Kraj

Obywatelu, czyście oszaleli?! [Sierakowski rozmawia z Lederem]

Andrzej Leder, Sławomir Sierakowski. Fot fot. Grzegorz Mehring / ECS, Krytyka Polityczna

Dlaczego my, tacy cywilizowani, nie możemy się nadziwić, że jak tylko przyszedł Kaczyński i podważył dotychczasowy porządek, to lud, zamiast posłuchać o potrzebie demokracji w Polsce, rzucił się na nas z zębami? Sławomir Sierakowski rozmawia z prof. Andrzejem Lederem.

Czytaj pierwszą część rozmowy:

Niezdolni do wstydu

Część II

Sławomir Sierakowski: Kiedy straciliśmy szansę na nowoczesność?

Andrzej Leder: No, tak całkiem nie straciliśmy. Jesteśmy w drodze… Ale jeśli rozmawiamy o okresie powojennym, sądzę, że zmarnowane zostały dwa ważne wydarzenia. Zanim jednak do nich przejdziemy, chcę odróżnić modernizację polityczną od modernizacji czysto ekonomicznej – budowania autostrad i firm – czy nawet społecznej, takiej, jaka wiąże się na przykład z urbanizacją. Ta polityczna zachodzi w momencie upodmiotowienia społeczeństwa, odkrycia przez nie, że – w pewnych granicach – samo może określać swoją formę organizacji i rządzenia się. To na przykład wybór pomiędzy samorządowym modelem demokracji a etatystycznym. Czasem, niestety, jest to wybór pomiędzy demokracją a autorytaryzmem.

Andrzej Leder – filozof kultury. Studiował medycynę i filozofię. Kieruje Zespołem Filozofii Kultury w Instytucie Filozofii i Socjologii PAN. Fot. Marek Szczepański/Newsweek

Modernizacji politycznej towarzyszy tworzenie symboli i opowieści, takie samookreślenie. Ten rodzaj nowoczesności politycznej jest zwykle negowany przez dyskurs prawicy, jako że samookreślenie formy życia jest niezgodne z założeniem o porządku naturalnym, o prawie naturalnym, któremu powinniśmy być posłuszni. Jest też często nie w smak lewicy radykalnej, która zakłada, że warunki ekonomiczne całkowicie określają formę społecznego życia. Będę jednak mówił o modernizacji właśnie w sensie politycznym, jako wejściu społeczeństwa w dorosłość, by użyć metafory Kanta.

Czyli o odwadze…

Po wojnie i „prześnionej” rewolucji moment nowoczesny mógł się ujawnić i stać elementem wspólnej wyobraźni w roku ‘56, potem zaś w okresie pierwszej „Solidarności”. Czynnikiem decydującym o klęsce była w obu wypadkach potężna, wsteczna presja Związku Radzieckiego. Gdyby zapoczątkowany w październiku ‘56 zryw społeczny – tworzenie samorządności robotniczej, poczucie wolności – ewoluował w sposób w miarę swobodny, być może stałby się czymś w rodzaju Praskiej Wiosny, niestłumionej przez rosyjskie czołgi. Atoli to, co jest najciekawsze, to nie presja radziecka, tylko wewnętrzne, uzasadniane tylko tą presją parcie autorytarne i antymodernizacyjne. Nie trzeba było wcale rosyjskich czołgów, Gomułka pod hasłami coraz bardziej nacjonalistycznymi konsekwentnie przywracał dyktaturę partii, tłumił wszelkie przejawy podmiotowości politycznej i miał w tym poparcie sporej części społeczeństwa, razem z większością partyjnego aparatu, jak dziś Kaczyński. Co więcej, w tej antymodernizacyjnej polityce miał dyskretne poparcie kardynała Wyszyńskiego. Historykom znany jest list tego ostatniego do Gomułki wyrażający to wprost.

Drugi moment dobijania się o modernizację to jest „Solidarność”; wielki zryw, który tworzył z jednej strony nowoczesną samorządową kulturę robotniczą, z drugiej – obywatelską kulturę polityczną klasy średniej. Ale trzeba znowu pamiętać, że wprowadzenie stanu wojennego miało poparcie mniej więcej połowy społeczeństwa. Potem zaś, gdy ten ruch ku upodmiotowieniu został rozjechany czołgami i rozbity represją, szansa na modernizację polityczną została utracona. Stan wojenny i późniejsza gnijąca dyktatura zatomizowały Polaków. Moim zdaniem nadmiarowy indywidualizm dzisiejszej liberalnej klasy średniej ma korzenie nie tylko w neoliberalnej ideologii okresu transformacji, ale właśnie w doświadczeniu klęski ruchu zbiorowego, jakim była „Solidarność”. Mimo że dyktatura wojskowa Jaruzelskiego był znacznie mniej krwawa niż dyktatury z tego okresu w Ameryce Łacińskiej, jej ogromnie destrukcyjnym skutkiem było to, że pozbawiła Polaków świeżo nabywanej zbiorowej podmiotowości politycznej. Utorowała więc drogę do zastąpienia wszystkich demokratycznych projektów kładących jakikolwiek akcent na wspólnotę, od socjalizmu po rozumny liberalizm polityczny, przez indywidualistyczny neoliberalizm.

Leder: Paternalizm z patriarchatem idą pod rękę

Neoliberalizm mógł się tak dobrze wpasować w nasze społeczeństwo, bo wjechał w anomię. Nie bez powodu homo oeconomicus u nas przypominał przednowoczesną wojnę wszystkich ze wszystkimi, nieograniczaną pierwiastkiem obywatelskim. Dla tej połowy popierającej stan wojenny się skompromitował, a drudzy mogli w jego skuteczność zwątpić, zawstydzić się własną dezercją, udowadniać sobie skuteczność innej drogi. Co ciekawe, błogosławieństwo dla neoliberalizmu znaleźli przede wszystkim u tych, którzy nie przestali walczyć w podziemiu i po ‘89 wzięli rząd dusz.

Zgoda, z jedną korektą. Transformacyjny neoliberalizm nie wjechał w próżnię. Już w latach 80., po stanie wojennym, w opozycji zaczęła się ewolucja dotycząca sposobu rozumienia liberalizmu, przenosząca akcent z wolności politycznej na ekonomiczną. To działo się oczywiście nie tylko w Polsce – słynne powiedzenie „nie ma społeczeństwa” Margaret Thatcher tworzyło matrycę właśnie dla neoliberalnego, skrajnie indywidualistycznego i słabo myślącego społeczeństwa jako pewną całość stylu uprawiania polityki. To czas Mirosława Dzielskiego w Krakowie i gdańskich liberałów. Wspólnoty zaś – narodowej – bronił Ruch Młodej Polski i jak zwykle Kościół. W zgodzie ze wzorcami głęboko sięgającymi w przeszłość, w XIX wiek albo jeszcze dalej.

