Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Obserwuj Obserwuj

Wbrew powszechnemu przekonaniu okres stalinowski w polskiej nauce nie był okresem pustki

W dziennikach Ossowskiego możemy dostrzec modelowy przykład „polskiego inteligenta”, splecionego z polską państwowością, choć bardzo krytycznego – mówią autorzy książki o procesach kształtujących polską socjologię w latach 1945-1956.

Rozmowa
Walka

Rafał Stronk: Czy jest jakaś dyscyplina w Polsce, która bardziej niż socjologia zajmuje się sama sobą?

Jakub Motrenko: Moje zainteresowanie historią socjologii wzięło się ze studenckiego wyjazdu do Francji. Historię nauk pisze się tam, co do zasady, z mniejszą tendencją do uprawiania środowiskowej mitologii – choć jest to oczywiście naturalne, zwłaszcza w pierwszym pokoleniu wspominających, bo przecież w ten sposób wytwarza się pamięć o swoich mistrzach, a czasem i o sobie samym.

W podejściu francuskim kładzie się nacisk na aspekt poznawczy i historyczny. Może i dołączamy więc z Łukaszem do grupy autorów, którzy zajmują się „samymi sobą”, historią naszej dyscypliny, ale staramy się robić to w inny sposób, niż dotychczas w Polsce. Nie jesteśmy oczywiście jedyni.

Łukasz Bertram: Czy polska socjologia intensywnie zajmuje się sama sobą? I tak, i nie. Z jednej strony mamy wiele ważnych publikacji, by wymienić choćby te autorstwa Antoniego i Róży Sułków. Z drugiej strony: piśmiennictwo w tym obszarze i tak wykazuje znaczące braki, nawet na polu tak rudymentarnym jak biografistyka. Nie doczekaliśmy się jeszcze całościowych i nowoczesnych biografii Stanisława Ossowskiego, Józefa Chałasińskiego czy Stefana Czarnowskiego. Jest też niemało przyczynkarstwa.

JM: Myślę, że trudno porównać zainteresowanie socjologów własnym dziedzictwem do tego, co dzieje się na przykład na polu filozoficznym, do kultu szkoły lwowsko-warszawskiej, która ma znaczenie nie tylko symboliczne, ale i merytoryczne – jako inspiracja dla współczesnych filozofów. Z kolei nasze inspiracje były również szersze, nieograniczone tylko do historii socjologii – wiele zawdzięczamy chociażby perspektywie zaproponowanej przez Agatę Zysiak w książce Punkty za pochodzenie.

A czy Ossowski jest w ogóle dziś ważny jako socjolog i uczony? Pytam, bo jeśli prześledzić piśmiennictwo, służy on raczej jako symbol moralny, przykład sprzeciwu w niesprzyjających czasach, a nie ktoś, kto inspirowałby intelektualnie.

JM: Ossowski jest oczywiście totemem, mitologiczną postacią, symbolem sprzeciwu, choć jeśli chodzi o współczesny kurs socjologii na uniwersytecie, to pozostaje on raczej w tle. Mam wrażenie, że my [obaj autorzy urodzili się w 1985 roku – przyp. aut.], czytaliśmy go jeszcze trochę więcej, ale też niespecjalnie intensywnie, zwłaszcza O osobliwościach nauk i O strukturze społecznej. Więc nie był to autor, którego się studiuje – wspomina się raczej postać i czas, którym się zajmujemy, a więc okres stalinowski. Czasami mam wrażenie, że duża część piśmiennictwa o Ossowskim składa się z utartych fraz, spisywanych od siebie przez kolejnych autorów.

ŁB: Ossowski to nie tylko totem, to swego rodzaju ideowy czy wręcz ideologiczny mem, „my wszyscy z niego”, „uczony niezłomny” i tak dalej.

JM: Myślę, że twórczość Ossowskiego jest trudna do przyswajania – nawet nie ze względu na złożoność myśli, ale jej rozproszenie. Głębię intelektualną Ossowskiego doceniłem dopiero wtedy, gdy dotarłem do jego notatek. To był wielki erudyta poszukujący syntezy, obsesyjnie badający różnice punktów widzenia. Dużo jest tam wpływu szkoły lwowsko-warszawskiej, kategoryzowania, uściślania definicji. Czasem ciężko wydobyć z tego zasadniczą myśl, tezę pracy.

