Świat

Dla Filipińczyków zmiana klimatu to nie abstrakcja [rozmowa]

Rządy i korporacje wykorzystują ekstremalne zjawiska pogodowe, by wysiedlać lokalną ludność.

Maria Świetlik, Instytut Globalnej Odpowiedzialności: W Polsce wiele osób albo nadal ignoruje temat zmian klimatycznych wywołanych działalnością człowieka, albo uważa go za #1stWorldProblem, ważny tylko dla wielkomiejskich ekologów. Tymczasem jest to #3rdWorldProblem, bo ofiarami zmian padają właśnie przede wszystkim mieszkańcy i mieszkanki globalnego Południa. Przyjechałeś na paryski Szczyt Klimatyczny m. in. po to, by wziąć udział w debacie z Naomi Klein i opowiedzieć o tym, jak Filipińczycy dotknięci są z jednej strony skutkami gwałtownych zjawisk pogodowych, a z drugiej obojętnością Północy na apele o zmianę polityki energetycznej. 

Joseph Purugganan: Nauka z coraz większą jasnością mówi nam, że zmiany klimatu zwiększają prawdopodobieństwo występowania ekstremalnych zjawisk pogodowych. Na Filipinach tajfuny nie są niczym nowym, co roku występuje ich tam przynajmniej dwadzieścia, ale nigdy nie osiągały takiej wielkości jak supertajfun Haiyan (na Filipinach nazywany Yolanda). Z jego powodu w 2013 r. straciło życie aż 6 tysięcy ludzi, a blisko 30 tys. zostało poszkodowanych. Straty finansowe sięgnęły 2 mld dolarów. Prognozuje się, że tajfuny tego typu staną się nową normą – właśnie ze względu na zmiany klimatu. Dlatego dla nas walka z tymi zmianami to dramatyczne wołanie o ratowanie życia, a nie abstrakcyjny problem do rozwiązania w przyszłości.

Czy ta tragedia sprawiła, że rząd Filipin podjął decyzję o wycofaniu się z wydobycia paliw kopalnianych? To one stanowię przecież najważniejszy czynnik zmian klimatuwywołanych działalnością człowieka. W Europie dzięki wysiłkom ruchów klimatycznych powoli politycy zaczynają się zgadzać na przekierowanie produkcji energii na źródła odnawialne, ale czy w skali globalnej prawdą jest, że „era węgla odchodzi w przeszłość”?

Niestety to mit. Rząd Filipin nadal realizuje model wzrostu gospodarczego oparty na paliwach kopalnianych. Działa u nas około 50 elektrowni węglowych. A prognozy wskazują, że w 2030 roku 45% globalnych emisji będzie powstawać właśnie w Azji Pacyficznej. Jak wiele innych państw Filipiny przygotowały na COP21 deklarację wyznaczającą cele w zakresie emisji CO2 (Intended Nationally Determined Contribution), gdzie zobowiązały się do zmniejszenia ich o 70% do roku 2030. Tylko że nie ma tam nawet wzmianki o potrzebie odejścia od węgla jako głównego surowca energetycznego…

Wiemy, kto traci na tym modelu, ale kto w takim razie zyskuje na truciu środowiska?

W naszym regionie wykształciła się elita finansowa o znaczących wpływach politycznych. To bardzo wąska grupa osób, bo o ile w Stanach Zjednoczonych i Europie mówi się o 1% najbogatszych gromadzących większość majątku, to u nas jest to 0,01%. To właśnie ci oligarchowie, elity polityczne i gospodarcze kraju, zyskują na systemie pozwalającym im na dalsze zatruwanie. Mało tego, w ich interesie leży nie tylko umożliwienie im dalszej działalności w modelu opartym na węglu, ale potrafią też czerpać zyski z projektów opartych na Mechanizmach Czystego Rozwoju. Z naszego raportu na temat takich inwestycji na Filipinach wynika, że

pieniądze, które powinny być przeznaczone na systemową zmianę gospodarki w kierunku „czystej energii”, trafiają do tych samych korporacji, które prowadząc działalność wydobywczą czy energochłonną produkcję, przyczyniają się znacząco do zmian klimatu.