Natomiast transformacja po ’89 roku stworzyła zrąb nowoczesnego społeczeństwa, ale w sposób cząstkowy, dla tych i przez tych, którzy mieli kapitał symboliczny, wiedzę i umiejętności, urodzili się w dobrym miejscu – najlepiej wielkim mieście – i byli wówczas odpowiednio młodzi. Czyli najbardziej aktywnych. Mam hipotezę, że pokolenie, które uzyskało podmiotowość polityczną w karnawale „Solidarności” – sam się do niego zaliczam – przeniosło to poczucie podmiotowości w okres transformacji, ale już nie na poziomie wspólnoty politycznej, tylko indywidualistycznie.

Owszem – biorąc odpowiedzialność za swoje życie, ale za innych już nie.

Trzeba to pokolenie odróżniać od, z jednej strony, pokolenia marca ’68 i KOR-u, z drugiej tego, które w dorosłe życie weszło już w stanie wojennym, na pogrzebie Grzegorza Przemyka, a potem wydało z siebie „pampersów” i dzisiejszych ideologów PiS. Pomiędzy pokoleniem pierwszej „Solidarności” a pokoleniem Przemyka jest często tylko kilka lat różnicy, ale dzielą je zupełnie różne doświadczenia – w skrócie: rewolucyjny karnawał roku ‘80 i pogrzeb zakatowanego kolegi w ‘83. I jeszcze jedno – żeby zrozumieć fenomen KOD-u, który niezależnie od późniejszego rozpadu odegrał rolę „sygnalisty” wobec zamachu na demokrację przeprowadzanego przez PiS, trzeba widzieć, że to właśnie pokolenie 80. roku, już jako klasa średnia koło sześćdziesiątki, wyszło na ulice. I – poza Czarnym Protestem – była to jedyna siła prodemokratyczna, która mogła zmobilizować 100 tysięcy ludzi. W Polsce – nie do przecenienia.

Ciekawe, że to ono, czyli twoje pokolenie, najbardziej skonfliktowało się z nową lewicą. Może dlatego, że taki spór mógł się odbyć tylko w gronie tych, którym „nie jest wszystko jedno”. Wy żyrowaliście całą resztę, która skorzystała na transformacji i na ulicę wyjść nie chciała, nie miała powodu, nie musiała. 100 tys. ludzi jako „nie do przecenienia” to z tej perspektywy kompromitująca liczba i potwierdzająca ten proces, o którym rozmawiamy. Nawet na Węgrzech było 300 tys. w 2011 roku przeciw Orbanowi.

A jednak trochę się obruszę w imieniu moich kolegów. W Polsce protesty KOD-u to wiele miesięcy ciągłych demonstracji, skupiających po 100 tysięcy ludzi, z mniej więcej 200 tysiącami w apogeum… To więcej, a nie mniej, niż w te jednorazowe 300 tysięcy w Budapeszcie. Natomiast konflikt? Jeśli myślisz o kompletnej obojętności, czy wręcz gwizdach, na postulaty społeczne w czasie demonstracji KOD-u, to coś w tym jest… A jednak… Joanna Krakowska bardzo trafnie napisała o potrzebie wzajemnego zrozumienia pomiędzy pokoleniem, powiedzmy, nowej lewicy a tym KOD-u.

Ale to ma głębszy sens polityczny. W większości krajów Europy konsensus powojenny opierał się na sojuszu reprezentacji prodemokratycznej klasy średniej i pracowniczych. Jeśli w Polsce nowa lewica nie zrozumie konieczności takiego sojuszu z pokoleniem KOD-u, i zresztą vice versa, to uczyć się będą tego w sąsiednich celach więziennych, wsadzeni przez prawicowy autorytaryzm. Bo to są jedyne antyautorytarne siły w Polsce, innym to obojętne. ONR zbiera się w pamiętnej sali Stoczni Gdańskiej, błogosławią mu paulini. Z drugiej strony jednak, póki lewica nie jest zdolna do zmobilizowania na swoich demonstracjach – na które skądinąd chodzę – choćby dziesiątej części poparcia KOD-u, nie będzie partnerem do rozmowy.

Leder o protestach: wiadomość zła, dobra i lepsza

Wracając do historii „Solidarności”, to strajki tuż przed Okrągłym Stołem były już bardzo słabe, mocno stępiły konfrontacyjne nastawienie przywódców „Solidarności” i w ten sposób „przygotowywały” ją do kompromisu okrągłostołowego.

W ‘89 projekty społeczne, które jeszcze w ‘80 roku organizowały opozycję – środowiska wywodzące się z KSS KOR czy związkowe – były już „wydmuszką”, bez zdolności mobilizacyjnej. Nie mogły więc być rzeczywistym nośnikiem dojrzewania politycznego. Dyktatura zaś była już całkowicie bezideowa. Za plecami tak jednych, jak i drugich siedzieli neoliberałowie, ekonomiści myślący sloganem „gospodarka, głupku!”. Inna sprawa, że taki był też kontekst międzynarodowy. Waldemar Kuczyński opowiadał, że imperium sowieckie było wtedy jak rozpadająca się kra na wzburzonych wodach i oni chcieli z tej kry uciec na jedyny widoczny brzeg, a tam już siedzieli Jeffrey Sachs, razem z Międzynarodowym Funduszem Walutowym i Bankiem Światowym. Im wszystkim się wydawało, że nie ma wyboru, i być może rzeczywiście go nie było. Najbardziej aktywny odłam polskiego społeczeństwa, przyszła wielkomiejska klasa średnia, wszedł więc w nowoczesność w okresie, kiedy demokracja została „zeżarta” przez neoliberalizm. I ta klasa średnia została przez Hayeka z Friedmanem politycznie wychowana, przede wszystkim przyjęła za swój programowy indywidualizm, a poza tym traktowanie ekonomii jako podstawowego pola rozgrywania się sił społecznych …

i polityki jako ekonomii…

Tak. I w związku z tym lekceważenie rzeczywistej polityki, jako formy podmiotowości społecznej, która dla ekonomii może stanowić przeciwwagę. Moim zdaniem, przy wszystkich zaletach Tuska, on był reprezentantem tej właśnie postawy. Reprezentował w polskiej praktyce przekształcenie liberalizmu politycznego w ekonomistyczną ideologię neoliberalizmu.

