Sztuki wizualne

Katarzyna Górna: Marsz cywilizacji ku zagładzie jest niesamowity. Mnie to fascynuje

piknik-na-skraju-drogi-kadr

Przyswajamy te wszystkie katastroficzne informacje i jedyne rozwiązanie, które nam indywidualnie przychodzi do głowy, to myśl: „A, pójdę na zakupy z płócienną torbą”. Rozmowa z Katarzyną Górną przed jej wystawą w bytomskiej Kronice.

Patryk Walaszkowski: Piknik na skraju drogi w Kronice w Bytomiu to twoja pierwsza od dawna wystawa indywidualna, nie licząc wystawy w Galerii Studio w 2017 roku.

Katarzyna Górna: Wystawa w Galerii Studio nie była dużą wystawą. To był właściwie jeden projekt – współtworzony przez Mikołaja Starowieyskiego film Portret artysty romantycznego uzupełniony o kilka etiud. Jakoś nigdy nie miałam szczęścia do indywidualnych wystaw. Miałam kilka prezentacji pojedynczych projektów, ale Piknik na skraju drogi to moja druga większa wystawa w życiu.

Jest dla ciebie ważna?

Ogromnie! Dlatego poświęciłam jej bardzo dużo uwagi i emocji. Chciałabym na niej pokazać jeszcze więcej prac, ale przestrzeń galerii nie jest nieograniczona. A mam tyle pomysłów na kolejne realizacje.

W Kronice prezentujesz prace z różnych lat. Jest przygotowany specjalnie film Piknik na skraju drogi, ale też zaktualizowana instalacja, którą przygotowałaś dwa miesiące temu z okazji obrony doktoratu na szczecińskiej Akademii Sztuki. Zderzasz te prace z projektem fotograficznym Chłopsy, który planowałaś na początku swojej kariery, ale nigdy nie zrealizowałaś. Prezentujesz też znany film Barbie Bar. Dlaczego akurat te prace?

Wszystkie są o dziwactwach. Ja uwielbiam dziwactwa. Kocham je. Sama jestem dziwactwem. Chodzi o dziwactwo w pozytywnym sensie. Od lat jestem zachwycona queerem. Stąd na wystawie starsza praca Barbie Bar. Zestawienie wszystkich prezentowanych prac ma pokazać te dziwactwa i stan umysłu artystki – Katarzyny Górnej. Stan umysłu, który nie jest stałą, ale procesem w próbie zrozumienia świata i ciągłej nauki komentowania go językiem wizualnym.

Ta prezentacja pokazuje, jak w tej chwili odczuwam świat i zachodzące w nim zmiany, to mój stan umysłu i emocji. Towarzyszy mi poczucie końca, zbliżającej się katastrofy, która, jak wskazują wszystkie znaki na niebie i ziemi (i w oceanach), jest raczej nieunikniona. Ten temat mnie wciągnął, siedzę w tym od roku, i chciałabym o tym procesie, który doprowadził do katastrofy, opowiedzieć wszystkim. Wszystkim ludziom. Choć jednocześnie od dawna wiem, że galerie nie są miejscami masowo odwiedzanymi, a poza tym straciłam wiarę w to, że ludzkość jest zdolna do zrywu. Więc ostatecznie robię te prace chyba głównie dla przyjaciół i znajomych królika.

Jesteś silnie kojarzona ze sztuką feministyczną i krytyczną. Teraz zajmujesz się ekologią. Jak ten proces wyglądał na różnych etapach twojej twórczości?

Interesuję się dziwactwem, bo ciekawi mnie, jak niektórzy są postrzegani jako niepasujący do społeczeństwa. Zaczęłam od kobiet, bo było to dla mnie oczywiste. Funkcjonowanie w patriarchalnym systemie to doświadczenie każdej kobiety. Potem doszły osoby nieheteronormatywne. Bohaterowie Barbie Baru wyglądem, ubiorem i ruchem pokazują swoją obcość, ale i niechęć do zastanej sytuacji. I to właśnie podziw dla różnorodności stoi za moją wrażliwością i tym, że zaczęłam dostrzegać jako partnerów również istoty, które nie są humanoidalne. Stąd oczywisty zwrot w stronę tematów ekologicznych, aż po zbliżającą się katastrofę, której nie potrafimy zatrzymać.

Głupota – społeczny przywilej białych, heteroseksualnych mężczyzn

Katastrofa ekologiczna to temat dwóch twoich najnowszych realizacji.

