Dwa dni po finale Eurowizji Izrael po raz kolejny porwał aktywistów humanitarnych poza swoimi wodami terytorialnymi. Było wśród nich dwoje obywateli Polski – Łukasz Kozak i Agata Wisłocka.
Trzy dni po finale Eurowizji izraelska organizacja broniąca praw człowieka Adalah donosiła, że tamtejsze służby dopuszczały się wobec zatrzymanych m.in. zrywania kobietom hidżabów, używały taserów i gumowych kul. Że wiele osób ma podejrzenie złamania żeber, a trzy trafiły do szpitala.
Cztery dni po finale Eurowizji minister spraw wewnętrznych Izraela Itamar Ben-Gwir umieścił w sieci wideo z portu w Aszdod. Widać na nim dziesiątki osób na klęczkach ze skrępowanymi rękami. Wśród nich przechadza się uśmiechnięty od ucha do ucha Ben-Gwir z izraelską flagą, kpiąc z nich i wykrzykując w twarz hasła o „wielkim Izraelu”.
Jaki związek ma kolejny pokaz izraelskiego barbarzyństwa z Eurowizją? Popularny konkurs piosenki od lat stanowi istotną część hasbary, czyli strategii dyplomatycznej Izraela zapewniającej nietykalność faszystom pokroju Netanjahu i Ben-Gwira. To, co dla wielu jest międzynarodowym karnawałem, beztroską celebracją różnorodności, muzycznym i queerowym świętem, służy do fabrykowania przyzwolenia na więzienne gwałty i tortury w wykonaniu żołnierzy IDF.
Izrael angażuje w Eurowizję swój korpus dyplomatyczny
Tuż przed tegoroczną Eurowizją „New York Times” opublikował wyniki śledztwa, z którego jasno wynika, że Izrael traktuje ten konkurs jako narzędzie soft power i podchodzi do sprawy naprawdę poważnie. Europejska Unia Nadawców (EBU) oraz dyrektor konkursu Martin Green upierają się, że Eurowizja jest apolityczna, choć to dzięki nim stała się jednym z najbardziej politycznych wydarzeń omawianych w debacie publicznej. Dość powiedzieć, że gdy na szali znalazło się wykopanie Izraelczyków z konkursowej stawki, rząd Netanjahu zaangażował korpus dyplomatyczny do rozmów z nadawcami z tych krajów zrzeszonych w Europejskiej Unii Nadawców, które są nie dość wierne Izraelowi.
Pierwsza po zamachach z 7 października Eurowizja odbyła się w 2024 roku w szwedzkim Malmö. Kiedy okazało się, że reprezentantka Izraela w głosowaniu widzów miała zaskakująco wysokie wyniki w krajach, gdzie Izrael nie cieszy się popularnością, nadawca ze Słowenii poprosił EBU o szczegółowe dane dotyczące zbierania głosów. Nigdy ich nie otrzymał. Sytuacja powtórzyła się rok później w Bazylei. Jednocześnie rosły naciski kilku krajów, w tym Hiszpanii, by pozbyć się Izraela z konkursu.
„New York Times” dotarł do prognoz finansowych, z których wynika, że sytuacja finansowa EBU jest kiepska, przez co organizator Eurowizji obawia się bojkotu. Prognozy wskazywały, że zbojkotowanie konkursu przez kraje sprzyjające Izraelowi wiązałoby się ze stratą ponad 600 tys. dolarów. Ostatecznie Eurowizję 2026 zbojkotowały Hiszpania, Holandia, Słowenia, Islandia i Irlandia. W grę wchodzić miał nawet bojkot ze strony Austrii, czyli gospodarza tegorocznej edycji konkursu.
Na decyzji o wycofaniu się wymienionych krajów zaważyło wrześniowe spotkanie nadawców i organizatorów w Chorwacji. Dyrektor Green z jednej strony przekonywał, że żadne działania Izraela nie wpłynęły na wyniki wcześniejszych konkursów, z drugiej zaś instruował, jak prowadzić komunikację, by zdobyć jak najwięcej głosów.
