Sztuki wizualne

Zachęta według Janowskiego, czyli Dom Ugrzecznionego Plastyka Artysty

Nowy dyrektor Zachęty Janusz Janowski ma plan. Chyba nie zakładał, że kiedykolwiek dokument ujrzy światło dzienne, ale stało się. Program merytoryczny i organizacyjny dla Zachęty znamy i czytamy z uwagą.

To nie jest tak, że wszystko, co związane z nowym dyrektorem Zachęty Januszem Janowskim, należy w czambuł potępić. Są dwa zdecydowane pozytywy – po pierwsze, kontakt Janowskiego obejmuje zaledwie cztery lata, a po drugie, MKiDN wyświadczyło mu naprawdę niedźwiedzią przysługę, publikując przygotowany przez niego program merytoryczny i organizacyjny. Lektura tego niewielkiego, bo zaledwie 18-stronicowego dokumentu, to podróż przez naprawdę mroczne rejony.

Skąd się wziął nowy dyrektor

Janusz Janowski przedstawia się jako artysta, filozof, muzyk, historyk sztuki. Postać ta do niedawna znana była jedynie wąskiemu gronu osób śledzących działalność Związku Polskich Artystów Plastyków oraz prace wokół ustawy o statusie artysty zawodowego.

W tym drugim gronie Janowski rozkwitł najpierw jako gwiazda szeregu ministerialnych Ogólnopolskich Konferencji Kultury z 2017 i 2018 roku, a później jako niezmordowany uczestnik zespołu pracującego nad założeniami ustawy o statusie artysty. Z kolei w tej grupie bardzo usilnie zabiegał o wykreślenie kuratorów i artystów wizualnych z katalogu zawodów artystycznych. Na szczęście odniósł jedynie połowiczny sukces, ale to był czas, kiedy jego kariera dopiero nabierała rozpędu.

Mniej więcej w tym samym czasie regularnie był powoływany przez MKiDN do wszelkich komisji projektowych i stypendialnych. Naprawdę błyskotliwa kariera jak na szefa niewielkiego, bo liczącego około 300 aktywnych członków ZPAP, który w oczach obecnej władzy stał się główną reprezentacją środowiska artystycznego.

Szerokiemu gronu dał się poznać niedawno jako ministerialny nominat na stanowisko dyrektora Zachęty. Ujawnienie jego kandydatury było szokiem dla wszystkich, którzy zaliczyli choć minimalny kontakt ze sztuką.

Po raz pierwszy w tej samej intencji protestowali zarówno artyści zrzeszeni w Obywatelskim Forum Sztuki Współczesnej, jak i liczni członkowie ZPAP, którego Janowski nadal jest prezesem. Protestowali kuratorzy, artystki, widzowie, dziennikarze przecierali oczy ze zdziwienia. Co ciekawe, w sprawie nominacji konsekwentnie milczały zwykle gotowe do retorycznych szarż prawicowe media. Janusz Janowski miał po swojej stronie jedynie kierownictwo MKiDN, które ograniczyło komunikację do zdawkowych komunikatów o nominacji.

Rzadko w życiu publicznym można spotkać tak dalece osamotnioną postać. Jak czytamy w programie przygotowanym przez Janusza Janowskiego, „kulturowo i cywilizacyjnie doniosłym aspektem sztuki europejskiej pozostawało na przestrzeni wieków scalanie wspólnoty na podstawie ukształtowanego kodu estetyczno-poznawczego i symbolicznego, ufundowanego na kontemplacyjnym doświadczeniu estetycznym”. Nie są to słowa rzucone na wiatr, bo nie tylko sztuka, ale sama postać ministerialnego nominata potrafi łączyć ludzi i grupy na co dzień od siebie bardzo odległe.

Program, którego nikt miał nie czytać

Czytając program merytoryczny, który przygotował Janowski, trudno oprzeć się wrażeniu, że autor nie liczył się z jego publikacją. To bardzo skromny dokument, zawierający mnóstwo komunałów próbujących naśladować język menadżerski oraz przewidywalne przemyślenia o kondycji kultury Zachodu. Trudno oprzeć się wrażeniu, że jego autor niespecjalnie orientuje się w życiu artystycznym, gdyż proponuje uruchomienie pięciu triennale.

