Muzyka

Bożek: Lekcje cesarzowej

Na nowym albumie Beyoncé deklaruje się jako feministka i mówi o życiowych lekcjach. To fantastyczna płyta, ale dobrych rad poszukałbym gdzie indziej.

Mam przyjemność spędzać ostatni miesiąc tego roku w Wiedniu. To piękne miasto, ale dwa największe materialne ślady cesarstwa – pałace Hofburg i Schönbrunn – są zwyczajnie nieludzkie. Ich przytłaczający rozmiar – pierwszy ma ponad 2 tysiące komnat, drugi już tylko nieco ponad 1440, ale za to około 130 kuchni – sprawiają, że mam ochotę bić uniżone pokłony i takie tam. Gargantuiczne pałace raczej nie sprzyjają wyprostowanej postawie. Zdecydowanie wolę inne przyjemności.

Piszę o tym nie tylko po to, by pochwalić się lokalizacją. Z tego samego powodu, dla którego nie przepadam za pałacami, nieszczególnie lubię też Beyoncé. Może i jest inteligentna jak Maria Teresa i piękna jak Sissi, ale jest w jej karierze, wizerunku i muzyce coś głęboko nieludzkiego. Wszystko jest zbyt perfekcyjne, wystudiowane. Jej życie to pasmo sukcesów: popularne płyty, wielka kariera, genialne występy na żywo, sława, niemal królewskie zamążpójście, okładki w „Vogue’u” i „Forbes”. Nie mam nic przeciwko żadnej z tych rzeczy, ale w serii zwycięstw jest coś onieśmielającego. Poza tym, co akurat nie jest dziwne, z tak wielkimi stawkami wiąże się też pewna zachowawczość i niechęć do podejmowania ryzyka. Czy możecie sobie wyobrazić, że Beyoncé wypruwa z siebie flaki, tak jak Kelly Rowland w Dirty Laundry? Podczas gdy ta ostatnia otwarcie opowiadała o swoim mrocznym okresie – przemocy ze strony faceta, podupadającej karierze, zazdrości o Beyoncé – ta pierwsza wydała Bow Down, który był niczym innym niż „spierdalaj” wymierzonym w hejterów. W wielkim stylu, zresztą jak zawsze. Zatem to, że jednym z głównych tematów jej nowej płyty – wydanej po cichu i bez kampanii promocyjnej – jest perfekcjonizm, jest dość niezwykłe.

Już w otwierającym album Pretty Hurts dostaje się matkom, dla których rekompensatą za brak szczęścia jest zwycięstwo córki w konkursie piękności. Swoją drogą, zgrabny wers „pageant the pain away” jest całkiem udaną krytyką społeczeństwa, w którym liczą się przede wszystkim uroda i sukces.

***Flawless to inna odsłona zmagań z pędem ku doskonałości, tym razem własnej. Piosenka zaczyna się fragmentu Star Search, telewizyjnego talent-show z 1992 roku. W tym programie przyszłe Destiny’s Child po raz pierwszy zaprezentowały się amerykańskiej publiczności. Ich występ został jednak oceniony jedynie na tytułowe trzy gwiazdki i „śpiewająco-rapujący” zespół Girl’s Tyme – bo pod taką nazwą wtedy występowały – nie przeszedł do kolejnego odcinka. Wiele lat potem Knowles oceniła to następująco: „Myślałam że wystąpimy w Star Search, wygramy, podpiszemy kontrakt […]. Miałam tylko dziewięć lat i nie wyobrażałam sobie, że można pracować super ciężko i dać z siebie wszystko, ale i tak w końcu przegrać. To była dla mnie największa lekcja”. W jednej z mojej ulubionych piosenek, Ghost, Beyoncé mówi wprost: „Perfection is so… mmm”.