W grudniu przeprowadzono głosowanie nad nowym regulaminem, w którym zapisany był również skład państw biorących udział w konkursie. Tym samym zaakceptowano obecność Izraela w stawce bez bezpośredniego poruszania niewygodnego tematu.
Tymczasem rząd Izraela finansuje promowanie swoich eurowizyjnych reprezentantów co najmniej od 2018 roku, a po 7 października 2023 roku znacznie zwiększył nakłady. Nie jest to złamanie prawa, ale rozmach tych działań pokazuje, jak ważna dla rządu w Tel Awiwie jest Eurowizja. Część finansowania pochodzi z budżetu izraelskiego MSZ, a dziennikarze z Finlandii ujawnili dane z biblioteki reklam Google pokazujące, że w 2025 roku rządowe reklamy nakłaniające do głosowania na reprezentantkę Izraela były kupowane w kilku językach, w tym polskim.
Dodajmy do tego publiczne zaangażowanie Netanjahu, prezydenta Herzoga oraz dyplomatów, którzy w sprawie eurowizyjnego głosowania widzów nawiązywali kontakt z diasporą, a zrozumiemy, że intensywność działań izraelskiego rządu w tak (pozornie) błahej sprawie jest doprawdy osobliwa. Dziennikarze „NYT” powołują się na anonimowych izraelskich urzędników twierdzących, że dobry wynik na Eurowizji ma pokazywać, że kraj jest popularny w Europie. Po zajęciu drugiego miejsca w głosowaniu widzów przez Eden Golan w 2024 roku izraelski portal Ynet napisał: „Wygląda na to, że świat nie jest przeciwko nam”. Jednocześnie autorzy „NYT” utrzymują, że w niektórych krajach udział w głosowaniu bierze tak niewielu widzów, że wystarczy przekonać kilkaset osób do oddania na Izrael maksymalnej liczby głosów (w starym regulaminie 20, obecnie 10).
Państwo polskie nie wierzy ofiarom. Uwierzyło dopiero obłąkanemu faszyście
Mniej więcej w tym samym czasie, kiedy odbywały się półfinałowe i finałowe koncerty eurowizyjne, instagramowy profil @poland_globalsumud zaczął publikować wypowiedzi Magdaleny Górskiej, która zdawała relację z porwania przez Izrael w nocy z 29 na 30 kwietnia. W jej słowach rysuje się wizja czegoś, czego na pewno nie można nazwać „aresztowaniem”, jak chcieliby niektórzy.
Zamaskowani, uzbrojeni komandosi bez żadnych oznaczeń, powitań, nie mówiąc o wylegitymowaniu się czy podaniu podstawy prawnej (przypominam, że mówimy o wodach międzynarodowych) wdarli się na pokłady łodzi płynących do Gazy w ramach misji humanitarnej Global Sumud Flotilla. Werbalne groźby i zapowiedzi zastrzelenia w wypadku niestosowania się do poleceń, mierzenie w pokojowych działaczy z długiej broni, zdewastowane łodzie i wyposażenie. Zmuszanie ludzi do trwania w pozycji embrionalnej na kolanach na wilgotnej, metalowej podłodze przez wiele godzin. Odebranie dokumentów i kart kredytowych, których nigdy nie zwrócono. Przemoc fizyczna. Trzymanie ludzi w upalnych warunkach za dnia i w zimnie nocą, przy niewystarczającej dla wszystkich przestrzeni do spania. Doprowadzanie do hipotermii.
Ta relacja została przez opinię publiczną zignorowana, zamilczana. Podobnie jak wiele wcześniejszych opowieści – Franka Sterczewskiego czy Grety Thunberg. Jak raporty więzionego bez postawionych zarzutów Hussama Abu Safiya. Trzeba było obscenicznego występu jawnego faszysty Ben-Gwira, by polskie państwo zareagowało. Żeby minister Sikorski podjął choćby symboliczne działania w postaci wpisu w internecie i zakazu wjazdu dla polityka, który i tak raczej nie ma zamiaru ruszać się z Izraela. Tak już w Polsce mamy, że nie wierzymy ofiarom, zwłaszcza kiedy ofiarami są ludzie, których można wrzucić do kategorii „lewaki” – ona pomieści wszystkich, których nie lubimy. Wierzymy dopiero, gdy izraelski degenerat sam pokazuje, jak pozbawia godności obywateli naszego kraju, bo jest tak naćpany rasistowską ideologią „wielkiego Izraela”, że zwyczajnie nie może się powstrzymać.
