Jestem pisarzem, nikogo zatem nie zdziwi, że zależy mi na słowach. Jednak również jako pisarz uważam, że za sprawą plastyczności, dualizmu i niuansu słowa stają się lepsze.
Dlatego na przykład cieszę się, że moim językiem ojczystym jest angielski, ta wspaniała skundlała mowa, ów lingwistyczny bastard, który wprost kipi od przedziwacznych słów takich jak choćby „cleave”, które zamyka w sobie dwa przeciwstawne znaczenia („coś łączyć” i „coś rozszczepiać”). Pełno w angielskim podobnych przykładów, sprzecznych w swojej wieloznaczności, poczynając od słowa „dust” (oprószyć i odkurzyć) przez „oversight” (nadzór, który może być też niedopatrzeniem) po „weather” (coś przetrwać, ale i dać się czemuś sponiewierać).
Tak to się kończy, kiedy puścimy język samopas i pozwolimy, by jego użytkownicy nadawali (lub podważali) znaczenia słów. Nie na darmo mój drugi język to jidysz, kolejna cudowna lingwistyczna kołomyja, bez żadnego nadzorującego autorytetu, za to z zatrważającą wprost liczbą dialektów.
Dryf semantyczny to nie błąd w naszym językowym oprogramowaniu, ale zjawisko, które istnieje naprawdę. Stąd właśnie biorą się nowe słowa, a stare – zyskują nowe znaczenie. Uwielbiam dryf semantyczny! Jakże inaczej, skoro jako ojciec „gównowacenia” raczej nie uniknę emotki stolca na własnym nagrobku. Ponieważ sam wymyśliłem to słowo i zaproponowałem jego precyzyjne, techniczne znacznie, konsternację wywołują we mnie ci, którzy obrali sobie za misję karcenie tych, co „błędnie” używają gównowacenia. Wiadomo, kiedy i jak powstało „gównowacenie”, które nie zdmuchnęło jeszcze piątej świeczki na torcie. Jeżeli komuś podoba się to, że wymyślam słowa, nie powinien kategorycznie sprzeciwiać się nadawaniu nowych znaczeń danemu słowu przez inne osoby. Żeby wymyślić słowo „gównowacenie”, nie musiałem najpierw uzyskać zezwolenia słowotwórczego, dlatego nikt inny nie musi występować o licencję na semantyczny dryf, by użyć tegoż właśnie słowa w innym znaczeniu.
Napisałem, bądź co bądź, cały długi esej na ten temat, a mimo to nie ma dnia, żeby ktoś nie próbował mnie wciągać w swoją krucjatę besztania i zawstydzania zupełnie nieznanych mi osób za to, że nieprawidłowo używają tego słowa:
„Zdarza się, że jakiś neologizm zostaje oderwany od swoich teoretycznych korzeni i zaczyna być używany kolokwialnie, co stanowi jego właściwość i nie powinno być uznawane za błąd. Wiele osób rzeczywiście używa słowa „gównowacenie”, by powiedzieć, że „dzieje się coś złego”, nie zawracając sobie głowy teoretycznymi ramami tego pojęcia (i w ogóle się do nich nie odwołując). I dobrze, tak ma być. W ten sposób dany termin staje się częścią leksykonu: zaczyna żyć własnym życiem.
Jeżeli 10 milionów ludzi użyje z pewną dozą dowolności słowa „gównowacenie”, inspirując może co dziesiątą osobę do zapoznania się z dłuższą, bardziej teoretyczną stroną mojej pracy związanej z tym terminem, wówczas cały milion normików da się wciągnąć w pewien dyskurs, funkcjonujący jak dotąd wyłącznie w świecie tych najbardziej niszowych, ślęczących nad księgami ekspertów. Precyzyjne i zakorzenione w teorii użycie tego słowa można zagwarantować wyłącznie przez ograniczenie jego stosowania do niewielkiego grona wtajemniczonych, choć raczej mało znaczących znawców. Nadzorowanie czystości stosowania „gównowacenia” jest gorsze niż zabieg autocenzury i należałoby je uznać za strzał we własne kolano”.