Ale zarazem, zwłaszcza przy lekturze publicystycznych tekstów Ossowskiego, ujawnia się jego zdolność do uchwycenia istoty rzeczy. Czytam ze studentami jego tekst o pogromie kieleckim. Jest krótki, napisany „na gorąco”, a Ossowski łapie tam w paru zdaniach problem tej przemocy i niechęci. Robi to moim zdaniem lepiej, niż niejeden współczesny specjalista od tych zagadnień. Potrafi opowiedzieć tę historię z dystansem, z wielu stron, a jednocześnie pozostawić czytelnika z własnym stanowiskiem etycznym. Z perspektywy warsztatu to są bardzo wartościowe rzeczy.

Czytaj także Domosławski: Za swój komunizm Bauman nie chciał się kajać. Ale rozliczył się intelektualnie – „Nowoczesnością i Zagładą” Michał Sutowski

ŁB: Gdy pracowaliśmy nad książką, Kubę dużo bardziej interesował dorobek Ossowskiego, a mnie kwestie historyczne, polityczne, środowiskowe – a więc przede wszystkim publicystyka i dzienniki, które są fascynującym źródłem wiedzy na temat ówczesnych uwikłań i dylematów naukowca. A nawet nie tylko naukowca, ale i polskiego inteligenta. Przedstawiciela lewicowej, społecznie zaangażowanej inteligencji. Przekonanej o konieczności nieustannego pozycjonowania się wobec polityki oraz wyzwań epoki – wielkiego kryzysu, władzy sanacyjnej, wojny i okupacji, na koniec stalinizmu i rzeczywistości PRL.

Co więc konkretnie znajdujemy w dziennikach Ossowskiego?

ŁB: Jako że podchodziliśmy do nich z Kubą z dwóch różnych kierunków, dla mnie trochę rozczarowujące były zapisy z okresu przedwojennego – są one głównie kroniką poszukiwań intelektualnych, formacyjnych lektur, określania własnej dziedziny, stawania się socjologiem, co w naszej książce doskonale przeanalizował Kuba.

Jednocześnie nawet tam znajduję fragmenty, które pokazują niezwykłe wyczucie społeczne Ossowskiego oraz jego umiejętność syntetycznego, precyzyjnego ujmowania rzeczywistości. Dobrym przykładem są tu spisywane na gorąco wrażenia dotyczące zamachu majowego, gdy pisze o chęci zmiany, o emocjach, o Marii pragnącej biec na Belweder razem z oddziałami Piłsudskiego…

JM: Jednocześnie ten przykład zamachu majowego pokazuje, że w habitusie Ossowskiego zawsze wygrywały dyspozycje uczonego. Z jednej strony czuł się zobowiązany do zaangażowania, z drugiej – bardzo nie chciał stracić dystansu wobec wydarzeń. Różni go to od innych, późniejszych aktorów, takich jak Adam Schaff.

A wracając do twojego pytania o to, czy Ossowski może być inspirujący. W 2020 roku, gdy wybuchły strajki kobiet, przyniosłem na zajęcia dziennik Ossowskiego. Rozmawialiśmy o tym, jak uczelnia może ustawiać się wobec wydarzeń politycznych, po co w zasadzie jest uniwersytet. Że jasne, ciągnie nas do zaangażowania, do otwartej krytyki, ale nie możemy zatrzeć granicy, za którą kończy się robota intelektualna, analityczna.

ŁB: Fascynująca była też dla mnie lektura zapisków z jesieni 1939 i początku 1940 roku, gdy Ossowski próbuje poradzić sobie wewnętrznie z doświadczeniem zawalenia się państwa polskiego. I to państwa autorytarnego, w którym nie czuł się dobrze. „U siebie” czuł się wtedy raczej w ramach demokratycznego, oddolnego WSM-u, słynnej „republiki żoliborskiej”. Jednocześnie było to państwo, do którego Ossowski był, mimo krytycyzmu, niesłychanie przywiązany i którego we wrześniu bronił na polu walki w stopniu podporucznika. W tym sensie widzimy tu modelowy przykład „polskiego inteligenta”, splecionego z polską państwowością, choć bardzo krytycznego.