Sikorskiemu nie wystarczyło zamordowanie Damiana Sobola, nie wystarczyło porywanie innych Polaków – w tym posła na Sejm – z wód międzynarodowych. Z tego ostatniego wręcz bezpardonowo szydził, sprytnie odwracając uwagę opinii publicznej od sedna sprawy i przenosząc ją na kwestię rzekomego finansowania przez skarb państwa deportacji z Izraela Polek i Polaków, którzy nawet się tam nie kierowali – ich celem była Gaza.
Potrzeba było zarejestrowanego na zdjęciu zbeszczeszczania religijnej figurki, żeby Sikorski jakkolwiek skrytykował Izrael, narażając się pewnie na ciche dni w domu. Gdyby Ben-Gwir był w stanie się opanować i nie wrzucił wideo do sieci, a zamiast tego zorganizował konferencję, na której z poważną miną zapewniałby, że wszystko jest w porządku, Radek Sikorski powtarzałby, że wszystko jest w porządku. Musi być, skoro tak mówią nasi sojusznicy i przyjaciele.
Kłamliwa hasbara jako „sztuka i rozrywka”
Tak właśnie działa hasbara, której Eurowizja stała się nieodłączną częścią. Tu nic nie jest pozostawione przypadkowi. Pamiętacie, jak w zeszłym roku na polskim YouTubie można było zobaczyć sponsorowane przez Izrael spoty, siejące dezinformację o pomocy humanitarnej ONZ w Gazie?
Emitowane latem 2025 roku materiały przekonywały po pierwsze, że w Gazie nie ma głodu, a po drugie, że to ONZ wstrzymuje pomoc humanitarną, a nie blokujący ją na przejściach granicznych Izraelczycy. Niektóre ze spotów wzywały wręcz ONZ do podjęcia działań i rozdzielenia zasobów. Co z tego, że to sprzeczne przekazy – nie pierwszy raz propagandowe narracje się wykluczają. Im więcej wersji „alternatywnej prawdy”, tym lepiej.
Dziś wiemy między innymi, że materiały pokazujące restaurację w Gazie, mające dowodzić, że jedzenia jest tam w bród, były archiwalne i pochodziły z knajpy, która dawno została zamknięta. Z doniesień naocznych świadków i dziennikarzy podawanych m.in. przez BBC wiemy też, że Izrael zwabiał głodnych Palestyńczyków do punktów dystrybucji pożywienia i tam otwierał do nich ogień. Nawet strzelanie do zwierząt przy paśniku jest zakazane przez prawo – IDF bez mrugnięcia okiem mordował wygłodzonych ludzi, którzy szli całymi dniami, by zdobyć choć kawałek chleba.
Za propagandowe spoty Izraela odpowiedzialna była rządowa agencja reklamowa Israeli Government Advertising Agency „Lapam”. Według raportu NASK w samej Polsce miały zasięg rzędu ponad 20 milionów, a wyświetlane były jeszcze w kilku krajach Europy i w USA. Google udostępnia publicznie dane finansowe takich reklam, jeśli są one polityczne. A jednak izraelskie spoty kłamiące na temat głodu w Gazie zostały zakwalifikowane m.in. do kategorii… „sztuka i rozrywka”. Tym samym nie znamy kwot, jakie na tę konkretną kampanię przeznaczono. „Times of Israel” podawał w 2025 roku, że roczny budżet MSZ na takie działania to 150 mln dolarów, natomiast „Lapam” dysponuje osobnym budżetem w wysokości 120 mln dolarów.
Jak podaje NASK, Google ignorowało zgłoszenia o błędnym kategoryzowaniu tych materiałów. Zgłoszenia o ich dezinformacyjnym charakterze również nie spotkały się z reakcją, podobnie jak miało to miejsce na Facebooku oraz Instagramie, gdzie trwała ta sama kampania dezinformacyjna.
