UE

Warufakis: Godzina chwały Jeremy’ego Corbyna

Nie Putin, nie Facebook i nie bezwzględna antyunijna kampania doprowadziły do Brexitu, ale przedstawiciele establishmentu, którzy na zmianę straszyli Armagedonem i zamiatali wszelkie problemy z Unią pod dywan. Teraz pozostał tylko wybór między Borisem Johnsonem a Jeremym Corbynem.

ATENY – Boris Johnson to pierwszy od bardzo dawna brytyjski premier, któremu relacje z Unią Europejską nie przysparzają najmniejszych rozterek. Wybrał strategię zdobycia władzy, która niezależnie od swoich dobrych lub złych konsekwencji zostawia mu tylko jedno możliwe wyjście. Musi zapomnieć o negocjacjach z UE przed planowanym terminem Brexitu wypadającym na 31 października, rozpisać na ten dzień wybory powszechne, postarać się zdobyć mandat demokratyczny dla rozwodu z Europą bez umowy i dalszej gadaniny, a potem rozsiąść się wygodnie i patrzeć, jak męczą się jego adwersarze w kraju oraz za granicą.


Pomijając na razie kwestię oczywistych minusów Brexitu bez umowy, warto zauważyć, że Johnson nie ma żadnej praktycznej alternatywy dla takiego rozwiązania. Wyjazd do Brukseli w celu renegocjowania warunków umowy brexitowej byłby błędem taktycznym. Porażka Theresy May wynikała z tego, że nie potrafiła odróżnić szerszych interesów UE od partykularnych motywacji unijnego establishmentu. Mając do wyboru zabezpieczenie zysków kontynentalnych eksporterów albo podtrzymanie i utrwalenie modus operandi brukselskiej biurokracji, główny negocjator UE Michel Barnier i popierający go liderzy polityczni bez wahania stawiają na to drugie. Z tego powodu każda propozycja znaczących zmian w umowie rozwodowej wynegocjowanej przez rząd Theresy May – nawet taka, która przysłużyłaby się długofalowym interesom UE – zostanie odrzucona.

Gabinet osobliwości premiera BoJo

Wydaje się mało prawdopodobne, by Johnson powtórzył błąd May. Może naturalnie czuć pokusę przetestowania swoich umiejętności retorycznych na niemieckiej kanclerz Angeli Merkel albo na prezydencie Francji Emmanuelu Macronie. Jednak Dominic Cummings, de facto szef personelu Johnsona (i przebiegły dyrektor kampanii na rzecz wyjścia Wielkiej Brytanii z UE przed referendum w 2016 roku) bez wątpienia przypomni mu, że nie ma żadnego interesu w tym, by brytyjska opinia publiczna musiała jeszcze raz oglądać premiera wracającego z kontynentu z pustymi rękami. Johnson już posłużył się poczuciem upokorzenia, które panuje wśród Brytyjczyków, żeby zostać premierem – a teraz wykazałby się głupotą, gdyby to upokorzenie pogłębiał.

Skoro nie ma widoków na wynegocjowanie znaczących ustępstw w Brukseli przed 31 października, a podzielony na frakcje parlament nie może się zgodzić co do żadnej opcji w kwestii Brexitu, Johnsonowi zostaje jedno – zwołać wybory zbiegające się z datą planowanego opuszczenia Unii. To zneutralizuje zbuntowanych parlamentarzystów w jego obozie i postawi przed wyborcami jasne wyzwanie: „poprzyjcie mnie i dokończcie wreszcie ten paskudny proces Brexitu albo pozwólcie, by ta haniebna sytuacja trwała dalej pod rządami laburzystów Jeremy’ego Corbyna, którzy być może będą musieli uzyskać poparcie szkockich nacjonalistów, pragnących zlikwidować Zjednoczone Królestwo”.

„Brexit”: psychodeliczna groteska

czytaj także

Politycy opozycji i komentatorzy dowodzący, że opinia publiczna jest wyczulona na liczne wady charakteru Johnsona, zdają się nie doceniać, jak kuszącą perspektywę stanowi możliwość zakończenia raz na zawsze negocjacji, które wielu Brytyjczyków (zarówno zwolenników, jak i przeciwników Brexitu) uważa za horrendalne upokorzenie. Postulat programowy twardego opuszczenia Unii pomógłby Johnsonowi zniszczyć kiełkującą Brexit Party i pierwszy raz od zwycięskiego referendum z czerwca 2016 roku zjednoczyć elektorat opowiadający się za wyjściem ze Wspólnoty.

Politycy zdają się nie doceniać, jak kuszącą perspektywę stanowi zakończenie raz na zawsze negocjacji,  które wielu Brytyjczyków uważa za horrendalne upokorzenie.

Tymczasem w obozie przeciwników Brexitu wciąż panuje głęboki podział – nie tylko między stronnictwami Liberalnych Demokratów i laburzystów, ale także między partiami krajowymi a szkockimi i walijskimi nacjonalistami. Rzadko kiedy w historii nowy premier stający na czele pogrążonego w chaosie rządu i podzielonej partii miał tak prostą drogę do potencjalnego zdominowania sceny politycznej.

