Świat

Chavez zostaje, wyzwania także

W ciągu ostatnich 14 lat Chavez zrealizował to, o czym marzyło wielu reformatorów w regionie. Tylko że połowa społeczeństwa wciąż nie jest przekonana do jego „boliwariańskiego socjalizmu”.

Były prezydent USA Jimmy Carter od czasu opuszczenia Białego Domu uczestniczył jako obserwator w 92 wyborach w 37 krajach na całym świecie. Wyborom prezydenckim w Wenezueli, które odbyły się 7 października, wystawił najwyższe oceny, określając je jako „najlepszy proces wyborczy na świecie” i zachwalając „wspaniały system głosowania”.

Wypowiedź byłego prezydenta można uznać za przesadzoną kurtuazję w stosunku do wenezuelskich gospodarzy, jednak podobnie wypowiedział się również szef misji obserwacyjnej UNASUR (Unia Narodów Południa, zrzeszająca kraje Ameryki Południowej) Carlos Alvarez, chwaląc „wysoką wiarygodność” i „techniczną precyzję” wenezuelskiego systemu głosowania, dzięki któremu „Wenezuela dała całemu światu pokazową lekcję, jak wygląda funkcjonująca demokracja”. Szefowa dyplomacji UE Catherine Ashton wyraziła uznanie dla wysokiej frekwencji i spokojnej atmosfery w dniu wyborów.W tym samym tonie, choć z wyraźnie mniejszym entuzjazmem, wypowiedział się rzecznik amerykańskiego Departamentu Stanu William Ostick.      

  

Nie taki Chavez straszny, jak go Washington Post maluje

  

Deszcz pochwał, jaki po 7 października spadł na Wenezuelę, wyraźnie kontrastował z obrazem kraju prezentowanym przed wyborami przez światowe media. Powszechnie powątpiewano w uczciwość nadchodzącego głosowania. Komentatorzy opisywali wyczerpanego fizycznie i politycznie prezydenta Hugo Chaveza i lidera opozycji Henrique Caprilesa Radonskiego, który swoją energią i świeżością miał „porwać młodą Wenezuelę”. Padały ostrzeżenia, że Chavez nie uzna wyborczej klęski i spróbuje utrzymać władzę siłą. Wpływowe amerykańskie media, na czele z  „The Washington Post”, napominały administrację Obamy, że w takiej sytuacji jej obowiązkiem będzie stanowczo „wystąpić w obronie demokracji”. 


Wobec tak konsekwentnie budowanego czarnego obrazu niedzielne wybory wydawały się czymś nierzeczywistym. Przez cały dzień korespondenci donosili o towarzyszącej głosowaniu atmosferze narodowego święta. Gdy zaczęły spływać pierwsze wyniki, święto zmieniło się w nocną fiestę zwolenników Chaveza. Ostatecznie urzędujący prezydent zgromadził nieco ponad 8 milionów głosów i wygrał z niewielką, ale wyraźną przewagą nad Caprilesem (6,5 mln głosów). Uderzała rekordowa frekwencja, sięgająca 81 procent. Capriles szybko pogratulował konkurentowi zwycięstwa, a sztaby wyborcze zgodnie doniosły, że obaj politycy odbyli „przyjemną rozmowę” telefoniczną, podczas której wymienili się uprzejmościami i wezwaniami do poszanowania różnic politycznych, dzielących społeczeństwo wenezuelskie.

  

Obraz to iście sielankowy nie tylko na tle wcześniejszych spekulacji medialnych, ale także choćby wyborów prezydenckich w Meksyku sprzed trzech miesięcy, które zakończyły się wielotygodniowymi protestami i oskarżeniami zwycięskiego prezydenta o masową korupcję wyborczą oraz łamanie podstawowych zasad demokracji, takich jak prawo do tajnego i osobistego oddania głosu. Jednak Meksyk jest ważnym partnerem Stanów Zjednoczonych, członkiem NAFTA i krajem szanowanym na arenie międzynarodowej. Natomiast Wenezuela w światowych (także polskich) mediach obsadzona jest w roli tropikalnej Białorusi, rządzonej przez groteskowego satrapę-komunistę.  