Przednowoczesny anarchiczny polski indywidualizm zostanie przełożony na ponowoczesny materialistyczny indywidualizm.

Bez pierwiastka wspólnotowego czy społecznego. Od tego czasu te pierwiastki wybrzmiewają w Polsce najczęściej w formie nacjonalistyczno-konserwatywnej; w tej postaci, ze względu na kalkę amoralnego familizmu, o której mówiliśmy poprzednio, są najłatwiejszą alternatywą dla skrajnego indywidualizmu, jaki przyniósł neoliberalny czy ekonomistyczny rodzaj liberalizmu.

Niezdolni do wstydu

Jest jeszcze jest jedno ciekawe zjawisko. Między neoliberalną częścią a konserwatywno-feudalną jest istotna część wspólna. To wyszło na przykład przy głosowaniu w sprawie projektu „Ratujmy kobiety”. To jest taki „pakiet mniejszościowy” PiS-u, który zawsze PiS miał w PO, a Ruch Młodej Polski w Unii Wolności.

Również podczas głosowań symbolicznych, w sprawie NSZ na przykład. Liberałowie, którzy gloryfikują faszystów! Ale to jest możliwe, bo liberałowie w gruncie rzeczy nie przemyśleli polityki, tego, czym jest polityka, do dzisiaj ją lekceważą, a ostatecznie często dają się ponieść „odruchowi konserwatywnemu”. Nie rozumieją tego, że polityka musi się opierać na wyznaczaniu architektoniki przestrzeni symbolicznej; miejsc, w których stoją pomniki, i charakteru tych pomników.

Dlatego nie rozumiem zdziwienia kandydowaniem Ujazdowskiego z PO we Wrocławiu. Tusk by zrobił to samo, bo robił to sto razy. Z powodzeniem.

Czy Grzegorz Schetyna zrobi we Wrocławiu polityczną kuchenną rewolucję?

To właśnie wynika z porażki projektów politycznej modernizacji i z tego, że ostatecznie po ’89 roku udała się ona przede wszystkim w postaci neoliberalnej. A na głębszym poziomie wiąże się ze słabością symboliczną projektu nowoczesnej demokracji w Polsce, z przyczyn, o których pisałem w Prześnionej rewolucji.

Mamy strukturą „bałwana” – 40% konserwatystów, 30% liberałów a reszta do zagospodarowania?

Jestem bardzo ostrożny, gdy chodzi o ocenianie realnych preferencji wielkich grup w Polsce. Bardziej interesuje mnie siła pewnych projektów, pewnych narracji czy symbolik. I tu ciekawa jest geneza słabości symbolicznej liberalizmu – sądzę, że ujawnia się już po ‘68, gdy opozycyjna lewica przeszła na pozycje liberalne i weszła w sojusz z konserwatyzmem, reprezentowanym przez Kościół. Działo się to, kiedy Adam Michnik złożył propozycję w swojej książce Kościół, lewica, dialog. Ja zresztą w tej sprawie daleki jestem od potępiania Michnika, dzisiaj takie potępianie wydaje mi się zbyt łatwe; nie zmienia to faktu, że środowisko, które jeszcze chwilę wcześniej głosiło poglądy lewicowe, odnalazło się w połowie lat 70. jako politycznie liberalne. A dla odmiany w Kościele był silny nurt personalistyczno-soborowy, pozwalający na przyjęcie tej propozycji. Józef Tischner wtedy odpowiedział Michnikowi, pozytywnie.

Jako pierwszy, pisząc książkę Polski kształt dialogu, i pierwszy też został symbolicznie wykończony po ’89, gdyż Kościół, który w politykę bawi się dwa tysiące lat, a nie dwadzieścia, wiedział, że kompromis ma datę ważności i jest nią upadek komuny, czyli jedyny powód jego zawarcia.

Co ciekawe, Kościołowi Wojtyły nie było po drodze z nacjonalizmem, bo ten przechwyciła partia. I tak sojusz umiarkowanego konserwatyzmu kościelnego i słabego liberalizmu stał się na długo – prawie 40 lat – ideologicznym hegemonem. Tadeusz Mazowiecki świetnie reprezentował tę syntezę. Dopiero gdzieś pomiędzy 2004 a 2010 konserwatyści zmienili front, przestali popierać liberałów, a zaczęli – nacjonalistów.

Inaczej niż konserwatyści, nacjonaliści po ’45 weszli w sojusz polityczny z komuną i dostali najsilniejszy mniejszościowy pakiet do kontrowania Kościoła z prawej strony, czego używali w latach 50. po zamknięciu „Tygodnika Powszechnego” i wielokrotnie później. Swoją drogą, nikomu dziś to na prawicy nie przeszkadza, że nacjonaliści byli regularnymi współpracownikami komunistów w Pax-ie, w Grunwaldzie itd. Rymkiewicz nie chciał wieszać księży-patriotów ani ODISS-owców, tylko Michnika. Antykomuniści się tym zupełnie nie przejmowali, że antykomunistyczny porządek na głowie stanął. Prawica nie brzydzi się niczego. Nowa lewica brzydzi się prawie wszystkim. Gdy nasi rzygają na Frasyniuka, Kaczyński łyka Piotrowicza.

Razem nigdy nie zgodzi się z Petru czy Schetyną [rozmowa z Dorotą Olko]

W tle sporów, które mają charakter pozornie polityczny, karty rozdaje nacjonalizm. Gdy komuniści stają się nacjonal-komunistami, stają się „nasi”. Gdy katolicy odchodzą od nacjonalizmu, stają się katolewicą, czyli jeszcze jedną formą żydomasonerii. Tak więc postawa Rymkiewicza jest spójna i logiczna… A wracając do Polski Okrągłego Stołu: cała dekada lat 90. to tłumienie konfliktu społecznego i politycznego – po to, żeby nie doszło do zatrzymania transformacji i z powodu wchodzenia do Unii. Środowisko „Gazety” na przykład było przeciwko wszystkiemu, co pachniało jakimkolwiek rzeczywistym konfliktem. Przeciw lustracji, dekomunizacji i Lepperowi. A na marginesie – Leppera trzeba było uznać, bo on reprezentował rewoltę ludową, ale wcale nie przesadnie konserwatywną czy faszyzującą, raczej z tradycji międzywojennych strajków chłopskich.

