Muzyka

Michnik: Nie przerywajcie koncertu! Po OFF Festivalu

OFF Festival to nie kolorowa widownia, jak chciałyby media. Tylko muzyka. Zakończony w zeszłym tygodniu festiwal relacjonuje Antoni Michnik.

Nie da się na ten temat nie napisać masy truizmów. Ale może TRZEBA je pisać: że OFF Festiwal to najlepszy festiwal muzyki popularnej w Polsce; że niewiele europejskich festiwali (a już na pewno żaden w Europie Środkowo-Wschodniej) może z nim konkurować pod względem lineupu, że jakby mierzyć jakość festiwali stosunkiem ceny biletu do lineupu, to z OFF-em nie może się równać nic w Europie. Może gdzieś w Stanach jest jakiś festiwal, na którym można zobaczyć porównywalny zestaw nazwisk za około 50$.

Tak więc proszę się nie dziwić, że tekst jest laurkowy, że w kółko wracają w nim słowa „świetny” i „znakomity”. Rodzime media sprowadziły wielkie święto ambitnej popkultury do rewii mody warszawskich hipsterów. Znacznie większą ekscytację wzbudziła wizyta prezydenta na równoległym Przystanku Woodstock. Cóż, festiwale muzyczne interesują masowe media o tyle, o ile da się je powiązać z polityką. Standardowym sposobem na stworzenie takiego powiązania jest koncentracja na widowni, na którą rzutuje się stereotypy dotyczące „tej dzisiejszej młodzieży”. W takiej narracji festiwal = jego widownia. O muzyce pisze się niewiele – ważniejsze jest tworzenie „zbiorowych portretów” widowni, które zresztą w oderwaniu od rzeczywistości przypominają SB-ckie notatki sporządzane w Jarocinie. I to właśnie mit Jarocina ciąży nad dzisiejszymi festiwalami, nie pozwalając mediom skupić się na samej muzyce.

Gospel w gaciach

Tutaj będzie głównie o koncertach. Najpierw jednak dwa zdania o organizacji. Jaś Kapela pisał już o piwie. Jeśli coś irytowało mnie w tym roku, to magiczne rozmnożenie rodzajów kuponów, którymi płaciło się na terenie festu. Standardowy kupon obejmował jedzenie, napoje alk free i różną merczandyzę. Aby kupić piwo, trzeba było nabyć specjalny bon na lane piwo (7) lub jeszcze bardziej specjalny bon na browar w puszce (8). Oczywiście zwroty za niewykorzystane piwne bony były niemożliwe :] Pozostawię to bez komentarza.

Jaś Kapela: 10 powodów, dla których lepiej słuchać muzyki w domu, niż jechać na OFF-a

Druga sprawa to nagłośnienie, które w tym roku było znacznie lepsze niż w ostatnich latach, kiedy to zwłaszcza namiot 3ki mordował dźwięk podczas większości koncertów. Jasne, zawsze mogłoby być lepiej, ale warto docenić progres.

Koncertów na OFF-ie tradycyjnie jest więcej niż na Opne’erze, w Jarocinie czy na Woodstocku. Cztery zsynchronizowane sceny od drugiej po południu do czwartej nad ranem, można zobaczyć/usłyszeć więcej. Artur Rojek kilka lat starał się, by OFF zyskał opinię  festiwalu, na który się jeździ, by poznawać kapele, których się nie zna. Nieprzypadkowo co roku wydłuża się lista wykonawców, którzy najpierw zagrali w Mysłowicach/Katowicach, a po roku-dwóch w Gdyni.

W tym roku mniej było jednak mało znanych, młodych, obiecujących (świetne recenzje zebrał punkowy girlsband Savages – akurat ja słyszałem tylko ostatni kawałek) niż dwa lata temu, mniej też było brzmień egzotycznych (sympatyczne Group Doueh), które określały klimat rok temu. Mniej było również ważnych/specjalnych koncertów polskich wykonawców, ten chyba najważniejszy (Trzaska grający ścieżkę do Róży) odpuściłem z nadzieją, że jeszcze go zobaczę. Tym niemniej potwierdziła się niemłoda już prawda, że polski niezal stoi jazzem – wśród najlepszych polskich koncertów, jakie widziałem były te, które dali Kirk oraz Levity.