Wenezuela nie jest oczywiście wzorcową demokracją liberalną. Można uwierzyć na słowo międzynarodowym obserwatorom, że wybory prezydenckie przeprowadzono w sposób „modelowy”, jednak wiele aspektów rzeczywistości wenezuelskiej jest odległych od zachodnich wzorców – plaga przestępczości i korupcji, niskie poczucie bezpieczeństwa obywateli, upolitycznienie wymiaru sprawiedliwości i urzędów państwowych. Jednak w kontekście wyborów w oczy rzuca się przede wszystkim temperatura i radykalizm sporu politycznego, podkreślone przez imponującą frekwencję oraz masowość manifestacji i wieców obu kandydatów. Obywatele są przekonani, że wybór polityczny ma fundamentalne znaczenie dla ich przyszłości.

  

14 lat rządów Chaveza radykalnie zmieniło oblicze Wenezueli. Za jego prezydentury kraj o tradycyjnie dramatycznych różnicach społecznych osiągnął najniższy wskaźnik Giniego (określający rozwarstwienie ekonomiczne) spośród 18 państw Ameryki Łacińskiej badanych przez Komisję Gospodarczą ONZ. Wenezuela Chaveza odnotowała także sukcesy w walce z ubóstwem – za jego kadencji liczba ludności żyjącej w ubóstwie została zmniejszona dwukrotnie, a żyjącej w skrajnej nędzy – trzykrotnie. Również trzykrotnie wzrosły wydatki socjalne państwa na głowę mieszkańca, czego wymiernym efektem był skokowy wzrost dostępu obywateli do edukacji (pięciokrotne zwiększenie liczby nauczycieli), opieki medycznej (owocujące zmniejszeniem o śmiertelności niemowląt połowę i śmiertelności dzieci o 1/3), żywności (zmniejszenie o połowę wskaźnika zgonów z powodu niedożywienia) i innych podstawowych usług, takich jak bieżąca woda i kanalizacja, do których dostęp zyskało ponad 4 miliony obywateli. 


Krytycy Chaveza zazwyczaj bagatelizują te osiągnięcia, wskazując na wielkie dochody ze sprzedaży wenezuelskiej ropy, choć samo posiadanie złóż cennych surowców nie przekłada się automatycznie na postęp społeczny. Prawdą jest natomiast, że nie można rozpatrywać historii politycznej Wenezuelii w oderwaniu od kwestii ropy. Odkrycie jej złóż w pierwszej połowie XX wieku od razu wprowadziło kraj do światowej czołówki państw naftowych. W rezultacie kraj niewyróżniający się dotąd na tle regionu został poddany nieznanemu wcześniej działaniu sił globalnej gospodarki. Potężny napływ kapitału oraz zapotrzebowanie na robotników przemysłu naftowego przekształciły krajobraz Wenezueli. W jej sennych, postkolonialnych miastach w przeciągu lat wyrosły nowoczesne centra, otoczone morzami barrios – dzielnic biedy, zamieszkanych przez szukających lepszego życia przybyszów z prowincji.

  

Kraj o gospodarce opartej dotąd na hodowli i uprawie ziemi zaczął importować nie tylko dobra przemysłowe, ale także żywność – za wszystko płacąc dochodami z eksportu ropy. Zyski wzbogaciły tradycyjne elity kraju oraz rosnącą w nowej gospodarce miejską klasę średnią, która stała się symbolem przyspieszonej i powierzchownej wenezuelskiej modernizacji, pomijającej zdecydowaną większość społeczeństwa. W 1958 roku stworzono dla tego systemu polityczną nadbudowę. Główne partie zawarły „pakt z Punto Fijo”, który zakończył epokę wzajemnych puczów i kontr-puczów, zastępując je koncesjonowaną demokracją parlamentarną. Scena polityczna została podzielona pomiędzy wymieniające się u władzy centrolewicową Accion Democratica (AD) i konserwatywną COPEI, które gwarantowały sobie wzajemnie zachowanie status quo oraz powstrzymanie wszelkich sił, które dążyłyby do przemian społecznych.  

  

Kryzys wenezuelskiej demokracji 

  

Ten system trwał trzy dekady, aż załamał się jego główny fundament – dochody z eksportu ropy. Spadek światowych cen wywołał kryzys, którego kosztami postanowiono obciążyć zwykłych obywateli. W rezultacie w 1989 roku krwawe zamieszki ogarnęły centrum Caracas, a elity utraciły kontrolę nad obywatelami, zgrupowanymi dotąd w klientelistyczne elektoraty dwóch głównych partii.

