Świat

Beka z Vučicia, czyli parszywy tydzień z parszywego życia wschodnioeuropejskiego dyktatora

Filmik z tą sceną można oglądać na okrągło. Oczy Vučicia robią się wielkie jak dwa jaja, patrzy to na dokument, to na swoich współpracowników, po czym ewidentnie chce strzelić facepalma, ale orientuje się, że przecież wszędzie są kamery. Unosi się nad tą sceną gromkie „kurwa twoja mać”.


Taki prezydent Serbii Aleksandar Vučić to w zasadzie typowy wschodnioeuropejski dyktator. Pije piwo nawarzone przez nacjonalistyczne idee, bo od kiedy Slobodan Milošević w typowym dla nacjonalistów nieracjonalnym i niemogącym się udać rejdżu przeciwko całemu światu wywalił Serbię do worka z napisem „buce robiące problemy, ale stosunkowo bez znaczenia, ignorować, ewentualnie kij i marchewka”, Serbia w tym worku tkwi.

Tenże Milošević, kierując się nacjonalistycznym i mocarstwowym sentymentem, zszedł z drogi racjonalizmu i odrzucił pragmatyczny sojusz z Zachodem – jedynym, cóż poradzić, organizmem w okolicy, który był wtedy i nadal jest w stanie zapewnić jakie takie prawa człowieka, demokrację, bezpieczeństwo i socjal (przynajmniej w stosunku do alternatywnych propozycji).

I dlatego wybrał w ten sposób los banity: beznadzieję ciągłego lawirowania pomiędzy silniejszymi od siebie, kombinowania, jak tu ogarniać słabszych, nabierania się na pięknie błyszczące oczy fałszywych proroków oraz strukturalną biedę i rozkład infrastruktury. Jako polityk musiał ciągle mówić jedno, drugie robić, a myśleć trzecie. Odrzucając liberalną demokrację, doprowadził do neofeudalizacji Serbii, tworząc prosty w swojej konstrukcji system, w którym prawo i sądy to teoria, a praktyka jest taka, że ten ma rację, kto ma władzę, a ten ma władzę, kto ma kasę. Czyli prawo dżungli. Trzeba więc stale pocić się, trzymając tyłek przy ścianie: i w polityce międzynarodowej, i wewnętrznej, i gospodarczej.

Cokolwiek by więc mówić, obecny prezydent Vučić ma strasznie niewdzięczną pracę. Nie dość, że na Zachodzie jest postrzegany jako nacjonalista przefarbowany koniunkturalnie w szatki Europejczyka, to u siebie w kraju wśród co bardziej emocjonalnych patriotów uchodzi za zdrajcę, który chce za integrację europejską przehandlować Kosowo.

Vučić nie może nawet uciec z płaczem do liberalnych, lewicowych czy ogólnie proeuropejskich wyborców, ci bowiem, na odwrót, uważają go za niebezpiecznego nacjonalistę, pamiętając dobrze, jak był szefem propagandy Slobodana Miloševicia i podopiecznym mędrka-eurazjaty i grubego nackowskiego zwierza Vojislava Šešelja. I co wtedy wygadywał. A wygadywał takie głupoty, że Europejska Wspólnota Gospodarcza zakazała mu nawet wjazdu na swoje terytorium.

Może ów Vučić, oczywiście, odwoływać się do tradycyjnego zaplecza wszystkich środkowoeuropejskich populistów – tzw. zwykłych ludzi, którym zapewnia małą stabilizację (vide casus Łukaszenki, Putina, Kaczyńskiego, Orbána, Fica, Djukanovicia, Borisowa itd., a wcześniej Kadara, Honeckera, Gierka itd.), oraz poustawianych pod siebie w neofeudalny sposób biznesmenów, którym z pozycji pana i władcy na strukturze zwanej państwem narodowym rozdaje zlecenia, dotacje itd. (vide casus Łukaszenki, Putina, Kaczyńskiego itd., itd.).

Ale łaska jednych i drugich na pstrym jeździ koniu. I raz popierają, a raz takiego dyktatora obalają. I wtedy do władzy dochodzi inny milusiński tego typu. Bo jakiego innego? Przecież nie demokratycznego, skoro cała kraina ma instytucje demokratyczne postawione tylko w trybie wsi potiomkinowskiej.