Na przykładzie Nowego Orleanu widzieliśmy, że katastrofy naturalne także mogą stać się źródłem zysków dla korporacji czy lokalnej elity politycznej. A jak to wyglądało w Filipinach w miejscach zniszczonych przez tajfun Yolanda?  

Naomi Klein w swojej książce Doktryna szoku użyła terminu „kapitalizm kataklizmowy”, by opisać właśnie ten proces, gdy katastrofy są wykorzystane przez rządy, międzynarodowe instytucje finansowe takie jak Bank Światowy oraz transnarodowe korporacje do tworzenia „ekscytujących możliwości marketingowych”. Zanim ludzie zdążą otrząsnąć się z traumy, wyznacza się „strefy buforowe”, do których dawni mieszkańcy nie mają powrotu, a jednocześnie przekazuje te tereny deweloperom, by mogli inwestować tam w nadmorskie kurorty i hotele.

Po Yolandzie zaobserwowaliśmy coś podobnego: rząd podzielił obszary dotknięte katastrofą na strefy, w których firmy prywatne pełniły role „sponsorów rozwoju”. Na przykład we Wschodnim Samarze moloch górniczy Nickel Asia, który ma swoje przedsięwzięcia w tym rejonie, został wybrany na takiego sponsora. Są również przykłady takie jak wyspa Sicogon.

Jeszcze przed tajfunem jej mieszkańcy byli w konflikcie z deweloperem, który planował przekształcić tę wyspę w ekskluzywny ośrodek turystyczny; dążył do przesiedlenia lokalnej społeczności, czemu ona się, oczywiście, przeciwstawiała. Po katastrofie rolnikom, których tajfun zmusił do opuszczenia ziemi, po prostu nie pozwolono na powrót.

Łamanie praw człowieka przez korporacje – czasem przy współpracy z władzami, a czasem przy ich bierności albo bezsilności  to rosnący problem na całym świecie. Znów: uderzający przede wszystkim w obywatelki i obywateli globalnego Południa. Szczególnie bezbronne są małe społeczności rdzennych mieszkańców.

Tak, ale to ważne, by widzieć ten problem w kontekście ideologii ciągłego wzrostu. Azja stała się najważniejszym regionem napędzającym globalny wzrost. Rządy skupiają się więc głównie na tworzeniu warunków do podtrzymania tego stanu – w interesie korporacji i oligarchów, a kosztem interesu publicznego. Ta agenda zawiera otwieranie rynków, deregulacje, prywatyzację usług publicznych, wzmocnienie reżimów tzw. własności intelektualnej, różne zachęty dla biznesu, w tym ochronę zysków inwestorów zagranicznych w ramach systemu arbitraży ISDS, pozwalających firmom pozywać państwa za utracone spodziewane zyski.

Przez taką działalność mamy do czynienia na Filipinach z nowym rodzajem migracji, tzw. uchodźcami inwestycyjnymi. Określa się tak osoby żyjące w centrach ewakuacyjnych na terenie całego kraju, które musiały opuścić swoje społeczności, ponieważ zostały przepędzone przez ogromne przedsięwzięcia związane np. z górnictwem. Jedna z takich grup, której przypadek poruszył międzynarodową społeczność, to rdzenni mieszkańcy wyspy Mindanao, Lumadzi. Wyspa jest bogata w złoża naturalne i stanowi łakomy kąsek dla firm wydobywczych, stąd ciągły konflikt o ziemię z mieszkańcami. W ciągu ostatnich pięciu lat zamordowano tam 68 osób, w tym pięcioro dzieci w wieku 8-14 lat. Po ostatnim ataku na lokalną szkołę, w czasie którego paramilitarna grupa zaszlachtowała nauczyciela, trzy tysiące osób opuściło swoje domy w obawie o życie. Od września mieszkają w bardzo trudnych warunkach w centrach ewakuacyjnych.

