Czytaj dalej

Colson Whitehead: Miałem pomysł oraz określone zamierzenia artystyczne. Nie myślałem za bardzo o odbiorcach

To moja ósma książka. W poprzednich rozprawiłem się już z politykami, współczesnym społeczeństwem, konsumpcjonizmem, problemami rasowymi. Tym razem chciałem napisać coś innego. Olga Wróbel rozmawia z Colsonem Whiteheadem, autorem nagrodzonej w zeszłym roku Pulitzerem powieści „Kolej podziemna”.

Olga Wróbel: Przygotowując się do wywiadu, zapytałam czytelników Kurzojadów o wrażenia z lektury Kolei podziemnej. Często pojawiała się odpowiedź: „Teraz wiem więcej o tym, jak wyglądało niewolnictwo”. Czy taki miał Pan cel, edukować ludzi?

Colson Whitehead: Nie, miałem pomysł na to, co chcę napisać, oraz określone zamierzenia artystyczne. Nie myślałem za bardzo o odbiorcach. Oczywiście w pewnym momencie zdałem sobie sprawę z tego, że przedstawiając realistycznie życie na plantacji, stanę się głosem opowiadającym o nędzy niewolnictwa. Nie wszyscy wiedzą o eksperymentach medycznych, o eugenice i sterylizacji, jednak nie brałem tego pod uwagę podczas pisania. Program szkół w Stanach Zjednoczonych nie przewiduje zbyt wielu lekcji o niewolnictwie, na pewno nie jest to wiedza pogłębiona. Ludzie słyszeli coś o Kolei Podziemnej, ale to nie jest popularny temat.

Mam wrażenie, że wielu ludzi po lekturze Pana książki myśli, że kolej funkcjonowała w sposób dosłowny, tak, jak Pan to opisuje.

Tak, ale na to nie mam wpływu. Niemało Amerykanów wkracza w dojrzały wiek z przekonaniem, że to była prawdziwa kolej: stacje i lokomotywy. To raczej idiotyczne.

Kraj wolności – czarna opowieść

czytaj także

Ale kiedy mówi się w Stanach „kolej podziemna” ludzie generalnie wiedzą, o co chodzi?

Może nie potrafią wymienić nazwisk związanych z nią ludzi czy szczegółów działalności, ale tak, to jest znane hasło.

Dlaczego zdecydował Pan kolej symboliczną zamienić w realną?

Kiedy jesteś dzieckiem i słyszysz te słowa, to jest pierwsza myśl: wagoniki kursujące pod ziemią. Potem, jeżeli masz szczęście, nauczyciel wyjaśnia ci, że chodzi o sieć połączeń, a nazwy są kodem, symbolicznym wyobrażeniem tego, jak to działało. Wiosną 2000 roku, blisko osiemnaście lat temu, pomyślałem, że to dobry pomysł na książkę. Na początku nie planowałem nawet pisać o niewolnictwie, zastanawiałem się po prostu, jaka historia mogłaby powstać na bazie tego dziecięcego przeświadczenia.

Czytałam, że początkowo bohaterem miał być młody mężczyzna. Jak zamienił się w Corę?

Ostatecznie zacząłem pracę nad książką w 2014 roku. Przez pewien czas myślałem: to będzie o mężczyźnie. Potem: to będzie o kimś, kto poszukuje sprzedanego małżonka, a może o rodzicu, który szuka dziecka? Kiedy zacząłem pisać, nadal nie wiedziałem, na kogo się zdecydować. W poprzednich moich książkach bohaterem był mężczyzna, więc zdecydowałem, że tym razem będzie inaczej, żeby nie robić wciąż tego samego. Jest taka słynna narracja niewolnicza Harriet Jacobs, opublikowana pod tytułem Przypadki z życia niewolnicy. Jacobs, która uciekła z Karoliny Północnej, pisze o problemach niewolników, ale przede wszystkim niewolnic – będących obiektem seksualnych żądz swoich panówj. Niewolnica powinna mieć jak najwięcej dzieci – więcej dzieci to więcej niewolników, więcej własności, więcej majątku. Wydało mi się to tematem wartym powieści.