To raczej powód ich powstania. Emocjonalne zagubienie i próba rozwiązania dla siebie problemu, i zrozumienia, jak sobie poradzić ze świadomością nadchodzącej katastrofy. Próba podzielenia się tym z widzem. Ja uzewnętrzniam w pracach to, co się dzieje we mnie. Nie tylko tematykę, ale także – a może przede wszystkim – emocje.

Jakie to emocje?

Strach. Zagubienie. Niemoc. Bo wiem, że jako ludzie idziemy złą drogą, ale nikt nie chce zawrócić. Wszyscy będziemy spadać jak owce w przepaść. Ten marsz cywilizacji ku zagładzie jest niesamowity. Mnie to fascynuje. Ale też nie umiem sobie z tym poradzić emocjonalnie. Jak dotąd nikt nie znalazł rozwiązania, które by działało. Ostatnio naukowcy ze Szwajcarii ogłosili że „wystarczy” zalesić obszar wielkości całych Stanów Zjednoczonych i to pomoże zwalczyć globalne ocieplenie. Pomysł tak samo realny jak to, że z dnia na dzień wszyscy ludzie na świecie staną się weganami albo przestaną latać samolotami. No więc przyswajamy te wszystkie katastroficzne informacje i jedyne rozwiązanie, które nam indywidualnie przychodzi do głowy, to myśl: „a, pójdę na zakupy z płócienną torbą” (śmiech).

Bińczyk: Ludzkość jest dziś jednocześnie supersprawcza i bezradna!

Katastrofa jest tematem twojego filmu przygotowywanego na wystawę?

Tak, ale ten film jest również o wspólnocie. O koegzystencji. Bohaterami filmu nie są ludzie, bo zdarzyła się już zagłada i w wyniku nieodwracalnych zmian zniknął gatunek homo sapiens. Chciałabym, by ten film – pamiętaj, że on nie jest jeszcze skończony – był manifestem przeciwko ludziom. Chcę pokazać, że ludzka arogancja, egoizm, chciwość, chęć zawłaszczania każdego kawałka ziemi dla siebie, niechęć do dzielenia się czy do budowania wspólnoty, wrogość wobec roślin, zwierząt, właściwie do wszystkiego, co żyje, mają katastrofalne skutki i że generalnie ludzkość jako gatunek nie jest miła.

Opowiadasz o tematach, które cię interesują. Tematyka wpływa na metody, które stosujesz, robiąc sztukę?

Pracuję poprzez rozmowę z ludźmi. Również poprzez czytanie – ale te książki ktoś mi poleca. Otaczam się ludźmi, o których nie myślę, że zapewnią mi sukces finansowy, ale tymi, z którymi czuję intelektualną więź. Bardzo rzadko posługuję się aktorami profesjonalnymi. A i nawet wtedy wolę, gdy ich znam, a idealnie jest, gdy są to moi przyjaciele. Lubimy się i oni też się cieszą z pracy ze mną. Ta praca musi dawać satysfakcję wszystkim zaangażowanym.

Przyswajamy te wszystkie katastroficzne informacje i jedyne rozwiązanie, które nam indywidualnie przychodzi do głowy, to myśl: „a, pójdę na zakupy z płócienną torbą”.

W ostatnim filmie występuje też pies (prawdziwy, bo występuje tez pies mentalny), który nie był specjalnie zatrudniony ani zmuszony. Wchodził w kadr i wychodził, kiedy chciał. Uznaliśmy, że skoro już jest na planie, to ma prawo na swoich warunkach uczestniczyć w tej naszej hecy.

Ważne jest dla ciebie poczucie wspólnoty?

Bardzo. Pracując z przyjaciółmi, nie czuję się osamotniona. Mam dużo wsparcia w tym, co robię. Oczywiście będąc otoczona ludźmi, czuję ogromną odpowiedzialność, że musi coś z tego wyjść, że ta praca musi być jakoś ciekawa, bo ci ludzie się zaangażowali, dali z siebie wiele. A sztuka niestety nie jest do końca przewidywalna. Działam na instynktach, emocjach. To jest eksperyment, który ma to do siebie, że czasem nie wychodzi.

Od zawsze tak pracowałaś?

