Aleksander Kamkow: Jak zdefiniować osadnika?
Shabtay Bendet: W języku hebrajskim mamy dwa terminy odnoszące się do zjawiska żydowskiego osadnictwa w Ziemi Izraela. Pierwszy z nich, hitjaszwut, odnosi się do Żydów mieszkających tam przed założeniem państwa oraz Izraelczyków zamieszkujących jego międzynarodowo uznane terytorium. Z kolei terminem hitnachalut określamy osadnictwo na Zachodnim Brzegu i we Wschodniej Jerozolimie, które Izrael opanował w czasie wojny sześciodniowej.
Zależy mi na tym rozróżnieniu, żeby nie zacierać granicy między Izraelem a Terytoriami Okupowanymi. Do dziś nie istnieje żaden dokument, który uznawałby je za część terytorium Izraela.
Osoby nazywane w zachodnim dyskursie „osadnikami” nazywamy po hebrajsku właśnie mitnachalim. Samo hebrajskie słowo mitnachel („osadnik”) wywodzi się z Tory. Znajdują się w niej wersety mówiące o Ziemi Izraela i nakazie jej zasiedlenia. Sam termin do dziś budzi zresztą spory, także wśród samych osadników. Wielu go nie lubi, inni – zwłaszcza religijni – chętnie się nim posługują.
Kim więc są współcześni osadnicy?
To społeczność licząca nieco ponad pół miliona osób, bardzo zróżnicowana pod względem światopoglądu i religijności. Istotną część stanowią osoby świeckie. Żyją wśród nich także Żydzi ultraortodoksyjni, nazywani po hebrajsku „czarnymi” ze względu na noszone przez nich czarne kapelusze i chałaty. Kolejną podgrupą są Żydzi ultraortodoksyjni o poglądach narodowo-religijnych. Ich znakiem rozpoznawczym są robione na szydełku kipy (kipa sruga).
To właśnie o tej ostatniej grupie najczęściej myślimy, gdy słyszymy nazwiska Smotricza czy Ben-Gwira. Ale i ona nie jest jednolita. Składa się z wielu środowisk, które różnią się między sobą poglądami – jedni są bardziej umiarkowani, inni bardziej radykalni. Nie każdy religijny syjonista myśli dokładnie jak Smotricz czy Ben-Gwir. Część jest bliższa jednemu z nich, część drugiemu, a wielu nie utożsamia się z żadnym.
Jeśli chodzi o ultraortodoksów, czyli charedim, przez wiele lat ich rabini sprzeciwiali się osiedlaniu na Terytoriach Okupowanych. Dawniej środowisko to było zresztą w przeważającej mierze lewicujące. Zmieniło się to przede wszystkim z powodów ekonomicznych. Państwo zaczęło budować na Zachodnim Brzegu miasta przeznaczone dla charedim, gdzie mogli kupować mieszkania po znacznie niższych cenach. W ten sposób powstały między innymi Modi’in Illit i Beitar Illit – dwa największe miasta zamieszkane niemal wyłącznie przez ultraortodoksów.
Z ich perspektywy nie była to jednak realizacja wielkiej idei politycznej. Owszem, w swym stosunku do Palestyńczyków są dziś często bliżsi prawicy, ale nie przeprowadzili się tam po to, żeby budować „Wielki Izrael” (Erec Jisrael Ha-Szlema).
Co właściwie oznacza to pojęcie?
Chodzi o całą biblijną Ziemię Izraela – nie tylko Zachodni Brzeg i Strefę Gazy, lecz także obszary leżące dziś w granicach Syrii, Libanu czy Jordanii. Charedim zasadniczo nie popierają tej idei. Z czasem jednak samo życie na Zachodnim Brzegu, a także ciągłe napięcie i problemy z bezpieczeństwem sprawiły, że w tej społeczności narosła silna wrogość wobec Palestyńczyków. To jednak co innego niż ideologia.
Z kolei większość Żydów świeckich przeprowadziła się na Terytoria Okupowane przede wszystkim ze względu na wyższą jakość życia. Chodzi o spokojniejsze, mniejsze miejscowości, domy jednorodzinne z ogrodem i znacznie niższe ceny nieruchomości niż w granicach Izraela.