Miałam wrażenie, że emancypacja Cory jest podwójna: wyrasta ponad świadomość niewolnicy, ale także jako kobieta uczy się szybko, jak bronić swojego ciała, pomimo że życie na plantacji czyni to praktycznie niemożliwym.

Tak. Kiedy decydujesz, czy postać będzie mężczyzną, czy kobietą, decydujesz jednocześnie o całej masie spraw. W tym przypadku przemoc seksualna automatycznie staje się składową opowieści, za którą postanowiłeś podążyć.

Gra pozorów. Jak USA nie chronią swoich czarnych obywateli

Cora wydaje się niezwykle mądra jak na piętnastolatkę wychowaną na plantacji. W Karolinie Południowej dostrzega fałsz muzealnej inscenizacji, której jest częścią, w Karolinie Północnej rozmyśla o specyfice irlandzkiej emigracji… Czy jej refleksyjność nie jest jednak przesadzona?

Nie wydaje mi się. Cora uczy się czytać, w muzeum widzi, że plantacja nie jest oddana realistycznie, podobnie jak statek niewolników. W Karolinie Północnej jest bardziej doświadczona, rozumie, że Irlandka Fiona wykonuje pracę, którą w innych stanach zajmowaliby się czarni. Cora bierze to, co wie, i łączy z tym, czego się uczy. Dla mnie jest to naturalny proces, ale oczywiście można odbierać tę kwestię inaczej.

Jak wyglądało poszukiwanie źródeł?

Jest kilka książek, które opisują działanie Kolei Podziemnej, one przydały mi się na poziomie rekonstruowania faktów, od których ostatecznie odszedłem dość daleko. Jako twórca fikcji korzystałem głównie z opowieści niewolników: pamiętników tych, którzy uciekli, i życiorysów zebranych w rządowym projekcie z lat 30., w ostatnim momencie, kiedy pamięć o plantacjach była jeszcze żywa.

Czy ich głosy są zarejestrowane na taśmie? Można je usłyszeć?

Nie, funkcjonują jako transkrypcje. Ale i tak można zorientować się dzięki nim, w jaki sposób ci ludzie się wysławiali, w co się ubierali, co jedli. Wyciągnąłem stamtąd także dużo rzeczowników i przymiotników, mam nadzieję, że praca z tymi źródłami uwiarygodniła opisaną przeze mnie codzienność niewolników.

Czy takich źródeł pozostało dużo? Czy istniał oddolny ruch, na przykład ze strony rodzin, żeby zachować świadectwa odchodzącego pokolenia?

Nie, w każdym razie ja nic nie wiem o takim zjawisku. Wydaje mi się, że dokumentowanie losów rodziny to raczej nowy pomysł: dziadek umiera, przepytajmy go, szybko!

Po takiej lekturze nie kusiła Pana narracja pierwszoosobowa?

Przez pewien czas o tym myślałem, ale ta koncepcja nie utrzymała się długo. Wiedziałem, że chcę stworzyć realistyczną opowieść o ucieczce z plantacji, wiedziałem, że chcę pokazać alternatywne światy, wprowadzić monolog łowcy niewolników Ridgewaya, białego właściciela majątku. Do tego o wiele lepiej nadawała się narracja trzecioosobowa.

Jest Pan potomkiem niewolników – czy w Kolei podziemnej pojawiają się ukryte w narracji rodzinne wspomnienia?

Nie, niewolnictwo to dla mojej rodziny odległa przeszłość, minęło w końcu 150 lat. Ojciec nie utrzymywał szczególnie bliskich kontaktów ze swoją rodziną, dziadkowie zmarli, kiedy byłem jeszcze mały. Przy okazji publikacji Kolei podziemnej wielokrotnie podkreślałem, że nie wiem zbyt wiele o XIX-wiecznej historii przodków. Odezwało się kilku kuzynów, dowiedziałem się, że w latach 50. XIX wieku w hotelu w Virginii pracował niejaki Colson, zaczęły spływać inne ciekawostki. Nie interesowałem się tym za bardzo, w domu nie rozmawialiśmy na ten temat i nie wyniosłem stamtąd przekonania, że to ważne.