I mimo tych emocji Ossowski potrafi stanąć obok sytuacji – zastanawia się, czy tragiczne, anomiczne zdarzenia nie są może dziejową szansą, by z tej Polski narodziło się coś nowego, lepszego. Przeżywa załamanie państwa, a jednocześnie w książkach z biblioteki lwowskiej znajduje stemple cenzorskie kolejnych epok – austriackiej, zaborczej, później sanacyjnej. I to też skłania go do przemyśleń o ciągłości praktyk władzy państwowej. Innym wątkiem jest kwestia stosunku do władzy sowieckiej – to był temat, który wywoływał dyskusje w szeregach naszego zespołu grantowego.

W tekście poświęconym dziennikom Ossowskiego, wydanym zresztą w ramach wspomnianego grantu [wyd. Scholar, oprac. Róża Sułek – przyp. aut.], profesor Przemysław Wiszewski zastanawia się nad jego podejściem do sowieckich obozów pracy – „[w] Sowietach nie ma kary więzienia. Zamiast więzienia są tylko przymusowe roboty w oddalonych rejonach. Za dobre zachowanie się […] uzyskuje się często znaczne skrócenie kary. Amnestie także nie należą do rzadkości. […] system karny ma na względzie przekształcenie skazańca w pożytecznego członka społeczeństwa. Na tym polu Sowiety humanitaryzmem swoim wyprzedzają Europę”. Wiszewski stawia hipotezę, że wobec polskiego nacjonalizmu i istnienia Berezy Kartuskiej Ossowski „chciał wierzyć, że jest możliwy lepszy świat, skoro Polski nie ma i nie wiadomo, czy się odrodzi”.

Czytaj także Dlaczego Polacy nie ufają sobie nawzajem? Michał Sutowski rozmawia z Marcinem Zarembą

JM: Nie do końca wiadomo, dlaczego Ossowski tak pisał, czy była to kwestia niewiedzy…

ŁB: …może ironii, a jeśli ironii, to chyba służącej przepracowaniu tego, co widzi. A może i wytłumaczenia sobie tej anomii – straciliśmy grunt pod nogami i szukamy racjonalizacji. W tym sensie Ossowski oglądany historycznie, jako inteligent czy intelektualista polski – a i szerzej środkowoeuropejski – wobec wyzwań pierwszej połowy dwudziestego wieku, jest warty opowiadania i interpretowania.

JM: Chyba dopiero studiując dzienniki zrozumiałem, skąd wzięła się fascynacja Ossowskim. Dysponował czymś w rodzaju głębokiej osobowości, czytając jego zapiski, nie mam poczucia autokreacji, która towarzyszy innym dziennikom. Z tego powodu nie lubię na przykład dzienników Jana Szczepańskiego, może i pisanych dla siebie, ale dużo płytszych, jeśli chodzi o wnikliwość refleksji. Ossowski zostawia nam zagadki interpretacyjne, zastanawiamy się często nad przyczynami jego sympatii. Jednocześnie jest to bardzo spójne z jego metodą naukową, polegającą na oglądaniu każdego zjawiska z różnych stron. Przy lekturze książki naukowej jest to może nużące, ale na pewno dobrze charakteryzuje umysłowość Ossowskiego.

ŁB: Dzienniki Szczepańskiego skądinąd są również bardzo interesujące. Z autora wychodzi tam silne pragnienie, by nie wypaść na zakręcie historii. Chce grać aktywną rolę, nie tylko obserwatora i uczonego. W latach sześćdziesiątych znajdujemy w jego dziennikach zapis, w którym podkreśla, że za granicą mają go za „niejako instytucjonalnego przywódcę socjologii w Polsce”. Niemal słychać satysfakcję, z jaką to zapisywał. Te ambicje bardzo różniły go od Ossowskiego – to frapujące świadectwo odnajdywania się na PRL-owskim styku akademii i polityki, ale też w bardziej uniwersalnych grach o pozycję w obrębie pola naukowego. Dzięki temu Szczepański zgromadził co prawda kapitał polityczny, wpływy, ale to po stronie Ossowskiego pozostał kapitał symboliczny, moralny, o którym w odniesieniu do obojga Ossowskich pisał Michał Łuczewski.

To chyba dobry moment, by zagadnąć was o Marię Ossowską, u której – jak piszecie w książce – pęknięcie między uczoną a osobą zaangażowaną było jeszcze słabsze, niż u Ossowskiego. Według waszych relacji miała być kimś, kto zawsze stawia na pierwszym miejscu etos naukowczyni. Jak to się objawiało w ich relacjach?