  

Ostateczne załamanie systemu nastąpiło w 1998 roku wraz z oddaniem władzy nad krajem pułkownikowi Hugo Chavezowi, obiecującemu budowę V Republiki, opartej na zasadach „boliwarianizmu” i „socjalizmu XXI wieku”. Centralnym punktem programu Chaveza było skierowanie ponad 40% dochodów z eksportu ropy na rozbudowane programy socjalne. Dziś w popierającej Caprilesa koalicji znajdują się skłócone niegdyś partie – od tradycyjnej lewicy przez AD po COPEI.

  

Dawny system wymieniających się władzą partii został zastąpiony radykalnym sporem politycznym, odzwierciedlający głębokie podziały klasowe. Spór swoje apogeum osiągnął w 2002 roku, kiedy opozycja zdołała na dwa dni odsunąć Chaveza od władzy przy pomocy wojska, tworząc „rząd tymczasowy” , któremu udało się zyskać uznanie Stanów Zjednoczonych i ogłosić cofnięcie dotychczasowych reform społecznych Chaveza – m.in. oprotestowanego przez opozycję Ley de Tierras (reformy rolnej, mającej rozdysponować 2 mln. hektarów nieużytków i ziem spornych wśród bezrolnych Wenezuelczyków). Warto pamiętać o tych wydarzeniach, krytykując agresywną postawę Chaveza, PSUV i rządowych mediów wobec opozycji politycznej i „amerykańskiego imperializmu”.  


Niedzielne wybory prezydenckie stanowiły kolejne starcie między Chavezem a tradycyjnymi partiami politycznymi, ich stawką było także utrzymanie systemu „boliwariańskiego”. Choć Capriles Radonski starał się zaprezentować jako kandydat umiarkowanej lewicy na wzór brazylijski, jego dotychczasowa kariera polityczna przeczy tej wyborczej kreacji. W czasach uniwersyteckich jako zwolennik skrajnej prawicy dostał się w 1998 roku z ramienia COPEI do Izby Deputowanych, gdzie zdobył stanowisko przewodniczącego. W 2000 roku, już jako członek neoliberalnej partii Primero Justicia, został wybrany burmistrzem stołecznej dzielnicy Baruta, a następnie gubernatorem stanu Miranda. Jako burmistrz Baruty opowiedział się w 2002 roku po stronie puczystów, używając miejscowej policji do aresztowania urzędującego ministra spraw wewnętrznych. Trudno zatem się dziwić, że zwolennicy Chaveza widzieli w Caprilesie reprezentanta starych elit politycznych, dążących do demontażu dotychczasowych zdobyczy socjalnych i potraktowali wybory jak kolejny plebiscyt w sprawie „rewolucji boliwariańskiej”.

Zwycięstwo Chaveza ma również istotne znaczenie dla całego regionu. Boliwariańska Wenezuela stała się jednym z jego liderów, wokół którego gromadzą się zwłaszcza kraje rządzone przez radykalnie lewicowych przywódców. W ramach sojuszy ALBA i Petrocaribe tania wenezuelska ropa subsydiuje gospodarki Boliwii, Ekwadoru, Kuby oraz 17 innych małych państw Ameryki Centralnej i Karaibów. Kolejna kadencja Chaveza gwarantuje, ze ta kosztowna „boliwariańska solidarność” – której zakończenie zapowiadał Capriles – nie przestanie funkcjonować.

  

Jeszcze ważniejsze wydaje się to, że niedługo przed wyborami pozycja Wenezueli nieoczekiwanie wzmocniła się na skutek przyjęcia do MERCOSUR (Wspólnego Rynku Południa, skupiającego obecnie Brazylię, Argentynę i Urugwaj). Był to uboczny skutek czerwcowego „puczu parlamentarnego” w Paragwaju. Zdominowany przez prawicę Kongres, który odsunął od władzy prezydenta Fernando Lugo, konsekwentnie sprzeciwiał się akcesji Wenezueli. Karne zawieszenie członkostwa Paragwaju w MERCOSUR usunęło tę przeszkodę. W rezultacie Wenezuela czwartej kadencji Chaveza jest jak nigdy zakotwiczona w regionie i jego najbardziej dotychczas udanej organizacji integracji regionalnej. Znika też groźba izolacji politycznej kraju, skonfliktowanego z USA oraz sąsiednią Kolumbią i opierającego się na słabszych, zależnych od siebie sojusznikach latynoamerykańskich oraz uznawanych za „egzotyczne” i „awanturnicze” sojuszach z Iranem, Rosją i Białorusią (Wenezuela do końca podtrzymywała też „międzynarodową solidarność” z reżimem Kadafiego, co szczególnie zaszkodziło jej wizerunkowi za granicą).