Dlaczego? Rodzina wolała zapomnieć o bolesnej przeszłości?

Nie, to chyba wynikało z tego, że dziadek nie był zbyt miłym człowiekiem.

Pytam, ponieważ taka sytuacja kojarzy mi się z Żydami, którzy po wojnie wymazywali swoje pochodzenie.

Tak, ale biali potomkowie właścicieli niewolników też nie mówią o tym, czym zajmowali się ich pra-pradziadkowie. To rodzaj wspólnego sekretu.

Powiedział Pan w jednym z wywiadów, że katalizatorem powstania Kolei podziemnej były narodziny Pana dzieci.

W „Guardianie” przekręcono tę wypowiedź, a teraz wszyscy do niej nawiązują. Chodziło nie tyle o moje dzieci, co o samo ojcostwo, które zwiększa wrażliwość na świat, na innych ludzi. Wyszukiwanie faktów wygląda inaczej, kiedy masz osiemnaście lat i czytasz o niewolnictwie, a inaczej, kiedy jesteś ojcem i wyobrażasz sobie, jak byś się czuł, widząc, że ktoś bije czy sprzedaje twoje dziecko – albo co czuje dziecko, widząc maltretowanego rodzica. Im jestem starszy, tym bardziej odczuwam takie kwestie.

Czyli nie miał Pan poczucia misji: „Piszę, żeby pokazać moim dzieciom przeszłość rodziny”?

Nie, absolutnie nie. Chcę, żeby przeczytały moje książki, kiedy do tego dorosną, zrozumiały, dlaczego piszę o pewnych tematach, dlaczego piszę o nich w określony sposób.

Dlaczego postanowił Pan napisać powieść o rasizmie osadzoną w przeszłości, skoro współcześnie jest to także palący problem?

To moja ósma książka. W poprzednich rozprawiłem się już z politykami, współczesnym społeczeństwem, konsumpcjonizmem, problemami rasowymi. Tym razem chciałem napisać coś innego, zaatakować jeszcze inną część świata.

A czy nie jest tak, że czytelnikom łatwiej było zaakceptować tę historię właśnie dlatego, że należy do przeszłości, w dodatku okraszonej realizmem magicznym?

Do każdego zadania potrzebne jest określone narzędzie. Czasami jest to realizm magiczny, a czasami żadna fantastyczna struktura nie jest konieczna, jak w przypadku książki o dorastaniu na Long Island w latach 80. Salman Rushdie pisze książki o współczesności, posługując się realizmem magicznym, jestem pewien, że można wskazać wiele innych przykładów, chociażby Exit West Moshina Hamida, który opowiada o uchodźcach, używając elementów fantastycznych jako rusztowania dla bardzo realistycznych przedstawień rzeczywistości. Migranci z jego powieści przemieszczają się w sposób przypominający trochę działanie kolei podziemnej.

W kontekście podobieństw myślałam o Pana opisie Karoliny Północnej i tamtejszych polowań na czarnych – jest komplementarny z reportażem Patricka Phillipsa Blood at the Root, opowiadającym o Forsythe w Georgii, jedynym na Południu mieście bez czarnych.

Tak, ale to po prostu opis kultury linczu, niestety rozpowszechnionej na Południu. W latach 1865–1939 miało tam miejsce ponad dwa tysiące linczów, które stały się narzędziem lokalnego terroru. Karolina Północna w mojej powieści symbolizuje rasizm Południa w XIX wieku, ale wyolbrzymiam zjawiska, wykoślawiam je, zamieniam miejscami. Nie istniało coś takiego, jak zakaz przekraczania linii stanowej przez czarnych, a lincze nie były rodzinną rozrywką na niedzielne popołudnie.

