UE

Kuczyński: Ukraina i Unia – powyborcze refleksje

Dlaczego wyborcy czasem wybierają gaszenie ognia benzyną?

Wybory prezydenckie na Ukrainie i wybory do Parlamentu Europejskiego zakończyły się wynikami, z których wielu politologów i socjologów usiłuje wyciągnąć wnioski. To ich zawód, więc nic dziwnego, że tłumnie pojawiali się w mediach. Ja na tym poletku nie działam, ale też mam coś do powiedzenia, bo wybory ukraińskie mają wpływ na zachowanie rynków finansowych, a wynik wyborów europejskich jest w dużej mierze wynikiem działania tych rynków.

Zajmę się wpierw wyborami ukraińskimi, bo to jest sprawa relatywnie prosta. Wybór Petra Poroszenki na prezydenta Ukrainy już w pierwszej turze wyborów to geopolityczny plus dla obozu byków na rynkach finansowych, mimo że na wschodzie Ukrainy spokojnie nie było. Dość duża frekwencja (55 procent) w sytuacji, kiedy na wschodzie wybory były blokowane w ponad dwudziestu miastach, świadczy o tym, że Ukraińcy postanowili szybko powołać prawdziwego prezydenta.

Trochę zgrzyta w tym wyborze to, że Ukraińcy wybrali znowu oligarchę. Jednak prezydent Janukowicz też był oligarchą – tyle że ukrytym. Poroszenko, „król czekolady”, jest oligarchą jawnym. Nie uważam jednak, żeby wybieranie aktywnego biznesmena na stanowisko państwowe było godne polecenia i całkiem zgodne z demokratycznymi kanonami. Wolałbym też, żeby za wyborami prezydenckimi poszły szybko wybory parlamentarne, bo rząd sprawujący władzę w Kijowie, mimo że w pełni przez wszystkich oprócz Rosji uznawany, ma bardzo słabą legitymację.

Nie ulega jednak wątpliwości, że ukraińskie wybory przypieczętowały to, co od pewnego czasu (jeśli patrzyło się na Ukrainę przez pryzmat rynków finansowych) było oczywiste: z geopolitycznego punktu widzenia problem ukraiński wszedł w fazę przewlekłą, a tym rynki się nie przejmują.

Mogą ginąć setki ludzi (i pewnie tak będzie), ale rynki serca nie mają, a gracze giełdowi, co prawda serca mają, ale ważniejsze od problemów Ukrainy są ich własne portfele. Dopóki czołgi rosyjskie nie wjadą na Ukrainę (to jest możliwe, ale najpewniej nie w tym roku), to indeksy nadal będą mogły bić rekordy wszech czasów, jak to miało miejsce w USA i w Niemczech.

Bardziej skomplikowaną sprawą są wybory do Parlamentu Europejskiego. Uważam, że wyniki tych wyborów są tylko ostrzeżeniem, żółtym światłem. Sygnalizują, że partie antysystemowe są w natarciu. W mediach nawet się o tym wspomina, ale natychmiast pojawiają się dziennikarze i politolodzy mówiący o tym, że w Parlamencie Europejskim powstanie Wielka Kolacja (chadecy z socjalistami na wzór niemiecki), co zmarginalizuje partie antysystemowe. 

To prawda, tak się stanie. Jednak pocieszanie się tym, że przez pięć lat na poziomie europejskim nic istotnego się nie wydarzy, jest według mnie błędem. To prawda, że przez pięć lat wynikiem wyboru partii antysystemowych będzie to, że wysoko płatne błazny będą nas zabawiały swoimi wybrykami. Jednak na poziomie krajowym do wyborów w różnych państwach dojdzie dużo szybciej, a sukcesy skrajnych partii w wyborach europejskich zachęcą wyborców do głosowania na ich przedstawicieli także w tym wypadku, a to może się źle skończyć.

Skąd sukcesy skrajnie prawicowego Fontu Narodowego pod wodzą Marine Le Pen (pierwsze miejsce we Francji), Partii Niepodległości Wielkiej Brytanii (UKIP) pod wodzą Nigela Farage’a (pierwsze miejsce w Wielkiej Brytanii) czy bardzo dobre wyniki Jobbiku na Węgrzech, Syrizy (sklejanie lewicowa) w Grecji czy umiarkowane, ale jednak sukcesy narodowców (NPD) w Niemczech czy podobnie neofaszystowskiego ruchu Złoty Świat w Grecji?

W Polsce takim sygnałem ostrzegawczym jest zdobycie 7 procent głosów przez przedstawicieli Nowej Prawicy Janusza Korwin-Mikkego. Skąd takie poparcie dla ludzi, którzy (zgodnie z przedstawianymi przez media poglądami lidera) nie są demokratami, którzy uważają, że kobiety mają mniejszą inteligencję, że można się zarazić niepełnosprawnością, że kobietę trzeba „troszkę gwałcić”, że Hitler nie wiedział o Holocauście itp., itd. Skąd poparcie dla ludzi, którym nie powinno się podawać ręki?

