Świat

Szymielewicz: Oddolne protesty, polityczne uniki

Niektórzy wciąż wierzą, że obywatele mają prawo do ograniczonego zaufania do władzy i mogą powiedzieć „sprawdzam”.

Bradley Manning, człowiek odpowiedzialny za ujawnienie tysięcy niejawnych dokumentów, został zwolniony z najcięższego zarzutu: nie pomagał wrogowi. Ujawniając hipokryzję, nadużycia i absurdy związane z zagraniczną polityką USA, w szczególności wojną w Iraku, zdaniem amerykańskiego sądu zasłużył jednak na dwadzieścia innych paragrafów, w tym zarzut szpiegostwa i włamania do systemu informatycznego. Wyrok mocno odbiega od tego, co sądzi wielu Amerykanów: Manning to bohater, który poświęcił się dla dobra kraju i społeczeństwa. Bo nie dzieje się dobrze, kiedy władza nie tylko „musi” nadużywać prawa i procedur, ale jeszcze trzyma to w tajemnicy.

W przypadku Edwarda Snowdena sprawa wydaje się jeszcze bardziej skomplikowana. Jego doniesienia nie miały pokazać, że Stany Zjednoczone brną w kolejną niepotrzebną wojnę, naruszają międzynarodowe konwencje czy źle wydają pieniądze podatników. Ich istotą było ujawnienie globalnego programu inwigilacji, którego celem są przede wszystkim (a jeśli wierzyć zapewnieniom Obamy – wyłącznie) cudzoziemcy i który wykracza daleko poza założenia walki z terroryzmem. PRISM, XKeyscore i inne tajne programy NSA mają po prostu służyć realizacji amerykańskiej polityki zagranicznej. Nic więc nie stoi na przeszkodzie, żeby pozyskane dzięki nim informacje wykorzystać np. w toku negocjacji handlowych.

W czasach kryzysu i znużenia polityką strachu, która po ponad 10 latach przynosi marne owoce, argument interesów ekonomicznych waży zdecydowanie więcej niż abstrakcyjna obietnica bezpieczeństwa. Być może dlatego większość Amerykanów uważa tajne programy NSA za uzasadnione. Nie można jednak wykluczyć, że przeważył inny argument: tym razem to nie ich prawa i wolności zostały położone na szali.

Temperatura i kierunek debaty, jaka toczy się w USA wokół sprawy Snowdena, każą przypuszczać, że w jego sprawie wyrok sądu byłby jeszcze surowszy. Jestem bardzo rozczarowana, że sąd uznał, iż Manning nie pomagał wrogowi – komentowała senator Susan Collins. – Wprawdzie jego zdrada nie była tak wielka jak zdrada Snowdena, ale i tak była bardzo poważna…

Jaką wojnę USA prowadzą przeciwko swojemu „europejskiemu sojusznikowi”, skoro nawet w opinii senatorów ujawnienie programów takich jak PRISM kwalifikuje się jako pomoc wrogowi?

Czy faktycznie chodzi o negocjacje handlowe? Jak zwykle, kiedy w grę wchodzi polityka zagraniczna, możemy tylko przypuszczać. Dzięki Snowdenowi poznaliśmy tylko odrobinę lepiej jej narzędzia – cele nadal pozostają tajemnicą. Dowiedzieliśmy się za to, że zbieranie informacji o cudzoziemcach nie jest dla USA niczym wstydliwym, natomiast każdy, kto ten fakt ujawnia, przechodzi na stronę wroga. I nie ma tu paradoksu.

Europie trudno odnaleźć się w tej roli, więc próbuje polemizować. Na razie dość ostrożnie, wciąż w ramach dyplomatycznych konwenansów, pojawiają się „żądania wyjaśnień” i „stanowcze sprzeciwy”. Na poziomie realnych działań nikt jeszcze nie tupnął nogą. Unia Europejska zasiadła do stołu negocjacyjnego w sprawie nowego porozumienia o wolnym handlu i inwestycjach (TTIP), a nasze dane nadal bez przeszkód przepływają na amerykańskie serwery w ramach programu „Bezpieczna Przystań”.

Ostrzejszą krytykę i konkretne żądania za dyplomatów muszą formułować sami obywatele. Polscy opozycjoniści w mocnym oświadczeniu zażądali od polskich władz politycznej reakcji i uznania, że Snowden zasługuje na ochronę przed prześladowaniem w USA. Ponad 120 organizacji społecznych z całego świata wystosowało właśnie list do prezydenta Obamy, w którym wzywają do oczyszczenia Edwarda Snowdena z zarzutów i objęcia go ochroną, na jaką zasługują sygnaliści działający w interesie społecznym.

W tych oddolnych działaniach i politycznych unikach spotykają się dwie wizje demokracji: modelowa i pragmatyczna. Niektórzy wciąż wierzą, że obywatele mają prawo do ograniczonego zaufania i że od czasu do czasu mogą powiedzieć „sprawdzam”. A jeśli się okaże, że władza nadużywa swoich instrumentów i bez dobrego powodu ogranicza naszą wolność, tą drogą zmuszą ją do korekty. W ten model uwierzyli Manning, Snowden i inni sygnaliści, kiedy z myślą o uzdrowieniu państwa kładli na szali swoje partykularne interesy.

Wizja modelowa i pragmatyczna rozmijają się na poziomie definicji: z perspektywy tych, którzy władzę sprawują, to właśnie państwo w pełni transparentne i podatne na obywatelską krytykę jest upośledzone.

Nie ma przy tym wielkiego znaczenia pod jaką szerokością geograficzną i w jakim stylu rządzą: zawsze odkrywają, że lepiej jest mieć szerszy margines błędu politycznego, niż go nie mieć, nawet jeśli do rachunku strat trzeba będzie dopisać kilka praw podstawowych. Nie jest w ich interesie konsultować każdą istotną decyzję ze społeczeństwem, to jasne. Czasem jednak wierzą, że w tym trybie państwo naprawdę działa lepiej: sprawniej, szybciej, bez zbędnych konfliktów. Z perspektywy władzy granica między konstytucyjną niezbędnością a faktyczną użytecznością konkretnego narzędzia łatwo się zaciera. Właśnie tą drogą wiele na pozór demokratycznych reżimów przeszło od zbierania informacji tylko o podejrzanych do systemów masowej, nikogo niewyróżniającej inwigilacji.

Do pewnego momentu pragmatycy i wierzący w modelową demokrację mogą iść ramię w ramię. Większość jednych i drugich zgodzi się, że władza czasem może mieć tajemnice. Problemem jest nie sama metoda czy cele działania, ale ich rozliczanie: co się dzieje, gdy pod pretekstem ochrony społeczeństwa władza przekracza swój mandat; kiedy ukrywa cele i działania, na które w społeczeństwie nie ma zgody. Sposobem na przekonanie się o tym, gdzie jesteśmy, jest dopuszczenie do tajemnic kogoś spoza ścisłego grona rządzących – zwykle grupy sędziów albo parlamentarnej komisji. W niektórych systemach prawnych te mechanizmy działają, w innych okazują się czystą formalnością. Wtedy zostają nam już tylko sygnaliści. To bardzo dobry powód, żeby ich chronić, a nie prześladować.

Czytaj także:

Jakub Dymek, Manning, bohater nietypowy

Marek Jedliński, Szpiedzy tacy jak my

Bradley Manning, Reakcja opinii publicznej dodała mi otuchy

Julian Assange, Jedyna ofiara Manninga to urażona duma USA

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Avatar
Katarzyna Szymielewicz
Zamknij