Muzyka

Pensjonarski horror umęczonego gwiazdora

Abel Tesfaye ma ciężkie życie: seks, narkotyki, duże pieniądze, i jeszcze więcej seksu. Czy wspomniałem już o narkotykach?

The Weeknd jest Walterem White’em R&B. Dla tych, co nie oglądali Breaking Bad, krótkie streszczenie. Walter White uczył chemii w jednym z liceów w Albuquerque, ale praca była tak słabo płatna, że musiał dorabiać na drugim etacie w myjni samochodowej, gdzie zdarzało mu się obsługiwać własnych uczniów. Walter ma rodzinę, syna Waltera juniora z mózgowym porażeniem dziecięcym i ciężarną żonę. Jakby tego było mało już w pierwszym odcinku serialu niepalący Walter dowiaduje się, że ma raka płuc i zostały mu tylko dwa lata życia. Żeby zapewnić utrzymanie własnej rodzinie po tym, gdy go już nie będzie, zaczyna produkować metamfetaminę. Jedna zła decyzja, prowadzi do kolejnych. Nie ma sensu produkować narkotyków, jeśli nie można ich sprzedać. Nie da się ich sprzedawać, bez wejścia w świat gangów i wojen narkotykowych. I tak pierdołowaty w sumie Walter zmienia się w bezwzględnego złoczyńcę, który nie boi się robić rzeczy gorszych niż wideoblogi Maksa Kolonki. Robi się naprawdę źle.

The Weeknd nie jest wprawdzie gangsterem, ale ma wiele wspólnego z White’em. Tak samo jak on jest chyba dość normalnym facetem, który w miarę przekraczania kolejnych granic przyzwoitości zmienia się w kogoś, kogo raczej wolelibyście nie znać. A już na pewno nie chcielibyście z nim zostawić swojej córki, żony albo matki. 

Transgresje Abla Tesfaye’a są o wiele bardziej przyziemne niż te z Breaking Bad. Właściwie to elementarz: przygodny seks, narkotyki, ciągłe imprezy, duże pieniądze. Ale muzyka The Weeknd w niczym nie przypomina zwyczajnego R&B, właściwie jest to anty-R&B. W popie chodzi o eskapizm, o możliwość ucieczki do świata, w którym kasa się nie kończy, odurzenie jest bezkarne, seks zawsze jest przyjemny i niegroźny. U Weeknda jest dokładnie odwrotnie, nie chcesz uciec DO jego świata, chcesz uciec OD niego. Ale gdy już się tam znajdziesz, nie ma wyjścia. I robi się gorzej.

Kariera Abla Tesfaye’a zaczęła się od House of Baloons, pierwszego z trzech mikstejpów wydanych przez Weeknda w 2011 roku. To najbardziej przystępny i lekkostrawny z albumów The Weeknd, choć i tak w porównaniu do mainstreamu ma on swój ciężar. Znajdują się na nim motywy obecne na każdej z części mixtape’owej trylogii: pomieszanie seksu z narkotykami i manipulacją, całonocne imprezy, które są nie tyle przyjemne, co obowiązkowe. Już w pierwszym numerze Tesfaye próbuje wmanewrować anonimową dziewczynę w nie do końca określoną sytuację erotyczną: Trust me girl, you wanna be high for this. Tu wszystko jest ryzykowne, niejasne, dwuznaczne. Z czasem robi się trochę zbyt melodramatycznie, jak w Wicked Games:

Bring your love, baby, I could bring my shame

Bring the drugs, baby, I could bring my pain

I got my heart right here

I got my scars right here

[…] So tell me you love me

Only for tonight 

Even though you don’t love me

To smutna muzyka, bardzo powolna, mroczna, ale też mocna i wciągająca. House of Baloons było tak dobre, bo dokumentowało życie grupy aspirujących młodych ludzi z Toronto, którzy mieli marne szanse na życiowy sukces. Stąd fascynacja jego atrybutami – imprezami, seksem, ostentacyjną konsumpcją – i poczucie desperacji, które wynikało z uczucia, że to tylko ułuda. Tesfaye opowiadał o was albo o waszych znajomych – hipsterach z wolnymi zawodami i iPhone’ami, ale bez mieszkań i perspektyw na sukces.