A czy istniały czarne komuny, takie jak ta, do której Cora trafia pod koniec podróży?

Tak, ale były regularnie plądrowane i równane z ziemią, ponieważ biali nie chcieli mieć w pobliżu prosperujących czarnych miast. Oczywiście te osady nie były zamożniejsze od sąsiednich zamieszkałych przez białych, ale sam fakt, że zamieszkiwali je czarni, powodował, że zniszczenie ich stawało się koniecznością. David Grann napisał książkę o podobnym zjawisku w Oklahomie – Indianie mieszkający w tamtejszym rezerwacie byli właścicielami praw do złóż ropy, znajdujących się na jego terenie, dlatego byli regularnie mordowani, a całą sprawę otaczała głęboka zmowa milczenia. Moja książka pokazuje psychologiczne procesy stojące za takimi działaniami, staram się opisywać je z takiej właśnie perspektywy, przy opowiadaniu o życiu plantacji koncentruję się na traumach, rozpadzie psychiki.

No właśnie, w Pana książce nie ma łatwych podziałów spod znaku „my kontra oni”, szlachetni czarni przeciwko złym białym. Niewolnicy na plantacji są dla siebie okrutni, bezlitośnie rywalizują o najdrobniejsze przywileje.

Tak rozumiem ludzką naturę, tak więc ją opisałem. Pierwsze powieści o niewolnictwie zaczęły ukazywać się w latach 50., ale wtedy nikt nie posługiwał się językiem traumy. Kiedyś pisało się inaczej, z odmiennymi obciążeniami. Na przykład Moby Dick – dziesiątki stron o wielorybnictwie, o statkach. Gdyby powstawał teraz… Cóż, wszyscy widzieliśmy w życiu trochę filmów, mamy internet. Nie potrzebujemy już prozy dokumentującej drobiazgowo świat, jak to było w XIX wieku, można się skupić na innych aspektach.

Zaczął Pan życie zawodowe jako freelancer, pracujący dla różnych gazet. Czy to był dobry wybór? Pisanie na zlecenie nie było wyjaławiające?

Wyjaławiające bywa teraz, bo wolałbym przygotowywać nową książkę. Ale przez wiele lat zarabiałem na życie w taki właśnie sposób, tak też stałem się pisarzem – od mniej więcej dwudziestego roku życia wiedziałem, że nic innego nie sprawi, że poczuję się spełniony czy szczęśliwy. Konieczność oddania tekstu raz w tygodniu przyzwyczaja do dyscypliny. To potem przydaje się w życiu pisarza, którego czasu pracy nikt już nie kontroluje. Kolejny pożytek to nawyk współpracy z redaktorami, bardzo ważna sprawa. Kiedy zaczynałem, gazety były papierowe, w dobie internetu być może łatwiej jest zdobyć popularność, ale trudniej dostać porządną wypłatę.

Czy po olbrzymim sukcesie Kolei podziemnej czuje się Pan głosem potomków niewolników, czy był to tylko etap, a teraz czas na coś nowego?

Oczywiście, że wybieram coś nowego. Do Kolei podziemnej zrobiłem porządny research, ale większość z tego już zapomniałem. Tak jest ze mną zawsze. Kiedy pisałem książkę o pokerze, grałem przez rok i byłem całkiem dobry, ale teraz nic nie pamiętam. Wolę za każdym razem odkrywać nowe tematy.

*

Colson Whitehead – amerykański pisarz, autor m.in takich książek jak The IntuitionistZone One. Za powieść Kolej podziemna otrzymał w 2016 roku National Book Award, a w 2017 roku Nagrodę Pulitzera,

Bio

Olga Wróbel

| Kulturoznawczyni, autorka komiksów
Kulturoznawczyni, autorka komiksów, pracownica muzeum. Prowadzi (wraz z Wojciechem Szotem) bloga książkowego Kurzojady.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.

Komentarze archiwalne

  1. Niewolnictwo okazało się olbrzymią tragedią. Lepiej by było gdyby wszyscy czarni pozostali w Afryce.