🇨🇳 Chiny od lat zwiększają udział w światowym przemyśle dzięki szeroko zakrojonemu wsparciu państwa dla rodzimych przedsiębiorstw. Coraz większa część tej produkcji trafia na rynek europejski.
🏭 Europa może utracić kolejne gałęzie przemysłu, jeśli nie zacznie aktywniej chronić własnej produkcji i inwestować w rozwój strategicznych sektorów.
📉 Upadek zakładów przemysłowych oznacza nie tylko utratę miejsc pracy. Doświadczenia wielu regionów Europy i USA pokazują, że długotrwała deindustrializacja sprzyja wzrostowi społecznego niezadowolenia i poparcia dla ugrupowań skrajnie prawicowych.
🇪🇺 W Unii Europejskiej trwa spór o to, czy odpowiedzią na globalną konkurencję powinny być deregulacja i obniżanie kosztów pracy, czy też silniejsza polityka przemysłowa oraz większa rola państwa w gospodarce.
W ostatnim czasie został wydany wspólny raport Ośrodka Studiów Wschodnich oraz Związku Przedsiębiorców i Pracodawców na temat chińskiego szoku przemysłowego, jaki dotyka europejski przemysł, również polski. Najciekawsza jest jednak nie publikacja sama w sobie, lecz to, jak bardzo kontrastuje ona z dominującymi w Polsce narracjami. Gdy organizacja przedsiębiorców żąda stanowczej interwencji UE i państwa, współpracując z renomowanym ośrodkiem analitycznym, polskie partie liberalne i prawicowe ścigają się w tym, kto ma pomysł na zderegulowanie większej liczby przepisów i obniżenie jak największej liczby podatków. Kontrast ten pokazuje powagę sytuacji: jeśli nic się nie stanie, rodzimy oraz europejski sektor przemysłowy czeka brutalna degradacja.
Ta wolta w stosunku do dominujących przekazów medialnych zawiera w sobie potężny ładunek historycznej ironii. Przyzwyczajeni do tego, że polski kapitał prywatny, wychowany na religii Leszka Balcerowicza i w przekonaniu, że rola państwa powinna ograniczać się do bycia biernym stróżem nocnym, możemy się dziwić, że nagle zaczyna głośno domagać się twardego interwencjonizmu. Podręcznikowe dogmaty o nieomylności wolnego rynku rozsypują się w pył, gdy dochodzi do czołowego zderzenia z bezwzględną machiną chińskiego kapitalizmu państwowego. Przez ponad trzy dekady wmawiano nam, że rynek sam najlepiej zaalokuje kapitał, a każda próba ochrony rodzimej produkcji to szkodliwy protekcjonizm. Dziś ten sam sektor, któremu jeszcze całkiem niedawno na rękę było straszenie w mediach socjalizmem przy każdej próbie podniesienia płacy minimalnej, puka do drzwi unijnych komisarzy i błaga o państwowe tarcze.
Dominacja Chin
Przez całe dekady architekci globalnej gospodarki karmili nas prostą opowieścią. Azja miała na zawsze pozostać rezerwuarem taniej siły roboczej, fabryką prostych plastików i szwalnią ubrań dla zachodnich konsumentów. Z kolei Europa miała zachować rolę innowacyjnego centrum, rezerwując zyski z wysokich marż, zaawansowaną myśl inżynieryjną oraz eleganckie biura projektowe. Ten wygodny układ przestał istnieć. Pekin nie zamierzał wiecznie zadowalać się rolą producenta na rzecz innych oraz niezaawansowanych technologicznie towarów. Wpompowali setki miliardów dolarów bezpośrednio w rozwój całych łańcuchów technologicznych, żeby wyjść z tej roli. Dzisiaj chińskie koncerny nie walczą już cenowo. Dominują np. w segmencie paneli fotowoltaicznych, pomp ciepła, magazynów energii, baterii litowo-jonowych oraz pojazdów elektrycznych.
Sytuację drastycznie zaostrza głęboki kryzys w samych Chinach. Popyt wewnętrzny na rynku chińskim jest zbyt niski na przyjęcie całej chińskiej nadmiarowej produkcji, w związku z czym Pekin podjął przemyślaną decyzję polityczną: nadprodukcja przemysłowa zostaje w całości skierowana na eksport. Europa, ze swoją otwartością handlową i przywiązaniem do wolnorynkowej konkurencji, stała się naturalnym celem dla tej fali towarów. W unijnych gabinetach zaczyna się wprawdzie coraz głośniej mówić o możliwości wprowadzenia ceł odwetowych, ale dotychczasowe instrumenty prawne Brukseli przypominają próbę gaszenia pożaru rafinerii naftowej konewką. Sprawa jest znacznie bardziej skomplikowana, niż chcieliby to widzieć urzędnicy wychowani na klasycznej teorii handlu. Unijne procedury antydumpingowe ciągną się miesiącami, tymczasem chiński eksport potrafi obejść je w szybszym tempie, niż Unia Europejska jest w stanie zareagować.