Nas w „Krytyce” ten appeasement wtedy irytuje, bo już czujemy, czym to grozi. Wydajemy numer Pochwała antagonizmu, piszemy, że chcemy powrotu polityczności, wydajemy i przywozimy Žižka, Laclau, Mouffe. Nie bez powodu ciekawy jest dla nas Cezary Michalski, a nie ogólna słuszność „Gazety”. Ich drażni, że chcemy reaktywować spór z prawicą – ale prawdziwy spór, a nie wykluczanie się – i zapraszamy do dyskusji Bronisława Wildsteina, Piotra Zarembę, Dariusza Gawina. Piszemy z wykrzyknikami, że podział na społeczeństwo otwarte i zamknięte, zamiast lewicy z prawicą, jest niebezpieczny dla demokracji, bo antypolityczny. Faktycznie jest kalką sprzed ’89 roku, czyli zimną wojną domową. Piszemy, że rewersem trzeciej drogi jest Czwarta Rzeczpospolita, bo konsensus, narzucany przez trzecią drogę Clintona, Blaira, Schroedera, Prodiego, Wima Koka na całym Zachodzie, musi się skończyć wypłynięciem różnicy politycznej poza głównym nurtem, czyli na kontrze do głównego nurtu.

W którym roku to było?

Numer Pochwała antagonizmu to jest zima 2007.

No to mieliście nosa, opublikowaliście numer akurat wtedy, gdy tittytainment się skończył. Z dzisiejszej perspektywy widać, że ten pacyfikujący rodzaj polityki był dwuznaczny, może pozwolił na transformacyjny sukces, ale wypchnął z polityki rewoltę, powodując, że od czasu, gdy rewolta się wzmocniła, Kaczyński ma inicjatywę w stosunku do liberałów i ówczesnych konserwatystów w stylu Mazowieckiego czy Komorowskiego. Przede wszystkim dlatego, że tworzy konflikty polityczne w środowisku, które najbardziej boi się konfliktu właśnie. Paradoksalnie, lewica zmonopolizowana przez SLD była wtedy kompletnie ślepa – poza Ikonowiczem może – i nie widziała narastającego niebezpieczeństwa.

Nie słuchaliście Ikonowicza w 1995, to posłuchacie Jakiego w 2017

Inna sprawa, że jest to oczywiste – SLD nie było wtedy żadną lewicą, nawet kulturową. Wydaje mi się, że konsensus liberalno-konserwatywny trwał do akcesji unijnej i śmierci Jana Pawła II. Od tego momentu zaczyna się proces rozchodzenia liberałów i konserwatystów, to znaczy konserwatyści szukają sobie sojusznika na prawicy, a nie w centrum. Rozwód przypieczętowany politycznym skonsumowaniem katastrofy smoleńskiej przez PiS.

Po ‘89 roku Michnik dalej pisał o ideach i dlatego został na spalonym. Platforma Tuska tym właśnie różniła się od Unii Wolności, że umiała ze spalonego uciec.

Nie pisanie o ideach było błędem, tylko rozziew pomiędzy retoryką a praktycznym doświadczeniem dużego odłamu ludzi. Tusk był znacznie bardziej spójny…

Chyba ważna jest tu też zmiana pokoleń.

Ciekawe, że ta zmiana następowała w samym Kościele. To jest okres odchodzenia, dosłownie albo od aktywnej działalności, hierarchów z inteligencji katolickiej: Życiński, Macharski.

Pokolenie Vaticanum Secundum i Jana Pawła II. Z tym że już wtedy polscy biskupi na Soborze głosują przeciw. Mimo to realizowanie linii Soboru Watykańskiego idzie przez antykomunistyczną legitymizację Jana Pawła II. Z pewnością lepiej niż dziś realizowanie linii Franciszka, a właściwie ignorowanie go i życzenie mu po cichu, a ostatnio także głośno, śmierci. W latach 90. trudno to sobie było wyobrazić.

Zastępowanie pokolenia Macharskiego przez hierarchów „rydzykowych” ma jeszcze takie znaczenie, że tamci pierwsi czuli w kościach presję Sowietów; potrzebowali Watykanu ze względu na geopolitykę, jak tlenu. A dzisiaj polskiemu nacjonal-katolicyzmowi Watykan nie jest prawie do niczego potrzebny, konserwatywna Rosja zaś jest bliska ideowo. I wydaje mi się, że to jest bardzo istotny moment. Tak w ogóle Kościół jest instytucją niesłychanie zamkniętą i sposoby podejmowania decyzji „kadrowych” wydają mi się zupełnie nieprzejrzyste, ale z kilku rozmów z ludźmi, którzy byli lub są „w środku”, wynika, że jeszcze Wyszyński prowadził taką politykę personalną, żeby na rzecz posoborowego Watykanu mieć Życińskich, Wojtyłów i im podobnych…

Okrągłostołowi Tokarczuk, Orszulik, Życiński, Chrapek, Gocłowski i inni…

…ale bez zmieniania endeckiego rdzenia kościelnego „zasobu kadrowego”. W szczególności specyfika nauczania seminaryjnego – taką opinię słyszałem – w zasadzie niewiele się zmieniła od czasów międzywojnia. Jeśli wziąć pod uwagę skalę antysemityzmu, nienawiści do wszelkiej lewicy przykrywanej zbitką „żydokomuna”, niechęci do emancypacji kobiet, już nie mówiąc o innowiercach i słynnych masonach, która wylewała się z ambon w latach 30., i wyobrazić sobie, że w tym duchu wychowano powojenne chłopskie kadry kościoła, to nie dziwi trwałość tych postaw w dzisiejszej hierarchii. Są oczywiście wyjątki od reguły, sam znam szefów seminariów, którzy są światłymi ludźmi, ale jedna jaskółka…

Do jaskółek Kościół zaczyna strzelać też mniej więcej w tym samym czasie, gdy Rydzyk przejmuje rząd dusz. Księża Musiał, Obirek, Węcławski, Lemański, Boniecki. Równolegle następuje też proces przygotowywania do rządzenia prawicowego marginesu politycznego, taki „czarna sotnia mainstreaming”. Jan Maria Jackowski, autor trzytomowego dzieła Bitwa o Polskę, które jest remake’iem Potopu z Żydami i masonami w roli zalewających, albo Antoni Macierewicz, czyli do niedawna człowiek numer dwa w Polsce, to do 2010 roku była głównie okupacja marginesu, a nie Polski. To oni zastąpią Dorna, Mertę, Sikorskiego, Zalewskiego i innych. Ale tego procesu politycznego by nie było, gdyby nie proces społeczny. Wchodzą nowe pokolenia, coraz bardziej prawicowe. Jak to tłumaczysz?