Świetnie wypadł też Afro Kolektyw. Wiadomo, że to uznana marka, ale tym razem pozbawiona poczucia zażenowania konferansjerka Afrojaxa w kapeluszu, rękawiczkach oraz z parasolem (kulminacja: „rozwaliłem parasol, ale jestem debilem, jestem beznadziejny, nie słuchajcie mnie, idźcie na Łonę” ) zadziałała wyjątkowo mocno. Setlistę zdominowały dwie ostanie płyty. Na koniec zagrali brawurowy cover Gospel Hyc o podłogę („kto ma dziecko, niech da dziecko, dziecko kurwa bęc”). Połowa zespołu była wtedy już tylko w gaciach.

Rozczarowania i smutki

OFF-a 2012 zapamiętam jednak przede wszystkim jako prawdziwy przegląd weteranów indie, niezalu, alternatywy i awangardy. Średnia wieku wykonawców od czasu przenosin festiwalu do Katowic systematycznie idzie w górę. Już w zeszłym roku można było sobie ułożyć koncertową trasę zdominowaną przez weteranów punka oraz amerykańskiego indie początku lat 90. Tym razem było ich jeszcze więcej.

Weterani generalnie dali radę. Jasne, nie wszyscy mogą tak miotać się po scenie, jakby chcieli (Iggy), jednak w zasadzie obyło się bez występów żenujących, które zdarzały się weteranom zapraszanym na dwie poprzednie edycje. Jedynym mocnym rozczarowaniem był dla mnie występ MF DOOM-a, legenda hip hopu mogła chyba zaprezentować coś więcej niż brzuszek, dresik od piżamy, bity z winampa oraz powolny flow. Inna sprawa, że to chyba nowy trend – samotna nawijka z maciem w tle (w wersji indie – Daughn Gibson, w wersji pop – Dominique Young Unique).

Zasmuciły mnie też występy Kim Gordon i Stephena Malkmusa – stać ich na więcej. Gordon robiła w życiu znacznie ciekawsze drony niż te podczas króciutkiego występu w Katowicach. Malkmus zaś, jak to Malkmus, był luzacki, sympatyczny, błyskotliwy. Kawałków z jego ostatniej płyty z The Jicks słuchało się całkiem przyjemnie. Niestety w porównaniu z porywającym reunion-koncertem Pavement dwa lata temu w Gdyni wypadł bladziutko.

Nergal i inne płotki

Reszta starej gwardii wypadła świetnie. The Wedding Present znakomicie odegrali swoją płytę sprzed 20 lat (Seamonstress), pokazując skąd inspiracje (może nieświadomie) czerpią różne dzisiejsze gitarowe kapele. Gdzieś na pograniczu indie, dream popu oraz „psychodelicznego” brzmienia końca lat 60. balansowali w pięknym stylu Mazzy Star. Dali nastrojowy koncert, idealny przerywnik na jedenastą wieczorem między szybszymi, głośniejszymi występami. Występowali po entuzjastycznie przyjętym mistrzu soulu Charlesie Bradleyu (akurat wtedy byłem na Kingu Creosote i Jonie Hopkinsie – wypadli niespecjalnie). Poziom trzymali też Atari Teenage Riot i choć można się zastanawiać, ile jest koniunkturalizmu w skandowaniu przez nich hasłach Anonymous i Oburzonych, to dobrze, że ktoś je ze sceny wykrzyczał.

W innej roli pojawił się Henry Rollins, który od pewnego czasu raczej nie gra koncertów, tylko po prostu opowiada o swoim życiu (polecam krążące po sieci filmiki ze spotkań promujących jego książkę/album fotograficzny Occupants). Zdaje się, że wybierając się wówczas na Malkmusa popełniłem błąd – od różnych osób słyszałem, że spotkanie było super.