Nowa kadencja stare wyzwania 

W ciągu ostatnich 14 lat Chavezowi udało się zrealizować cele stanowiące aspiracje wielu reformatorów w regionie: zmniejszył nierówności społeczne, objął opieką społeczną, medyczną i edukacją szerokie masy najbardziej wykluczonej ludności. Udało się mu także obronić swój program, zarówno w wolnych wyborach, jak i przed puczystami. Chavez ciągle będzie musiał zmierzyć się ze strukturalnymi problemami kraju. W przemówieniu po ogłoszeniu wyników wyborczych Chavez zapowiedział, że „Wenezuela nigdy nie powróci do neoliberalizmu”, a w nadchodzących latach dokona postępu, „po którym nie będzie już odwrotu od demokratycznego, boliwariańskiego socjalizmu”.  


Wynoszące 44% poparcie dla Caprilesa pokazuje jednak, że prawie połowa społeczeństwa ciągle nie jest przekonana do projektu „boliwariańskiego socjalizmu”. Niezbędne może okazać się budowanie szerszego politycznego konsensusu. W tle pozostają problemy sukcesji po charyzmatycznym „komendancie”, narastającego konserwatyzmu, korupcji i biurokracji w szeregach rządzącej PSUV (Zjednoczonej Partii Socjalistycznej Wenezueli). Wysokie poparcie dla Caprilesa wynikało ze zniecierpliwienia obywateli tymi problemami, a także z narastających konfliktów rządu z przemysłowymi związkami zawodowymi.

  

Symbolicznym elementem kampanii, który według komentatorów miał szansę zmienić przebieg wyborów, było przerwanie wiecu Chaveza w Ciudad Guayana przez protestujących robotników kompleksu hutniczego SIDOR. Incydent ten, który spowodował pospieszne przerwanie transmisji przemówienia przez państwową telewizję, był wynikiem długotrwałych protestów pracowników niedawno znacjonalizowanych zakładów. Domagali się stałych umów i respektowania niezależnych od PSUV związków zawodowych. Obecnie część obserwatorów upatruje źródeł dobrego wyniku Caprilesa w masowym oddawaniu głosów antyrządowych w wielkich ośrodkach przemysłowych i górniczych. 


Przełamanie ograniczeń, z jakimi boryka się Wenezuela, w ostatecznym rozrachunku wymaga porzucenia przez nią statusu gospodarki zbudowanej wyłącznie wokół eksportu ropy. Wyrwanie się z narzuconej globalny podział pracy roli peryferii jest prawdopodobnie najtrudniejszym zadaniem, przed jakim może stanąć suwerenne państwo. Warto jednak pamiętać, że obecnie partnerem Wenezueli w ramach MERCOSUR będzie Brazylia – lider regionu w dziedzinie budowy od podstaw konkurencyjnej, zróżnicowanej gospodarki. 


Tak zarysowane wyzwania mogłyby z powodzeniem wypełnić Hugo Chavezowi trzy kolejne kadencje. Pytanie, jak będzie wyglądać Wenezuela w 2026 roku, pozostaje otwarte. Warto je zadawać, ponieważ dotyczy nie tylko dalszych losów „rewolucji boliwariańskiej”, ale też perspektyw ewentualnej globalnej korekty systemu.

  

Mateusz Roczon   –   absolwent Instytutu Nauk Politycznych i Stosunków Międzynarodowych UJ oraz student Centrum Studiów Latynoamerykańskich UW.  

__
Przeczytany do końca tekst jest bezcenny. Ale nie powstaje za darmo. Niezależność Krytyki Politycznej jest możliwa tylko dzięki stałej hojności osób takich jak Ty. Potrzebujemy Twojej energii. Wesprzyj nas teraz.

Zamknij