Świat

Kwitnie rynek sierot. Jest popyt, jest podaż

W sierocińcu dzieci muszą obcować z turystami, czy im się to podoba, czy nie. Zdarza się, że specjalnie utrzymuje się u dzieci niedożywienie, by zwiększyć częstotliwość i wysokość darowizn. Niektóre sierocińce każą dzieciom mówić, że ich rodzice nie żyją, i grożą karami, jeśli dziecko nie skłamie.

Angelina Jolie, Madonna, Melania Trump i Kanye West otwierają listę znanych osób, które w ostatnich latach chwaliły się odwiedzinami w sierocińcach mieszczących się krajach o niskim dochodzie. W ślady gwiazd idą inni turyści, którzy chcą „podróżować z misją”. Programy wycieczek często obejmują odwiedziny w sierocińcu, tuż obok lokalnego bazaru, warsztatu rzemiosła i malowniczych zabytków.

Biura podróży promują takie wizyty jako formę etycznej turystyki, dającej zamożnym przyjezdnym z Zachodu możliwość pomocy dzieciom w potrzebie. W sierocińcu odwiedzający bawią się z dziećmi, przytulają je i przekazują darowiznę na rzecz placówki. Turyści często podtrzymują z nią kontakt po powrocie do domu, regularnie przekazując sierocińcowi darowizny.

Kto potrzebuje więcej białych zbawców?

czytaj także

Dobre intencje jednak nie wystarczą, zwłaszcza kiedy biorą się z niedoinformowania. Turystyka sierocińcowa robi z dzieci dochodowe towary, podlegające zwykłym ekonomicznym prawom popytu i podaży. To może być na rękę dyrekcji sierocińców, ale szkodzi mieszkającym w nich dzieciom.

Uważa się często, że w biednych krajach mieszkają miliony sierot potrzebujących pożywienia, schronienia, a także troski, miłości i wsparcia ze strony domu dziecka. Powszechnie się zakłada, że bez wsparcia darczyńców z krajów bogatych wiele z tych sierot wiodłoby żałosny żywot, żebrząc albo handlując swoim ciałem.

Dominika Kulczyk ratuje świat

czytaj także

Dominika Kulczyk ratuje świat

Agnieszka Bułacik

To mit. Według UNICEF-u na świecie żyje około 140 milionów sierot. Liczba ta może być jednak myląca, bowiem UNICEF za sierotę uważa dziecko, które straciło „jedno lub oboje” rodziców. Około 15 milionów spośród tych dzieci to „sieroty zupełne”, to znaczy takie, które straciły oboje rodziców. Większość „półsierot” mieszka z jednym z rodziców, a znaczna większość sierot zupełnych mieszka z dziadkami albo innymi członkami rodziny. Liczbę dzieci będących pod opieką instytucji (sierocińców) szacuje się na 2,7 do 8 milionów, z czego przynajmniej połowa, a może aż 90 procent, ma żyjącego rodzica. W przypadku części z nich oboje rodziców jeszcze żyje.

Badania potwierdzają to, czego wiele sierocińców nauczyło się już dawno: pokazanie potencjalnym darczyńcom zdjęcia dziecka z jego imieniem i opisem potrzeb przynosi więcej pieniędzy niż ogólne informacje o potrzebujących, bez ich przedstawienia. Nic dziwnego, że dopuszczenie ludzi do bliskiego kontaktu z potrzebującym dzieckiem – a nawet do przytulania – to szczególnie skuteczny sposób na zbiórkę pieniędzy. To wyjaśnia, dlaczego 90 procent zarejestrowanych sierocińców i domów dziecka w Nepalu mieści się w najbardziej turystycznych dzielnicach.

Jednak aby przynosić dochód, sierocińce potrzebują „sierot”. Wiele placówek zatrudnia więc „rekruterów”, którzy podróżują do odległych wiosek i zachęcają biednych rodziców, by wysłali dziecko do sierocińca. Rekruterzy potrafią obiecywać rodzicom, że ich dziecko będzie miało sielskie życie i otrzyma dobre wykształcenie. W niektórych przypadkach rodzicom się płaci, a skuteczni rekruterzy otrzymują „znaleźne”.