Zacznijmy od systemu edukacyjnego w Polsce, który jest głęboko osadzony w zupełnie archaicznych schematach myślenia. Pewnie wiąże się to z jego XIX-wieczną genezą; tworzony pod zaborami, w dużym stopniu w autonomicznej Galicji, reprezentuje nostalgiczno-męczeńską mentalność ziemiańsko-inteligenckiej, romantycznej z ducha hegemonii kulturowej, z ukłonami w stronę „Janków muzykantów” dokonywanymi w duchu pozytywizmu. Tylko stalinowski „ferwor rewolucyjny” próbował całkowicie przekonstruować tę wizję nauczania, ale kopiując sowieckie, a więc ostatecznie rosyjskie, wzorce. Natychmiast odrzucono je po 1956 roku. I nie zmieniły tego ani próby wplatania elementów lewicowej opowieści w PRL we wczesnych latach 60., ani próby tworzenia bardziej wielowątkowego, kosmopolitycznego przekazu w duchu liberalnym po ’89 roku, ani nawet Gombrowicz, o którego spór zresztą trwa. Podstawowy schemat pozostał ten sam. To też wiąże się – ponownie – ze słabością alternatywnych opowieści, pól symbolicznych, imaginariów w Polsce. Alternatywnych wobec przekazu patriotycznego, nacjonalistycznego i katolicko-konserwatywnego. Z bardzo słabą, na przykład, obecnością opowieści emancypacyjnej, opowieści o wielkim procesie upodmiotowienia ludu od połowy XIX wieku do dzisiaj. Z pytaniem, co znaczyło być pierwszym pokoleniem wolności, albo o pojawienie się masowej polityki w okolicach 1905 roku.

Leder: Relacja folwarczna

Po dojściu PiS-u do władzy uderzyło mnie to, jak słaby okazał się konserwatyzm, nie tylko liberalizm polityczny. Mamy w Polsce wyjątkowo bogatą tradycję konserwatywną –  warszawską, poznańską, krakowską – która jest ogromna i wielowątkowa, ale ma ileś zbieżnych idei naczelnych, które PiS od pierwszego dnia rozjeżdża po kolei: szacunek do państwa, do prawa, do własności, do instytucji, do realpolitik, do mniejszości (tak tak! to konserwatyści bronili mniejszości!). I okazuje się, że nie podoba się to tylko jednemu Ujazdowskiemu, a reszta, jak im Kaczyński pluje na idee, to mówią, że deszcz pada. W tym sensie PiS to nie jest w ogóle partia konserwatywna, używa tylko tego sztafażu, gdy jest to potrzebne, tak jak używa antysemityzmu (też obcego konserwatystom), Piotrowicza i innych byłych komunistów, a przede wszystkim nacjonalizmu. Do ‘45 roku istniał w Polsce konserwatyzm, bo istniało ziemiaństwo, Kresy, przednowoczesna baza feudalna. Po ‘45 roku to jest wymarły gatunek. Nie mówię oczywiście o tradycjonalizmie, który jest w ludziach, w obyczajach, w religii. Ale kiedyś towarzyszyła temu interesująca, kompletna nadbudowa z własnym pomysłem na państwo, politykę, prawo, gospodarkę. Nie wspominałbym o tym, gdyby nie to, że prawica obudzona po ’89 roku niemal w komplecie zabrała się właśnie do reaktywacji konserwatyzmu. Przez dwie dekady tworzyła partie, pisma, środowiska, całe pokolenie intelektualistów, które zdominowało roczniki 60. Ośrodek Myśli Politycznej, „Christianitas”, „Arcana”, pampersi, „Teologia Polityczna” sprawiły, że książkowo to jest właśnie najczęściej wznawiana tradycja intelektualna w Polsce. Niepotrzebnie? Dla kogo? Niesamowite jest, jak to się rozpuściło w nacjonalizmie, który jako jedyna z wielkich narracji obronił się wszędzie na świecie przed postmodernizmem. Jedyne, co z tego zostało, to maski. Nikt – właściwie do dziś – nie nazwie się na prawicy nacjonalistą. PiS-owiec obudzony w nocy i zapytany „Kto ty jesteś?”, powie ci, że jak to kto, konserwatysta! Przecież kocha naród, nie chce uchodźców ani zabijania dzieci. I dlatego w dzień krzyczy na profesorów prawa „grupa kolesi”, a na Różę Thun „szmalcowniczka”.

Po pierwsze, że PiS rozbił inteligencki konserwatyzm, to nic dziwnego; najgwałtowniej rywalizują i zwalczają się gatunki zajmujące podobne nisze środowiskowe. Po drugie, jeśli chodzi o poglądy konserwatywne, wydaje mi się, że mówisz o dwóch różnych sprawach. Konserwatyzm polityczny, wyrastający z XIX wieku, samoświadomy i intelektualnie dopracowany nurt związany z ziemiaństwem, zawsze był elitarny. Dla tego nurtu decydujące były różnice stanowe, a nie – etniczne…

Stąd ich protekcjonalna tolerancja. Najwięksi obrońcy mniejszości poza lewicą, przynajmniej we wschodniej Polsce, to byli konserwatyści.

W ramach poczucia przyrodzonej hierarchii, dodajmy, to właśnie był konserwatyzm. Po rewolucji 1939–1956 wrócił jako konserwatyzm inteligencji katolickiej, zresztą zdemokratyzowany, ale nie stał się nigdy ideologią masową. Natomiast ten drugi nurt – być może rzeczywiście trzeba używać sformułowania tradycjonalizm – opiera się raczej na pewnej wrażliwości, niejasnym, ludowym imaginarium zakorzenionym w „naturalnym” porządku świata. Mówię o ogromnym zasobie mentalnym, który jest związany z Kościołem, z jego nauczaniem ludu, kształtującym się od XVII wieku, od ówczesnych wojen, a przede wszystkim czasów kontrreformacji i utrwalenia gospodarki folwarcznej. Mówię więc o zasobie głęboko antymodernizacyjnym, przede wszystkim niechętnym idei równości ludzi wobec prawa. „Miejsce” urodzenia określa cię na całe życie, pan to pan, chłop to chłop, a baba to baba i „jak świat światem nie będzie Niemiec Polakowi bratem…”. Albo: „…nie będzie Żyd Polakowi…”.