Serbskie rave’y

czytaj także

Serbskie rave’y

Irena Molnar

Ale jeśli chodzi o stosunki międzynarodowe, to znów się zaczynają schody. Rządzona przez Vučicia Serbia nadal jest europejskim chłopcem do bicia, który najchętniej pobiegłby przytulić się do rosyjskiego wujka. Problem jednak w tym, że ten wujek to jest kawał drania: niby kocha, ale jak tylko może wyrolować, to wyroluje, wykorzysta, porzuci, zaszantażuje. A jak przychodzi co do czego, to się jeszcze okazuje, że wujek średnio stoi z forsą, możliwościami i – ogólnie – kochać go to jedno, rodziny się nie wybiera, wypić raz i drugi miło, ale budować razem z nim przyszłość – uchowaj Boże. Macedonii wujek Rosja nie pomógł, bo nie miał jak. W Czarnogórze chciał zrobić pucz, ale nie ogarnął, w Bośni mydli Serbom oczy już od ćwierć wieku i nic, w sprawie Kosowa nie pomógł, mimo że lokalni Serbowie piszą tam na ścianach pod adresem Rosji akty strzeliste, a jak Serbia zaczęła z nim robić dile, to się okazało, że gdzie mógł, tam przyciął, schował i jeszcze kolanem przycisnął.

Dlatego biedny Belgrad musi jednak przytulać się do NATO, które jeszcze niedawno go bombardowało w ramach bronienia mordowanych w Kosowie Albańczyków. I do Unii, której przywódcy stawiają przed nim zadanie w zasadzie nie do wykonania: wyciąć sobie z historii i pamięci symbolicznej kolejny kawałek żywego mięsa i nawiązać stosunki z Kosowem.

Przytulać się Belgrad musi, bo jakiekolwiek wartości demokratyczne i humanitarne, etyka stosunków międzynarodowych i jaka taka uczciwość w relacjach gospodarczych są dziś tylko na Zachodzie. Bo i co zrobisz?

Możesz gadać, że z Chinami to, z Rosją tamto. Ale koniec końców każdy, kto ma w miarę pragmatyczny ogląd rzeczywistości, widzi, że to Zachód najpierw podbił świat i zatańczył na jego trupie, a następnie dostał wyrzutów sumienia, w ramach którego dopuszcza samokrytyczne myślenie. I stworzył rzeczywiście działające struktury społeczno-polityczne, w których słabe podmioty i jednostki również mają swoje prawa, a nie są skazane na tak bezwzględną dominację silniejszych jak gdzie indziej.

Cokolwiek by o nim mówić, prezydent Vučić to rozumie.

Nawet wywiesił coś w rodzaju flagi sygnalizującej to zrozumienie. W kraju może i ma neofeudalizm jak u Orbána, media gadają propagandowe farmazony jak u Kurskiego, ale premierką Serbii pozostaje Ana Brnabić – otwarcie mówiąca o swojej homoseksualnej orientacji, a w dodatku z pochodzenia Chorwatka, co po ostatnich dekadach relacji serbsko-chorwackich nie jest wcale w Serbii takie mało ważne.

W ramach tego wdzięczenia się do Zachodu Vučić zgodził się na „historyczną” wizytę w Białym Domu, gdzie pod auspicjami prezydenta Trumpa miało się właśnie dokonać to wycinanie kosowskiego mięsa z serbskiego organizmu i podpisywanie porozumienia z kosowskim premierem Avdullahem Hotim, który w oczach Zachodu miał pokazać Serbię jako wielkoduszny, skłonny do wyrzeczeń naród.

Wizyta u Trumpa skończyła się dla Vučicia tragedią wizerunkową w skali trzęsienia ziemi.

Przede wszystkim wiedzieć trzeba, że żadne sensowne porozumienie nie zostało podpisane. Bo to, na co się zgodzili i Hoti, i Vučić, było wtórne wobec tego, co już nieraz z tak wielką pompą podpisywali, gdy akurat opłacało im się potulić przed Zachodem w ramach sygnału „patrzcie, jacy jesteśmy dialogowi”.

Poza tym, cóż, to i tak nie miało żadnego prawnego znaczenia. Trump podpisał deklarację bez czytania i z propagandowej radości, że prezydent Serbii i premier Kosowa dzięki niemu się dogadali.

Mimo że sprawa miała mieć wyłącznie wymiar propagandowy, to z nowych rzeczy w dokumencie znalazło się uzgodnienie, że Serbia na rok wstrzyma się z kampanią na rzecz nieuznawaniem Kosowa. Za jego pomocą udało się Belgradowi kupić głosy kilku państw, które tradycyjnie zajmują się handlem swoimi głosami w ramach wspólnoty międzynarodowej i którym na przykład Rosja płaci za międzynarodowe uznawanie dokonywanych przez siebie zmian na politycznej mapie wschodniej Europy. Kosowo zaś przez rok nie będzie próbowało wstępować do kolejnych międzynarodowych organizacji. W taki to sposób chciał Vučić zrobić lekko Zachód w klasycznego, wschodnioeuropejskiego wała.