Chińskie przedsiębiorstwa nie funkcjonują w warunkach klasycznej konkurencji gospodarczej. Działają wewnątrz gęstej, nieprzeniknionej sieci państwowych subwencji. Obejmuje ona bezpłatne grunty pod budowę zakładów, ulgi w podatkach lokalnych, bezprocentowe kredyty z państwowych banków oraz preferencyjne stawki energii elektrycznej dostarczanej przez państwowe koncerny. Dla chińskiego producenta sprzedaż towaru ze stratą na rynku europejskim nie stanowi egzystencjonalnego zagrożenia ze względu na wsparcie państwa.
Dochodzi do tego potężna niewiadoma, z którą Unia Europejska zupełnie sobie nie radzi. Rzeczywisty poziom subsydiowania przemysłu przez Pekin pozostaje ściśle strzeżoną tajemnicą państwową. Państwo Środka nie udostępnia przejrzystych sprawozdań finansowych, a skomplikowane powiązania między władzami lokalnymi, bankami komercyjnymi i spółkami technologicznymi uniemożliwiają wyliczenie realnego wsparcia. Narzucenie tradycyjnego cła odwetowego na poziomie dziesięciu czy piętnastu procent skutkuje tylko tym, że Pekin zwiększa kroplówkę dla swoich czempionów eksportowych. Europa próbuje grać rynkowymi miarami przeciwko podmiotowi, który dawno te zasady odrzucił.
Reakcja europejska
Największe zagrożenie tkwi jednak w sposobie, w jaki na ten kryzys reaguje europejska klasa polityczna. Zamiast zaakceptować potrzebę stworzenia własnej, odważniejszej polityki przemysłowej, liberalni i prawicowi politycy sięgają po dawno skompromitowane, neoliberalne nawyki. Klasa polityczna w stolicach europejskich próbuje rozwiązywać wyzwania XXI wieku za pomocą XIX-wiecznego wyzysku. Znakomitym przykładem tego intelektualnego uwiądu była lutowa wizyta szefa niemieckiej CDU Friedricha Merza w Chinach. Merz, obserwując azjatyckie kompleksy produkcyjne, wyciągnął kuriozalne wnioski. Po powrocie z delegacji obwieścił publicznie: „Mówiąc wprost: równowaga między życiem zawodowym a prywatnym i czterodniowy tydzień pracy nie wystarczą, aby utrzymać obecny poziom dobrobytu naszego kraju w przyszłości, dlatego musimy ciężej pracować”.
Niedługo po tej wypowiedzi chadecy w Niemczech podnieśli larum w sprawie absencji chorobowych w zakładach. Zaproponowano zaostrzenie przepisów dotyczących zwolnień lekarskich, a politycy CDU skomentowali sytuację krótko: „Nie możemy sobie dłużej pozwolić na straty”. Zamiast zapytać, dlaczego pracownicy są przeciążeni i schorowani, niemiecka prawica uznała, że odpowiedzią na chińskie subsydia państwowe powinno być zmuszenie pracowników do pracy za wszelką cenę. Diagnoza neoliberałów skręca zawsze w tę samą stronę: przydusić płace, ściągnąć tanią siłę roboczą pozbawioną podstawowych osłon i zdemontować normy bezpieczeństwa pracy. W krótkiej perspektywie taki ruch podnosi marże właścicielom firm i poprawia kwartalne słupki na giełdzie. W długiej – niszczy siłę nabywczą obywateli i wywołuje głęboką wściekłość społeczną.
Perspektywa upadku
Prawdziwa katastrofa rozegra się w perspektywie długoterminowej. Jeśli Unia pozwoli na niekontrolowane zniszczenie rodzimej produkcji, nie skończy się na zamknięciu kilku zakładów pod Berlinem czy Wrocławiem. Mówimy o przejęciu całych gałęzi przemysłu przez Chiny, a w długim okresie nawet o zniszczeniu przemysłu europejskiego, jaki znamy. Niemiecki model gospodarczy nie opierał się przecież wyłącznie na giełdowych i korporacyjnych gigantach. Sercem przemysłu był Mittelstand – tysiące średnich firm dostarczających innowacyjne maszyny i precyzyjne komponenty. Wielkie koncerny samochodowe, takie jak Volkswagen czy Mercedes, poradzą sobie bez problemu. Zarządy podpiszą umowy z chińskimi dostawcami baterii, inwestorzy z Azji mogą kiedyś przejąć pakiety akcji, a rozpoznawalne logo pozostanie na masce. Dyrektorzy zachowają swoje milionowe pensje i komfortowe gabinety. Jednak wszystko pod blachą w przyszłości może być już chińskie.