Najbardziej zideologizowaną grupę stanowią religijni syjoniści. Wierzą oni, że cała Ziemia Izraela należy do narodu żydowskiego, a izraelska suwerenność powinna ostatecznie objąć Judeę i Samarię, czyli Zachodni Brzeg, a także Strefę Gazy, zaś w przyszłości również części Syrii, Libanu i innych państw sąsiedzkich. Niewielka część osadników już dziś przekracza granicę z tymi państwami i próbuje się tam osiedlić, na razie jednak IDF ich powstrzymuje. Celem takich prób pozostaje wprowadzenie kwestii osadnictwa w Syrii i Libanie do izraelskiego dyskursu i przekonanie szerszej grupy Izraelczyków do tego postulatu.
Część osadników – mówię o najbardziej zideologizowanych osobach, takich jak Smotricz – uważa, że trzeba uniemożliwić jakiekolwiek przyszłe porozumienie z Palestyńczykami, które wymagałoby ewakuacji osiedli. Dlatego budują ich jak najwięcej i w jak największej liczbie miejsc. Im więcej Izraelczyków będzie mieszkać na Zachodnim Brzegu, tym trudniej będzie w przyszłości wycofać się z tych terenów. Chodzi o przejęcie ziemi metodą faktów dokonanych, które sprawią, że nawet gdyby większość izraelskiego społeczeństwa chciała podpisać porozumienie pokojowe, jego realizacja stanie się praktycznie niemożliwa.
Do której grupy należałeś?
Do tej ostatniej. Przez dwanaście lat byłem radykalnym, silnie zaangażowanym ideologicznie osadnikiem. W praktyce byłem jednym z założycieli pierwszego nielegalnego przyczółka osadniczego (ma’achaz) na Zachodnim Brzegu. Byliśmy drugą rodziną, która tam przybyła. Na miejscu stały tylko trzy drewniane baraki i generator. Armia nieustannie próbowała powstrzymać nas przed rozbudową przyczółka i sprowadzaniem kolejnych rodzin, a my robiliśmy wszystko, żeby powstrzymać jego likwidację.
Co tobą kierowało?
Głębokie przekonanie religijne i ideologiczne. Wierzyłem, że to nasze zadanie, nawet jeśli sprzeciwia się temu rząd i obowiązujące prawo. W 2005 roku zostałem przymusowo ewakuowany przez armię z osiedla Homesz wraz ze studentami jesziwy, której byłem wówczas dyrektorem.
W jaki sposób postrzegałeś Palestyńczyków w czasach, gdy mieszkałeś na Zachodnim Brzegu?
Byłem pod wpływem radykalnych rabinów, którzy głosili, że zasiedlenie każdego skrawka tej ziemi to nasz bezwzględny obowiązek. Jako człowiek religijny zinternalizowałem taką narrację. Dziś nie zamierzam jednak usprawiedliwiać się wpływem innych. Postrzegałem Palestyńczyków jako zagrożenie oraz jako ludzi pozbawionych praw do swej ziemi, przeszkodę w realizacji celów mojej grupy. Żyłem w przekonaniu, że to wielkie marzenie – o zasiedleniu ziemi zamieszkiwanej przez Palestyńczyków – podzielają wszyscy Żydzi.
Czy mieszkańcy izraelskich osiedli na Zachodnim Brzegu mają świadomość, że osadnictwo na okupowanych terytoriach jest nielegalne z perspektywy prawa międzynarodowego?
Z punktu widzenia prawa międzynarodowego wszystkie izraelskie osiedla na Terytoriach Okupowanych są nielegalne. Większość Izraelczyków w ogóle nie zdaje sobie z tego sprawy. Wynika to z tego, że wszystkie izraelskie rządy po 1967 roku, również rządy Partii Pracy, przyjmowały własną interpretację prawa międzynarodowego. Zakaz przenoszenia ludności państwa okupującego na terytorium okupowane odczytywano jedynie jako zakaz przymusowego przesiedlania cywili. Jeżeli natomiast Izraelczycy osiedlają się tam dobrowolnie, to – według tej interpretacji – nie dochodzi do naruszenia prawa.