Tu należy wyjaśnić, że każda z tych imprez to milionowe koszty oraz konieczność natychmiastowego poszerzenia zespołu Zachęty o kilkadziesiąt osób. Nie wiem, czy nawet podwojenie obecnego budżetu instytucji wystarczyłoby na realizację tych planów. Triennale to festiwal, który odbywa się w cyklu trzyletnim, co nie zmienia faktu, że praca nad nim musi trwać nieprzerwanie. Fajnie też, jakby było konsekwencją wcześniej podejmowanych działań i powstawało bez oderwania od środowiska. Budowa każdej takiej imprezy to lata pracy, która nie zawsze kończy się sukcesem. Dlatego pomysł upchnięcia pięciu triennale w czteroletniej kadencji to pomysł nierealizowalny nawet przy największym wsparciu Ministerstwa Kultury.

Pierwsze z nich, Triennale Sztuki Polskiej, to klasyczna naftalinowa formuła XIX wiecznego salonu. Kolejne to Triennale Polskiego Malarstwa, ignorujące całkowicie istnienie uznanego Biennale Bielska Jesień. Następnie mamy Triennale Polskiej Rzeźby, dla którego faktycznie trudno znaleźć odpowiednik, gdyż formuła ostatniej takiej imprezy poznańskiego Biennale Rzeźby wyczerpała się wraz z edycją w 2009. Mamy też propozycję Triennale Polskiej Grafiki i Rysunku, będące dowodem na nieświadomość istnienia Międzynarodowego Triennale Grafiki w Krakowie. I na koniec propozycja wzbudzająca największe zainteresowanie – Triennale Sztuka płynna, czyli efemeryczne i enigmatyczne tropy artystyczne, a więc „przegląd twórczości polskich artystów penetrujących swoiste i antyklasyczne obszary wyrazowe. Korzystających z nietrwałych materiałów czy materiałów zbędnych i wyrażających płynność rzeczywistości, jej kruchość i nieoczywistość”. Średnio potrafię rozgryźć ten zamysł kuratorski, ale mogę jedynie życzliwie doradzić Janowskiemu, by unikał, nawet nieporadnych, inspiracji metaforami Zygmunta Baumanna, bo może to bardzo zaszkodzić karierze.

Gdyby pan Janowski stanął do konkursu, mógłby przejąć władzę w Zachęcie w bardziej pokojowo-transparentny sposób

Wśród wielu ciekawych propozycji kuratorskich Janusza Janowskiego możemy odnaleźć prawdziwe perełki. Mam na myśli Sztukę w rodzinie, czyli „format wystawienniczy mający proponować szerokiej publiczności dorobek artystyczny twórców połączonych więzami rodzinnymi”. Jeśli zestawimy to z obecną w innym fragmencie dokumentu stanowczą deklaracją współpracy ze środowiskami akademickimi, to otwiera się bardzo ciekawa perspektywa. Nie od dziś wiemy, że ASP obok uczelni medycznych są słusznie podejrzewane o tolerowanie na ogromną skalę nepotyzmu. Osobiście nie mogę się doczekać pierwszych odsłon tego krytycznego cyklu, bo będzie to prawdziwy rozbłysk prawdy.

Poza tym w programie znajdziemy też propozycje jednorazowych wystaw, w tym Sztuka jako pole bitwy. Zbieżność z pokazaną w zeszłym roku w bielskiej BWA wystawą Pole Bitwy jest jedynie przypadkowa, gdyż tym razem nie chodzi o żadnego Bourdieu i przemoc symboliczną, ale o realny, „rozgrywający się w państwach Zachodu, a także w Polsce, kulturowy konflikt”. Nie jest dokładnie sprecyzowany jego przedmiot, więc możemy tylko spekulować, że chodzi o odwieczną wojnę linuksiarzy z Microsoftem lub zwolenników Commodore i Atari.

Pomysły Janowskiego to również konserwatywne evergreeny – choćby wystawa Piękno, sztuka i współczesność, która będzie pokazywać artystów, dla „których język formalny obejmuje piękno jako jedną z podstawowych kategorii wyrazowych niezależnie od artystycznej swoistości jego rozumienia i afirmowania”. Kategoria piękna jest kluczem dla regularnych jeremiad nad upadkiem sztuki, więc coś podobnego musiało się w programie znaleźć.

Podobnie wśród pomysłów Janowskiego musiało się znaleźć nawiązanie do Końca sztuki Donalda Kuspita, od którego zaczerpnął pomysł na kolejną prezentację. Kuspit, będący guru artystycznych dziadersów, to również mentor i przewodnik po świecie sztuki dla samego Janowskiego. Jego książka to obsesyjne demaskowanie „postsztuki” i samego Duchampa będącego według niego przyczyną całego zła, jakie spotkało sztukę w XX wieku. Rzecz trochę przypomina rytualne kamieniowanie Kartezjusza przez współczesnych tomistów i na poziomie poznawczym jest równie odkrywcza. Obawiam się, że zaproszenia do udziału w wystawie dla artystów będą musiały mieć formę wezwań administracyjnych, bo polski świat sztuki może nie docenić konceptu.