Ten sposób odczuwania świata nie jest jasno sformułowaną ideologią czy systemem politycznym, tylko raczej rodzajem egzystencjalnej wrażliwości, światopoglądem w swoim korzeniu agrarnym, który dopiero przekłada się na politykę. Światopoglądem, który jest ukształtowany jako reakcja na dominację, na wyzysk, na folwark, niemniej jest jego kalką. Rozmawiamy więc o chłopskim tradycjonalizmie, wyrastającym z głębokiego poczucia krzywdy. I tam, gdzie na początku XX wieku nie dotarły lewicujące, klasowe ruchy chłopskie, tam jest dominujący. A ten tradycjonalizm jest silnie resentymentalny, kontrreformacyjny, antysemicki. Na jego temat są bardzo ciekawe antropologiczne badania profesor Malewskiej-Szałygin z UW, prowadzone na Podhalu, a dotyczące postaw politycznych, a właściwie rozumienia tego, czym jest polityka. Mówiąc najprościej, to są rozmowy na targach. I wyłania się z nich obraz światopoglądu archaicznego; my – biedny lud, źli panowie i urzędnicy miejscy kradną, i – często niedopowiedziane, ale oczywiste – kręcą nimi Żydzi, tutejsi albo z zagranicy. To wszystko takie trzewne, podstawowe…

Leder: Jak w latach 70. ulotniła się lewica

Czyli odruchowe, a nie samoświadome? Z założenia więc dużo skuteczniejsze w starciu z postmodernizmem.

Postmodernizm to jest melancholia. Tradycjonalizm jest więc odruchowy i nie wynika z tradycji politycznej konserwatyzmu, tylko raczej tkwi w mentalności dużej części polskiego społeczeństwa, od czasu „unaradawiania” chłopów przez endecję i Kościół katolicki na początku XX wieku. I ujawnia się w różnego rodzaju momentach dekompresji społecznej, to znaczy w momentach utraty nadziei związanych z modernizacją. Okres po 2007 roku ma właśnie taki charakter – dla części społeczeństwa, często tej młodej, oznacza gorzką weryfikację nadziei transformacyjnych. I powrót do tradycjonalizmu.

W Prześnionej rewolucji opisałeś, jak dokonała się rewolucja burżuazyjna w Polsce bez podmiotowego udziału Polaków, ale w ich interesie i choć biernie, to z silnym zaangażowaniem. Oczywiście to „biernie” – jak pokazuje najnowsza książka Joanny Tokarskiej-Bakir, a przede wszystkim jak pokażą przekrojowe badania Jana Grabowskiego –  nie tylko nie było pasywne, ale dotyczyło skali nawet 200 tys. Żydów zamordowanych przy jakimś udziale Polaków. Wydaje się więc, że prawdziwa rewizja udziału Polaków w mordowaniu Żydów podczas wojny nas dopiero czeka, a nie jest za nami dzięki Jedwabnemu. Jednocześnie wydaje mi się, że cały nasz radykalny i rozwalający jedną instytucję po drugiej PiS oraz jego nowe prawo o IPN, a przede wszystkim charakter poparcia społecznego dla Kaczyńskiego, to są ostatnie desperackie próby Polaków nakrycia się poduszką, żeby tylko nie obudzić się z „prześnienia”.

Przyjmując te 200 tysięcy zamordowanych i zakładając, że w każdym mordzie brało udział 10 etnicznych Polaków, to nadal oznacza około 2 milionów ludzi. To ogromna liczba, ale w 24-milionowym mniej więcej społeczeństwie oznacza to, że około 20–22 milionów się przyglądało… Inna sprawa, z jakimi uczuciami się przyglądali i jak skorzystali na tym, choćby materialnie… Tak czy inaczej, na pewno część elektoratu PiS chce nadal śnić „sen złoty”. Ale to dotyczy też innych elektoratów, na pewno PO, Nowoczesnej, SLD, a myślę, że i nowej lewicy… Sądzę jednak, że ostatecznie te próby „nakrywania głowy poduszką”, łącznie z ustawą o IPN, raczej przyspieszą przebudzenie.

I my, tacy cywilizowani, tak jak Miętus z kolegą, nie możemy się nadziwić, że jak tylko przyszedł Kaczyński i podważył dotychczasowy porządek, to lud, zamiast posłuchać o potrzebie demokracji w Polsce („Obywatelu, czyście oszaleli? Dlaczego szczekacie wy i wasza żona? Mamy jak najlepsze intencje”), rzucił się na nas z zębami. Ale z ciotką Hurlecką, której nadejście uratuje gryzionych i przywróci poczucie podległości gryzącym, to najbardziej identyfikowany jest Tusk, który zresztą właśnie wyszedł na prowadzenie w sondażach zaufania społecznego.

Nie, Tusk nigdy nie grał na postszlacheckiej tożsamości. Rzeczywiście, ona jest ideałem, do którego aspiruje tak część zmieszczaniałych potomków byłych chłopów, jak apologeci pańszczyzny, ale jest też zupełnie inny nurt: przynależymy do normalnego świata, to znaczy świata powojennego, liberalnego konsensusu. I Tusk wpisuje się raczej w tę opcję.

Przekroczenie feudalizmu w Polsce dokonało się dzięki dwóm wstydliwym momentom, czyli Zagładzie i komunistycznej reformie rolnej, czyli znowu Rosjanie przynieśli polskiemu chłopu to, czego polska szlachta nie chciała dać. Ten były chłop dziś też chce być szlachtą, co oznacza, że teraz on może nie dać innemu. Podwójne rozstanie z marzeniami o sile przeżywają młodzi mężczyźni, których ulubioną organizacją jest Ruch Narodowy. Nie mają tego kobiety, które w sondażu Oko.press najczęściej wskazują na Czarny Protest.

Modernizacja i hiperkapitalizm są wyzwaniem dla tradycyjnych męskich tożsamości, odbierają nam – powoli – pozycję naturalnego hegemona, który nic nie musi, a i tak mu się należy. A ci, którzy tracą i nie widzą dla siebie miejsca w nowym porządku, mają skłonność do nostalgii i wsteczności. Kobiety są na emancypacyjnej fali i pomysł, że ktoś odbierze im prawa, które dał jeszcze PRL –  prawo do aborcji pojawiło się w ramach destalinizacji, po 1956 roku – doprowadza je w zupełnie zrozumiały sposób do furii. Zresztą mnie też. Podstawowy spór w polskim społeczeństwie toczy się więc ostatecznie w obszarze wartości, idei; przy czym stawka jest bardzo konkretna: jest to spór o to, w jakim społeczeństwie mamy żyć. Hierarchicznym i niesprawiedliwym w sposób przewidywalny albo dążącym do równości, ale ciągle niesprawiedliwym, i to w sposób o wiele mniej przewidywalny. To drugie, choćby przez otwarcie na uchodźców i imigrantów, wiąże się z utratą bezpieczeństwa.

Utratą poczucia bezpieczeństwa.

