UE

Sutowski: Tusk walczy o miliardy dla Polski, ale nie o ratunek dla Europy

Zakreślone przez Rompuya, Merkel i Camerona pole manewru nie daje wielkich nadziei na wyjście z recesji.

Widmo thatcheryzmu krąży po Europie – i to w wersji 2.0. Niegdysiejsza premier Wielkiej Brytanii wywalczyła „tylko” rabat dla swego kraju, David Cameron może przerobić całą Unię na swoją modłę. O co chodzi w jego wizji UE? „Problem tak naprawdę polega na tym, że nie zaszedł postęp [!] w cięciach nadmiernych wydatków […]. Nie ma czasu na jakieś majsterkowanie, to nie czas na przesuwanie pieniędzy z jednej części budżetu do innej. Potrzeba nam bezprecedensowych cięć. Dokładnie to robimy u siebie w domu i dokładnie tego potrzeba nam tutaj”.

Lider torysów pragnie Europy, w której nie reguluje się ani warunków pracy, ani działania rynków finansowych – bo głównie na taniej pracy opierają się dziś resztki brytyjskiej gospodarki realnej, a na usługach finansowych opiera się tworzona na Wyspach wartość dodana. W imię interesów pracodawców i londyńskiego City koszty kryzysu wywołanego ekscesami rynków finansowych mają ponieść głównie pracownicy. I to nie tylko brytyjscy.

Polityka cięć – gdy nie ma możliwości dewaluacji narodowych walut (strefa euro!) w krajach Południa – nakazuje gwałtownie obniżać koszty pracy za pomocą umowów śmieciowych i presji na zarobki. Polityka zmniejszania redystrybucji w skali Europy skazuje kraje zdezindustrializowane – takie jak Polska – na drenaż pracowników, a ich samych na los niskopłatnych wykonawców junk jobs na obczyźnie. Nie na chwilę, nie na parę lat, ale nieraz na całe życie.

Ktoś powie (najczęściej ktoś z PiS-u, przynajmniej ostatnio), że przecież Wielka Brytania pragnie wspierać „najbiedniejszych”, tyle że zamiast „leniwego” Południa wybiera „solidnych” Europejczyków ze Wschodu. Cameron naszym sojusznikiem, wedle najlepszych tradycji przyjaźni polsko-brytyjskiej! Tyle że „biednych” w Europie jakby coraz więcej; a jeśli pomocy nie otrzymają średniacy, to albo sami niedługo zbiednieją, albo zaczną beneficjentów pomocowych resztek nienawidzić.

To wizja skrajna: UE bez funduszy spójności, których tylko z pozoru broni Wielka Brytania, a które na dłuższą metę mogą nie przetrwać logiki Cameronowskich cięć. Optymiści przywołują przykład Blaira, który w 2005 roku grał ostro na pokaz, a kilka miesięcy później zaakceptował całkiem rozsądną ramę budżetową na lata 2007–2013. A przecież nawet bankierom z City nie zależy na rozwaleniu UE. Może brytyjskie groźby weta to tylko gra pod eurosceptyczną publiczkę?

Zakończony bez konkluzji szczyt Unii Europejskiej wskazuje jednak, że radykalizm Davida Camerona nie jest jedynym problemem Europy w jej obecnym kształcie.

„Kompromisowa” propozycja przewodniczącego Rompuya, przedstawiona w nocy z czwartku na piątek, na pierwszy rzut oka wygląda nieźle. Stoi za nią pokaźna koalicja, z Polską w roli lidera „przyjaciół spójności”. Fundusze spójności zostają utrzymane; Polska wprawdzie traci 1,5 miliarda euro, ale za to na rzecz „średniaków”. Strata finansowa przekłada się na korzyść polityczną, bo przecież im więcej beneficjentów funduszy, tym większa ich trwałość i pewność utrzymania.

W czym więc problem? W tym, że propozycja przewodniczącego Rady zakłada przede wszystkim cięcia wydatków na badania i rozwój, niezbędnych do budowy gospodarki innowacyjnej i najskuteczniejszych skutecznych w stymulowaniu wzrostu.