JM: Moim zdaniem wiele mówi pewien detal – na nagrobku przy nazwisku Stanisława Ossowskiego napisano „socjolog”, a przy nazwisku Ossowskiej – „socjolog moralności”. Ossowska była badaczką metodyczną, planowała sobie kolejne prace i ten plan konsekwentnie realizowała. Dzienniki Ossowskiego to z kolei zapis ciągłego kreślenia planów na nowo, kluczenia, poszukiwania swoich tematów.

ŁB: Myślę, że z perspektywy Marii Stanisław był takim szałaputem, odrywającym się ciągle od pracy naukowej…

…poganianym przez nią, by napisał w końcu ten doktorat...

…ale musimy oddać też Ossowskiej sprawiedliwość, bo przecież to ona w latach trzydziestych zbierała podpisy pod protestem przeciwko gettu ławkowemu, w latach sześćdziesiątych sformułowała ekspertyzę złożoną przez obronę Kuronia i Modzelewskiego.

Wypełnijmy treścią słowo „zaangażowanie”, które padło tu wielokrotnie. W co angażowali się Ossowscy – jakie były ich tytułowe „fronty walki”? Co właściwie wyrabiało kapitał moralny, o którym wspomniał Łukasz? Mówiliście już o antysemityzmie, sprzeciwie wobec getta ławkowego, Jakub przywoływał też powojenny tekst o pogromie kieleckim.

ŁB: Jak pisze chociażby doktorka-małżonka Izabela Mrzygłód, uczelnie drugiej połowy lat trzydziestych to oczywiście arena walki politycznej, krzyżujących się frontów między lewicą a prawicą, sanacją a narodowcami, a jednocześnie narastającej przemocy dyskursywnej i fizycznej wobec studentów i studentek pochodzenia żydowskiego. Młodzi inteligenci o orientacji nacjonalistycznej mają poczucie misji jako rodząca się elita społeczna – i kierują ją ku dążeniom do „narodowego przełomu”. W rezultacie mamy napaści, pobicia, „aferę trupią”, getto ławkowe, domaganie się numerus clausus lub numerus nullus.

Czytaj także Getto ławkowe: „Szanowny Panie Kolego, przesyłam do wglądu, tak sprawę rozwiązaliśmy w Warszawie” Katarzyna Przyborska

Postawa kadry akademickiej była raczej bierna. Mało kto wspierał aktywnie przemoc, nieliczni otwarcie się jej przeciwstawiali – przykładowo Tadeusz Kotarbiński. W październiku 1937 roku na UW wprowadzono getto ławkowe (podobne rozporządzenia wydawali też inni rektorzy), a pod koniec roku kilkadziesiąt osób ze świata nauki i kultury wyraziło publicznie protest przeciwko tej praktyce. Widnieje tam podpis Kotarbińskiego właśnie, ale również czołowych przedstawicieli rodzącej się wówczas polskiej socjologii: Czarnowskiego, Chałasińskiego, Znanieckiego. A także obojga Ossowskich. Rymowało się to z ich orientacją ideową: lewicową, antynacjonalistyczną, antyrasistowską. Trzeba pamiętać, że Ossowscy nie mieli jeszcze wówczas tak silnej pozycji jak zaraz po wojnie, tym bardziej wymagało to odwagi. Gesty sprzeciwu nie uchodziły uwadze nacjonalistów, w jednym z pism oenerowskich Chałasińskiego nazwano wtedy „Chałat-sińskim”.

A po wojnie?

ŁB: Jak i przed wybuchem wojny, kluczowy u Ossowskich jest brak przynależności. Nie boją się zabierać głosu, ale chcą to robić na własny rachunek. Orbitują wokół PPS-u, jego inicjatyw, nigdy nie wstępują jednak do partii.

JM: Po wojnie Ossowski zasadniczo sympatyzuje z kierunkiem zmian w kraju, nie chce jednak dać się wciągnąć do gry politycznej, jednoznacznie opowiedzieć. W dziennikach znajdujemy jego rozważania poświęcone zaproszeniu do radia przy okazji wyborów w 1947 roku…

ŁB: …to miał być gest poparcia dla Bloku Demokratycznego. Ważny, bo płynący z ust intelektualisty w sytuacji, gdy władza poszukuje legitymizacji wśród elit. Ossowski nie decyduje się na ten udział, bo boi się zaszufladkowania. Wie, że w takiej sytuacji trudno już niuansować przyczyny swojej przychylności dla powojennych przemian. Te przyczyny były zaś – powiedzmy – dużo bardziej „PPS-owskie” niż „PPR-owskie”.