W jaki sposób ludzie organizują się w obronie przed skutkami zmian klimatu czy szkodliwej działalności korporacji i rządu?

Na Filipinach obywatele i poszczególne społeczności organizują się na różnych poziomach. Mamy filipiński ruch na rzecz sprawiedliwości klimatycznej (PMCJ, Philippine Movement for Climate Justice), który jest siecią organizacji pozarządowych i ruchów społecznych działających na rzecz włączenia perspektywy ruchów oddolnych i społeczności bezpośrednio zagrożonych skutkami zmian klimatycznych do debat na ich temat. Na poziomie lokalnym organizują się grupy ludności rdzennej, kobiet, rolników i rybaków – jako członkowie społeczności dotkniętych skutkami zmian klimatu łączą siły, by szukać w obecnej sytuacji rozwiązań.

Jeśli chodzi o korporacje, kilka filipińskich organizacji pozarządowych, grup handlowych, związków zawodowych oraz grup zajmujących się ochroną środowiska, kampaniami przeciwko wydobyciu węgla oraz ochroną praw człowieka bierze udział w globalnej kampanii dążącej do rozbrojenia potęg korporacyjnych oraz ukrócenia bezkarności transnarodowych korporacji. Na poziomie narodowym ta sama grupa organizacji i aktywistów wywiera naciski na rząd, by ten wsparł działania na rzecz traktatu regulującego działalność korporacji międzynarodowych w kontekście praw człowieka. Pomysł ten został przyjęty przez Radę Praw Człowieka ONZ.

Niestety, także europejskie rządy chętnie angażują się w tworzenie specjalnych umów dla biznesu, podczas gdy kwestie dotyczące ochrony klimatu i praw człowieka ciągną się latami. Kluczowe jest też to, że międzynarodowe dokumenty chroniące środowisko są niewiążące – i nie udało się tego przełamać w Paryżu – podczas gdy porozumienia handlowe i inwestycyjne zawierają wiele mechanizmów prawnych egzekwujących bardzo skutcznie przywileje biznesu.

W Europie mamy teraz do czynienia ze znaczącym sprzeciwem społecznym wobec transatlantyckich umów o wolnym handlu  negocjowanej przez Komisję Europejską ze Stanami Zjednoczonymi (TTIP) i już gotowego porozumienia z Kanadą (CETA). Stany są też inicjatorami podobnego porozumienia transpacyficznego (TPP).  Co sądzisz o tym porozumieniu? Czy obywatelki i obywatele Filipin coś by na nim zyskali?  

Filipiny nie są częścią TPP, ale możemy się spodziewać, że strony trzecie (kraje niebędące częścią porozumienia) będą zachęcane do dołączania do tych regionalnych umów o wolnym handlu. Nasz rząd już wyraził taką chęć. TPP, podobnie jak TTIP czy CETA, to nowy typ umowy handlowej, de facto znacznie wychodzący poza kwestie ułatwień handlu (obniżenie ceł za towary i usługi). Jedną z kluczowych kwestii dla Filipin stanowić będą zawarte w TPP kwestie tzw. własności intelektualnej. W tej chwili mamy prawnie zagwarantowany dostęp do tanich leków, ale reżim narzucany w tych umowach przez Stany w kwestii patentów i tzw. leków generycznych (tanich odpowiedników) będzie z tym prawem sprzeczny. Druga kwestia to wspomniane wcześniej przywileje dla zagranicznych inwestorów.

Nie ma też wątpliwości, że umowy te przyczynią się do pogłębienia zmian klimatu, czy to poprzez zwiększenie produkcji, czy intensyfikację transportu samolotowego i morskiego (koniecznego elementu globalnej wymiany handlowej), którego wpływ na emisje gazów cieplarnianych rośnie w zastraszającym tempie. Te umowy będę wzmacniać pozycję korporacyjnego agrobiznesu, jeszcze bardziej utrudniając przetrwanie drobnym rolniczkom i rolnikom. A trzeba też wspomnieć o tym, że produkcja żywności oparta na wysokouprzemysłowionym rolnictwie przyczynia się do ok. połowy światowych emisji. Jak dziś wygląda sytuacja rolników i rolniczek na Filipinach? Czy odczuwają już zmiany klimatu?

