Felieton

Jesteśmy niewinni

Pracownicy Lasów Państwowych mogli się łudzić, że wola ministra, żeby ścinać wszystko, jak leci, jest ważniejsza od obowiązującego prawa, ale kolejne wyroki pokazują, jak bardzo się mylili.

Choć Prawo i Sprawiedliwość już kolejny rok reformuje sądownictwo, to końca tej reformy ciągle nie widać, a sądy wciąż orzekają sobie, jak chcą, i nie zawsze są to złe wyroki. Wciąż nie wszyscy sędziowie chcą podlizywać się rządzącej partii tak jak na przykład ci, którzy skazali mnie za parafrazę słów Mazurka Dąbrowskiego, czyli sędzia Sądu Rejonowego w Wołominie Florian Szczepanik oraz sędzia Sądu Okręgowego Warszawa-Praga Sebastian Mazurkiewicz. Obu panów serdecznie pozdrawiam. Dzięki nim zostałem pierwszym poetą w III RP prawomocnie skazanym za napisanie wiersza, co z pewnością zostanie odnotowane w podręcznikach historii polskiej literatury, a nie wiem, czy będę miał jeszcze jakąś inną okazję, żeby do nich trafić.

Jak nie otoczyłem należną czcią Hymnu i zostałem poetą wyklętym

Nie wszyscy sędziowie są tacy małostkowi, żeby doszukiwać się wykroczenia w zmianie słów piosenki, a nie widzieć go, dajmy na to, w kopaniu kobiet przez nacjonalistów, którzy jedynie „wyrażali niezadowolenie”. Na przykład w czerwcu tego roku zostałem uniewinniony, choć bezczelnie poszedłem na spacer do lasu, gdzie zdaniem Lasów Państwowych i Straży Leśnej obowiązywał zakaz wstępu. Prawdę mówiąc, żadnego takiego zakazu nie widziałem, więc rzeczywiście wraz z grupą innych osób zignorowałem polecenia leśników, aby opuścić zajmowane przez nas miejsce. Po pierwsze pogoda była ładna, towarzystwo dobre, a na zrębie było całkiem miło, a po drugie musieliśmy pilnować harwestera, który z powodu naszej obecności nie mógł wycinać kolejnych drzew, ale można się było domyślić, że wznowi pracę, gdy tylko zmienimy miejsce obozowania. No więc zostaliśmy w lesie, dopóki nie zaczęło się zanosić na poważną burzę. Wówczas kierowca zabrał harwestera do bazy, a my też wróciliśmy do swojego obozowiska. Burza była naprawdę solidna, ale było warto dać się przemoczyć. Dawno nic nie dało mi takiej energii i poczucia sprawczości. Przez te kilka godzin uratowaliśmy kilkaset drzew. Własnymi ciałami.

Zenon Kruczyński: Za zło czynione przyrodzie przyjdzie w końcu zapłacić

Fot. Piotr Małgosia Klemens, facebook.com

Oczywiście potem mieliśmy z tego powodu problemy. Najpierw Zakład Spedycji Lasów Państwowych próbowały nas obciążyć kosztami drewna, którego nie udało się wyciąć harwesterom w Puszczy Białowieskiej. Oczywiście nie zapłaciliśmy tych paru tysięcy złotych, bo drzewa w puszczy mają znacznie większą wartość, niż to potrafią wycenić ekonomowie Zakładu Spedycji. Sprawa została skierowana do sądu w Hajnówce, ale minął ponad rok od naszego spaceru po lesie, gdy sąd orzekł, że jesteśmy niewinni. Nie bez znaczenia był w tym kontekście fakt, że w międzyczasie zapadł wyrok Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości, który nakazywał wycofanie harwesterów z Puszczy oraz zakazywał dalszej dewastacji ostatniego naturalnego, nizinnego lasu w Europie. Nasze działania legalizował stan wyższej konieczności. Gdyby nie aktywiści Obozu dla Puszczy, doszłoby do większego zła niż utrata zarobku przez Lasy Państwowe. Oczywiście trochę smutno, że sąd potrzebował roku oraz wyroku ETS, żeby to ustalić, ale i tak pozostaje się cieszyć, że się udało. Przy takiej liczbie spraw kłótliwych i skrzywdzonych Polaków, w jakiej są zmuszeni orzekać sędziowie, i tak to niemal cud, że w ogóle cokolwiek się udaje ostatecznie osądzić. A jednak się udało i większość aktywistów została uniewinniona.