Kolokwializacja nie rozrzedza języka, tylko go zagęszcza. Opisywanie czegoś z użyciem mocnego słowa o innym znaczeniu może być rewelacją: to aluzja, metafora, porównanie. To poezja. To nic zdrożnego. Lamentowanie nad „tsunami” spamu w poczcie w żaden sposób nie dewaluuje śmierci tych, którzy zginęli w prawdziwym tsunami. Stwierdzenie, że amerykański rząd „spuścił bombę atomową na Biuro Ochrony Praw Konsumentów” nie profanuje pamięci ofiar z Hiroszimy i Nagasaki. To, że ktoś nazwie pełzający autorytaryzm „rakiem na ciele państwa”, nie umniejsza cierpienia tych, którzy chorują na nowotwory.
Zresztą poświęcanie energii na „poprawianie” stosowanego przez innych języka aluzji robi z nas uciążliwych nudziarzy. Jasne, można z jednym lub drugim towarzyszem porozmawiać o słuszności stosowania inkluzywnego języka, ale przerywanie merytorycznej dyskusji tylko po to, by poruszyć ten problem, jest jednak niepoważne. To, jakich ludzie używają słów, ma znaczenie (dla mnie słowa są niezwykle ważne!), ale nie tak wielkie jak to, co ludzie chcą nimi wyrazić. Nie wolno tracić z oczu celu i dać się zbić z pantałyku (metaforycznie) (żeby nie było wątpliwości: nie ma żadnego pantałyku) (zbijanie i pantałyk).
(Ależ proszę bardzo, proszę się do woli wściekać na tych, co specjalnie szastają afrontami i potwarzami. Nie chcę tutaj nikomu sugerować, że powinien tolerować, czy wręcz pozwalać innym na stosowanie wobec siebie języka, który ma go dehumanizować).
Czas już przyznać, że zastępowanie dosadnego słowa zwrotem, którego nikt nie rozumie, jest do bani. Zamysł zwrotu „materiały związane z wykorzystywaniem seksualnym dzieci” był ze wszech miar dobry, ale przecież tak naprawdę nikt w ten sposób nie mówi. Bo zwyczajowy zwrot to „materiały związane z wykorzystywaniem seksualnym dzieci, o których prawie wszyscy mówią »pornografia dziecięca«, ale o których powinno się jednak mówić »materiały związane z wykorzystywaniem seksualnym dzieci«”. Jeżeli celem (przecież chwalebnym!) jest uniknięcie posługiwania się wyrażeniem „pornografia dziecięca”, nie tędy droga.
Szczególnym źródłem utrapienia jest dla mnie „business English” – język klasy biznesowej, jej medialnych piewców i (żal przyznać) wielu jej krytyków. Kiedy słyszę słowo „przestrzeń” użyte w odniesieniu do branży (przykład: „coraz bardziej zagłębiam się w przestrzeń AI”), czuję, jakby ktoś zmuszał mnie do przeżuwania folii aluminiowej. Superlatywy typu „lider opinii i idei” zawierają w sobie tak ewidentny ton autoparodii, że za każdym razem upewniam się, czy aby nie miało to zabrzmieć sarkastycznie.
O obiektach drwin należy mówić po nazwisku, a nie po imieniu („Musk” brzmi napastliwie, „Elon” przyjaźnie, choć dzięki wspaniałym, zagęszczającym znaczenia przeciwieństwom w języku mówienie o kimś po nazwisku też może być przejawem sympatii). Jak ognia unikam używanego przez firmy żargonu samouwielbienia, jak choćby słowa „hiperskaler”.
Mnie również nieobcy jest impuls narzucania wszystkim wkoło moich językowych preferencji. Tyle że ja (zazwyczaj) tłamszę w sobie tę potrzebę, starając się skupić na treści, a nie na stylu – przynajmniej wtedy, kiedy próbuję kogoś zrozumieć i być przez kogoś zrozumianym. Jednak w skrytości ducha, przyznaję, oceniam ludzi z otoczenia na podstawie używanego słownictwa. I to bez przerwy.