Peter Kember szerzej znany jako Sonic Boom (niegdyś część Spaceman 3) zagrał kawał świetnego shoegazu jako Spectrum. Plotki o jego nowej płycie pod tym szyldem krążą od czasu, jak parę lat temu otwierał koncerty reaktywowanego My Bloody Valentine. Jednak prace nad nią regularnie przerywa, by produkować albumy innym (choćby MGMT). Podczas koncertu grał najróżniejsze rzeczy, od starych kawałków Spectrum, poprzez jeszcze starszy utwór Spaceman 3 (Che), różne covery, aż po utwór wydany pod szyldem Sonic Boom.

Z kolei Alva Noto dał nie jeden, a dwa koncerty. Jeszcze w czwartek otworzył festiwal świetnym setem zagranym w Górnośląskim Centrum Kultury. Reklamowany jako mistrz zimnej elektronicznej precyzji zaprezentował energetyczny zestaw dźwięków, przy których można było zarówno odpłynąć, jak i się pogibać w krzesełkach. Towarzyszyły mu kolorowe wizualizacje oparte na motywach graficznych reprezentacji dźwięku, zsynchronizowane z rytmem i zmianami brzmienia muzyki. Kulminacyjnym momentem występu był rewelacyjny uni acronym z jego zeszłorocznej płyty univrs – Kraftwerkowski w nastroju utwór-wyliczanka różnych otaczających nas trzyliterowych skrótów czytanych przez francuskiego poetę dźwiękowego Anne-Jamesa Chatona.

Następnego dnia razem z Blixą Bargeldem (Einstürzende Neübauten, wieloletni współpracownik Nicka Cave’a) dał kolejny świetny koncert, wycofując się przy tym na drugi plan, by zrobić miejsce dla charyzmy Bargelda. Blixa to magik, który przykuwa uwagę najdrobniejszymi gestami. Stopniowo kreował swoim głosem napięcie, które rozładowywał ekspresyjnym krzykiem lub niesamowitymi piskami. A kiedy zaczął sam się samplować, zrozumiałem, jakimi płotkami zajmują się ci, którzy bronią katolicyzmu przed Dodą, Madonną czy Nergalem.

Koncert czy misterium?

Prawdziwymi wydarzeniami były występy tych weteranów, którzy prezentowali nowy materiał. Thurston Moore oznajmił, że zaprasza na koncert zespołu Chelsea Light Moving. Materiał, jaki zagrał, nijak miał się do wydanej przez niego w zeszłym roku akustycznej płyty (Demolished Thoughts), zamiast tego zagrał kawałki, które mają się znaleźć się na jesiennym debiucie jego nowego zespołu. Zabrzmiało to znakomicie, choć widać było, że muzykom brakuje jeszcze trochę wspólnego koncertowego ogrania. W każdym razie to on wypadł lepiej w korespondencyjnym pojedynku dwóch rozwodzących się filarów Sonic Youth. Nowy materiał Moore’a nawiązuje do różnych okresów twórczości zawieszonego (?) zespołu, najbardziej chyba do Daydream Nation i Sonic Nurse.

Krytyka Polityczna na OFF Festivalu – zobacz fotorelację

Materiał z nadchodzącej płyty zaprezentowali również Swans. Jednym z głównych punktów monumentalnego występu Michaela Giry był trwający niemal pół godziny utwór The Apostate, który oficjalnie zwiastuje płytę w sieci. Swans nagięli festiwalową rozpiskę i grali ponad pół godziny ponad przewidziany dla nich czas. Do historii festiwalu przejdzie scena, w której Gira niemal pobił organizatorów próbujących przerwać koncert. Pokazał bezkompromisowość, która zachwyciła widownię. Artur Rojek zapowiadał duchowe przeżycia i Gira zrobił wszystko, by ich dostarczyć. By, jak sam to ujmuje, muzyka wyniosła widownię na wyższy poziom. Dał półtorej godziny dźwięków tak intensywnych, że oddziaływały bezpośrednio na ciało. Całość przypominała jakieś złowieszcze misterium, np. egzorcyzmy. To, co było w tym najbardziej fascynujące, to wrażenie, że muzycy Swans poszliby w tym szaleństwie za Girą w ogień. To właśnie różniło ten koncert od występu Moore’a, który na scenie wydawał się samotny.