Puszcza może i powinna odnowić się sama [rozmowa po wyroku Trybunału Sprawiedliwości]

Przy okazji sądowi udało się ustalić kilka innych, całkiem zabawnych rzeczy. Otóż zgodnie z przepisami tablice informujące o zakazie wstępu do lasu muszą spełniać określone wymogi, w tym podawać przyczynę zakazu wstępu. Nawet tego, wydawałoby się łatwego, wymogu nie udało się Lasom Państwowym spełnić: tablice informowały o zagrożeniu pożarowym, kiedy w istocie w lesie trwały tzw. zabiegi gospodarcze. Tymczasem źle przygotowane tablice uchylają zakaz wstępu. Co więcej, w oddziale 701 AB w Leśnictwie Topiło, gdzie blokowaliśmy harwestera, zakaz nie obowiązywał, bo oddział ten nie został wymieniony w załączniku do rozporządzenia o rzeczonym zakazie. Pokazuje to wyjątkową nieudolność Lasów Państwowych, które nawet nie umieją przestrzegać obowiązujących ich przepisów. Oczywiście pracownicy LP mogli się łudzić, że wola ministra, żeby ścinać wszystko, jak leci, jest ważniejsza od obowiązującego prawa, ale kolejne wyroki pokazują, jak bardzo się mylili. Teraz pozostaje nam założyć Straży Leśnej sprawy za bezprawne wyrzucanie nas z lasu, który jest przecież dobrem wspólnym.

Sądowi udało się ustalić kilka innych, całkiem zabawnych rzeczy.

Podobnie dziwną sprawę w sądzie mieli aktywiści Otwartych Klatek, Julia Dauksza i Paweł Rawicki. Otwarte Klatki w listopadzie 2013 roku opublikowały szokujące wyniki śledztwa na fermie norek należącej do Rajmunda Gąsiorka, prezesa Polskiego Związku Hodowców i Producentów Zwierząt Futerkowych. Gąsiorek jest nie tylko potentatem w branży, prawdopodobnie największym hodowcą norek w Polsce, a może i w Europie, ale wydaje się wyjątkowo mało sympatyczną postacią. Najpierw oskarżył aktywistów, że drastyczne filmy nie zostały zrobione na jego fermie. Czyżby aż tak słabo znał swoje fermy, że nie umie rozpoznać ich na filmach?

Aktywiści, aby udowodnić, że materiały rzeczywiście pochodzą z ferm Gąsiorka, musieli się ujawnić. W efekcie potentat branży oskarżył ich o naruszenie miru domowego (jakby Julia i Paweł naprawdę weszli mu do domu i wyciągnęli śpiącego z łóżka). Mówienie o „mirze domowym” w przypadku fermy norek jest co namniej zabawne. Mir jest dziś mało używanym słowem, ale w staropolszczyźnie oznaczał ład. Jaki ład panuje w „domu norek” u pana Gąsiorka, mogliśmy zobaczyć na zrobionych przez aktywistów filmach. No, ale rzeczywiście mamy przepisy chroniące „mir domowy”, nawet jeśli ani z ładem, ani z domem nie ma on nic wspólnego, więc Julia i Paweł musieli się stawić na kolejnej rozprawie. Sędzia wydał decyzję o warunkowym umorzeniu postępowania – uznał, że aktywiści nie mieli prawa wyręczać Inspekcji Weterynaryjnej w jej zadaniach, ale nie wymierzył im kary, o ile przez kolejny rok nie złamią znowu prawa.

