Historia

Klęska w zwycięstwie. Samokrytyka Kuronia i źródła jego błędów

12 września 1989 roku Jacek Kuroń po raz pierwszy został ministrem pracy i polityki społecznej. Był nim do 12 stycznia 1991 w rządzie Tadeusza Mazowieckiego i ponownie od 11 lipca 1992 do 26 października 1993 w rządzie Hanny Suchockiej. Przypominamy tekst o nim zmarłego w sierpniu prof. Andrzeja Walickiego.


„Robotnicy wielkoprzemysłowi, którzy uważali się za główną siłę „S”, byli na ogół dumni ze swoich zakładów, praca w nich była źródłem przywilejów i prestiżu. Teraz dowiadywali się, że te zakłady są kulą u nogi gospodarki i na dodatek, że nie mają do nich żadnego prawa. […]”, pisał Jacek Kuroń w roku 1993 [1]J. Kuroń, Nadzieja i rozczarowanie, s. 140..

„Solidarność”, złamana jako ruch społeczny, zepchnięta została na pozycję związku zawodowego, będącego w dodatku łatwym łupem konserwatywnego kleru, wykorzystującego rozczarowanie robotników w swej walce wokół ustawy aborcyjnej. Było to zręcznym manewrem prawicy, dającym ujście uzasadnionej wrogości robotników wobec nowych „onych” u steru władzy.

Kapitalizm miał być przyzwoity, był dziki

„Klęska «Solidarności» nastąpiła dlatego, że wyłonione z niej władze państwowe, zamiast stanąć na czele masowego ruchu przebudowy, działały ponad społeczeństwem. Ponad jego głowami realizowano program etatystyczno-technokratyczny, co spychało większość w roszczeniową lewicowość, tym bardziej radykalną, im dotkliwiej odczuwano koszta upadku komunizmu” [2]Tamże, s. 143..

Całe życie w solidarności

czytaj także

Całe życie w solidarności

Irena Grudzińska-Gross

W dramatycznym wywiadzie udzielonym w roku 2002 lewicowemu kwartalnikowi „Zdanie” Kuroń przyznał się do lwiej części współodpowiedzialności za ten stan rzeczy. Był przecież dwukrotnie ministrem pracy i polityki socjalnej, jako taki „podżyrował” plan Balcerowicza, który wprowadził w Polsce „dziki” kapitalizm, chociaż należało tworzyć kapitalizm „przyzwoity”, budowany „razem ze społeczną nad nim kontrolą” [3]Tamże, s. 418 („Całe życie jestem nauczycielem”, „Zdanie”, 2002). Por. też J. Kuroń, „Podżyrowałem plan Balcerowicza i to mój grzech”, rozm. E. Chudziński, S. Ciepły i F. Ratkowski, „Przegląd”, nr 38, 2002. Nie wiadomo, czemu wywiadu tego brak w omawianym tomie..

Robotnicy i pracownicy sfery budżetowej zostali wydziedziczeni, „bo tak naprawdę nikt nic nie dostał. Wszystko zostało złodziejsko sprywatyzowane” [4]Tamże, s. 416.. Okazało się, że ludzie „Solidarności” dobrze umieli wywracać, ale budować nie umieli. „Cały etos został zdeptany, powstało tylko jedno hasło: Bogaćcie się!”[5]Tamże, s. 417. W rezultacie koszmarnie zwiększyły się nierówności społeczne, choć miały się radykalnie zmniejszyć.

Kuroń uznał to wszystko za własną winę i to niewspółmiernie większą niż wina za komunizm: „wtedy bowiem byłem gówniarzem, a teraz byłem dwa razy ministrem”[6]Tamże, s. 427.. Na pytanie współredaktora „Zdania” Edwarda Chudzińskiego, jak czuje się człowiek lewicy, który walcząc z systemem nierówności społecznych, utorował drogę ogromnemu zwiększeniu tych nierówności, odpowiadał: „Fatalnie. Nie ukrywam, że fatalnie. Na to po prostu ciężko choruję. To nasz ogromny grzech i chwała Bogu, że Boga nie ma, bo gdyby był, to niech nas Bóg ma w swojej opiece”[7]Tamże, s. 431..

Spektakularne zwycięstwo własnego obozu politycznego nad „realnym socjalizmem” przeżywał wiec Kuroń jako klęskę swego ideału wszechstronnej emancypacji człowieka. Emancypacji nie tylko społecznej, lecz również politycznej. W jednym z ostatnich artykułów Kuronia, zatytułowanym Czyja jest władza w państwie?, została o to skonstatowana jako oczywistość: „Demokracja została zastąpiona przez biurokratyczną plutokrację”[8]Tamże, s. 484 („Czyja jest władza w państwie?”, „Gazeta wyborcza”, 5 lutego 2003)..