Wiele lat temu Roman Woźniak stwierdził, że mam metodę opartą na tym, że we wszystkich moich pracach występują ludzie, z którymi się aktualnie przyjaźnię i proszę ich o pomoc. Już do Dziesięciu panien, pierwszej pracy po dyplomie, zaprosiłam moje przyjaciółki i koleżanki. Madonny też robiłam otoczona przyjaciółmi, którzy ze mną jeździli do samotnych matek z dziećmi. Zdarza się oczywiście, tak jak właśnie przy Madonnach, że muszę wejść w relacje z nowymi ludźmi. Co czasem kończy się źle, gdy nie mam możliwości sprostać ich oczekiwaniom. Czasem zbyt dużo nas dzieli.

Jakie jeszcze problemy rodzi metoda twojej pracy?

Często świat galerii państwowych czy prywatnych nie jest do końca na to gotowy. Już na samym początku, gdy chcesz, żeby praca była wspólna i tak ogłoszona, to nie ma jak tego zrobić, bo wystawę musisz firmować swoim nazwiskiem. Choć przecież ona jest wspólną pracą wielu osób – ale też na przykład psa który przypadkiem był na planie filmowym. Jednak na razie nie bardzo wiem, jak to zrobić. Ciągle o tym myślę. Wzmianki w podziękowaniach to dla mnie trochę za mało.

Chociaż przy filmie Barbie Bar miałam odwrotny problem. Tam występują chłopcy, którzy zaangażowali się, sami stworzyli swoje kreacje, wymyślili ruch. Ale poprosili mnie, by nie podawać ich nazwisk, tylko imiona. Bo żyjąc w społeczeństwie opresyjnym, oni się po prostu bali. Pamiętaj, że to był początek lat 2000 i to nie było oczywiste, że możesz chodzić wszędzie w różowym tiszercie czy pokazywać się z cekinową pałeczką. Tak samo przy Dziesięciu pannach nie używałam imion i nazwisk, a nawet opisy ginekologiczne były przemieszane. Robię tak, by chronić osoby, które uczestniczą w projektach. I wtedy oczywiście nie ma jak ich podpisać.

Ostatnio wróciłaś do robienia sztuki, do produkcji nowych prac. Jak to się stało, że kilka lat po szkole pracowałaś, a potem nagle przestałaś tworzyć?

Po studiach musiałam zmierzyć się z rzeczywistością. Moja mama samotnie wychowywała mnie i moją siostrę. Szczęśliwie miałyśmy pół domu ofiarowanego nam przez babcię. Mama, by dać radę finansowo, wynajmowała tam pokoje. I ten dom zamienił się w obrzydliwy hotel, w którym ani ja, ani moja siostra nie chciałyśmy mieszkać. Dzięki zyskowi z wynajmu mama próbowała utrzymać dom i pomóc nam, ale nie dawała rady, bo to oczywiście nie wystarczało na wszystko. Po skończeniu studiów musiałam często pożyczać pieniądze od mamy, choć czułam się z tym fatalnie. I to był okres moich ostatnich podrygów w sztuce.

Około trzydziestki właściwie mało już robiłam dla sztuki, bo zwyczajnie zajęłam się zarabianiem pieniędzy. Przez jakiś czas próbowałam łączyć prace zarobkową z tworzeniem, ale to było niemożliwe. Nie umiałam iść do pracy i jednocześnie produkować sztukę. Zrezygnowałam z tworzenia. Wtedy wydawało mi się, że tak trzeba. Miałam dziesięć lat przestoju, co wyrzuciło mnie poza obręb galerii.

Artystko, chcesz być ubezpieczona?

Co wydarzyło się później?

Nerwowo nie wytrzymałam. Myślałam, że wyląduję w szpitalu psychiatrycznym. Naprawdę byłam na skraju. Prowadziłam firmę organizującą eventy dla firm. W 2008 roku zaczął się kryzys ekonomiczny w branży i od takich firm jak moja wymagano coraz więcej, płacąc coraz mniej. Doszło do sytuacji, kiedy firma nie tylko nie chciała mi zapłacić za pracę, ale oczekiwała, że sama poszukam sponsorów, którzy mi zapłacą. To już mnie naprawdę przerastało. I wykańczało nerwowo i psychicznie. W branży eventowej, gdy nie pracujesz, nie zarabiasz, więc nie było mnie stać na płacenie wszystkich składek i podatków. Straciłam płynność. Musiałam zamknąć firmę. Wtedy uratował mnie Maciej Nowak, który zaproponował mi pracę przy Warszawskich Spotkaniach Teatralnych, a potem przedstawił mnie Sławkowi Sierakowskiemu i Dorocie Głażewskiej z Krytyki Politycznej. A oni zatrudnili mnie w Nowym Wspaniałym Świecie.

