Unia Europejska

Kaganiec praworządności sprzyja Kaczyńskiemu

Jeśli uzależniasz zgodę na budżet unijny od możliwości prześladowania własnych obywateli, to nie jesteś patriotą, lecz po prostu zdrajcą polskich interesów. Felieton Galopującego Majora.

Liczni politolodzy zapewniają nas, że w sprawie weta budżetu Unii Europejskiej PiS tak naprawdę blefuje. Że partia Kaczyńskiego nie chce niczego wetować, a jedynie próbuje na Unii Europejskiej wymusić rezygnację z powiązania praworządności z wypłatą funduszy unijnych. I że nie ma co się martwić, bo tym razem do ostateczności się nie posuną.

Problem w tym, że za każdym razem, gdy słyszałem, że pisowcy do czegoś już na pewno się nie posuną, akurat się posuwali. Czy to w sprawie Trybunału Konstytucyjnego, czy w sprawie TVP, czy wreszcie w sprawie aborcji. Parafrazując prawo Murphy’ego, jeśli PiS ma możliwość przekroczenia jakiejś nieprzekraczalnej granicy, to z tej możliwości skorzysta. Dlatego im bardziej eksperci zapewniają, że nie będzie żadnego weta, tym bardziej jest ono prawdopodobne, czego zapowiedzią jest choćby ostatnie stanowisko Polski podczas poniedziałkowego posiedzenia 27 ambasadorów państw przy UE.

PiS do Unii: Chcecie praworządności? To my strzelimy Polsce w łeb

Z tego właśnie powodu ruszyła ofensywa medialna, z początku nieco popiskująca, ale teraz już rozkręcona na całego. Od tyrad o suwerenności po kłamstwa o tym, jakoby Polska o wiele więcej zyskiwała na ewentualnym prowizorium budżetowym – choć przecież na stole w UE nie leżą tylko ramy finansowania na kolejne lata, lecz także ogromny fundusz do walki ze skutkami pandemii. Nie przypadkiem cała ta retoryka jest kropka w kropkę, a właściwie to toczka w toczkę podobna do retoryki brexitowców. Tam też kłamliwie wskazywano, jak wiele, zwłaszcza w ochronie zdrowia, zyskają Brytyjczycy swoim konsekwentnym sprzeciwem.

Rzecz jasna, cała ta retoryka jest wierutną bzdurą. Spór w istocie polega na kwestii, czy PiS woli wytargować dla Polski ciężkie miliardy pod warunkiem zaprzestania prześladowania własnych obywateli, czy przeciwnie – zrezygnuje z dziejowej szansy w imię możliwości prześladowania Polaków. Przecież gdyby naprawdę to powiązanie praworządności z wypłatą środków miało oznaczać „dyktat Niemiec”, to poza Niemcami wszystkie inne państwa byłyby z oczywistych powodów przeciw. Tymczasem poza Polską i Węgrami wszystkie inne są za powiązaniem praworządności z wypłatą unijnych funduszy – a na pewno nie chcą w imię tej sprawy wetować budżetu. Gdyby narracja PiS była prawdziwa, musiałoby to oznaczać, że przedstawiciele 24 państw nie potrafią dostrzec tego ogromnego zagrożenia, które przewiduje piękny umysł na przykład Janusza Kowalskiego. Cóż, śmiem jednak wątpić.

Jeśli uzależniasz zgodę na budżet unijny od możliwości prześladowania własnych obywateli, to nie jesteś patriotą, lecz po prostu zdrajcą polskich interesów. Opozycja jednak tego nie widzi. Nie chce, nie potrafi, brzydzi się używać mocniejszych słów, nawet jeśli PiS wciąż retorycznie się podkłada, trąbiąc o praworządności jako czymś złym i wrogim. Dopiero ostatnio TVP zrozumiała swój błąd i praworządność nazwali, co za zaskoczenie, „ideologią”. Opozycja woli jednak mówić o „kompromitacji”, tak jakby nie rozumiała, że Polaków naprawdę już nie obchodzi, jak Polska jest postrzegana na salonach, tylko ile z tej Unii Europejskiej będzie miała konkretnych korzyści. Tymczasem nie będzie miała nic, jeśli budżet zawetuje. A jednak kilkaset zgonów dziennie i umieranie ludzi w karetkach nie są wedle polityków opozycji wystarczającym powodem, aby krzyczeć, że ten, kto odmawia unijnego funduszu covidowego, ma krew na rękach.

Kraj niepotrzebnej śmierci

Co najbardziej chyba zaskakujące, sam Kaczyński nie widzi, jak bardzo powiązanie wypłaty funduszy unijnych z praworządnością jest dla niego korzystne. Nie, nie dla samej Polski – bo gdzie Jarosław Kaczyński ma zdrowie i życie Polaków, widać było, gdy jako jedyny parł do wyborów, mimo że nie chciała tego nawet jego własna partia. Ale osobiście dla Kaczyńskiego przyjęcie klauzuli dotyczącej praworządności to dar niebios. Po pierwsze, w przypadku utraty władzy – co jest możliwe, gdy PiS nie przekroczy 33 proc., a Konfederacja ledwo dostanie się do Sejmu – to Kaczyński będzie mógł się powoływać na łamanie przez nowy rząd praworządności. Zwłaszcza że pisowskiego Trybunału Konstytucyjnego nie da się odzyskać w białych rękawiczkach.

Po drugie, przepchnięcie kwestii praworządności doda antyunijnej agendzie Kaczyńskiego i całej prawicy wiatru w żagle. Znowu powrócą giertychowe strachy o utracie suwerenności, a nimi można rozhuśtać poparcie i zabrać wyborców Konfederacji.

Wrogowie i obrońcy patocywilizacji

Wreszcie, po trzecie, owszem, uzależnienie wypłaty pieniędzy od braku prześladowania własnych obywateli nałoży na Zjednoczoną Prawicę pewien kaganiec. Ale przede wszystkim nałoży go na ziobrystów, dlatego ci dziś tak głośno rozpaczają w internecie i rwą szaty. Każda nowa „reforma” Ziobry będzie odtąd zagrożona utraconymi milionami, a co za tym idzie, trudno będzie za każdym razem przekonać do niej opinię publiczną. Teksty o sędzim, co ukradł pętko kiełbasy, mogą już nie wystarczyć. Krucjata Ziobry ostatecznie padłaby na progu, jego władza nie tylko by się nie powiększyła, ale wydatnie zmniejszyła. Co dałoby rządowi oddech w walce na innych frontach. A to znowuż jest korzystne przede wszystkim dla Kaczyńskiego – ziobryści nie chcą bowiem przejąć sądów dla Zjednoczonej Prawicy. Oni chcą je przejąć wyłącznie dla siebie, co znaczy, że w pierwszej kolejności użyją ich do wykończenia wewnętrznej opozycji. A tą od dłuższego czasu jest przecież właśnie Jarosław Kaczyński.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Galopujący Major
Galopujący Major
Komentator Krytyki Politycznej
Bloger, komentator życia politycznego, współpracownik Krytyki Politycznej. Autor książki „Pancerna brzoza. Słownik prawicowej polszczyzny”, która ukazała się nakładem Wydawnictwa Krytyki Politycznej.
Zamknij