Kraj

Ratownictwo medyczne na chwilę przed armagedonem

Wojewódzki Szpital Zakaźny. Fot. Monika Bryk

O walce na pierwszej linii frontu z koronawirusem i spowodowanym pandemią dogorywaniem systemu ochrony zdrowia nikt nie opowie wam lepiej niż ci, którzy spędzają długie godziny w karetkach, nie dostając za to od państwa ani jednej dodatkowej złotówki. Jeśli więc chcecie zmarnować trochę czasu w social mediach, to poświęćcie go aktywnym w sieci ratownikom medycznym.

Na stację paliw w jednej z podwarszawskich miejscowości późnym popołudniem wczołgała się karetka. W środku załoga w kombinezonach ochronnych i z pacjentem zarażonym koronawirusem w środku. Ratownicy mówią, że dotarli tu na oparach paliwa: „Od rana jeździmy z chorym po okolicznych szpitalach. Nigdzie nie chcą nas przyjąć”. Będą próbować dalej, ale tymczasem desperacko błagają o zatankowanie auta.

 

Nie mają czym zapłacić, bo karty paliwowe dla karetek obejmują konkretnego dostawcę. Niestety nie tego, który akurat pojawił się na drodze. Co robi pracownik stacji? Oczywiście pomaga, choć wie, że będzie musiał długo tłumaczyć się szefowi. Nie czas jednak na zastanawianie się, gdy w grę wchodzi ludzkie życie. Gorzej, jeśli okaże się, że i tak będzie za późno albo ratownicy pocałują kolejną szpitalną klamkę.

Pracownicy i pracowniczki pogotowia mierzą się wprawdzie z dramatyczniejszymi historiami w swojej pracy, ale przywołuję tę, bo zdarzyła się w miasteczku, z którym jestem blisko związana, jak również dlatego, że dzięki niej dogorywaniu systemu ochrony zdrowia mogłam przyjrzeć się z bliska i perspektywy jednej z najbardziej kluczowych w łańcuchu pomocy medycznej, najmocniej pożądanych w dobie pandemii, a jednocześnie wciąż najgorzej opłacanych w tym sektorze grup.

Brakuje lekarzy i pielęgniarek. Potrzebni medycy z zagranicy

Praca dla odważnych

Portal Business Insider, powołując się na dane ze strony wynagrodzenia.pl, sprawdził ostatnio, ile wynosi miesięczne wynagrodzenie ratownika lub ratowniczki medycznej w Polsce. Mediana zarobków to 3290 zł. „Oznacza to, że 50 proc. ratowników zarabia mniej, a 50 proc. więcej. Jednocześnie 25 proc. ma pensję niższą niż 2620 zł brutto, a 25 proc. przekraczającą 4000 zł brutto” – czytamy w artykule. Generalnie jednak nie są to powalające sumy jak na tak niebezpieczny i odpowiedzialny zawód. Porównania z zagranicą w tym miejscu warto sobie darować, bo pensje Niemców czy Norwegów to wielokrotność tych, na które można liczyć w Polsce.

Wymagania i obowiązki w stosunku do warunków finansowych są odwrotnie proporcjonalne. Ratownikiem medycznym może zostać ktoś, kto skończył studia co najmniej licencjackie, odbył 960 godzin praktyk i zdał egzamin państwowy. Potem trzeba cały czas podnosić swoje kompetencje i co pięć lat się z tego rozliczać, zdobywając odpowiednią liczbę punktów za kończenie kursów, zdawanie testów czy publikowanie artykułów naukowych. A codzienność to praca w ciągłym stresie, zagrożeniu i systemie chorym bardziej od najgorzej rokujących pacjentów i takim, który ratowników nie obejmuje żadną opieką, bo zatrudnia ich zwykle na kontraktach.

Co to oznacza? Chociażby brak źródła dochodu w czasie choroby albo – tak jak dziś – w razie kwarantanny, nie mówiąc już o tym, że nikt nie wynagradza pracowników pogotowia za ryzyko, które podejmują każdego dnia. Możesz zakazić się koronawirusem, HIV albo ulec wypadkowi w trakcie czynności zawodowych, ale taka jest specyfika tego zajęcia. Ani przed pandemią, ani w jej trakcie pomimo licznych protestów i apeli tej grupy zawodowej żaden z rządzących nie zdecydował się na to, by podwyżkami zrekompensować owo poświęcenie.