Jest to wyrok salomonowy, bo kolejne śledztwa oraz wszelkie inne dane wskazują, że zapowiadane wcześniej kontrole Inspekcji Weterynaryjnej często okazują się fikcją. O tym, jak weterynarze są edukowani, żeby nie zwracać zbytniej uwagi na cierpienie zwierząt, mówił niedawno prof. Andrzej Elżanowski: „Są badania dowodzące, że studia weterynaryjne demoralizują ludzi. Studenci I roku weterynarii są średnio na wyższym stopniu rozwoju moralnego niż studenci V roku. Młodzi ludzie, przynajmniej niektórzy, idą na te studia z miłości do zwierząt, a później ich wrażliwość znika”. Najlepszym przykładem jest protest weterynarzy, którzy pracują w ubojniach. Gdy niedawno próbowano zmienić przepisy w ten sposób, aby dostawali pieniądze za godzinę, a nie od ilości zabitych zwierzęcia, podniosło się wielkie larum, bo zaczęliby zarabiać mniej. Jak bardzo dba się o dobrostan zwierząt, gdy nasze zarobki zależą od tego, ile ich uda się zabić, pozostawiam do rozważenia domyślności czytelników.

O tym jak niewystarczający jest nadzór nad fermami norek, alarmował nawet NIK: „Kontrole ferm, przeprowadzone przez właściwe inspekcje na zlecenie Najwyższej Izby Kontroli, wykazały, że w 87% tych ferm nie przestrzegano wymagań ochrony środowiska, w 48% działalność hodowlana prowadzona była w obiektach nielegalnie wybudowanych lub użytkowanych, a w 35% niezgodnie z przepisami weterynaryjnymi. We wszystkich skontrolowanych fermach stwierdzone zostały nieprawidłowości związane z gospodarką odpadami oraz prowadzeniem hodowli w obiektach wybudowanych nielegalnie lub z istotnym naruszeniem warunków pozwoleń na budowę. Według raportu tylko jedna ferma zwierząt futerkowych, spośród 23 skontrolowanych na zlecenie Najwyższej Izby Kontroli, spełniała jednocześnie wymagania weterynaryjne, budowlane i ochrony środowiska”.

Gdzie ta dobra zmiana dla zwierząt?

Oczywiście Sędzia nie musi tego wiedzieć, choć może powinien, zanim orzeknie, że aktywiści nie mogą zastępować Inspekcji Weterynaryjnej, skoro najwyraźniej muszą. Mimo wszystko można się ucieszyć z tego wyroku, bo daje nadzieję, że kolejni aktywiści zostaną potraktowani podobnie, czyli za prowadzenie śledztw nie będzie im grozić nic więcej niż konieczność tłumaczenia się w sądzie, ewentualnie roczny zakaz włamywania się na fermy. Na szczęście aktywistów pragnących brać sprawy w swoje ręce, gdy prawo nie działa, jest coraz więcej, więc może nawet Inspekcja Weterynaryjna się zawstydzi i zacznie działać sprawniej. Na razie zachęcam do włączania się w działania Obozu dla Puszczy, Obozu dla Klimatu czy Otwartych Klatek. Jest jeszcze dużo zrobienia, jeśli chcemy żyć w kraju, gdzie nie wycina się najcenniejszych lasów, nie niszczy klimatu i nie zabija bogu ducha winnych zwierząt.

Proces stulecia

czytaj także

Proces stulecia

Peter Singer

Bio

Jaś Kapela

| Pisarz, poeta, felietonista
Pisarz, poeta, felietonista, aktywista. Autor trzech książek z wierszami („Reklama”, „Życie na gorąco”, „Modlitwy dla opornych”), powieści („Stosunek seksualny nie istnieje”, „Janusz Hrystus”, „Dobry troll”) i zbioru felietonów „Jak odebrałem dzieci Terlikowskiemu”. W 2018 roku ukazała się jego najnowsza książka, „Polskie mięso. Jak zostałem weganinem i przestałem się bać”. Należy do zespołu redakcji Wydawnictwa Krytyki Politycznej. Opiekun Serii Literackiej.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.