JM: W tym samym czasie Ossowski zaczyna zabierać głos w słynnych wśród socjologów polemikach, krytykuje dogmatyczny marksizm i dogmatyczną praktykę na polu akademickim. Jego zdaniem ten parareligijny, niegotowy na krytykę i weryfikację nurt intelektualny był nie do pogodzenia z podejściem naukowym. Prócz Ossowskiego w debacie biorą udział Adam Schaff i Julian Hochfeld, ten drugi stara się wchodzić w rolę moderatora sporu.

Argumenty Ossowskiego były trudne do odparcia o tyle, że nie była to krytyka z pozycji tradycyjnie antykomunistycznych – na przykład konserwatywnych lub katolickich – a lewicowych. Znaczenie Ossowskiego jako polemisty, punktu odniesienia, było z tych przyczyn duże – widać to choćby podczas obrad I Kongresu Nauki Polskiej w 1951 roku. Występujący tam socjologowie nieustannie odnoszą się do jego poglądów, widać potrzebę prowadzenia publicznej krytyki Ossowskiego.

Promotional banner for the podcast 'JEST INBA' with Kai Puto on a pink背景 and sponsor logos, inviting listeners to tune in.

Jednocześnie fakt, że taki cykl polemik w ogóle się odbył, wiele mówi nam o latach czterdziestych, gdy istniała pewna swoboda słowa pisanego, zwłaszcza w ramach wymiany akademickiej. Dlatego wystąpienia Ossowskiego w „Kuźnicy” czy „Myśli współczesnej” były możliwe.

Skoro mówimy o polemikach, wprowadźmy na scenę postać Adama Schaffa, znanego polskiego filozofa, który w waszej książce występuje przede wszystkim jako przeciwnik ideowy Ossowskiego – Schaff ma być tu symbolem „marksistowskiego dogmatyzmu”, który zwalczał Ossowski.

JM: Tak, przy czym w okresie, który badamy, wymiar intelektualny działalności Schaffa jest raczej nieciekawy. Sam zresztą przyznawał, że trochę tego Marksa uczył, a trochę sam go dopiero poznawał. Rozumienie marksizmu jako nurtu intelektualnego było u niego płytkie, ważniejsze było ukierunkowanie na cel polityczny. Więcej dzieje się chyba później, gdy w 1968 roku wyjeżdża na Zachód i zostaje tam dostrzeżony ze swoim podejściem humanistycznym. Ale rywalizacja z Ossowskim to jeszcze czas bardzo niedojrzałego naukowo Schaffa.

ŁB: Z materiałów przygotowawczych Kongresu Nauki Polskiej, z suchego w zasadzie stenogramu przebija zdenerwowanie Schaffa, który się żalił: „Jest wielkie nieszczęście w dyskusjach z p. prof. Ossowskim, że kiedy my mówimy, to zawsze się okazuje, że ja potem inaczej interpretuję aniżeli to, co p. prof. Ossowski myślał”.

Tych emocji było zresztą znacznie więcej, pociągnąłbym tu jeszcze temat samego Kongresu. Władza traktowała to wydarzenie bardzo poważnie, to miał być pierwszy powojenny przegląd dyscyplin, okazja do ustalenia ideologicznego kierunku nauki i pracy akademickiej wobec stalinowskiego przełomu ideologicznego. Wiele emocji jest też w wypowiedziach Chałasińskiego, który mówi o ówczesnym wyborze intelektualistów: „albo Spór o istnienie świata, albo Nowa Huta”. Albo abstrakcyjne, pięknoduchowskie dywagacje, albo włączenie się w ten może nieidealny, ale oferujący wielkie szanse nurt przemian.

Czytaj także Klasa ludowa nie jest jakimś „innym narodem”. Czego możemy się od niej nauczyć? Maciej Gdula

Okres stalinowski to czas wypychania Ossowskiego z uczelni, zapisu cenzorskiego na jego nazwisko. Czy to wtedy najpełniej ujawnia się jego – wspominany przez was – kapitał symboliczny i moralny?