Koronawirus w Polsce trafił na półkę „nie da się”

PiS daje i odbiera

Aż tu nagle w chwili, gdy system ugina się pod ciężarem rekordowych statystyk zakażeń SARS-CoV-2, PiS proponuje zmiany. W obliczu nieuniknionej zapaści szpitali, oddziałów ratunkowych i przychodni partia rządząca dała pokaz absurdalnych rozpiętych pomiędzy łataniem dziur w polskim zdrowiu a ratowaniem politycznego wizerunku szpagatów. Najpierw pod obrady parlamentu skierowano propozycję, by podnieść wynagrodzenia medyków za sprawą dodatku w wysokości 100 proc. pensji. Choć cel wydawał się słuszny, z krytyką pomysłu spotkał się fakt, że podwyżki miałyby dotyczyć jedynie osób pracujących bezpośrednio z zarażonymi koronawirusem, a więc nie objąłby m.in. ratowników medycznych zajmujących się pozostałymi pacjentami czy ofiarami wypadków.

Testów jest za mało

Wraz z ustawą przeszła jednak ostatecznie senacka poprawka, zgodnie z którą zastrzyk gotówki miał przysługiwać wszystkim przedstawicielom zawodów medycznych, a nie tylko wydelegowanym do pracy przy pandemii przez wojewodę. Dzień później posłowie PiS wycofali się ze wsparcia medyków, składając projekt ustawy, który miał na celu „konwalidację błędu” wcześniejszego głosowania nad podwyżkami.

„Dzisiaj, niespełna 12 godzin [po zatwierdzeniu senackich decyzji – red.] PiS chce tą ustawą okraść tych wszystkich, których wczoraj nagrodziliśmy za ich ciężką pracę. Ta ustawa to jest ustawa złodzieja, która po cichu chce odebrać pieniądze ludziom, którzy walczą o nasze zdrowie” – grzmiał z sejmowej mównicy Krzysztof Gawkowski, szef klubu parlamentarnego Lewicy.

W opinii Jarosława Kaczyńskiego docenienie wszystkich pracowników ochrony zdrowia byłoby niesprawiedliwym zrównaniem wysiłku tych, którzy „przez telefon udzielają porad i nawet nie widują się z chorymi”, z osobami ponoszącymi ryzyko w czasie bezpośredniej walki z COVID-em. „Mają być potraktowani tak samo? To jest nadużycie moralne” – powiedział prezes PiS, dodając jednocześnie, że przyjęcie poprawki Senatu kosztowałoby budżet publiczny 40 mld złotych rocznie.

„Robicie tak specjalnie po to, żeby zniszczyć polskie państwo” – podsumował przedstawiciel Zjednoczonej Prawicy, zwracając się do Lewicy i KO, ale nie biorąc najwyraźniej pod uwagę, że podwyżki ominą także narażonych na kontakt z koronawirusem pracowników pogotowia.

Jednak i bez tego ratownicy medyczni mają politycznych decydentów już dość i nie zamierzają na ten temat milczeć. Warto posłuchać, co mówią w social mediach, i przy okazji czegoś się nauczyć, choć i na edukację – zdaje się – jest już za późno. O walce na pierwszej linii frontu z koronawirusem i spowodowanym pandemią dogorywaniem systemu ochrony zdrowia w ogóle nikt przecież nie opowie wam lepiej niż ci, którzy spędzają długie godziny w karetkach, nie dostając za to od państwa ani jednej dodatkowej złotówki.

Niedemokratyczna władza woli czystość i porządek od życia człowieka

Koniec ratownictwa

Od dawna działający na rzecz poprawy sytuacji w tym zawodzie Tomasz Wyciszkiewicz z Dolnego Śląska stwierdza wręcz, że system Państwowe Ratownictwo Medyczne właśnie się skończył. „Ochrona zdrowia nazywana przez polityków służbą zdrowia już w Polsce nie istnieje!” – napisał ratownik na swoim Facebooku.

„W imieniu ratowników medycznych chciałbym powiedzieć przepraszam, mimo że to nie my powinniśmy Was przepraszać. Przepraszamy za to, że nie udzielimy Wam pomocy, za to, że będziecie umierać w domach, bo przychodnie w większości się na was wypięły i każą wam wzywać pogotowie do waszego chorego dziecka lub zrobią teleporadę, przepisując w ciemno antybiotyk, a my… A my nie przyjedziemy, bo… Bo czekamy pod SOR-em 3., 4., 5. lub 14. godzinę! Tak, dobrze słyszycie! 14 godzin. próbując przekazać pacjenta na SOR! To się dzieje w Polsce!” – czytamy dalej w poście.