Pogo i smęciarze

Koncerty starych wyjadaczy przeplatały się z równie dobrymi występami wschodzących gwiazd sceny indie oraz klubowej elektroniki, a także wyrazistych postaci znajdujących się na ich obrzeżach. Z drugiej strony Kurt Vile (dobry występ) czy Megafaun (znacznie słabszy) sięgali do muzyki, na której weterani sami się wychowali, Chromatics (o nich za chwilę), do muzyki jaką kontestowali, zaś Ty Segall (bardzo dobry koncert) i The Twilight Sad (znakomity) do tej, jaką niektórzy z nich grali.

Występy Battles, Chromatics i The Antlers należały do najbardziej oczekiwanych i wypadły znakomicie. Battles zagrali świetny występ oparty na zeszłorocznej płycie Gloss Drop, w którym nie zawahali się sięgnąć po fragmenty remixów wydanych w tym roku (Dloss Grop) oraz (niespodzianka) po starszy Atlas, podobno przerobiony tak, by wyciąć fragmenty, do których prawa posiada dawny członek zespołu. I to ich mieszanka połamanej elektroniki z math rockiem wygenerowała w tym roku największe pogo.

Chromatics, pokazują, co można wydobyć z dzisiejszej rehabilitacji klasycznego włoskiego disco. Bałem się, że na żywo nie dadzą rady, ale świetnie rozwinęli klimat płyt w imprezę. Rozpoczęli od motywu z filmu DriveTick of the Clock. Grali rzeczy z dwóch ostatnich płyt, na finał – covery Kate Bush (Running up that hill) i Neila Younga (Into the black).

Jeszcze bardziej bałem się o The Antlers, najlepszych depresjo-smęciarzy ostatnich lat. Delikatne, często akustyczne brzmienie płyt zostało zastąpione mocniejszym, obficie czerpiącym zarówno z tradycji shoegaze’u, jak i z Radioheada z okresu Kid A. Ostrzejsze brzmienie uchroniło ich przed popadnięciem w smęty, a elektronika otworzyła przed nimi nowe możliwości. Dało to jeden z najlepszych koncertów festiwalu.

Specjalnym wydarzeniem jeśli chodzi o światek indie miał być koncert Chromehoof do fragmentów Hydrozagadki. Jaki był tego efekt, trudno mi powiedzieć – w tym czasie głównie słuchałem Fennesza (więcej o jego występie poniżej). Załapałem się jedynie na końcówkę, w której niski quasi growl zestawiany był z twarzą Wiesława Michnikowskiego. Efekt był mocny, jednak sama muzyka nie była w stanie ponieść projektu i porwać ludzi do zabawy. Trochę szkoda, bo zabrakło w tym roku wesołego kolorowego wieloosobowego składu, który bił be ze sceny pozytywną energią. Najbliżej tego byli Islandczycy z Retro Stefson. Konferansjerkę, gry, zabawy itd. mieli super, rozkręcili namiot 3ki jak nikt. Ich muzyce brakowało jednak polotu, by dać koncert na miarę tych, jakie w poprzednich edycjach zagrali choćby Efterklang czy Architecture In Helsinki.

Indie dla lemingów

Ale poza indie też jest przecież życie! Ci, którzy szukali ciężkich brzmień, spierali się o koncerty Baroness (moim zdaniem pozytywne zaskoczenie) i Converge (dla mnie duże rozczarowanie). Ci, którzy chcieli posłuchać hip-hopu, wybrali się na Dam Funk i Shabazz Palaces. Każdy dzień kończyli spece od klubowej elektroniki. Jedni wypadali lepiej (High Places), inni słabiej (Container). Zasmucili mnie zamykający festiwal Forest Swords – nie byli w stanie odtworzyć niezwykłej atmosfery studyjnego Dagger Paths, za to bardzo pozytywnie zaskoczył występujący jako Kuedo Jamie Teasdale, który zagrał świetny zróżnicowany set oparty na mieszance dubstepu z najróżniejszymi nurtami muzyki eletrkonicznej. Ciężko to opisać, trzeba to usłyszeć – Kuedo zresztą już w październiku wystąpi w Krakowie na Unsoundzie.