To wszystko dzieje się przy jednoczesnym biciu przez Izrael rekordów w mordowaniu dziennikarzy. Latem zeszłego roku media donosiły, że po 7 października 2023 w Gazie zabito ich już około 200. Podczas drugiej wojny światowej zginęło 69 dziennikarzy, a podczas dwudziestoletniej wojny w Wietnamie – 63.
Kilka tygodni temu izraelska armia zamordowała w Libanie dziennikarkę Amal Khalil, tamtejszą dziennikarkę. Najpierw ostrzelane zostało jej auto, potem budynek, w którym się ukryła. Na koniec – dla pewności – karetka, która przybyła z pomocą. Stało się to podczas trwającego zawieszenia broni.
A jednak żeby uwierzyć w izraelską przemoc, Polska wciąż potrzebuje Ben-Gwira przyznającego się do niej z nieskrywaną dumą.
Wciąż też wolimy udawać, że Eurowizja jest apolitycznym konkursem wesołych piosenek, a nie narzędziem hasbary, pomagającym nam wypierać fakt, że Izrael nie jest – i nigdy nie był – „normalnym”, demokratycznym państwem.
Podziękujmy „roztropnemu liberalnemu centrum”
Co jeszcze musi się stać, żebyśmy przestali udawać? Jak daleko pozwolimy izraelskim komandosom wybierać się poza terytorium własnego kraju, żeby dokonywali bezprawnych „aresztowań”? Ilu „naszych” musi ucierpieć z rąk „najbardziej moralnej armii świata”, żebyśmy zaczęli poważnie traktować bestialskie traktowanie Palestyńczyków? Kto jeszcze musi potwierdzić izraelskie zbrodnie wojenne, żeby nasi politycy zwrócili uwagę na ludobójstwo, głód, tortury i gwałty w więzieniach? Ile filmików musi wrzucić Ben-Gwir, żebyśmy zareagowali inaczej, niż tylko symbolicznie? Uznanie państwowości Palestyny przez Zachodnie państwa jest zapewne całkiem miłe, ale przede wszystkim dla polityków tychże państw, którzy mogą sobie przypinać kolejne ordery za nic. Sytuacji więźnia przetrzymywanego bez wyroku i gwałconego przez wytresowanego do tego psa nie zmieni to ani o jotę.
Ta obsceniczna hipokryzja i przymykanie oczu na izraelskie bestialstwo ma również swoje polityczne i bardziej bezpośrednie konsekwencje dla nas, obywateli zachodnich demokracji. W głośnej, niedawno wydanej po polsku książce Któregoś dnia okaże się, że wszyscy od zawsze byli przeciwko Omar El-Akkad zwraca uwagę m.in. na przyczyny porażki amerykańskich demokratów z prawicowymi radykałami z Partii Republikańskiej. Wskazuje na paraliżujący strach „roztropnego liberalnego centrum” przed posiadaniem jakichkolwiek poglądów w sprawach, które mogą być polaryzujące.
Ten strach przejawia się również w rozdźwięku między deklaracjami a realnymi dzianiami. Administracja demokratów prowadziła politykę robienia smutnych minek słysząc, ilu Palestyńczyków wymordowano w zeszłym tygodniu, jednocześnie wysyłając Izraelowi kolejne dostawy broni. Społeczeństwo nie znosi hipokryzji, a prawica jest dla niego zwyczajnie bardziej spójna, nawet jeśli jest to spójność w okrucieństwie. Łatwo można ekstrapolować tę zależność poza USA i poza izraelskie ludobójstwo.
Stosunek do Gazy elit politycznych chcących uchodzić za centrum skupia jak w soczewce wszystko to, co powoduje, że skrajna prawica będzie tylko rosła w siłę.




![Utracony kompas [o europejskiej lewicy]](https://krytykapolityczna.pl/wp-content/uploads/2026/03/plomienie_utracony_kompas-171x267.jpg)



!["Odwagi! [o zaangażowaniu młodych]" Dominika Lasota](https://krytykapolityczna.pl/wp-content/uploads/2026/04/odwagi-plomienie-okladka-173x267.jpg)

Komentarze
Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.