W Polsce jest to częściowo wina mediów, które w końcówce kampanii wyborczej wisiały na ustach JKM. Owszem, krytykowały go, ale to tylko zwiększało jego poparcie, za co on sam serdecznie podziękował. Plusem jest tylko to, że KNP zdobył około 450 tys. głosów, czyli tyle, ile zdobywał w szczytach poparcia. Procentowo to dużo, ale w wartościach bezwzględnych nadal niewiele. Niewiele, bo frekwencja wyborcza była bardzo niska (22%).

Myślę, że jednym z powodów tak niskiej frekwencji było to, że dochody europosłów są wręcz horrendalne. Po pięcioletniej kadencji taki poseł może oszczędzić 1-2,5 mln złotych, a do tego ma też emeryturę. Nie dziwię się Polakom, że nie bardzo chcieli tak obdarowywać osoby, które w wielu przypadkach reprezentowały poziom niezwykle niski.

Wróćmy jednak do początkowej tezy. Dlaczego twierdzę, że wyniki wyborów europejskich są w dużej mierze wynikiem działania rynków finansowych? Otóż jest tak dlatego, że to rynki finansowe doprowadziły świat do dwóch kolejnych kryzysów w ostatnich kilku latach (2007-2009 kryzys bankowy i 2011-2012 kryzysy zadłużenia). Drugi był zresztą w dużej części wynikiem pierwszego.

Kryzysy doprowadziły Europę do recesji lub prawie recesji (Polska), a bardzo wielu Europejczyków wylądowało na bruku. Rynki finansowe zażądały głów szefów rządów, którzy nie byli w stanie wypełnić drakońskich, narzuconych właśnie przez rynki reform. Te głowy (politycznie) spadły. Do bezpośrednich skutków kryzysów doszły wiec reformy w duchu neoliberalnym, które doprowadziły do pauperyzacji wielkich mas ludzkich. Nie będę tutaj pisał o tych reformach, bo to temat na osobny tekst. Tak jednak było.

Na domiar złego politycy uznali, że jednym z lekarstw na problemy jest jeszcze większa integracja na poziomie Unii Europejskiej. To wielu wyborcom (z powodów bardzo różnych, od światopoglądowych poprzez nacjonalistyczne) bardzo się nie podoba. I słusznie, że się nie podoba. Ja też jestem zwolennikiem integracji i być może nawet państwa federacyjnego Zjednoczone Stany Europy, ale za kilkadziesiąt lat. Może nawet jeszcze później – dopiero wtedy, kiedy społeczeństwa dojrzeją. Z pewnością nie teraz i nie w ciągu kilku lat.

Tak więc rynki finansowe, doprowadzając do kryzysów i wskazując politykom drogi wyjścia, zmusiły wielu wyborców do szukanie partii innych niż te z głównego nurtu.

Nie skierowali się oni do tradycyjnej lewicy, bo przecież ona zawiodła już dawno temu, wybierając posłusznie drogę wytyczoną przez zwolenników gospodarki skrajnie wolnorynkowej. Poszukali innych partii – albo populistycznych („Ruch 5 gwiazdek” we Włoszech) albo libertariańskich jak polska Nowa Prawica.

Dlaczego wyborcy czasem wybierają gaszenie ognia benzyną, czyli wybór polityków jeszcze bardziej skrajnie wolnorynkowych niż ci, którzy stworzyli współczesne rynki finansowe? Cóż, często nie rozumieją, co jest w ich prawdziwym interesie, czego klasycznym przykładem jest to, jak głosują w USA w tzw. „pasie biblijnym”.

Jeśli nie poprawi się jakość polityków głównego nurtu, to takich wyprowadzonych w pole będzie coraz więcej, a to rzeczywiście może się skończyć tragicznie dla całego Europejskiego Projektu.

Czytaj także:

Józef Pinior: To jest memento dla nas wszystkich

Cezary Michalski, Jeden dzień z historii Weimaru

Oleksij Radynski, Jak pokonać wstręt do wyborów? Wersja ukraińska

***

Serwis >>WYBORY EUROPY jest współfinansowany ze środków Ministerstwa Spraw Zagranicznych

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Bio

Piotr Kuczyński

| Analityk rynku finansowego
Analityk rynku finansowego, główny analityk firmy Xelion. Współautor, razem z Adamem Cymerem, wydanej nakładem Krytyki Politycznej książki "Dość gry pozorów. Młodzi macie głos(y)". Felietonista Krytyki Politycznej.