O tym, że gliniane nogi kolosa zwanego NFZ-em pękną lada dzień, przekonuje też na swoim Instagramie Janek Świtała z Warszawy. Jego internetowe relacje to również zapis ciężkiej harówki w ratownictwie. „Z ostatniego dyżuru wróciłem wczoraj o 9 rano. Byłbym wcześniej, ale po raz pierwszy w życiu zasnąłem w tramwaju i obudził mnie motorniczy na pętli. Od 18.45 do 7.15 zapierdalaliśmy na wysokości lamperii” – napisał pod zdjęciem opublikowanym na swoim profilu Yanek43, gdzie obserwuje go ponad 40 tys. użytkowników i użytkowniczek.

Świtała konto zaczął prowadzić przed wybuchem pandemii i już wtedy pokazywał niepozbawione absurdów i dramatów realia swojej pracy. Pracy, na którą utyskują, mówiąc o znieczulicy i braku zaangażowania, rządzący, ale też nie tak znowu mała część społeczeństwa. Tymczasem obecnie sytuacja na SOR-ach wygląda tak, że np. karetki czekają po kilka godzin na wolne łóżko, ratownicy i lekarze na szybko przekształcają sale i oddziały w taki sposób, by mieć jakiekolwiek miejsce do pracy i układania chorych.

„Przerobiliśmy na salę izolacyjną jedną z dwóch sal obserwacyjnych – 15–20 pacjentów z dodatnim wynikiem. Sale reanimacyjne zajęte – 4 pacjentów w stanie ciężkim, dwóch na respiratorze. Pacjent ze śmigła obrabiany (po raz kolejny) na sali zabiegowej, gdzie zazwyczaj szyjemy i cewnikujemy” – pisze Janek, dodając, że pacjenci, którzy trafiają do szpitali, to ci, którzy zarazili się, kiedy było 6–8–10 tysięcy zachorowań dziennie. Dziś mamy już ponad 20 tysięcy.

View this post on Instagram

Autorem zdjęcia jest @pielegniarka_z_wasem któremu bardzo dziękuję za zdjęcie, bo moim zdaniem doskonale pokazuje sytuację w której się znaleźliśmy. Z ostatniego dyżuru wróciłem wczoraj o 9 rano. Byłbym wcześniej ale po raz pierwszy w życiu zasnąłem w tramwaju i obudził mnie motorniczy na pętli. Od 18:45 do 7:15 zapierdalaliśmy na wysokości lamperii. Karetki czekały po 4-6 godzin na wolne łóżko – które zwalniało się kiedy ktoś szedł na oddział albo został zabrany do innego szpitala. Łóżko po zgonie jest zajęte do chwili przetransportowania zwłok do chłodnii i dezynfekcji. Przerobiliśmy na salę izolacyjną jedną z dwóch sal obserwacyjnych – 15-20 pacjentów z dodatnim wynikiem. Sale reanimacyjne zajęte – 4 pacjentów w stanie ciężkim, dwóch na respiratorze. Pacjent ze śmigła obrabiany (po raz kolejny) na sali zabiegowej gdzie zazwyczaj szyjemy i cewnikujemy. Kilka dni temu nagrywaliśmy materiał dla telewizji. Miała to robić nasza rzeczniczka prasowa szpitala – jest na kwarantannie. Wziąłem go pro do pracy – nic z zarejestrowanego materiału nie nadaje się do publikacji. Nawet ja uważam ten materiał za zbyt drastyczny – a sam brałem udział w tej reanimacji. Taka jest nasza rzeczywistość. Pacjenci którzy trafiają w chwili obecnej do szpitali to ci którzy zarazili się kiedy było 6-8-10 tysięcy zachorowań dziennie. Dziś już 18 tysięcy. Pracujemy w osłabionym składzie – jedna osoba nie podjęła dyżuru ze względu na stan zdrowia. Inna w jego trakcie poszła do domu bo dostała (+) wynik testu. Część personelu jest chora i czekamy aż wyzdrowieją Cudów nie będzie moi drodzy. Trzymajcie się tam cieplutko i dbajcie siebie. Jeśli ktokolwiek chce nam pomóc to niech robi wszystko żeby się u nas nie znaleźć. I tyle.