Mimo sondaży, które zdają się wskazywać na odrodzenie Liberalnych Demokratów (dzięki ich stanowczo prounijnej postawie), jedyną przeszkodą na drodze Borisa Johnsona do dominacji jest Partia Pracy Corbyna. Zagorzali zwolennicy pozostania w UE ciskali na Corbyna gromy za to, że nie przekształcił Partii Pracy w wyborcze skrzydło kampanii na rzecz odkręcenia Brexitu. Przywołują jego słowa, w których krytykował wbudowane w struktury Unii Europejskiej przywiązanie do polityki zaciskania pasa oraz oligarchiczność UE, żeby dowodzić, że tak naprawdę nigdy nie mówił poważnie, kiedy w czerwcu 2016 roku prowadził kampanię na rzecz pozostania w Unii i reformy wspólnoty.

Jednak Corbyn miał rację, niuansując poparcie dla pozostania w UE. To nie Władimir Putin, nie Facebook i nie bezwzględna kampania brexitowców ponoszą winę za wynik referendum. Za Brexit nie są także odpowiedzialni krytycy, którzy – jak Corbyn i między innymi ruch DiEM25 – głosili hasło: „Za Unią, ale przeciwko takiej Unii”.

Nie. Najlepszym przyjacielem zwolenników Brexitu byli przedstawiciele establishmentu, od Tony’ego Blaira po Christine Lagarde. Na zmianę straszyli Armagedonem, jaki rozpęta się po wyjściu z UE, i przedstawiali Unię w różowych kolorach, pudrując wszystkie problemy – antydemokratyczny łańcuch podejmowania decyzji, mizantropiczne zarządzanie kryzysem strefy euro i gotowość do podpisania traktatów handlowych z USA, co doprowadziłoby do odebrania władzy parlamentom narodowym i zagroziłoby zaprzepaszczeniem największych osiągnięć UE.

Po referendum z 2016 roku w Wielkiej Brytanii zapanowała atmosfera przypominająca wojnę domową, przez co cywilizowana dyskusja między zwolennikami wyjścia z Unii i pozostania w niej staje się coraz mniej możliwa. Corbyn heroicznie próbował utrzymać jedność dwóch zwaśnionych obozów Partii Pracy – popierającego Brexit i sprzeciwiającego się mu – szukając honorowego kompromisu. W ramach tego rozwiązania Wielka Brytania miała formalnie opuścić UE, by uszanować wynik referendum, ale zostać w jak największej możliwej liczbie unijnych struktur – w tym w unii celnej. Zamiast dostać gratulacje za utrzymanie misternej równowagi, Corbyn został niezwykle brutalnie zaatakowany przez swoich przeciwników z Partii Pracy oraz liberalny establishment, który jest tak pozbawiony zasad, że wszystkich zwolenników wyjścia z UE wepchnął wprost w objęcia Nigela Farage’a i Borisa Johnsona.

Dlaczego laburzyści nie próbują powstrzymać Brexitu?

Ale co było, to było, a teraz trzeba spojrzeć na sytuację od nowa. Johnson został premierem, a jego strategia jest jasna jak słońce. W tej sytuacji zadaniem Corbyna jest obnażenie prawdy o planie Johnsona wyjścia z Unii bez umowy – a mianowicie, że będzie to Brexit à la Trump – a także przedstawienie planu Partii Pracy na natychmiastowe przerwanie tej niekończącej się gehenny.

Corbyn heroicznie próbował utrzymać jedność dwóch zwaśnionych obozów Partii Pracy – popierającego Brexit i sprzeciwiającego się mu.

Corbyn musi najpierw pokazać wyborcom, że rząd Johnsona zrobi z Wielkiej Brytanii wasala Stanów Zjednoczonych pod rządami Trumpa i globalnych korporacji, które już przebierają nogami, by dobrać się do uświęconych instytucji Brytyjczyków (przede wszystkim do National Health Service, powszechnej służby zdrowia). Rząd Johnsona dołączy do światowego sojuszu populistów i nacjonalistów. Nowy premier przekreśli szanse Wielkiej Brytanii na przyjęcie polityki Zielonego Nowego Ładu i reformę skompromitowanego modelu gospodarczego opartego na niskich podatkach, niskich płacach, niskich inwestycjach, skrajnie uśmieciowionym zatrudnieniu i nieuregulowanej działalności sektora finansowego.

Drugim zadaniem Corbyna jest przedstawienie alternatywnego zakończenia upokarzających, niekończących się negocjacji. Oznacza to wycofanie artykułu 50, żeby dać rządowi Partii Pracy czas na wprowadzenie zielonej polityki inwestycyjnej i odwrócenie polityki zaciskania pasa w zgodzie z progresywnym internacjonalizmem laburzystów, a jednocześnie zorganizowanie obywatelskiego zgromadzenia opiniującego (Citizens’ Deliberative Assembly) w celu sformułowania pytania lub pytań, które należy zadać obywatelom w drugim referendum na temat Brexitu.

Ostatni premier Zjednoczonego Królestwa

czytaj także

Wybory powszechne, gdzie walka będzie się toczyć między tymi dwiema jednoznacznymi opcjami – Corbyna i Johnsona – pozwolą w końcu obywatelom Wielkiej Brytanii określić, jak ma wyglądać przyszłość ich kraju.

**
Copyright: Project Syndicate, 2019. www.project-syndicate.org. Z angielskiego przełożył Maciej Domagała.

Bio

Janis Warufakis

| Ekonomista, współzałożyciel DiEM25
Ekonomista, od stycznia od lipca 2015 roku minister finansów Grecji, współzałożyciel ruchu DiEM25 (Democracy in Europe Movement 2025). Autor książki "Globalny Minotaur" (2016) i "A słabi muszą ulegać?" (2017).

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.