Utratą poczucia bezpieczeństwa kulturowego, a często też pojawieniem się nowych, ostrych konfliktów, których homogenne społeczeństwo nie znało. Przy czym często dawne konflikty społeczne wynikające z różnic bogactwa, z obecności biedy i nędzy, dziś przekładają się na konflikty kulturowe i religijne. Przyjęcie tego wyzwania to liberalizm, mniej lub bardziej „równościowo” modyfikowany przez lewicę. A druga odpowiedź to model hierarchiczny, w którym to, jaką masz tożsamość, określa twoje miejsce w hierarchii. W tradycjonalistycznej wersji familijno-nacjonalistycznej oznacza to, że im bardziej jesteś swojski, tym wyżej jesteś w tej imaginacyjnej hierarchii, im bardziej od tego „swojactwa” odbiegasz, tym jesteś niżej. Kobieta-nie-matka odbiega trochę, więc jest trochę niżej, homoseksualista/stka odbiega bardziej, więc jest jeszcze niżej, kolorowy jeszcze bardziej i tak dalej. Żyd jest antyswojakiem, a muzułamanin – śmiertelnym zagrożeniem.

Tony Judt w rozmowie z Timem Snyderem zauważa, że zagrożenie dla mniejszości żydowskiej skokowo urosło z nastaniem demokracji, gdy władza przeszła w ręce społeczeństw. Polityczny antysemityzm zaczyna się w Polsce z powstaniem endecji. Do ostrego zatrucia stosunków polsko-żydowskich dochodzi w 1912, gdy nacjonalista Dmowski walczy o jeden przypadający w Warszawie mandat do rosyjskiej Dumy z kandydatem, który liczyć może na poparcie Żydów. Decydujący głos dla wyłonienia pierwszego prezydenta II RP arytmetyka wyborcza (zresztą skonstruowana na własne nieszczęście przez endecję) przyzna mniejszościom. Skończy się tragedią, po czym – także za cichym przyzwoleniem lewicy – mniejszości będą wykluczane z procesu demokratycznego, co świetnie pokazał Brykczyński w Gotowych na przemoc. Judt wyciąga z tego przykry dla demokracji, a właściwie demosu, wniosek.

Tak, bardzo przenikliwa uwaga i idąca wbrew nawykom myślowym. Trzeba jednak odróżnić dwa rozumienia słowa demokratyzacja. Jedno to wejście ludu w obszar polityczny, jego stopniowe dorastanie do roli suwerena, pod drodze często prowadzące do tyranii. Drugie to tworzenie się procedur i instytucji mających chronić sprawiedliwość i równość wobec prawa. Ten pierwszy proces wcale nie jest równoznaczny z drugim.

Często struktury mentalności przednowoczesnej określają funkcjonowanie społeczeństw masowych, co więcej, wykorzystują siłę nowoczesnych państw biurokratycznych, by nadać „rozmach” starym uprzedzeniom. Jeden przykład takiej ewolucji: w kulturach tradycyjnych częste jest zjawisko „kozła ofiarnego”, obciążania jakiejś mniejszościowej grupy winą za nieszczęścia całej wspólnoty i karania jej za to. W tradycyjnych chrześcijańskich społeczeństwach tę rolę często pełnili Żydzi. Jak wiadomo, w miarę trwania procesów emancypacyjnych ludu, demokratyzacji w pierwszym sensie, ta figura się upowszechnia i staje istotną kalką wszystkich europejskich nacjonalizmów… W nowoczesnym społeczeństwie ten mechanizm został dodatkowo zmodyfikowany w duchu „heroicznym”: grupę mniejszościową oskarża się o to, że jest tylko pozornie słabsza, bo tak naprawdę jest częścią jakiejś obcej, często ukrytej potęgi, która sprzysięgła się przeciw „nam”. Pozwala to znęcać się nad słabszymi, wyładowywać gniew i frustrację, zmniejszać strach, a jednocześnie „wstawać z kolan” i wyobrażać sobie, że walczy się jak bohaterscy partyzanci z okupantem. Żydzi stają się ekspozyturą światowego spisku „mędrców Syjonu” z Nowego Jorku, zaś imigranci z Syrii czy mieszkańcy środkowej Afryki uciekający przed głodem, okazują się ukrytym terrorystami, przygotowującymi grunt pod zamachy Państwa Islamskiego. Przed wojną uwznioślona mszami wielkanocnymi kawalerka urządzała starozakonnym sklepikarzom mniejsze lub większe pogromy, z poczuciem, że walczy z „żydowską okupacją”, a dziś można opluć i zelżyć dziewczynkę w hidżabie z poczuciem, że walczy się ze światowym terroryzmem. Kibol bije dziecko i jeszcze ma poczucie, że jest krzyżowcem, rycerzem Sobieskiego czy szlachcicem z Trylogii.

Przy okazji muszę coś skorygować z naszej pierwszej rozmowy: słowo „szlachta” nie wywodzi się od szlachtowania, oba słowa pochodzą od staroniemieckiego schlag, co oznacza uderzenie, ale też ród, szerzej – to, co biegnie w jednym kierunku.

Zandberg: Razem zagłosuje za tym, by postawić Beatę Szydło przed Trybunałem Stanu

A wracając do współczesnej polityki: co w końcu twoim zdaniem zdecydowało o tym odwróceniu się konserwatystów od liberałów?

Złożyło się na to wiele przyczyn. Pierwsza sprawa to wypalenie się transformacyjnego paliwa, sojuszu legitymizowanego „powrotem na Zachód”, do Europy, szerokiego sojuszu wszystkich, którzy tego chcieli. Weszliśmy do NATO i Unii, pokolenie, dla którego to było najważniejsze, zaczęło polityczną drzemkę, a co gorsza, zaczęło zajmować pozycję oligarchii.

Drugie i z pierwszym związane, to polaryzacja w następnych pokoleniach wchodzących na scenę polityczną: z jednej strony nasilenie procesów laicyzacyjnych, z drugiej – określanie się tożsamościowe przez powrót do wartości tradycyjnych i tej familijnej „wspólnoty narodowej” po śmierci JPII. Laicyzacja – w końcu w Warszawie przed wygraną PiS było więcej ślubów cywilnych niż kościelnych – bardzo niepokoiła i niepokoi Kościół i środowiska z nim związane. Profesor Zybertowicz mówił mi w 2014 bodajże: „Mam wrażenie, że w Polsce prowadzona jest zaplanowana akcja dechrystianizacyjna”. Więc Kościół zaczął szukać siły, która zapędzi ludzi z powrotem do kościołów. A pokolenie, które po kryzysie 2007 roku i na początku dekady 2010 nie znalazło sobie miejsca ani na rynku pracy, ani w polityce, pokolenie „umów śmieciowych”, zaczęło kontestować konsensus – większa część przez zwrot na prawo, mniejszość na lewo.

