Muzyka

Bożek: „Trzy akordy, darcie mordy” to za mało

„Generator rytmiczny” zespołu Bexa Lala, choć brzmi jak kołysanka dla odważnych dzieci, to punk – a właściwie postpunk – najczystszej wody.

Kołysankowa melodyjka dzwonków, monotonny burdonowy ton syntezatora, futrzastego i ciepłego jak miękki dywan, pianie koguta (glinianego?) – nie są to raczej wyznaczniki punkowego brzmienia, nieprawdaż? A jednak. Generator rytmiczny tria Bexa Lala – zespół bywał też duetem i projektem jak najbardziej solowym – choć brzmi jak kołysanka dla odważnych dzieci, to punk – a właściwie postpunk – najczystszej wody.

 

Punkowe były tutaj metody rejestracji muzyki: gitarę, bas, syntezatory nagrywano mozolnie ścieżka po ścieżce na zwyczajną kasety magnetofonowe. Na kilkukrotnie zapisywanych kasetach nawarstwiał się szum, który mimowolnie stawał się nieodłączną częścią ich improwizowanych kompozycji. Punkowy był też proces ich powstawania, spontaniczny i jakoś naiwny. Polo, wokalista zespołu, wymyślał teksty na poczekaniu, w dodatku w językach mu obcych. Śpiewał nie tylko po „angielsku”, którego uczył się na Ósmym pasażerze Nostromo, ale też po „katalońsku”. Szczęśliwie robił to tak przekonująco, że trudno było się połapać, że zmyśla. Może dlatego, że miał dobre wzorce? Z improwizowanych tekstów znany był też przecież sam Genesis P-Orridge, lider industrialowego Throbbing Gristle. Przed wyjściem na scenę szybko konsultował się ze Sleazym, podającym mu temat dnia, i et voilà – właśnie powstało Discipline! Albo nie.

 

Punkowy był również przebieg ich kariery, typowy dla legionów brytyjskich „zespołów Johna Peela”, czyli grup, które po krótkiej chwili triumfu na falach państwowego radia bezpowrotnie znikały z horyzontu.

 

Bexa Lala nie grali koncertów, bo tego nie chcieli. Cezary Ostrowski, czyli Taz, jeden z nielicznych występów wspomina dość koszmarnie: „Publiczność bawiła się znakomicie, wszyscy byli super zadowoleni. Uznałem, że to już kompletna klęska”.

 

Nie za bardzo było ich też słychać na falach radia, bo i kto miał ich grać, Piotr Kaczkowski? Ten sam, który nie puszczał nawet – jak wspomina Kamil Sipowicz – Davida Bowie, Lou Reeda, Iggy’ego Popa czy Velvet Underground. Projekt Bexa Lala w końcu niezauważenie implodował, zespół zniknął z polskiej sceny właściwie bez śladu. W latach 90. Bexa Lala wróciła wprawdzie do życia, ale jako solowy projekt Ostrowskiego. Sukow, pierwsza płyta reaktywowanej Bexa Lali, była zapisem eksperymentów z techno i czymś co kiedyś niechlubnie nazwano „inteligentną muzyką taneczną”. Paradoksalnie Sukow też był w pewien sposób punkowy, bo ewolucja od punka do techno była czymś naturalnym. Tę drogę pokonali choćby Cabaret Voltaire, zresztą legendarny berliński klub Tresor też był zakładany przez punków z NRD.

 

Punkowa była też śmierć Pola, młodego i wycofanego chłopaka, który uwielbiał popkulturę. Zmarł jak jego idol, Ian Curtis. Obaj powiesili się po obejrzeniu Stroszka Wernera Herzoga; obaj tak samo delikatni dali się przerosnąć kłopotom w życiu osobistym. Curtis cierpiał przez chorobę i rozstanie z żoną, Polo – przez to, że jego ojciec-milicjant chciał posłać go do wojska.

 

Najbardziej punkowy u Bexa Lali był jednak ich artyzm. Ostrowski, jak wielu dobrych punków, odebrał wykształcenie na dobrej uczelni artystycznej, w jego przypadku była to Wyższa Szkoła Sztuk Plastycznych w Poznaniu. I tak samo jak Collin Newman z Wire trafił na inspirującego artystę, który podał mu pomocną dłoń. Dla Newmana był to sam Brian Eno, dla Ostrowskiego – Jarosław Kozłowski, założyciel galerii Akumulatory 2, pomysłodawca NET-u, czyli nieformalnej międzynarodowej sieci wymiany między artystami. Kozłowski w rozmowie z Antkiem Michnikiem mówił: „NET był próbą przełamania […] zarówno barier geograficznych, politycznych, ideologicznych, jak i instytucjonalnego funkcjonowania sztuki”. Bexa Lala przenieśli ten projekt na pole muzyki. Nagrywali płyty i odmawiali koncertowania, ponieważ całodzienne próby zabijają kreatywność. Swoje „płyty” wysyłali w świat za darmo, zupełnie tak jak artyści uprawiający mail art wysyłali pocztą swoje dzieła. Byli konceptualistami w krainie naśladowców brzmień z Zachodu.

 

Nie interesowało ich komentowanie rzeczywistości – w ich piosenkach właściwie nie pojawiają się odniesienia do Solidarności, stanu wojennego i innych historycznych kamieni milowych – a tworzenie własnej, wyciętej z kartonu, pokolorowanej flamastrami.

 

Dzięki albumowi Bexa Lala i inni wydanemu nakładem Requiem Records możemy wreszcie poznać ten świat. I to nie tylko dzięki muzyce skompilowanej z niezliczonych kaset, ale też porywającemu esejowi (choć tu i tam przydałoby się go nieco skrócić) autorstwa Roberta Jarosza, kustosza archiwum Trasa W-Z, poświęconego kulturze popularnej lat 19591989. To kawał fantastycznej roboty, album dla wszystkich, którym wydaje się, że „trzy akordy, darcie mordy” to za mało. Lub za dużo.

 

Bexa Lala, „Bexa Lala i inni, Requiem Records 2014

 

Bio

Jakub Bożek

| Publicysta, redaktor w wydawnictwie Czarne
Publicysta, redaktor inicjujący w wydawnictwie Czarne, wcześniej (do sierpnia 2017) redaktor prowadzący w Wydawnictwie Krytyki Politycznej. Absolwent Centrum Kształcenia Międzynarodowego Politechniki Łódzkiej i socjologii na Uniwersytecie Łódzkim. Redagował serwis klimatyczny KP. Otrzymał drugą nagrodę w konkursie w Koalicji Klimatycznej „Media z klimatem!”. Współtworzył Klub Krytyki Politycznej w Łodzi.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.