Dlatego z takim entuzjazmem rzuciłem się na artykuł The Corporate Bullshit Receptivity Scale: Development, validation, and associations with workplace outcomes [w tłumaczeniu: „Skala podatności na korporacyjny bełkot: opracowanie, walidacja i powiązania z rezultatami osiąganymi w miejscu pracy” — przyp. tłum.] opublikowany w wersji ogólnodostępnej w tegorocznym lutowym wydaniu „Personality and Individual Differences” przez Shane’a Littrella, adiunkta lingwistyki na uniwersytecie Cornell.
Littrell podjął w nim próbę oceny „korporacyjnej gównomowy”, kategorii lingwistycznej odrębnej od zwykłego „żargonu”. Jak sam pisze, żargon to zawodowe słownictwo, które ma bardzo użyteczny cel: „ułatwia komunikację i zacieśnianie więzi społecznych, zwiększa płynność wypowiedzi i pomaga wzmacniać poczucie wspólnej tożsamości wśród członków danej grupy zawodowej”.
Natomiast gównomowa to „wątpliwe pod względem semantycznym, logicznym i epistemicznym informacje, które sprawiają mylne wrażenie imponującego, istotnego, pouczającego czy zajmującego przekazu”. Gównomowie poświęcona jest cała dziedzina badań, zajmująca się tak ekscytującą problematyką jak choćby „gównomowa pseudogłęboka” (patrz: Deepak Chopra).
Littrell zapożyczając m.in. z tej ostatniej dziedziny, do celu swych badań stworzył wskaźnik pomiarowy, który nazwał skalą podatności na korporacyjną gównomowę. W przeprowadzonej przez siebie serii trzech eksperymentów chciał ustalić, kto jest najbardziej podatny na korporacyjne wciskanie kitu i z czym taka podatność koreluje.
Littrell stwierdził, że użytkownicy korporacyjnej gównomowy sami potrafią doskonale identyfikować bullshit (osiągają wysoki wynik na skali postrzegania organizacyjnej gównomowy). Innymi słowy, wiedzą, że serwują innym gównomowę. Kiedy lider w korporacji mówi:
„Dzięki synergicznemu spojrzeniu na nasze liderstwo opinii i idei będziemy jak najskuteczniej odciążać kontent i zapobiegać deficytom reputacji przez koncentrowanie się na kluczowych koncepcjach po to, by wygasić nasz rezonujący fokus”.
Sami doskonale wiedzą, że to bzdury.
Przypomniało mi się w tym kontekście, jak liderzy kultów kłamią w żywe oczy swoim wyznawcom po to, by zmusić ich do okazania uległości. Jak Trump żąda od swoich zwolenników, by chodzili w butach w stylu klauna. Albo żeby udawali, że istnieje takie słowo jak „mutylizacja”.
To swego rodzaju gra o dominację, w której zwaśnieni książęta i ich pochlebcy zmuszeni są wzajemnie się upokarzać po to, by utwierdzić go w poczuciu wyższości.
W korporacjach jest mnóstwo szeregowych pracowników, którzy osiągają wysoki wynik według skali wychwytywania bullshitu (OBPS) i wiedzą, kiedy ktoś wciska im kit. Jednak Littrell zidentyfikował również sporą kohortę pracowników z niskim wynikiem OBPS, którzy dają się bezrefleksyjnie uwieść gównomowie.
Tak oto docieramy do fascynującej dychotomii. Zarówno pracownicy z niskim, jak i z wysokim wskaźnikiem wykrywania gównomowy uważani są za tych, co mają „otwarty umysł”, z tym że w każdej z tych grup „otwarty” znaczy coś innego. Pracownicy, którzy są dobrzy w wychwytywaniu korpościemy, mają również wysokie wyniki w testach na otwartość umysłu, w takich kategoriach, jak „chęć aktywnego działania”, „chęć do refleksji”, właściwych dla „inteligencji płynnej”, dzięki której pracownicy potrafią dobrze rozwiązywać problemy i w ogóle dobrze wykonują swoją pracę.
Tymczasem u pracowników, u których korporacyjny bełkot wzbudza zaufanie, „otwarty umysł” polega na braku umiejętności myślenia analitycznego, przez co osoby te dają się bardzo łatwo do różnych rzeczy przekonywać. Ci osiągają niski wynik w kategoriach takich jak „logiczne myślenie”, „podejmowanie decyzji”, natomiast prawdziwe z nich orły w kategorii „nadmierne przekonanie o własnych zdolnościach intelektualnych i analitycznych”. Często popełniają gafy, które „narażają organizacje na ryzyko finansowe, wizerunkowe czy prawne”.