Nie przewidział tylko Vučić jednego: że w Białym Domu rządzi taki sam cwaniak i w pewnym sensie pozasystemowy polityczny samotny jeździec jako on. I on też zrobił Vučicia w wała, bo po pierwsze, zaraz po podpisaniu tychże dokumentów Biały Dom ogłosił, że Trump do niczego w ramach tego porozumienia się nie zobowiązał ani niczego nie gwarantuje.

A podczas samego podpisywania świat mógł obejrzeć sobie scenę prosto jak ze średniowiecza: oto Vučić, podpisawszy już dokument, dowiaduje się od Trumpa, że oto właśnie zobowiązał się przenieść ambasadę w Izraelu z Tel-Awiwu do Jerozolimy. Co w języku międzynarodowej dyplomacji oznacza poparcie dla izraelskich jastrzębi kolonizujących Palestynę buldożerami. A tych popiera Trump.

Filmik z tą sceną można oglądać na okrągło. Vučić, podobnie jak Hoti, siedząc przy dostawce do Trumpowego biurka (Duda nawet takiej dostawki nie dostał), przy której wyglądał jak wyjątkowo wyrośnięty uczniak, podpisuje dokument, po czym słucha, zdziwiony, jak Trump ogłasza, że dziękuje bardzo i że ambasada przeniesiona. Koń, jak to się mówi, u płota.

Oczy Vučicia robią się wielkie jak dwa jaja, patrzy to na dokument, to na swoich współpracowników, po czym ewidentnie chce strzelić facepalma, ale orientuje się, że przecież wszędzie są kamery i w ostatniej chwili zmienia ten gest w poprawienie grzywki. Ale i tak wygląda to wszystko tak cudownie, że unosi się nad tą sceną gromkie „kurwa twoja mać”.

Nie lepiej wypadł Vučić na kolejnej fotce z Białego Domu, podczas której siedział na małym krzesełku przed masywnym Trumpowym biurkiem, które wyglądało tak, jakby najeżdżało na Vučicia jak czołg. Serbski prezydent wyglądał jak uczniak opieprzany przez dyrektora albo podwładny na dywaniku u szefa. Albo jeniec na przesłuchaniu.

Bekę z Vučicia miała nawet rzeczniczka rosyjskiego MSZ Maria Zacharowa, która zamieściła na swoim koncie tweet, na którym porównuje siedzącego przed Trumpem Vučicia, przyjaciela, było nie było, Kremla, do podejrzanego przesłuchiwanego przez policję i radzi mu zastosowanie taktyki Sharon Stone w Nagim instynkcie.

Jakby tego było mało, Serbia i Kosowo zobowiązały się do wykorzystywania amerykańskiej technologii na lotniskach i niekupowania jej od „niewiarygodnych dostawców”. Czytaj: Chin. Mało wrogów naraz?

Na Vučicia obraziła się też Unia Europejska. Ta mocno sprzeciwia się polityce izraelskich radykałów, co sprawiło, że Vučiciowi urzędnicy zaczęli przepuszczać do mediów informacje, że te przenosiny ambasady nie są wcale takie jeszcze przesądzone. Serbia wycofała też swoje wojska ze wspólnych ćwiczeń przy polskiej granicy, które miała prowadzić razem z Rosją i Białorusią, a minister obrony Aleksandar Vulin mówił wprost: „zrobiliśmy to pod niesprawiedliwym i histerycznym naciskiem UE”.

Vučić ewidentnie nie wie, jak się ma odnaleźć w tej sytuacji, w której Trump robi z niego publicznie idiotę. Rosjanie publicznie się z niego śmieją, UE publicznie ochrzania, a Vučić musi jeszcze jakoś sobie radzić z beką we własnej ojczyźnie. „Miałem zrezygnować z rozmowy z Trumpem, bo mi się krzesło nie podobało?” – żalił się mediom.

No tak. Ale w populistycznej debacie nie ma racji ten, kto ma rację, ale ten, kto najumiejętniej szczuje. Populistyczny dyktator jak Vučić powinien o tym wiedzieć najlepiej.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Bio

Ziemowit Szczerek

| Dziennikarz i prozaik
Dziennikarz i prozaik, autor książek „Siódemka”, „Przyjdzie Mordor i nas zje, czyli tajna historia Słowian”, „Rzeczpospolita Zwycięska”, „Tatuaż z tryzubem”, „Międzymorze. Podróże przez prawdziwą i wyobrażoną Europę Środkową” oraz współautor zbioru opowiadań „Paczka radomskich”. Laureat Paszportu „Polityki”. Pisze dla „Polityki”, „Nowej Europy Wschodniej” i „Tygodnika Powszechnego”.