Tu dochodzimy do losu podwykonawców z Europy Środkowo-Wschodniej. Polska, Słowacja, Czechy, Węgry oraz Rumunia zbudowały swoją pozycję jako przemysłowa otulina Zachodu. W zagłębiach produkcyjnych na Śląsku, Dolnym Śląsku, w Wielkopolsce czy na Podkarpaciu produkuje się wiązki kablowe, tłoki, fotele, układy hamulcowe i plastikowe obudowy. Kiedy niemiecki odbiorca zrezygnuje z tych dostaw na rzecz tańszych modułów z Azji, polska fabryka nie przestawi się w tydzień na produkcję leków czy półprzewodników. Nie ma do tego ani kapitału, ani własnych patentów. Po prostu zbankrutuje, zostawiając lokalną społeczność na lodzie. Dla całego przemysłowego trzonu Europy – ciągnącego się od północnych Włoch, przez południe Niemiec, aż po polskie i rumuńskie okręgi przemysłowe – oznacza to potężny szok gospodarczy i powstanie europejskiego pasa rdzy.
Gospodarczy upadek tradycyjnych okręgów przemysłowych z bezwzględną logiką pociągnie za sobą zniszczenie tkanki społecznej. Kiedy znikają stabilne miejsca pracy, poczucie bezpieczeństwa ustępuje miejsca lękowi. A lęk jest najbardziej podatnym gruntem pod rozwój politycznego radykalizmu. Ludzie, którzy z dnia na dzień tracą stabilizację życiową, nie szukają zawiłych wykładów ekonomicznych. Szukają prostej diagnozy i winnego.
Skrajna prawica nie odpoczywa
W Niemczech Alternative für Deutschland (AfD) bije sondażowe rekordy, opierając swoją siłę na frustracji mieszkańców wschodnich landów. Jeśli dojdzie do masowych zamknięć i zwolnień w sektorze maszynowym i motoryzacyjnym, AfD może przeskoczyć historyczne sufity poparcia. Już teraz we wschodnich landach niemieckich tworzenie koalicji wyborczych w landtagach jest trudne ze względu na ogromną ilość mandatów, jaką ma w nich AfD. W takim scenariuszu partia może powoli przejmować władzę we wschodnich landach i być coraz silniejsza w landach zachodnioniemieckich.
W Polsce skutki będą równie dewastujące. Zwolnienia mogą nasilić poparcie dla skrajnej prawicy, jeśli nie bezpośrednio, to przez efekt synergii z jej narracjami. Potrafi ona doskonale żerować na rozczarowaniu systemem, podsuwając fałszywe recepty. Wraz ze wzrostem poparcia dla radykałów nastąpi gwałtowny wzrost agresji w języku publicznym. Politycy skrajnej prawicy nie wskażą przecież bezdusznej logiki kapitału czy chińskiego interwencjonizmu jako źródła problemu. Zamiast tego zaserwują stały zestaw kozłów ofiarnych: migrantów zarobkowych, unijne regulacje klimatyczne, ekologów oraz organizacje pracownicze. Prawicowa narracja będzie surowa: zlikwidować prawa pracownicze, wycofać się z norm środowiskowych, a rodzimy biznes rzekomo odetchnie.
Jednocześnie wzmocnią się stronnictwa wolnorynkowe, które wykorzystają kryzys, by domagać się powszechnej deregulacji i ostatecznego sprasowania osłon społecznych. W mediach głównego nurtu jeszcze mocniej zabrzmi narracja, że Polacy muszą pracować więcej i zgodzić się na elastyczne umowy.
Polska znajduje się na razie w nieco lepszym położeniu niż nasi sąsiedzi. Posiadamy najbardziej zdywersyfikowany eksport nie tylko w regionie, ale też na poziomie światowym. Uderzenie w motoryzację zaboli nas mniej niż Słowację, Czechy czy Węgry, zależne w większym stopniu od niemieckiego przemysłu i kontaktów z nim. Jednak ten relatywny bufor nie oznacza, że jesteśmy bezpieczni.