JM: Pozycja i charakter Ossowskiego pozwoliły mu wtedy nie zatonąć, zawsze trzymał nos nad powierzchnią wody. Uczestniczył w seminariach, zabierał głos wszędzie, gdzie się dało, prowadził też legendarne seminarium domowe z Marią.

ŁB: Mam taką tezę, że w Polsce nic nie jest do końca na serio. Być może stalinizm również nie był do końca na serio, przynajmniej w nauce. Nie chcę być źle zrozumiany, to był czas prawdziwych zbrodni, opresji, krzywd i zaprzeczenia podstawowym wartościom, na których chcemy budować działalność naukową. Ale gdy analizuje się tę rzeczywistość, widzi się niesłychanie dużo luk i niekonsekwencji, a odgórnej presji stale towarzyszą gry i negocjacje różnych aktorów, którzy mają różne kapitały do dyspozycji.

I w efekcie Ossowscy nie mogą prowadzić zajęć, nie mogą publikować, ale zachowują etaty. Skazuje się ich na milczenie, ale jednocześnie uczestniczą w działalności oficjalnych struktur i inicjatyw: „Myśli Filozoficznej”, Instytutu Kształcenia Kadr Naukowych przy KC PZPR, Bibliotece Klasyków Filozofii. Skądinąd wszystkie te byty instytucjonalne łączy osoba Schaffa, który z jednej strony jest wysłannikiem partii na front humanistyki, z drugiej wyraźnie aspiruje do świata akademickiego i próbuje odgrywać rolę swoistego patrona jego przedstawicieli. Ossowscy wciąż korzystają też z szeregu przywilejów, które wiążą się z życiem ówczesnego pracownika naukowego – przysługuje im zwiększony metraż, mogą jeździć do Domu Pracy Twórczej…

JM: …z czego korzystają bardzo ochoczo i intensywnie, o czym czytałem z zazdrością.

ŁB: Szerzej analizował to Connelly [John Connelly, autor m.in. książki Zniewolony uniwersytet: sowietyzacja szkolnictwa wyższego w Niemczech wschodnich, Czechach i Polsce 1945-1956 – przyp. aut.], który pokazuje, że na wydziałach historycznych czy humanistycznych przez cały stalinizm uczyli tak naprawdę ci sami profesorowie. Choć oczywiście czystki też były, Ossowscy byli ich ofiarami, a poniżej poziomu profesora – również i aresztowania, choć niezwiązane bezpośrednio z twórczością naukową.

JM: Zgadzam się, choć do tego rachunku dyktatury należy dopisać na przykład koszt w postaci nienapisanych książek. Ciągłość między tą przedwojenną a stalinowską socjologią może i została zachowana, możemy mieć jednak pewność, że te procesy spowolniły rozwój dziedziny; opóźniły lub powstrzymały dokończenie badań, wydanie prac.

W książce udało nam się pokazać, że wbrew powszechnemu przekonaniu okres stalinowski w polskiej nauce nie był okresem pustki. Odbywały się intensywne interakcje, trwała wytężona praca intelektualna. Może nie tak bogata, jak by się chciało, ale jednak. Bez tego socjologia po roku 1956 nie mogłaby odrodzić się tak szybko i spektakularnie.

A jak środowisko przyjmuje Ossowskiego po powrocie? Stalinizm się kończy, nadchodzi odwilż.

JM: To jest triumfalny powrót, Ossowski jest wtedy sumieniem socjologii i naukową gwiazdą. Gdy zaczyna się odwilż, podpisuje umowę na wznowienie swojej rozprawy habilitacyjnej U podstaw estetyki z 1933 roku oraz na napisanie książki o strukturze społecznej.

Wtedy podjęto też decyzję o przyznaniu Ossowskiemu katedry – o jego pozycji świadczy fakt, że odstąpiono w jego przypadku od formalnej recenzji dorobku, każdy inny profesor otrzymujący takie kierownictwo był poddawany ocenie merytorycznej. Dla środowiska warszawskiego było jasne, że własna katedra po prostu się Ossowskiemu należy.