Zarazem jednak to właśnie tacy pracownicy przodują w kategoriach takich jak „zadowolenie z pracy”, „zaufanie do przełożonych” czy „na ile zadeklarowana misja firmy stanowi dla mnie inspirację”. Ludzie ci mają umysły otwarte szeroko jak dzioby młodych pelikanów. Czy też, jak pisze Carly Page w The Register: „żargon trzyma się mocno nie tylko dlatego, że menadżerowie lubią go używać, ale dlatego, że wiele osób reaguje na niego tak, jakby stanowił prawdziwą, rzetelną informację”.
Tendencja menadżerów do posługiwania się gównomową i tendencja pracowników do jej łykania bez zbędnych pytań wzajemnie się wzmacniają: szefowie są nagradzani za używanie pustych, ogłupiających zwrotów, a wśród podległej im kadry pracowników stopniowo rośnie liczba tych, którzy nie potrafią ani wyczuć gównomowy, ani korzystać w pracy z własnego rozumu. To całkiem zgrabne (i bardzo nieprzyjemne) wyjaśnienie, dlaczego gównomowa przenika do cna organizacje, które zostają przez nią całkowicie opanowane.
Wspomniany artykuł jest zaiste fascynujący. Skupiłem się na wypływających z niego wnioskach, ale zachęcam, by zapoznać się z zastosowaną metodologią, zwłaszcza zaś z tabelkami zwrotów typowych dla korpomowy, które powstały w związku z eksperymentami (tabela 1, 2 i 3). Oto przykład bullshitu prosto z upiornego korpohorroru:
„Poprzez adresowanie kluczowych punktów bólu klientów w naszych interakcjach zbudujemy nowy poziom end-to-endowej wizji oraz skalowalnego mindsetu rozwoju na rynku, zarówno po naszej stronie, jak i wśród innych graczy operujących w kierunku architektury o podobnym frameworku zrównoważonej karty wyników”.
Co gorsza, wszystkie przykłady Littrell zaczerpnął z autentycznej korpomowy liderów z dużych korporacji, z dodatkiem tylko szczypty synonimów wyszperanych w prasie biznesowej.
Jestem pisarzem. Naprawdę zależy mi na języku. Oczywiście, że frustruje mnie zrzędzenie tych, którzy pomstują na dryf semantyczny czy wyżywają się w małostkowych, pedantycznych korektach, ale nie dlatego, że słowa nie mają znaczenia. Bo mają, i to wielkie. Jednak język to nie matematyka (dlatego podwójne zaprzeczenie, dwa minusy, to jeszcze mocniejsze zaprzeczenie, a nie – plus, czyli potwierdzenie). Język może zaciemniać znaczenie (gównomowa) albo je rozjaśniać (poezja), albo może być nośnikiem precyzji (żargon).
Dyskusje o języku są ważne. Nie ze względu na jakąś subiektywną estetykę czy irytującą obsesję na punkcje „poprawności”. Ważne jest bowiem to, jak język oddziałuje na świat (i vice versa).
**
Artykuł opublikowany na stronie Pluralistic.net na licencji Creative Commons. Z angielskiego przełożyła Dorota Blabolil-Obrębska.
Cory Doctorow – jeden z najbardziej poczytnych pisarzy science fiction, krytyk nowych technologii, autor wielu książek i esejów. W polskim przekładzie ukazała się m.in. jego powieść Mały Brat i zbiór esejów Kontekst. Eseje o wydajności, kreatywności, rodzicielstwie i polityce w XXI wieku.




!["Odwagi! [o zaangażowaniu młodych]" Dominika Lasota](https://krytykapolityczna.pl/wp-content/uploads/2026/04/odwagi-plomienie-okladka-173x267.jpg)



![Piotr Wójcik "Trumponomika [o ekonomii Donalda Trumpa]"](https://krytykapolityczna.pl/wp-content/uploads/2022/12/plomienie_trumponomika-okladka-171x267.jpg)

Komentarze
Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.