dostał w prezencie od podwładnych. Gomułka mieszkał w dwóch pokojach, a domy Gierka czy Jaruzelskiego były dużo mniej wystawne od przeciętnej chałupy ówczesnego badylarza. Wygodnie żyli ludzie z otoczenia dyktatora, ale jego samego interesowała wyłącznie władza.

Polski dyktator nie miał tabunów kochanek, jak Mussolini albo Fidel Castro. W życiu osobistym był niemal ascetą, który poświęcił całe swoje libido ojczyźnie i narodowi. Po przemoc sięgał z wahaniem i poczuciem winy, jak Piłsudski. To nie znaczy, że jej nie stosował, ale nie znajdował w tym satysfakcji, jak wielu latynoskich czy afrykańskich przywódców. Dyktator stylizował się na ojca narodu i często sam się za takiego uważał. Opozycją bardziej pogardzał, niż się jej obawiał. Apelował do narodowej jedności, chętnie mówił, że Polacy są wielką rodziną. Jego władza była władzą ojcowską: ganił często Polaków za niedbalstwo, bałaganiarstwo, uleganie obcym wpływom, tak jak ojciec gani dzieci, chociaż potrafił pogrozić przeciwnikom z mównicy na wiecu i wtedy pokazywał bardzo nieprzyjemną twarz twardego człowieka władzy.

Dyktatury polskie były tradycyjnie mało represyjne na tle epoki. Rządy Piłsudskiego były bardziej liberalne niż w krajach sąsiednich; stalinizm w Polsce mniej brutalny niż na Węgrzech i w Czechosłowacji (tak, mimo jego dziesiątków tysięcy ofiar).

Polskie dyktatury miały też bardzo specyficzną cechę, którą trudno nawet nazwać: wszystkie były nie do końca serio. Miały operetkowy walor, nawet wtedy, kiedy zupełnie na poważnie zabijały ludzi. Momenty grozy były rzadkie.

„To wszystko, co w Rosji jest tragiczne czy dramatyczne, tu jest tylko operetkowe” — pisał w 1969 r. w dzienniku Stefan Kisielewski — represjonowany po marcu, pozbawiony możliwości publikowania i zarabiania pieniędzy. PiS nie odbiega od tej historycznej normy. Dyktatura polska jest światem groteski. I teraz wokół nas jest jej pełno. Główną twarzą ponurej politycznej publicystyki TVP jest człowiek, który zdobył rozgłos przebierając się za skaczącego po trawniku wielkiego penisa. Minister spraw wewnętrznych w kółko powtarza brednie o strefach szariatu, które rzekomo istnieją w miastach Zachodu, co świadczy o tym, że nigdy tam nie był i nie umie czytać. I tak dalej. Miło więc nie będzie, ale z pewnością będzie wesoło. Doceniajmy i tę zaletę. Gdzie indziej wszystko bywa na serio.

Weekend protestów w Warszawie [fotorelacja]

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Adam Leszczyński
Adam Leszczyński
Dziennikarz, historyk, reporter
Dziennikarz OKO.press, historyk i socjolog, profesor Uniwersytetu SWPS w Warszawie. Autor dwóch książek reporterskich, „Naznaczeni. Afryka i AIDS" (2003) oraz „Zbawcy mórz” (2014), dwukrotnie nominowany do Nagrody im. Beaty Pawlak za reportaże. W Wydawnictwie Krytyki Politycznej ukazały się jego książki „Skok w nowoczesność. Polityka wzrostu w krajach peryferyjnych 1943–1980” (2013) i „Eksperymenty na biednych” (2016). W 2020 r. ukazała się jego „Ludowa historia Polski”.
Zamknij