Trzeba pamiętać, że Ossowski pełni wtedy funkcję nestora polskiej socjologii, z aktywnych uczonych jest tam po prostu najstarszy – rocznik 1897. Jego antagoniści, tacy jak Schaff, są o kilkanaście lat młodsi. Poprzednie pokolenie, na przykład Ludwik Krzywicki, zmarło lub zginęło w trakcie wojny, Stefan Czarnowski jeszcze przed. Wciąż żyje Jan Bystroń, ale jest bardzo schorowany, wycofuje się z aktywności na długo przed śmiercią w 1964 roku. Z tej generacji przedwojennych socjologów zostaje więc w zasadzie dwóch: Ossowski i Chałasiński, rocznik 1904.

ŁB: Dodałbym Ninę Assodobraj-Kulę, urodzoną w 1908 roku. To jeszcze inna historia – przedwojenna komunistka, która jednak poszła przede wszystkim ścieżką akademicką, po wojnie posiadająca duży kapitał polityczny. Członkini partii, marksistka, choć znów, daleka od stalinowskiej ortodoksji.

JM: Pisała dużo o Lelewelu, o pojęciu postępowości w jego myśli. Bardziej niż socjolożką była dla mnie historyczką idei, ale zgadzam się, że to bardzo ważna postać, przykład ciekawego radykalizmu intelektualnego.

Ostatnią bohaterką waszej książki jest powojenna instytucjonalizacja socjologii, wykuwanie się autonomicznej dziedziny, powstawanie środowiska. Jak to wyglądało?

JM: To środowisko to tak naprawdę garstka badaczy. Działało w dużej mierze na styku nauki i czegoś, co dziś nazwalibyśmy politykami publicznymi – w ramach jednostek badawczych przy instytucjach, państwowych think tanków i tak dalej. Przed wojną socjologię wykładano w ramach Wolnej Wszechnicy Polskiej, postrzegano ją jako młodą dyscyplinę, która pójdzie pod rękę z modernizacją młodego państwa. Początkowo tak było, ale lata trzydzieste to z kolei czas, gdy socjologowie ustawiają się wobec sanacyjnego państwa i polityków w pozycji krytycznej.

Krótko po wojnie nastała z kolei „moda na socjologię” – znów wierzono, że będzie to dziedzina, która pomoże zaprojektować rewolucję społeczną. Nie było może kadr, było za to wielkie zainteresowanie wśród studentów.

ŁB: Również aktorzy polityczni oraz ideologowie postrzegali socjologię jako potencjalnie pożyteczną. Młodzi marksiści z Akademickiego Związku Młodzieży „Życie” czy „Kuźnicy” domagali się socjologicznej teorii literatury. Powiązania literatury i kultury z życiem społecznym. Prowadząc badania natrafiliśmy na wiele wypowiedzi z drugiej połowy lat 40., w których „socjologiczność” jakiegoś nurtu czy dzieła jest traktowana jako pożądana z perspektywy marksistowskiej. O socjologii pozytywnie wypowiadał się Bolesław Bierut, który zresztą zachęcił córkę, by wybrała właśnie ten kierunek studiów. A kilka lat później, w apogeum jego władzy, socjologia została jako dyscyplina wyrugowana z polskich uczelni: pozmieniano nazwy katedr, rozpoczęto nieubłaganą walkę ze „znaniecczyzną”, a „błędy” metodologiczne łączono z odchyleniami politycznymi – w czasie, kiedy naprawdę pachniało krwią. Ot, paradoks, jeden z wielu, które w naszej książce staramy się naświetlić.

Jaką rolę odgrywali w tych procesach Ossowscy?

JM: Jeśli chodzi o Ossowskiego powojennego, jest on niewątpliwie centralną postacią socjologii na Uniwersytecie Warszawskim jako promotor 45 z 83 prac magisterskich z socjologii obronionych do 1953 roku i trzech z pięciu doktoratów socjologicznych bronionych w Warszawie. Występuje też w roli animatora międzynarodowego życia socjologicznego. Współzakłada w 1949 roku Międzynarodowe Stowarzyszenie Socjologiczne i wchodzi do jego władz, zna języki, czyta po polsku, francusku, angielsku, chyba też po niemiecku. Prowadzi korespondencję z ważnymi myślicielami Zachodu, stara się wznowić działalność Polskiego Instytutu Socjologicznego założonego jeszcze przed wojną, choć jest to wtedy raczej rachityczna działalność.