Czego więc chcieć, jeśli nie doskonałości? Szczęścia, satysfakcji z życia, akceptacji siebie i własnej płci. Tak, to ostatnie też jest ważne. Jednym z najbardziej przejmujących momentów Beyoncé jest wsamplowany występ pisarki i feministki Chimamandy Ngozi Adichie podczas TedxEuston. W ten sposób Knowles ucina też zamieszanie, jakie wywołało Bow Down. Artystce mocno się dostało za zaczepny ton i nadużywanie słowa „bitches”. Najgorszą obelgą była jednak pochwała ze strony hiperkonserwatywnego prezentera radiowego, Rusha Limbaugh, który chwalił piosenkę za to, że promuje słuszne wzorce kulturowe – uniżone posłuszeństwo żony wobec męża.

To fantastyczne, że ktoś tak popularny jak Beyoncé definiuje się jako feministka.

Z drugiej strony jej nowo odnalezione spokój, pewność siebie i kobiecość też są trochę nie z tego świata. Jej mąż, nawet jeżeli czasem jest łobuzem, jest kochającym i czułym mężczyzną. Wszystkie małżeńskie trudności są do pokonania, nawet jeśli czasami ona jest o niego trochę zazdrosna i myśli o zdradzie z byłym facetem. Ale nigdy na poważnie! W tym idealnym małżeństwie zdrada oczywiście nigdy się nie zdarzy.

Także dlatego, że seks jest tak dobry. Połowa Beyoncé to opowieści o seksie, ale nie jakimś zwyczajnym, tylko najlepszym, takim, po którym wzywa się imię pana Boga (a tego przecież nie można wzywać nadaremno). Albo takim, po którym z rozkoszy urywa się film („We woke up in the kitchen saying / How the hell did this shit happen? Oh baby”). Albo takim, przez który nie chce się wychodzić z limuzyny. No a wszystko to dla niego, ukochanego męża („I just wanna be the girl you like, girl you like”). Pocieszające, że w seksie oralnym jest równie dobry jak Monica Lewinsky.

Niektóre z tych piosenek są wyśmienite – cudownie prince’owe Rocket, które buja jak pamiętne Untitled D’Angelo albo Blow, w sumie też wiele zawdzięczające Prince’owi, co chyba można powiedzieć o każdej udanej piosence o seksie – inne gorsze, jak Partition. Ale seks jest ZAWSZE dobry.

We wspomnianym już wcześniej Ghost Knowles zastanawia się: „All the people on the planet working 9 to 5 just to stay alive, how come?”. Hmm. Jedyną sensowną odpowiedzią, która przychodzi mi na myśl jest cytat z Common People Pulp: „You will never understand / How it feels to live your life / With no meaning or control / And with nowhere left to go”.

Beyoncé to trochę poradnik dobrego życia pisany przez kogoś, kogo życie nie mogłoby być lepsze.

„Chcesz być szczęśliwy albo szczęśliwa? Wyluzuj, nie oczekuj perfekcji, miej dobry związek, szanuj innych, nie przejmuj się urodą, bo i tak jesteś piękna albo piękny. Zobacz, ja jestem piękna i bogata, ale jakoś udało mi się zostać szczęśliwą kobietą”. Płyta jest fantastyczna, ale dobrych rad poszukałbym gdzie indziej. Beyoncé to wciąż cesarzowa.

PS. Wielka, wielka szkoda, że całej płyty nie napisał jej Frank Ocean. Piękna doo-wopowa ballada Superpower to majsterszyk.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Jakub Bożek
Jakub Bożek
Publicysta, redaktor w wydawnictwie Czarne
Publicysta, redaktor inicjujący w wydawnictwie Czarne, wcześniej (do sierpnia 2017) redaktor prowadzący w Wydawnictwie Krytyki Politycznej. Absolwent Centrum Kształcenia Międzynarodowego Politechniki Łódzkiej i socjologii na Uniwersytecie Łódzkim. Redagował serwis klimatyczny KP. Otrzymał drugą nagrodę w konkursie w Koalicji Klimatycznej „Media z klimatem!”. Współtworzył Klub Krytyki Politycznej w Łodzi.
Zamknij