Znakomity koncert dał też niedzielny kurator sceny eksperymentalnej Christian Fennesz, który wystąpił w duecie z artystą wizualnym Lillevanem. Lillevan wizualnie akompaniował elektronicznym pejzażom Fennesza, wzbogacanym przez niego grą na gitarze. Bezpośrednio po noisowych szaleństwach Swans, elektroniczno-gitarowa mgła Fennesza brzmiała doskonale, tak jakby jego występ stanowił zamierzone outro do szaleństw zespołu Giry. Wizualizacje Lillevana opierały się na wizualnym pulsie, którego rytm odpowiadał temu, co grał Fennesz. Kiedy ten wprowadzał gitarowy szum, Lillevan nakładał na obraz warstwę obrazu, przedstawiającą nieregularną sieć zarysowań, smug, uszkodzeń. Posługiwał się obrazem odwołującym się do skojarzeń: zarysowana płyta=trzaski, rysa =dźwięk oraz wizualny ślad. Razem z dźwiękami Fennesza tworzyły one fascynującą, spójną, audiowizualną całość. Ich występ mógłby równie dobrze mieć miejsce w jakiejś galerii sztuki współczesnej.

Pisząc wcześniej o obrzeżach indie, miałem na myśli grupę wykonawców, którzy poszerzają zainteresowania stereotypowego indie-hipstera (w prawicowej nomenklaturze zdaje się, że leminga) o obszary niegdyś przezeń pomijane – jazz, klasykę, awangardę. Fennesz doskonale do tego opisu pasuje, podobnie jak Colin Stetson. Stetson jest znakomitym saksofonistą i w tej materii obsługuje połowę amerykańskiej sceny indie. W zeszłym roku nagrał znakomitą płytę New History Warfare Vol. 2 Judges, na której wokalnie wsparły go Laurie Andreson oraz Shara Warden (My Brightest Diamond). Na OFF-ie wystąpił solo, ale jego płuca zastąpiły mu cały zespół. Zagrał najlepsze fragmenty z ostatniej płyty i świetną nową kompozycję, która zaostrza apetyt na jego następne nagrania.

Dwa inne koncerty wykonawców z obrzeży indie miały miejsce podczas czwartkowej rozgrzewki. Zamykał ją koncert Nilsa Frahma, znakomitego pianisty, traktującego fortepian również jako instrument perkusyjny. Jego płyta Felt należy do moich ulubionych zeszłorocznych wydawnictw. Piękne kompozycje, proste, emocjonalne i do tego zaraźliwie melodyjne połączył z fantastycznym brzmieniem opartym na nagłośnieniu wnętrza fortepianu. Polecam każdemu.

Na parę dni przed koncertem Frahm złamał palec i wydawało się, że koncert zostanie odwołany. Frahm jednak wystąpił, grając mimo bólu dziewięcioma palcami, wspierany przez przyjaciela Petera Brodericka, który grał na skrzypcach i pile. Koncert, który odbywał się w klubie Hipnoza, był po prostu piękny – niezwykle intymny (pierwsze rzędy publiczności siedziały dosłownie 30 cm od muzyków. Było widać, że gra sprawia Frahmowi znaczny ból, a jednak zagrał wspaniale. To było w czwartek. W następny poniedziałek w rękę wsadzono mu cztery śruby. W środę skomponował więc utwór na 9 palców. Jest niesamowity.