A post shared by Janek (@yanek43) on

„Pracujemy w osłabionym składzie – jedna osoba nie podjęła dyżuru ze względu na stan zdrowia. Inna w jego trakcie poszła do domu, bo dostała (+) wynik testu. Część personelu jest chora i czekamy, aż wyzdrowieją. Cudów nie będzie, moi drodzy” – przestrzega ratownik, dodając, że jedyne, co w tej sytuacji można zrobić, to zachować maksymalną ostrożność i… nie chorować.

System ochrony zdrowia, czyli polityczny granat bez zawleczki

Plandemia jak Holokaust

Winę za przybywanie liczby zarażonych można zawsze zrzucać na personel. Tak do problemu podszedł jeden ze szpitali, o którym pisze inny instamedyk znany jako Młody Ratownik. W swoich social mediach zamieścił on pismo, które otrzymali pracownicy placówki z informacją, że „główną przyczyną transmisji wirusa między pracownikami są wzmożone kontakty zewnętrzne, m.in. imprezy zorganizowane”.

Ten sam dokument straszy, że za rzekomą lekkomyślność wobec medyków będą wyciągane konsekwencje w formie działań dyscyplinarnych wynikających z Kodeksu pracy lub wszczęcie postępowania karnego. Na „osłodę” autorzy pisma dodają, że osoby zmuszone udać się na kwarantannę nie otrzymają w tym czasie wynagrodzenia. Mowa, rzecz jasna, o ludziach zatrudnionych na podstawie umowy cywilnoprawnej, czyli o większości ratowników medycznych.

Z jednej strony więc pracownicy pogotowia muszą się mierzyć z oskarżeniami władz szpitala, a z drugiej – z nieodpowiedzialnością tej części społeczeństwa, która ekspansję koronawirusa nazywa „plandemią”. Z antymaseczkowcami i antycovidianami ratownicy medyczni próbują walczyć na różne sposoby. Nie wiem, czy na ich miejscu po kilku lub kilkunastu godzinach wyczerpującego dyżuru chciałoby mi się jeszcze wyprowadzać z błędu masy użytkowników Instagrama i innych social mediów, którzy podważają słuszność obowiązku zasłaniania twarzy i krzyczących o tym, że noszenie maseczki kończy się zakażeniem bakterią gronkowca.

Leszczyński: Dlaczego tak wielu ludzi wierzy w koronabzdury?

„Ja w takiej maseczce popierdalam od marca i nic mi nie jest. Ja się nie wypowiadam na temat makijażu, bo nie mam o nim zielonego pojęcia. I chciałbym, żeby ludzie, którzy nie mają zielonego pojęcia o izolatkach, koronawirusie i całym tym pierdolniku, też siedzieli cicho. W przeciwieństwie do nich to ja 15 minut wyszedłem z takiej izolatki” – tak na podobne zarzuty zareagował Janek Świtała, który od tygodni cierpliwie odbija ataki tzw. koronasceptyków, nierzadko idąc na wojnę z wpływowymi influencerami i celebrytami. Doszło już do tego, że ci ostatni medyków porównują do SS-manów, a pandemię do Holokaustu.

Świetną edukacyjną robotę w socialach wykonuje także posługująca się neutralnym płciowo imieniem i nazwiskiem Ane Piżl, której profil to prawdziwa kopalnia wiedzy i miejsce skutecznego obalania medycznych mitów. Ane mówi o sobie, że jest ratownicą medyczną, bo to słowo lepiej niż ratowniczka „oddaje charakter pracy, w brudnym, śmierdzącym ratownictwie”. Obserwowanie jej konta to wystarczający powód, by w ogóle założyć sobie Instagrama albo częściej na niego wchodzić.

Instamedyczka opowiada w swoich postach i na stories np. o tym, dlaczego nie warto kłamać ratownikowi o stanie swojego zdrowia, jak wygląda dekontaminacja karetki albo – co zrobić w razie ugodzenia nożem. Ale jako feministka i lesbijka tłumaczy też, jak bronić praw kobiet czy być dobrym sojusznikiem osób LGBT+. W kwietniu w ramach akcji zorganizowanej przez dziennikarzy Noizza przejęła na jeden dzień konto znanej influencerki modowej, Julii Kuczyńskiej (Maffasion), którą obserwuje ponad milion osób.