Poza przesiedleniami wymuszonymi katastrofami naturalnymi zmiany klimatu wpływają również na organizację upraw przez rolników. Dzieje się tak szczególnie w przypadku małych gospodarstw, które przestrzegają ścisłych okresów sadzenia. Jakiekolwiek zakłócenia w ich harmonogramie bezpośrednio oddziałują na zbiory, zwłaszcza w krajach takich jak Filipiny, gdzie w konkretnych porach roku spodziewamy się tajfunów. Przy zmieniającej się organizacji upraw rolnicy mogą całkowicie stracić swoje plony, na przykład z powodu tajfunu, który zbyt wcześnie się pojawi. Utrata plonów, w szczególności podstawowych roślin uprawnych takich jak ryż czy kukurydza, wpływa na stan całej gospodarki; rząd musi posiłkować się zwiększonym importem ryżu, co prowadzi do osłabienia suwerenności żywnościowej kraju. Podobna sytuacje dotyka inne kraje Południa, dlatego zawsze podkreślamy, że poza powstrzymaniem zmian klimatu potrzebujemy też sprawiedliwości klimatycznej.

Domagamy się nie tylko obniżenia emisji gazów cieplarnianych, ale głębokich zmian systemowych oraz reparacji za straty, jakie ponoszą nasze społeczeństwa i środowisko naturalne w wyniku zanieczyszczeń „wyprodukowanych” przez kraje wysoko zindustrializowane.

Z drugiej strony także w Polsce usłyszeć można o „prawie do rozwoju”, które ma być pretekstem do tego, by nadal utrzymywać obecne poziomy zanieczyszczenia środowiska w krajach, które jeszcze nie skorzystały w pełni z industrializacji. Jaka jest twoja opinia na ten temat?

Nie wydaje mi się, by w obecnym, zaawansowanym kryzysie klimatycznym można było używać hasła „prawa do rozwoju” jako usprawiedliwienia dla dalszego wspierania rozwoju opartego na paliwach kopalnych i napędzanego przez model korporacyjny. Obecny kryzys oznacza, że wszystkie kraje, również te z Południa, muszą wprowadzić w życie bardziej zrównoważoną i sprawiedliwą politykę. Taką, która zaspokoi potrzeby ludzi bez dalszego niszczenia przyrody. Musimy odejść od kapitalistycznego modelu rozwoju i zacząć zgłębiać alternatywy systemowe. Takich propozycji i praktyk jest już wiele: warto przyjrzeć się deglobalizacji, postwzrostowi, agroekologii, buen vivir czy ekonomii feministycznej.

Skoro to my, mieszkanki i mieszkańcy globalnej Północy, przyczyniamy się do znacznej liczby emisji, a już na pewno najbardziej korzystamy z tego model wzrostu, o którym mówiłeś, to co możemy zrobić w ramach solidarności z Południem

Granica między Północą i Południem jest umowna, jesteśmy częścią jednego, globalnego ruchu na rzecz zmian systemowych. Uważam, że podobne ruchy na Północy powinny pomóc w umacnianiu działań na rzecz bardziej sprawiedliwych polityk handlowych, przeciwdziałaniu zmianom klimatu i zawłaszczaniu ziemi. Musimy budować mocniejsze sojusze ponadnarodowe i skuteczniejsze globalne kampanie. Organizacje z Północy powinny również nieustannie wywierać presję na rządy swoich krajów, by na własnym podwórku odchodziły od wizji rozwoju napędzanego przez korporacje, a także by zaprzestały dążeń do umacniania tego szkodliwego modelu rozwoju na Południu.

11 grudnia 2015 r.

Joseph Purugganan jest koordynatorem filipińskiego biura międzynarodowego think-tanku Focus on Global South.

 

**Dziennik Opinii nr 39/2016 (1189)

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Zamknij

Zapisz się na newsletter Krytyki Politycznej
i bądź na bieżąco