House of Balloons było smutne, jak samotny poranek na kacu z pustym portfelem. Ale kolejne części trylogii miały już zupełnie inny klimat – bardziej desperacki, wulgarny i brutalny. Imprezy zmieniły się w polowania, a smutek i niespełnienie nakręcały przemoc skierowaną ku innym, przede wszystkim kobietom. Ukoronowaniem tego ruchu była obrzydliwa dylogia XO/The Host i Innitation. Tutaj The Weeknd przybliża muzykę R&B do horroru, najbliżej jak tylko się da. W XO powoli doprowadza kochankę do ruiny i upodlenia, ten numer to odwrócona Kryzysowa narzeczona, a przy tym mistrzostwo w manipulacji:

Evictions on your door, blame it on the weed, blame it on the booze

Blame it on the night life, light’s passin’ you, yeah

Just don’t blame it on me, that you wanna come and party

Innitation jest jeszcze gorsze, to właściwie historia porwania i grupowego gwałtu, narkotyczny klimat tego numeru wspomaga zaś nieludzko zmanipulowany głos Tesfaye’a. Ciężko się tego słucha:

There’s just something I need from you

Is to meet my boys

I got a lot of boys

And we can make you right 

Trochę przypomina mi to najbardziej desperackie piosenki Pulp, choć Jarvis Cocker nigdy nie posunąłby się tak daleko. A może jednak? This is Hardcore albo I Spy były równie nieprzyjemne, choć od horrorów The Weeknd dzieli je jedna istotna różnica. Gniew Cockera miał wyraźne klasowe podłoże, seks był jego bronią w walce klas, wszystkie te zdrady miały dopiec i zniszczyć bogatych facetów, którzy przedkładali pracę i kochanki nad własną rodzinę. Przeciwko czemu buntuje się Tesfaye? Trudno powiedzieć, jest o wiele bardziej nihilistyczny, jego gniew kieruje się przede wszystkim do środka. Dlatego Weeknd drapieżca często ustępuje miejsca emo-Weekndowi, który miaukliwością konkuruje z Ianem Curtisem i innym mistrzom użalania się nad sobą.

Nowy album, Kiss Land, to przede wszystkim ta druga twarz. Trudno powiedzieć, czy to dlatego, że wydaje go jeden z majorsów, czy dlatego, że Tesfaye przekroczył już wszystkie dopuszczalne granice. W najbardziej zbliżonym do wątków z trylogii tytułowym numerze, nie ma już nawet śladu ekscytacji towarzyszącej House of Balloons. Weeknd wymienia kolejne używki (występują adderall, kokaina, marihuana, ecstasy, oxy, kodeina i prometazyna, leki i metamfetamina) tak, jakby czytał numery z książki telefonicznej, seks jest równie podniecający, co wizyta u dentysty. Ale to wszystko jest już zgrane i stare, dlatego też to najsłabszy numer z płyty.

Reszta jest znacznie ciekawsza, przede wszystkim dlatego, że z Tesfaye’a wychodzi pierwszej klasy romantyk. Bo choć zarzeka się, że miłości nie ma (Wanderlust), to właśnie tęsknota za uczuciem jest motywem przewodnim tej płyty. Miłość jest tu odmieniana przez wszystkie przypadki i pojawia się w każdej dostępnej konfiguracji. Mamy więc miłość niemożliwą (do striptizerki) w singlowym Belong to the World, miłość utraconą (Adaptation) i fantazję o powrocie do niej (Pretty). Ponieważ to The Weeknd a nie seria Harlequin jest to oczywiście nieco przydymione i mroczne, ale nie dajcie się zwieść, gość jest gorszy niż zakochany licealista.

W jedynym do tej pory wywiadzie Tesfaye opowiedział, że Kiss Land ma być jak horror, opowieść o trasie koncertowej, która kończy się źle. Ale to nie horror, a jeśli już – to dość pensjonarski. Ale to akurat nie słabość, tylko największa zaleta jego nowego albumu.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Bio

Jakub Bożek

| Publicysta, redaktor w wydawnictwie Czarne
Publicysta, redaktor inicjujący w wydawnictwie Czarne, wcześniej (do sierpnia 2017) redaktor prowadzący w Wydawnictwie Krytyki Politycznej. Absolwent Centrum Kształcenia Międzynarodowego Politechniki Łódzkiej i socjologii na Uniwersytecie Łódzkim. Redagował serwis klimatyczny KP. Otrzymał drugą nagrodę w konkursie w Koalicji Klimatycznej „Media z klimatem!”. Współtworzył Klub Krytyki Politycznej w Łodzi.

Komentarze archiwalne