Ponieważ jest kryzys, myślimy tak jak David Cameron, choć mniej radykalnie: skoro oszczędzamy prywatnie i na poziomie państw, to wypadałoby także przyoszczędzić na poziomie Brukseli. Tym samym Polska, o której Donald Tusk stwierdził, że „jest w twardym jądrze popierającym projekt Komisji Europejskiej”, przyjmuje błędną filozofię państwa jako wielkiego gospodarstwa domowego – zamiast myśleć o polityce antycyklicznej, w której cięcia i spadek popytu na poziomie gospodarstw domowych i państw zrównoważyłyby zastrzyki pieniędzy ze wspólnego budżetu UE.

Oczywiście to nie Polska wyznacza reguły gry – a w tych, które nam narzucono, radzi sobie wcale nie najgorzej. Wiele wskazuje bowiem na to, że propozycja przewodniczącego Rady Europejskiej na następnym, styczniowym bądź lutowym szczycie, faktycznie będzie punktem wyjścia, który uda się skorygować bez wielkich strat dla naszego kraju. Będziemy mogli wybudować jeszcze trochę autostrad, może unowocześnić więcej linii kolejowych, przy dobrych wiatrach postawi się też w Polsce kilka wiatraków.

I to jest całkiem sporo. Jeśli Niemcy okażą się wobec Polski lojalni, ich alians z Wielką Brytanią nie musi nam bardzo zaszkodzić. Nie jest nawet wykluczone, że przy dobrym kursie euro Donald Tusk z kolejnego szczytu przywiezie Polsce wyśnione 300 miliardów złotych.

Kłopot polega na tym, że zakreślone przez Rompuya, Merkel i Camerona pole manewru nie daje wielkich nadziei na wyjście Europy z głębokiej recesji. Bez środków na badania i rozwój trudno o prawdziwego energetycznego kopa, który przepchnąłby kraje Wschodu z technologicznych peryferii do centrum; bez dużych transferów na Południe i powstrzymania wymuszanych tam cięć trudno wyobrazić sobie zatrzymanie rosnących nierówności i uspokojenie nastrojów społecznych.

A kto miałby za to wszystko zapłacić – gdyby łaska oświecenia spłynęła jednak na europejskie elity? W niedawno udzielonym Krytyce Politycznej wywiadzie Claus Offe, jeden z najprzenikliwszych analityków europejskiego kryzysu, stwierdził, że liczy się nie tyle odpowiedzialność za błędy, ile bilans zysków i strat doznanych w wyniku kryzysu. Największym beneficjentem strefy euro, ale także jej kryzysu (dzięki tanim obligacjom i ułatwieniom w eksporcie) są Niemcy. I to Niemcy będą musiały pokryć dużą część spodziewanych kosztów jej ratowania.

Tandem Merkel-Schäuble z trudem przyjmuje to do wiadomości; do lutego 2013 ta świadomość też raczej do nich nie dotrze.

I dlatego na najbliższym szczycie „budżetowym” Unii Donald Tusk będzie walczył o miliardy dla Polski, ale nie o ratunek dla Europy. Ten może przyjść dopiero ze zmianą politycznej warty w Berlinie.

Zima wasza, wiosna i lato chyba też. Jesienią nad Szprewą wybory. Pożywiom, uwidim.

Zapraszamy na spotkanie w Warszawie w ramach serii debat Co złego stało się z Europą? Jaka jest jej przyszłość? Kryzys europejski i nowe ruchy społeczne.

Czy wszyscy staniemy się Niemcami? 

Goście: Wolfgang Templin (Fundacja im. H.Boella), dr Marek Cichocki (Centrum Europejskie Natolin, “Teologia Polityczna”), dr Karolina Wigura (“Kultura Liberalna”), Piotr Buras (“Gazeta Wyborcza”). 
Prowadzenie: Michał Sutowski (Instytut Studiów Zaawansowanych)

28 listopada, środa, godz. 19.00, Krytyka Polityczna, Foksal 16, II p.

Projekt finansowany ze środków Parlamentu Europejskiego.

 

 

Bio

Michał Sutowski

| Publicysta Krytyki Politycznej
Politolog, absolwent Kolegium MISH UW, tłumacz, publicysta. Członek zespołu Krytyki Politycznej oraz Instytutu Studiów Zaawansowanych. Współautor wywiadów-rzek z Agatą Bielik-Robson, Ludwiką Wujec i Agnieszką Graff. Pisze o ekonomii politycznej, nadchodzącej apokalipsie UE i nie tylko. Robi rozmowy. Długie.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.