Po trzecie, o czym mówiliśmy, szok związany z wszystkim, co nazwę „sprawą Jedwabnego”, niezdolność do przyjęcia prawdy o sobie, rezygnacji z dziecinnego, narodowego narcyzmu skrywającego kompleksy. No i wtedy zdarzyła się katastrofa smoleńska, która pozwoliła wypowiedzieć coś takiego: „cały ten wasz racjonalny, uładzony, moralizujący dyskurs jest diabła warty, to nas zawsze zabijali i zabijać będą…”. Czyli uprawomocniła znowu narcyzm z jego męczeńskim wyrazem. I wtedy zadecydowała słabość dominującej w Polsce formy liberalizmu w obszarze symboli i opowieści, właściwie jego lekceważenie dla tej sfery i w ogóle dla działań państwa budujących społeczeństwo. W puste miejsce weszła wspólnota narodowo-religijna, z głęboko antymodernizacyjną i antydemokratyczną kulturą. Co ciekawe, PiS odpowiedział na większość tych potrzeb…

Tylko że ten liberalizm polityczny załamał się wszędzie na Zachodzie, choć nacjonalistyczny populizm rządy objął tylko w Europie Wschodniej (nie licząc USA), więc te tezy są do przynajmniej częściowego uogólnienia. Co na ruchy Kościoła i PiS ma do powiedzenia opozycja?

W Polsce rządzi większość parlamentarna. Mnie akurat nie dziwi, że Kaczyński woli być przewodniczącym partii i decydować o głosowaniach w Sejmie, a nie borykać się z codzienną rzeczywistością jako premier. Ale do tego trzeba mieć bardzo silną pozycję we własnej partii. Sytuacja opozycji zaś określona jest przez dobrą wolę większości, a raczej może przez powszechne poszanowanie demokratycznych procedur, gwarantujących sprawiedliwościowy charakter państwa. PiS ich nie szanuje, bo w ogóle w Polsce tylko mniejszość obywateli zdaje sobie sprawę z ich wagi. Ale nie ma co rozpaczać, dla opozycji to „przejście przez pustynię” to czas rekonfiguracji. Na przykład PO, jako partia „dla wszystkich i dla każdego”, jak mówi Jacek Żakowski, typowo transformacyjna jeszcze, ma z tym łączeniem prawicy i lewicy coraz większy kłopot. Pokazała to sprawa Ujazdowskiego. Nie wiem, czy uda się jej zachować ten charakter.

A co z lewicą? W sondażach Razem przekracza próg wyborczy tylko w najbogatszej grupie społecznej, o co nie sposób ich obwiniać. Docieranie do ludu okazuje się, z powodów, które omówiliśmy, więcej niż trudne. Oczywiście dopóki nie weźmie się ze sobą pani Hurleckiej dla własnej obrony, ale wtedy nic się nie zmieni. 

Nie tylko w Polsce lewica ma ogromny problem z elektoratem ludowym. To zjawisko diagnozują i Amerykanie, i Europejczycy, pisząc o tym, że dawne partie ludu stały się partiami wielkomiejskiej klasy kreatywnej. Ja myślę, że to nie jest tylko problem partii, które „kupiły” neoliberalny konsensus, ale też głębokiej zmiany w obrębie elektoratu lewicy. Dotyczy to także Razem, jak na razie – partii wielkomiejskich studentów. I to kierunków humanistycznych i społecznych, ponieważ już medycy, prawnicy i inżynierowie są od tego daleko, często w nurcie neoliberalnym, część bardzo radykalnie, po korwinowsku, albo nacjonalistyczno-konserwatywnym. Lewica ma problem ze sformułowaniem programu i popularnej, imagologicznej kultury lewicowej. Strasznie mi się podobało to, co kobiety w „Krytyce” zrobiły, Przy kawie o sprawie, to jest to, czego lewicy w dużym stopniu brakuje. Prawica i konserwatyści stworzyli pewien typ kultury.

Męska masturbacja – prywatna sprawa czy przestępstwo?

Utworzył się mało korzystny politycznie podział. My mamy kulturę wysoką, prawica masową. Każdy może się czuć zwycięzcą, ale po pierwsze to nakręca jeszcze większy podział, jeśli wysoka gardzi lub schlebia masowej, a masowa nienawidzi za to wysokiej.

Tak, lewicy potrzeba kultury masowej, no i tej pomiędzy. Prawica nieźle opanowała, gagowo, memowo, telewizyjnie, te wszystkie ponowoczesne sposoby komunikowania dla przednowoczesnej wrażliwości. Lewica tego nie ma. Ale myślę, że dla zwrotu w latach 2005–2015, o którym w sumie rozmawialiśmy, najbardziej charakterystyczny był brak lewicy jako siły politycznej. Lewica to – mam nadzieję – kwestia przyszłości, powinniśmy rozmowę o niej zostawić na jakiś następny raz.

Ciąg dalszy nastąpi.

**
Andrzej Leder – filozof kultury. Studiował medycynę i filozofię. Kieruje Zespołem Filozofii Kultury w Instytucie Filozofii i Socjologii PAN. Autor książek.: Przemiana mitów, czyli życie w epoce schyłku. Zbiór esejów (1997); Nieświadomość jako pustka (2001); Nauka Freuda w epoce Sein und Zeit (2007) oraz Rysa na tafli (2016). Za książkę Prześniona rewolucja (2014) był nominowany do Nagrody Literackiej „Nike” oraz nagrody historycznej im. Kazimierza Moczarskiego. Współpracownik Instytutu Studiów Zaawansowanych Krytyki Politycznej.

Bio

Sławomir Sierakowski

| Socjolog, publicysta, współzałożyciel Krytyki Politycznej
Współzałożyciel Krytyki Politycznej. Prezes Stowarzyszenia im. Stanisława Brzozowskiego. Socjolog, publicysta. Ukończył MISH na UW. Pracował pod kierunkiem Ulricha Becka na Uniwersytecie w Monachium. Był stypendystą German Marshall Fund, wiedeńskiego Instytutu Nauk o Człowieku, uniwersytetów Yale, Princeton i Harvarda. Obecnie Richard von Waizsäcker Fellow w Robet Bosch Academy w Berlinie. Jest członkiem zespołu „Polityki", stałym felietonistą „Project Syndicate” i autorem w „New York Times”, „Foreign Policy” i „Die Zeit”.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.