Kres januszexów, jakie znamy
Trzeba wreszcie głośno powiedzieć, dlaczego polskie firmy mogą nie przetrwać tej konfrontacji. Znaczna część dużych przedsiębiorstw w Polsce to tzw. januszexy, budujące swoją obecność wyłącznie na taniej sile roboczej. Zamiast inwestować w innowacje i automatyzację, właściciele wymuszali bezpłatne nadgodziny i stosowali śmieciowe umowy. Gdy w kraju zaczęło brakować rąk do pracy, biznes nie sięgnął po nowe technologie. Zaczął ściągać pracowników z zagranicy, byle tylko utrzymać niskie płace i nie zmieniać starych metod zarządzania. Właściciele wyciągali z firm zyski np. na prywatną konsumpcję lub poza granice kraju w przypadku firm zagranicznych, zamiast pompować je w dział badań i rozwoju. W konfrontacji z Chinami ten model jest skazany na klęskę. Chiński przemysł jest już zautomatyzowany i nowoczesny. Właściciele polskich fabryk, próbujący wycisnąć dodatkową marżę z wyzysku pracownika, nie zyskają na tym zbyt wiele w długim okresie. Postępując w ten sposób, są skazani na porażkę.
Tu pojawia się kluczowy fakt, całkowicie sprzeczny z wolnorynkowym dogmatem dominującym w polskich mediach: umacnianie się związków zawodowych może być jedną z dróg do uratowania polskiego przemysłu. Gdy pracownicy mają silną reprezentację i potrafią wywalczyć godne płace, właściciel firmy traci opcję zdzierania renty z taniej pracy. Kiedy praca staje się droga, biznes musi zacząć myśleć. Musi zainwestować w zautomatyzowane parki maszynowe oraz poprawić logistykę. Im większe będzie uzwiązkowienie, tym większa presja na właścicieli na zmianę modelu biznesowego, nawet w nieuzwiązkowionych zakładach pracy. Uzwiązkowienie minimalizuje efekt zdzierania renty przez właścicieli, który krótkoterminowo daje im zysk, ale długoterminowo prowadzi ich fabryki do bankructwa w zderzeniu z nowocześniejszą konkurencją. Związki zawodowe powinny też wymuszać modernizację tych zakładów. W efekcie im lepiej pracownicy walczą o swoje prawa, tym bezpieczniejszy staje się cały przemysł i tym trwalsze stają się miejsca pracy.
Europejska odpowiedź
Nie da się uratować europejskiego przemysłu bez odbudowy postawy, którą można nazwać europatriotyzmem gospodarczym. Jeśli polskie czy niemieckie firmy będą masowo wybierać tańsze chińskie komponenty zamiast droższych europejskich odpowiedników, projekt integracji europejskiej można spisać na straty. Ochrona własnego rynku przed dumpingiem to nie kaprys, lecz kwestia przetrwania. Trzeba też wyciągnąć wnioski z lekcji, którą dał nam Pekin. Chińskie centralne planowanie i państwowy interwencjonizm okazały się drastycznie bardziej efektywne w budowaniu potęgi przemysłowej, niż bałagan wolnego rynku. Pekin potrafi zidentyfikować kluczowy sektor na dekady do przodu i konsekwentnie pakować w niego środki publiczne. Unia Europejska musi zyskać zdolność stosowania podobnych narzędzi. Czas odrzucić naiwną wiarę, że rynek samoczynnie wytworzy strategiczne technologie.
Nadchodzące wyzwania muszą przesunąć Unię w stronę odważnego interwencjonizmu gospodarczego. Potrzebujemy strategicznego rozwoju całych gałęzi przemysłu, aby Europa uzyskała samowystarczalność – od produkcji substancji czynnych do leków, przez hutnictwo, przetwórstwo stali, aż po technologie odnawialnych źródeł energii. Publiczne fundusze unijne muszą zasilać bezpośrednio europejskie zakłady, uzależniając pomoc od utrzymania miejsc pracy i zakazu wypłaty dywidend dla akcjonariuszy.
W przypadku ziszczenia się najczarniejszego scenariusza, lewica musi być gotowa. Musimy jeszcze bardziej stać na straży praw pracowniczych i nieustannie głosić propracowniczy przekaz w kontrze do wolnorynkowych bredni. Jeśli nie przełamiemy tej dominującej narracji i nie obronimy przemysłowego serca Europy, rosnąca w siłę skrajna prawica po prostu zniszczy Unię Europejską od środka.
**
Adam Pochmara – autystyczny student informatyki i ekonometrii na UW (wcześniej socjologii i ekonomii międzynarodowej) oraz wiceprezes Koła Naukowego Ekonomii Heterodoksyjnej UW.










Komentarze
Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!