Kiedy przeciętny Izraelczyk słyszy określenie „nielegalne osiedle”, myśli wyłącznie o tzw. dzikich przyczółkach (ma’achazim), które powstały bez zgody izraelskich władz. Nie odnosi tego pojęcia do osiedli zbudowanych za zgodą państwa, choć z perspektywy prawa międzynarodowego również je należy uznać za nielegalne.
W jakim stopniu brutalne działania osadników są wspierane przez państwo?
Władza ponosi główną odpowiedzialność za przemoc osadniczą. Jeśli państwo nie zapobiega agresji, nie prowadzi skutecznych śledztw i nie karze osób odpowiedzialnych za ataki, to jego działania stają się częścią problemu. W praktyce dochodzenia policyjne są wszczynane bardzo rzadko, a nawet gdy do nich dochodzi, sprawcy często nie zostają wykryci ani ukarani.
Szereg organizacji, w tym izraelskie B’Tselem, twierdzi, że IDF jest bezpośrednio zaangażowany w przemoc osadniczą. Jak oceniasz odpowiedzialność armii?
Na przestrzeni ostatnich lat doszło do poważnego regresu, jeśli chodzi o postawę wojska. Zadaniem IDF – i to jest podstawowe przekonanie każdego żołnierza służącego w tej armii – jest ochrona Izraelczyków. To jest jej główny cel.
Przez lata byłem świadkiem wielu sytuacji, w których dochodziło do przemocy. Jeśli armia w ogóle interweniowała, to zazwyczaj po stronie Izraelczyków. Początkowo polegało to głównie na rozdzielaniu skonfliktowanych Palestyńczyków i osadników. Żołnierze rzadko uczestniczyli w aktach agresji, jedynie nakazywali Palestyńczykom odejść. Jeśli ci odmawiali, czasami używano wobec nich siły – co również było formą przemocy.
Z czasem jednak sytuacja zaczęła się pogarszać. W ostatnich latach widzimy przypadki żołnierzy aktywnie uczestniczących w przemocy. Zdarza się, że przychodzą razem z osadnikami i od razu biorą udział w atakach, niszczeniu mienia, pobiciach.
Dowództwo IDF oficjalnie sprzeciwia się takim działaniom, choć można je krytykować za to, że nie robi wystarczająco dużo, by im zapobiegać. Nie uważam, że takie incydenty wynikają z odgórnego planu armii.
Problem polega też na tym, że część żołnierzy zaangażowanych w te działania to sami osadnicy odbywający służbę wojskową. Inni służą w jednostkach odpowiedzialnych za ochronę osiedli, gdzie wielu żołnierzy mieszka na co dzień. W takich warunkach trudno odróżnić żołnierza od uzbrojonego osadnika.
Czy był jakiś konkretny moment, w którym postanowiłeś opuścić ruch osadniczy, czy był to dla ciebie dłuższy proces?
Moja przemiana była efektem wieloletniego, złożonego procesu. Punktem zwrotnym był moment, w którym zacząłem podważać swój religijny styl życia. Ostateczne odejście od religii skłoniło mnie do zrewidowania pozostałych poglądów. Wcześniej sprawa była oczywista – decydował nakaz boski, autorytet Tory i słowa rabinów. Bez tego religijnego fundamentu musiałem znaleźć nowe uzasadnienie dla swoich wyborów.
Zacząłem więc wnikliwie studiować sytuację na Terytoriach Okupowanych. Kierowała mną autentyczna potrzeba zrozumienia zjawiska, którego byłem częścią. Zdobyta w ten sposób wiedza uświadomiła mi, że tkwiłem w głębokim błędzie, a ruch osadniczy narusza fundamentalne prawa człowieka. Dodatkowo, pracując jako dziennikarz, rozmawiałem z wieloma osobami po obu stronach konfliktu, co pozwoliło mi na dogłębne poznanie jego prawnych, wojskowych i politycznych aspektów.