Teraz, w czasie protestów przygotowuje z kolei poradnik m.in. na temat postępowania w sytuacji rozpylenia gazu pieprzowego przez policję. Ane Piżl wie, co mówi, i wie, jak mówić, bo sama trenuje przyszłych ratowników. Jest założycielką centrum treningowego AdrenaLTika, pisze książki o pierwszej pomocy oraz prowadzi fundację Safe Water Safe Land.

Poradnik demonstrantki

czytaj także

To padnie

O ile jednak instagramowe ratownictwo przywraca wiarę w poświęcenie ludzi, o tyle fatalna sytuacja pandemiczna coraz bardziej przybliża nas do momentu pęknięcia zaniedbywanego od lat systemu, z którym przegrywają nawet największe zaangażowanie i dobre intencje.

O tym na łamach Krytyki Politycznej mówiła też Maria Libura, wskazując, że w dyskusji o stanie polskiego systemu ochrony zdrowia konkurują ze sobą dwie narracje. „Jedna mówi, że nakłady są zbyt niskie, a druga, iż marnotrawimy zasoby przez złą organizację. Niestety, obie są prawdziwe. Co gorsza, problem jest jeszcze głębszy – w Polsce od lat funkcjonuje model „płytkiej polityki zdrowotnej”, cechujący się dryfowaniem od kryzysu do kryzysu, bez jasnych celów i spójnej koncepcji rozwoju” – wskazała wiceprezeska Polskiego Towarzystwa Komunikacji Medycznej.

Jak uniknąć apokalipsy, czyli wszystko, czego nie chcecie wiedzieć o polskim zdrowiu, choć powinniście

Janek Świtała jeszcze przed pandemią na swoim profilu wspominał, że nie ma lepszego symbolu opisującego pracę w ratownictwie i ochronie zdrowia niż naszywka, którą kiedyś zobaczył u jednego z kolegów w pogotowiu. Napis na niej brzmiał „I fix stupid”, czyli „Naprawiam głupotę”. „Tu chodzi o głupotę na poziomie rządzących, na poziomie decydentów, głupotę systemu” – mówił instaratownik, wskazując, w jak dużym stopniu zdrowie społeczeństwa i możliwości personelu medycznego zależą od poszczególnych decyzji polityków. Również tych, które na pierwszy rzut oka nie mają związku z pracą karetek.

Jego zdaniem tylko „głupi człowiek może obciąć środki na psychiatrię dziecięcą albo zakazać edukacji seksualnej”. W efekcie bowiem ratownicy nie nadążają z pomocą nastolatkom popełniającym samobójstwa. Albo dostają wezwanie do kobiety płuczącej drogi rodne w coca-coli, która myśląc, że w ten sposób zapobiegnie ciąży, zachorowała na sepsę. Brak profilaktyki alkoholowej skutkuje z kolei tym, że w weekend SOR-y w całej Polsce przepełnione są pijanymi ludźmi, dla których impreza skończyła się rozbiciem czaszki albo zawałem. Po dołożeniu do tego pandemii trudno oczekiwać happy endu.

Ile jeszcze dzieci i nastolatków musi zginąć, by rząd przejrzał na oczy?

„Wielokrotnie o tym mówiliśmy, że do tego dojdzie, ale nikt nas nie słuchał. Mówili: niech jadą! Część pojechała. Nie szanowano nas i nie szanuje się nadal. Rządzący mają nas w du…! My Was, potencjalni pacjenci, nie mamy tam, gdzie oni nas, ale… nie możemy nic z tym zrobić. A oni ciągle mówią, że jest dobrze… Nie jest dobrze! Ogłaszam koniec systemu PAŃSTWOWE RATOWNICTWO MEDYCZNE!” – pisze z kolei Tomasz Wyciszkiewicz. Chciałabym, żeby nie miał racji, ale najpewniej jedyne, co nam pozostanie po heroizmie ratowników, to posty w social mediach.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Paulina Januszewska
Paulina Januszewska
Dziennikarka KP
Dziennikarka KP, absolwentka rusycystyki i dokumentalistyki na Uniwersytecie Warszawskim. Pisze o kulturze, prawach kobiet i ekologii.
Zamknij