Historia jednej świni

Przedtem, bezpośrednio po Alvie Noto, na scenie pojawił się z zespołem Matthew Herbert, który przywiózł ze sobą fascynujący projekt One Pig. Herbert prześledził cykl życia jednej świni – od narodzin po talerz. Rejestrował dźwięki, przyglądał się hodowli, po przemysłowej śmierci wykorzystał części jej ciała do wykonania instrumentów, których użył przy nagrywaniu płyty mającej ją upamiętnić oraz zwrócić uwagę na problem ukrywania przed zachodnimi społeczeństwami dobrobytu działania przemysłu produkcji mięsa.

Projekt Herberta wywołał kontrowersje, jednak nie tam, gdzie się tego spodziewał: został oskarżony przez PETA o niegodne traktowanie zwierząt oraz wykorzystywanie śmierci do autopromocji. Rozgorzał interesujący spór, w którym niestety przedstawiciele PETA wyszli na ignorantów pełniących w społeczeństwie funkcję pożytecznych idiotów. Dyskusja trwa i niedługo może się okazać, że to Herbert wyjdzie na sadystycznego artystycznego drania z przerośniętym ego. W Polsce namiastkę takiej dyskusji nagonka na Piramidę zwierząt Katarzyny Kozyry, w Niemczech rozmawiano na ten temat chociażby przy okazji filmu Benny’s Video Michaela Haneke, we Francji przy okazji Carne Gaspara Noe.

Koncertowa wersja projektu Herberta jest rozwinięciem jego stanowiska. Jest to rodzaj muzyczno-teatralnego performansu, który podzielony został na dwie części. W pierwszej, dotyczącej życia świni, śledzimy muzyczną opowieść o jej życiu opartą na samplach oraz tle elektronicznych dźwięków. Głównym instrumentem jest rodzaj zagrody czy też ringu rozpostartego pomiędzy czterema perkusyjnymi statywami. Są one połączone serią linek, które przy pociągnięciu zniekształcają brzmienie poszczególnych sampli oraz innych dźwięków. Upraszczając można powiedzieć, że zbudowana została specyficzna przestrzenna gitara podłączona do zmieniającej się bazy sampli. Muzyk znajdujący się we wnętrzu instrumentu w trakcie trwania tej części zmienia białe kitle. Po pewnym czasie orientujemy się, że wyznaczają one kolejne miesiące życia świni. Po 24 tygodniach następuje czas uboju – pozostali muzycy włażą do „zagrody” i razem grają na instrumencie w sekwencji transportu oraz przemysłowej eksterminacji.

Druga część toczyła się już poza zagrodą. Przedstawiała przygotowanie posiłku. Najpierw przy akompaniamencie elektronicznych dźwięków piłowane były kości (ręczną piłą). Następnie za muzykami pojawił się kucharz, który zaczął gotować. Po audytorium zaczął się roznosić zapach przygotowywanego dania. Kiedy zostało przyrządzone oraz podane do stołu, muzycy zakończyli grę i podeszli do niego. Herbert na zakończenie zaśpiewał groteskową piosenkę, po czym zszedł ze sceny. Pozostali muzycy zanieśli posiłek widowni.

Znamienne, że wykonując ten gest muzycy powstrzymali się od jednoznacznej moralnej oceny, pozostawiając ją widzom. Reakcje widowni były rozmaite – część ludzi natychmiast wyszła, niektórzy nie mogli na jedzenie patrzeć. Inni przeciwnie – zajadali się posiłkiem (podobno był smakowity), jeszcze inni robili sobie z nim zdjęcia. A część po prostu pobiegła na następny koncert.

I tak było przez wszystkie dni tegorocznej imprezy.

Ps. Na koniec mały niezobowiązujący prywatny ranking:

20 Afro Kolektyw
19 Retro Stefson
18 Levity
17 The Wedding Present
16 Sleep Party People
15 Atari Teenage Riot
14 Alva Noto
13 Colin Stetson
12 Thurston Moore
11 Kuedo
10 Spectrum
9 The Twilight Sad
8 ANBB
7 Chromatics
6 Fennesz, Lilevan
5 Nils Frahm
4 Battles
3 The Antlers
2 Swans
1 Matthew Herbert

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.