W NWŚ organizowałaś wydarzenia artystyczne i współtworzyłaś program kulturalny. Wróciłaś wtedy do tworzenia sztuki?

Jeszcze nie, ale byłam zadowolona, bo nie organizowałam już eventów dla firm. Ta praca miała sens. Robiłam to z myślą, że niesie to jakiś pożytek społeczny. Praca w Nowym Wspaniałym Świecie miała nieco więcej sensu niż organizacja eventu, gdzie 200 osób nachleje się jakiejś chujowej wódki z obowiązku spotkania się, jak to bywa w firmach.

Dodatkowo zaangażowałaś się wtedy w Ogólnopolskie Forum Sztuki Współczesnej. Dlaczego?

Początkowo wydawało mi się, że fajnym pomysłem jest organizacja, która zrzesza twórców i dyrektorów galerii, ludzi związanych ze światem sztuk wizualnych. A potem przystąpiłam do Krytyki. Mam głębokie poczucie sprawiedliwości społecznej, a Krytyka dała mi narzędzia, dzięki którym mogłam je artykułować, i działać, by to poczucie zaspokoić.

W 2011 roku, rozmawiając z Karolem Sienkiewiczem, zdecydowaliśmy mocniej zaangażować się w Forum. Wtedy, w momencie podpisywania Paktu dla Kultury, część dyrektorów wolała zaangażować się w Obywateli Kultury. Pewnie dlatego, że było to znacznie bardziej prestiżowe. Rozwiązał się zarząd, powołano nowy, już z zupełnie innych ludzi. I myśmy postanowili, że trzeba coś zmienić. Podjęliśmy decyzję, że chcemy zmienić forum w organizację, która zajmuje się jedynie interesami twórców. To była dobra decyzja, bo szybko okazało się, że twórcy mają liczne problemy z instytucjami. Na przykład nie dostawali wynagrodzeń za udział w wystawach. Byli niejednokrotnie wykorzystywani przez instytucje, generalnie doświadczali braku szacunku z ich strony. Odzew artystów i artystek był ogromny.

Jaka była twoja osobista motywacja, by się w to zaangażować?

Poczucie misji, bo chciałam, żeby wreszcie twórcom było lepiej. Żeby zaczęto ich szanować. Poświęciłam Forum strasznie dużo czasu i energii. Kontaktowałam ludzi, organizowałam spotkania. Oczywiście popełnialiśmy też błędy, ale uważam, że osiągnęliśmy dużo. Chociażby zmianę w świadomości twórców, którzy zrozumieli, że ich rola nie musi polegać na biernym poddawaniu się temu, czego chcą galerie. Że mają prawo do wynagrodzenia, do szacunku, zapłaty za swoją pracę. Że to, co artysta robi, to nie jest niedzielne hobby, ale ciężka praca. Praca, której poświęca swoje życie. Chyba mało twórców tworzy wyłącznie z myślą o kasie, chociaż im jej brakuje.

Dobrze mi się czyta ten kraj [rozmowa z Andrzejem Tobisem]

Kiedy wróciłaś do tworzenia własnej sztuki?

W 2013 roku. Stach Ruksza, ówczesny dyrektor Kroniki, też związany z Krytyką Polityczną, był zainteresowany działalnością OFSW. I na początku zapraszał mnie do udzielania wywiadów na temat Forum. Przez długi czas byłam zapraszana do różnych galerii nie w roli artystki, ale konsultantki do spraw artystów. Aż w końcu Stachu, widząc, jak zależy mi na powrocie do sztuki, zaproponował mi stworzenie pracy.

Był taki moment, gdy pracowałam w Krytyce, że byłam przekonana, że już nigdy do sztuki nie wrócę. Mówiłam Sławkowi Sierakowskiemu, żeby nie nazywał mnie artystką, że już nią nie jestem. I wydawało mi się, że jestem z tym pogodzona. Nic podobnego. Nie pogodziłam się i byłam gotowa znów pracować, a Stach dał mi tę możliwość. I tak znowu się tym zajmuję i jestem szczęśliwa, a przynajmniej znacznie bardziej niż wtedy, gdy nie tworzyłam.

Ale przez te kilkanaście lat nie wypadłaś z obiegu. Część twoich starych prac krążyła na rynku sztuki czy była wystawiana w publicznych i prywatnych instytucjach.

