Muzyka

Wielki powrót Depeszów

Nie jest to w żadnym razie epigoństwo i próba odcinania kuponów od wcześniejszych dokonań. „Delta Machine” to najlepszy album Depeche Mode od dobrych piętnastu lat.

Delta Machine, trzynasty studyjny album brytyjskiego tria Depeche Mode, to zdecydowanie ich najlepsza produkcja od czasów genialnej Ultry (1997). Nie należę wprawdzie do grupy malkontentów, którzy uważają, że Exciter (2001), Playing the Angel (2006) i Sounds of the Universe (2009) to były w twórczości DM „chude lata” – na każdym z tych krążków były bowiem kawałki wybitne (żeby wymienić choćby – odpowiednio – Freelove, Nothing’s Impossible i Wrong), ale przyznaję: brakowało im nieco spójności i konsekwencji charakterystycznych na przykład dla Music For the Masses (1987), Violator (1990) czy genialnej Songs of Faith and Devotion (1993). 

W przypadku Delta Machine ten zarzut naprawdę trudno postawić. Od otwierającego płytę Welcome to my World poczynając, a na Goodbye kończąc, obcujemy z kompletną, dopracowaną i przemyślaną całością. Wciela ona nie tylko najbardziej esencjalne jakości muzyki DM – surowość elektronicznych dźwięków, chwytliwe melodie, mroczny, melancholijny, niekiedy zaś gwałtownie energetyczny wokal oraz teksty traktujące o miłości, bólu i zatraceniu – ale także wyraźnie nawiązuje do wcześniejszych dokonań zespołu. W Heaven usłyszymy wyraźne motywy Songs of Faith and Devotion, w Slow i Goodbye odbija się Violator (a zwłaszcza Personal Jesus), w Broken czy jednej z najlepszych w ogóle piosenek DM Should Be Higher (co ciekawe – autorstwa Gahana) pobrzmiewa łatwo rozpoznawalne echo Music for the Masses

Nie jest to jednak w żadnym razie epigoństwo i próba odcinania kuponów od wcześniejszych dokonań. Bynajmniej. Każdy kolejny album Depeche Mode od czasów debiutanckiego Speak and Spell (1981) to systematyczne podnoszenie poprzeczki i eksplorowanie nowych obszarów. Jeśli nawet trzy wymienione wcześniej płyty z lat 2001–2009 nieco rozczarowują, to nie tyle ze względu na brak znakomitych kompozycji, ile na kontrowersyjną i odmienną od klasycznego depeszowskiego tonu aranżację. Dotyczy to zwłaszcza Playing the Angel i Sounds of the Universe – wyprodukowanych, podobnie jak Delta Machine, przez Bena Hillera. Także Delta Machine bliższa jest pod tym względem raczej swoim trzem poprzedniczkom, niż na przykład Violatorowi, w którym zimno i surowość elektroniki doskonale skontrapunktowana jest łagodną, matową aranżacją – co daje niesamowity efekt. Przy produkcji Violatora, jak również najlepszej bodaj płyty w karierze zespołu, czyli Songs of Faith and Devotion, kluczową rolę odgrywał jednak duet Alan Wilder i Flood. Ten ostatni miksował wprawdzie Delta Machine, ale największy wpływ na ostateczny jej kształt miał chyba jednak Hiller – rozmiłowany w minimalistycznych, dziwacznych dźwiękach, topornych, chaotycznych odgłosach i atonalnych akordach. 

Wyobrażam sobie, że Delta Machine wyprodukowana i zmiksowana przez Wildera i Flooda byłaby absolutnym arcydziełem. Tak czy inaczej jednak – jest niewątpliwie wielkim powrotem Depeszów do najwyższej formy. 

Depeche Mode, Delta Machine, Sony Music 2013

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Bio

Tomasz Stawiszyński

| Eseista, publicysta
Absolwent Instytutu Filozofii UW, eseista, publicysta. W latach 2006-2010 prowadził w TVP Kultura "Studio Alternatywne" i współprowadził "Czytelnię". Był m.in. redaktorem działu kultura w "Dzienniku" oraz szefem działu krajowego i działu publicystyki w "Newsweeku". W latach 2013-2015 członek redakcji KrytykaPolityczna.pl W Polskim Radiu RDC prowadził audycję "Niedziela Filozofów, czyli potyczki z życiem". Autor książki "Potyczki z Freudem. Mity, pokusy i pułapki psychoterapii" (2013). Obecnie jest członkiem redakcji Kwartalnika „Przekrój”, a na antenie Radia TOK FM prowadzi m.in. audycje „Godzina Filozofów” i „Kwadrans Filozofa”.