Janusz Janowski, jako prawdziwy konserwatysta, nie może zapomnieć o młodzieży, dla której przewidział konkurs międzyuczelniany – Artystyczny Debiutant Roku. Tu również mamy do czynienia z radosną próbą powielenia działającej od dawna imprezy Najlepsze Dyplomy Akademii Sztuk Pięknych organizowanej od wielu lat przez ASP w jego rodzinnym Gdańsku. Odbywają się oczywiście też inne konkursy dla młodych artystów, których formuła robi się coraz bardziej dyskusyjna, ale warto zauważyć, że młodzi artyści zdeprawowani cywilizacją śmierci i Netflixem mogą mieć pewne opory przed udziałem w wydarzeniu o potencjalnie najwyższym stężeniu cringu.

Generalnie za żadną z tych propozycji nie stoi nic odkrywczego, to spis małych nieprzemyślanych życzeń, mających uzasadnić polityczną nominację. W rzeczywistości wszystko wskazuje na to, że niedługo Zachęta stanie się programową filią Domu Artysty Plastyka – galerii ZPAP mieszczącej się przy Mazowieckiej – kiedyś złośliwie nazywanego Domem Upadłego Plastyka Artysty.

Zmiany będą też organizacyjne

W części organizacyjnej programu Janusza Janowskiego pojawiają się też słabo zawoalowane zapowiedzi położenia ręki na finansach. We fragmencie dotyczącym zarządzanego przez Zachętę programu ministerialnego Sztuki Wizualne jest zapowiedź „starannie dobranego grona eksperckiego” jako „gwarancji realizacji kryterium jakości” oraz „zwrócenie szczególnej uwagi na zachowanie równowagi przepływu środków do ważnych dla polskiej sztuki środowisk artystycznych”. Podobnie bez ceregieli Janowski zapowiada w kontekście procedury wyboru reprezentanta na Biennale w Wenecji „gruntowne przeanalizowanie pod kątem ewentualnego merytorycznego udoskonalenia procesu wyboru”. Obie zapowiedzi w kontekście dotychczasowych wypowiedzi Janowskiego, w tym o antyludzkiej ideologii ekologizmu i gender, pozwalają łatwo dopowiedzieć, jak będą wyglądały skutki dyrektorskich korekt.

Jeśli cię nie zabije, to na pewno wysiedli. Małe apokalipsy kopalnianego kapitalocenu 

Obawiać powinny się również dotychczasowe pracownice zespołu Zachęty. W kolejnym fragmencie czytamy o „możliwości usprawnienia funkcjonowania instytucji poprzez korekty w obrębie struktury administracyjnej”, a także o konieczności „modyfikacji struktury zatrudnienia”. Janusz Janowski zapowiada też powołanie dwóch wicedyrektorów instytucji (obecnie jest jeden). Pierwszy będzie odpowiadał za sprawy administracyjne, a drugi za merytoryczne, samemu Janowskiemu pozostawiając to, co lubi najbardziej – brylowanie w rządowych mediach i przecinanie wstęg.

Wizja XIX-wiecznego saloniku

Mamy do czynienia z dyrektorem tak słabym, że trudno jego nominację porównać do jakiejkolwiek innej w ostatnich latach.

Janowski nie zrobił kariery jako artysta, trudno uznać go też za przeciętnego chociażby historyka sztuki, nie znam jego osiągnięć jako filozofa czy muzyka, ale nie zna ich też chyba nikt inny.

To człowiek zachwycony wizją XIX-wiecznego saloniku, który w jego naiwnym rozumieniu był najdoskonalszą i bezpowrotnie utraconą formą funkcjonowania sztuki. Niespecjalnie interesuje się Janowski samą sztuką, bo ta na długo przed jego narodzinami zdradziła jego wyobrażenia o niej samej.

Dziś na akademii nie wystarczy lepić gluty

Podobnie nie interesuje się tym, co aktualnie się dzieje na jej polu, bo o wiele ciekawiej jest kontemplować własne fantazmaty i resentymenty. Jednocześnie prezentuje konserwatyzm, który jest tak tragicznie jałowy i przewidywalny, że nawet konserwatystom nie ma nic do zaoferowania.

Cztery najbliższe lata to będzie rozpaczliwa próba rekonstrukcji drobnomieszczańskiego wyobrażenia o „prawdziwej sztuce”, czyli takiej, która dobrze wygląda w gabinetach prawników z Ordo Iuris, którzy już niedługo najprawdopodobniej będą prowadzić obsługę prawną Zachęty.

Imię i nazwisko autora tekstu do wiadomości redakcji.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Zamknij