Czasem w instytucjach, ale na rynku sztuki nie bardzo funkcjonowały. Dopiero gdy wróciłam, po 2013 roku, zaczęłam sprzedawać jakieś prace. Puściła jakaś tama. Zbiegło się to też z programami, które umożliwiły instytucjom kupno prac do kolekcji. To wtedy zaczęłam sprzedawać prace do kolekcji publicznych instytucji. Wtedy też zdałam sobie sprawę, że dla dyrektorów i kuratorów z tych instytucji coś chyba jednak znaczę. Że dostrzegają, że jestem artystką. Chociaż chyba nadal niewiele osób wie, co aktualnie robię. Znajomi są czasem zdziwieni moimi prezentacjami, bo nie wystawiam często. Gdy na wystawie Skip the Line w Biennale Warszawa była pokazywana moja i Kuby Majmurka praca Archeologia utopii, ludzie byli niepomiernie zdziwieni, że stworzyłam coś nowego. I zastanawiali się też, co to tak właściwie jest, bo na pewno nie była to czarno-biała fotografia z golasami.

Althamer nie boi się obciachu

Pod koniec czerwca obroniłaś też doktorat. Co stało za tą decyzją?

Nie wiem. Niesamowita heca z takim doktoratem, ale w sumie nadal nie wiem, po co mi on. Zostałam namówiona przez przyjaciół. Mówili, że będę mogła po tym uczyć. I pomyślałam: „No okej, jak chcą, to zrobię”. Ale nie wiem do końca, czy chcę uczyć. Cały czas o tym myślę. Mam w sobie chęć sprawdzenia się. Czy można, mając własne doświadczenia studiowania w fantastycznej pracowni, próbować to przenieść i sprawdzić się w innej roli.

Ja miałam niebywałe szczęście, że poszłam do pracowni profesora Grzegorza Kowalskiego. Bo wiesz, ja wybrałam Grzegorza Kowalskiego, a on był nieco zaskoczony. Zwyczajem jest, że profesor zaprasza cię do pracowni. A ja tego nie wiedziałam, więc zapisałam się w sekretariacie i poszłam do niego, mówiąc: „Zapisałam się do pana”. Trochę się zdziwił, ale na szczęście nie wyrzucił mnie i mam wrażenie, że z czasem stałam się jedną z jego ulubionych studentek. Bardzo dobrze wspominam lata studiowania. Więc może powinnam spróbować teraz, jak to jest z drugiej strony?

Nie zamierzam uwalniać innych od cierpienia [rozmowa z Arturem Żmijewskim]

Czujesz się teraz na fali?

Kiedyś też robiłam dobre prace, ale dopiero teraz studentom pokazuje się moje realizacje. Albo ktoś się do mnie zgłasza, że chce pisać licencjat o mojej sztuce. Może dlatego, że jestem kobietą i byłam traktowana jak przedmiot, miałam i nadal mam niskie poczucie własnej wartości. I ciągle się dziwię, gdy ktoś mnie zaprasza do wystawy. Ogromnie więc się cieszę z tej wystawy w Bytomiu.

Chociaż kolejnych propozycji na razie nie mam. Nie mam też oszczędności, by wyprodukować coś nowego. Być może więc na tej wystawie skończy się też moja kariera artystyczna. No i utyłam ostatnio, a że diety i ćwiczenia mi nie pomagają, więc chyba wytnę sobie część żołądka (śmiech).

**
Katarzyna Górna (1968) – artystka wizualna, używa różnych mediów (fotografia, wideo, instalacje). W latach 1989–1994 studiowała na Wydziale Rzeźby warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych w pracowni prof. Grzegorza Kowalskiego. Autorka prac z kanonu polskiej sztuki krytycznej i feministycznej. Realizuje projekty indywidualne oraz we współpracy z innymi twórcami. Jedna z inicjatorek Obywatelskiego Forum Sztuki Współczesnej i współautorka Czarnej Księgi Polskich Artystów. W ostatnich latach jej prace były prezentowane m.in. w Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie, Muzeum MAXXII w Rzymie, Galerii Mystetskyi Arsenal w Kijowie, Galerii Studio i Biennale Warszawa. W 2019 roku otrzymała stopień doktory sztuk pięknych. Mieszka i pracuje w Warszawie.

*

Wystawa Katarzyny Górnej Piknik na skraju drogi prezentowana będzie w bytomskiej Kronice od 13 lipca do 13 września 2019 roku. Kuratorem wystawy jest Jakub Gawkowski.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.