Drugim filarem mojej transformacji były osobiste spotkania z Palestyńczykami. Bezpośredni kontakt z ludźmi z drugiej strony pozwolił mi całkowicie porzucić dawne uprzedzenia. Zobaczyłem w nich partnerów do dialogu, mających takie same marzenia, plany i problemy, jak każdy z nas.
Te doświadczenia doprowadziły mnie ostatecznie na pozycje lewicowe. Przez pierwszych kilka lat mojej drogi, pomimo rodzących się wątpliwości i wewnętrznego rozdarcia, wciąż uważałem się za człowieka prawicy.
Izrael od prawie 60 lat okupuje Zachodni Brzeg i rozwija na nim infrastrukturę cywilną oraz wojskową. Zdaniem niektórych polityków i komentatorów rozwój izraelskiego osadnictwa przekreśla szansę na pokój.
Nie zgadzam się z tą tezą. Moim zdaniem osadnictwo nie wyklucza ani porozumienia pokojowego, ani nawet rozwiązania dwupaństwowego. Ono jest nadal możliwe i można uzyskać je, ewakuując część nielegalnych osiedli i przekazując największe z nich Izraelowi.
Po 7 października większość Izraelczyków straciła wiarę w możliwość rozwiązania dwupaństwowego. Moim zdaniem zbyt łatwo zapominamy, że to nie jedyne możliwe rozwiązanie, istnieją też postulaty ustanowienia jednego państwa „dla wszystkich” lub demokratycznej federacji.
Kłócenie się o kształt ostatecznego rozwiązania pokojowego postrzegam jako stratę czasu. Kluczowe jest uświadomienie społeczeństwa, że taki czy inny kompromis jest koniecznością. W każdym innym wypadku wzajemna przemoc potrwa jeszcze dziesiątki, jeśli nie setki lat.
Czy jest jakaś myśl, z którą chciałbyś zostawić mnie i osoby czytające naszą rozmowę?
Chciałbym pokazać, że Izrael to nie tylko radykałowie pokroju Ben-Gwira i Smotricza, których twarze regularnie pojawiają się na łamach zachodnich gazet. Choć narracja skrajnej prawicy zdominowała dziś izraelską politykę, nie oznacza to, że wszyscy Izraelczycy ją akceptują. W kraju działają dziesiątki tysięcy aktywistów i liczne organizacje społeczne, które każdego dnia dokumentują przemoc osadniczą i nagłaśniają działania obecnego rządu wymierzone w demokratyczne instytucje. Gdyby nie ich ciężka, często świadczona w ramach wolontariatu praca, zarówno większość osób w Izraelu, jak i poza nim nigdy nie poznałoby rzeczywistej skali przemocy na Terytoriach Okupowanych.
Los Palestyńczyków na Zachodnim Brzegu leży na sercu bardzo wielu osobom na całym świecie. Chcę, by wiedzieli, że w Izraelu mają partnerów do rozmowy i że nadal istnieją Izraelczycy, którzy sprzeciwiają się przemocy osadniczej oraz wspierają dążenie Palestyńczyków do godności i bezpieczeństwa.
Przed nami z pewnością jeszcze długa droga, ale pozostaję optymistą. Po początkowym szoku wywołanym masakrą z 7 października bardziej świecka i liberalna część izraelskiego społeczeństwa zaczyna coraz lepiej rozumieć związek między okupacją a kryzysem izraelskich instytucji politycznych. Coraz więcej osób dostrzega, że rząd dąży do osłabienia niezależności sądów właśnie dlatego, że pozostają one ostatnią realną przeszkodą dla dalszej rozbudowy osiedli, a w dalszej perspektywie także aneksji okupowanych terytoriów.
Niezależnie od tego, jak trudna wydaje się obecna sytuacja, nie przestanę rozmawiać z młodymi ludźmi i przekonywać ich, że jedyną drogą do bezpieczeństwa jest polityczne rozwiązanie konfliktu. Nie poddamy się, dopóki nie uda się wywalczyć trwałego i sprawiedliwego pokoju.










Komentarze
Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!