Potem odbywają się polemiki ze Schaffem i Hochfeldem o znaczeniu marksizmu, potem zaś poruszenie związane z Drugą Konferencją Socjologów w 1949 roku. Jej organizację również inicjuje Ossowski, ale ostatecznie w niej nie uczestniczy z powodu wyjazdu do Stanów Zjednoczonych na kongres „obrońców pokoju”. Nieobecność Ossowskiego została odnotowana przez środowisko, spotkało się to z oburzeniem i niesmakiem; co ciekawe – nie przeciw Ossowskiemu, a Chałasińskiemu, który miał celowo doprowadzić do sytuacji, w której konferencja i wyjazd do Stanów pokrywają się.

Mamy korespondencję i zapisy wystąpień z tej Konferencji, temat nieobecności Ossowskiego był wielokrotnie podnoszony, Chałasińskiego atakował nawet Tadeusz Szczurkiewicz z Poznania, który już wówczas deklarował się jako marksista. Nie mamy pewności, jak było, ale widzimy, że już wtedy Ossowski jest niebagatelną figurą dla środowiska, każdy w zasadzie jakoś się do niego odwoływał.

Czytaj także O czym marzy dziś klasa ludowa i dlaczego niewiele o tym wiemy? Magda Szcześniak

Ossowski umiera przedwcześnie, w 1963 roku. Jak widzielibyście jego dalszą trajektorię, zwłaszcza w gierkowskiej Polsce? Jeden z korowskich „starszych państwa”? Miałby 79 lat, etos lewicującej, inteligenckiej opozycji pewnie by mu się spodobał.

ŁB: Myślę, że gdyby miał taką biograficzną dostępność, nie byłby na przykład bardzo chory, to mógłby się tam odnaleźć, jak najbardziej. Może podpisałby list 34, potem – już w latach siedemdziesiątych – któryś z protestów przeciw zmianom w Konstytucji PRL.

JM: Mnie ciekawi też to, co Ossowski mógłby jeszcze napisać. Lata sześćdziesiąte to okres rozwoju polskiej socjologii, powstania silnej szkoły marksistowskiej zawiązanej przez środowisko Hochfelda, mógłby z nimi ciekawie polemizować. Miał też w planach pisanie kolejnych książek, widzimy to w jego notatkach. Umarł wcześnie, ale jego uczniowie nadawali ton polskiej socjologii przez następne dwie dekady.

ŁB: I znowu paradoks: wspomniany Hochfeld, socjalista zepchnięty w stalinizmie na margines polityczny, przepuścił wtedy jeden z najostrzejszych ataków na tradycje polskiej socjologii, która w jego (samo)krytycznej optyce tworzyła jeden splot z „gomułkowszyzną” i błędami PPS. Próbował w pierwszej połowie lat pięćdziesiątych prowadzić badania nad pamiętnikami – ale w upolityczniony sposób, który nie tylko z dzisiejszej perspektywy urąga naukowym standardom. A potem stworzył jedną z najważniejszych szkół w polskiej socjologii, której adepci, wybitni uczeni w rodzaju Zygmunta Baumana czy Marii Hirszowicz, pierwsze szlify zdobywali jako „żołnierze partii”. I jeśli chcemy zrozumieć historię, nie tylko polskiej nauki, a także to, w jaki sposób postaci takie jak Ossowscy zbudowały swój pomnik, musimy bez uprzedzeń analizować ich w bardzo złożonych relacjach z aktorami takimi jak Hochfeld czy Schaff.

**

Łukasz Bertram – socjolog, historyk, adiunkt w Instytucie Studiów Politycznych PAN. Zajmuje się ruchem komunistycznym, podmiotowością jednostek w polityce oraz politycznymi doświadczeniami warstw nieuprzywilejowanych. Sekretarz redakcji „Kultury i Społeczeństwa”; członek Stowarzyszenia Naukowego „Polski Marksizm”. Autor książki Bunt, podziemie, władza. Polscy komuniści i ich socjalizacja polityczna do roku 1956 (2022).

Jakub Motrenko – socjolog, filozof, adiunkt na Wydziale Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego. Zajmuje się wykorzystaniem wiedzy eksperckiej w polityce, funkcją wspólnot naukowych i tradycji w humanistyce oraz paradygmatem wyjaśniającym w metodologii jakościowej. Autor książki Przełom antypozytywistyczny w polskiej socjologii. Analiza teoretyczna kręgu myślowego Stefana Nowaka (2021).

Komentarze

Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!

Zaloguj się, aby skomentować
0 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
0
Komentujące wszystkich krajów, łączcie się!x