W sierocińcu dzieci muszą obcować z turystami, czy im się to podoba, czy nie. Zdarza się, że specjalnie utrzymuje się u dzieci niedożywienie, by zwiększyć częstotliwość i wysokość darowizn. Niektóre sierocińce każą dzieciom mówić, że ich rodzice nie żyją, i grożą karami, jeśli dziecko nie skłamie.

Postturyści, czyli jak podróżować, żeby nie kolonizować

Oczywiście, w krajach o niskim dochodzie zawsze będą dzieci, które nie mogą mieszkać z rodzicami. I oczywiście istnieją sierocińce, które dbają o najlepszy interes dziecka. Jednak instytucjonalny model opieki jest sam w sobie szkodliwy dla wszystkich dzieci – niezależnie do tego, jak dobre intencje przyświecają pracownikom instytucji. Ponad siedemdziesiąt lat badań pokazało, że dzieciom, które dorastały w sierocińcu, wiedzie się znacznie gorzej niż dzieciom, które wychowały się w rodzinach. Oddziaływanie instytucjonalizacji na dziecko trwa do końca życia, a nawet przechodzi z pokolenia na pokolenie.

Aby przynosić dochód, sierocińce potrzebują „sierot”.

Ktoś może zapytać, jak od różnić „dobry” sierociniec od takiego, który wyzyskuje dzieci. Odpowiedź brzmi: nie da się; nie ma czegoś takiego jak dobry sierociniec. Chociaż niektóre dzieci mogą się znaleźć w rozpaczliwej sytuacji, wymagającej chwilowego pobytu w domu dziecka, trzeba wziąć pod uwagę szerszy obraz. Dzieciom jest lepiej w rodzinie, a nie w instytucji. W wielu krajach o niskim dochodzie kwestia domów dziecka jest niewystarczająco uregulowana, co stwarza okoliczności sprzyjające handlowi dziećmi i wyzyskowi.

Nie ma wątpliwości, że opisywane przez nas zjawisko jest problematyczne. Jednak jakakolwiek sugestia, żeby organizatorzy wycieczek przestali promować odwiedziny w sierocińcach, natychmiast prowadzi do pytania: „A co się stanie z dziećmi?”. Odpowiedź brzmi: kiedy nie będzie sierocińców finansowanych przez turystów, wiele dzieci w ogóle nie trafi do domu dziecka. Nie opuszczą swoich społeczności i będą się cieszyć szczęśliwszym życiem, niż mógłby zapewnić sierociniec. Po wyeliminowaniu popytu ze strony biur podróży, które zarabiają na dobrym sercu turystów, znacząco zmniejszy się podaż „sierot”.

Zapach czekolady i płonących śmieci

czytaj także

Dzieci, które obecnie mieszkają w sierocińcach, często cierpią wskutek traumy, instytucjonalizacji i zaburzeń przywiązania. Wymagają wyspecjalizowanej opieki w środowisku rodziny. Należy więc zmienić bieg strumienia pieniędzy przekazywanych przez darczyńców sierocińcom. Do organizacji skutecznie wspierających dzieci należą Forget Me Not, Cambodian Children’s Trust czy też Hope and Homes for Children, które pomagają dzieciom wrócić do rodziny i społeczności, a także starają się zapobiec rozdzielaniu rodzin, pomagając ludziom żyjącym w skrajnej biedzie.

 

**
Peter Singer jest profesorem bioetyki na Uniwersytecie w Princeton. Napisał między innymi Wyzwolenie zwierząt, Etykę praktyczną, The Most Good You Can Do oraz Życie, które możesz ocalić (książka dostępna teraz za darmo w języku angielskim). Leigh Mathews jest główną konsultantką w ALTO Global Consulting, współzałożycielką ReThink Orphanages Network oraz współautorką i redaktorką antologii Modern Slavery and Orphanage Tourism.

Copyright: Project Syndicate, 2020. www.project-syndicate.org. Z angielskiego przełożyła Aleksandra Paszkowska.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Zamknij