„Samorządna Rzeczpospolita”

Spróbujmy jednak zastanowić się – niezależnie od samokrytycznych wypowiedzi samego Kuronia – dlaczego właściwie tak wybitny przedstawiciel tradycji lewicowej zawiódł w wykonywaniu zadań, które postawiła przed nim historia jego kraju. Jak pamiętamy, Kuroń pragnął, aby „Solidarność” była czymś więcej niż związkiem zawodowym reprezentującym ekonomiczne interesy pracobiorców; aby wzięła na siebie odpowiedzialność za cały kraj, organizując życie społeczne na zasadach swobodnej i racjonalnej samorządności. Wielu ludzi (w tym również piszący te słowa) sądziło jednak odwrotnie: uważało bowiem, że ponadzwiązkowe ambicje „Solidarności”, w połączeniu z terytorialną, a nie branżową strukturą ruchu, niepotrzebnie antagonizowały władze i budziły niepokój sąsiadów Polski, tym samym z góry przesądzając o niepowodzeniu wielkiego eksperymentu z wmontowywaniem w system niezależnej reprezentacji interesów pracowniczych.

Lenie, wichrzyciele, roszczeniowi awanturnicy – związkowcy

„Solidarność” ograniczająca się do roli czysto związkowej byłaby wielkim krokiem w kierunku dalszej detotalitaryzacji „realnego socjalizmu”. „Solidarność” próbująca ukonstytuować się jako „samorządna Rzeczpospolita” była natomiast (niezależnie od intencji twórcy tego hasła) wypowiedzeniem wojny istniejącym strukturom państwowym, a więc przeniesieniem konfliktu z płaszczyzny ekonomicznej na polityczną.

Tak się złożyło, że już w roku 1984 pisałem o tym na łamach londyńskiego „Aneksu” i mogę dziś przytoczyć odpowiednie fragmenty tego artykułu. Czynię to, bo nie zmieniłem swej diagnozy. Proszę jednak czytelnika o pamiętanie, że chodziło mi wówczas nie o Kuronia jako takiego, ale o użytek publiczny, który czyniono z jego idei „samorządnej Rzeczpospolitej” w bezpardonowej walce z „realnym socjalizmem” PRL-owskim. Cytuję: „Teoria zorganizowania «Samorządnej Rzeczpospolitej» przy zachowaniu kontroli partii nad wszystkimi dziedzinami o kluczowym znaczeniu strategiczno-gospodarczym, co miało «zabezpieczyć» interesy Związku Radzieckiego i zbić zarzut «dążenia do władzy».

Zastanawiam się, czy autor tej teorii (była to bowiem teoria o wyraźnym, jednoosobowym autorstwie) mógł głosić ją bona fide: czy istotnie wierzył, że w państwie, które nazywał totalitarnym, można zainstalować «Samorządną Rzeczpospolitą», że partii komunistycznej można (bez użycia przemocy!) odebrać kontrolę w zakładach pracy i w terenie, pozostawiając jej władzę «na górze»?

W tekście pod tytułem Zamknięcie rozrachunku nazwałem to „albo szczytem obłudy, albo szczytem głupoty”; dziś gotów jestem uznać, że dałem się ponieść emocjom i że trzeba raczej położyć nacisk na taktyczną zręczność tej teorii w mobilizowaniu i ukierunkowywaniu masowego protestu. Pozwala ona mianowicie na odpieranie zarzutu „dążenia do władzy” przy jednoczesnym upolitycznianiu lokalnych konfliktów i wykruszaniu ogniw władzy „od dołu”. Nie było to istotnie dążenie do władzy w sensie leninowskim, to jest przez uderzenie w centralny ośrodek władzy, prowadziło jednak do całkowitej destrukcji systemu, istotą komunizmu bowiem jest władza „od dołu do góry”. Można więc widzieć w tym realistyczne uznanie niemożliwości wygrania walki z głównymi siłami przeciwnika i proponowanie w związku z tym swoistej decentralizacji działań wojennych, to jest zastąpienie wojny totalnej przez odpowiednio koordynowane działania partyzanckie.

Na łamach „Głosu” powoływano się na Abramowskiego, który głosił ideę pozapaństwowego zorganizowania sił społecznych. Abramowski jednak działał w okresie, w którym ekonomika nie była scentralizowana i upaństwowiona, a więc jego idea „Rzeczpospolitej Spółdzielczej” była mimo wszystko mniej utopijna niż idea „Samorządnej Rzeczpospolitej” w PRL. Aż wstyd wyjaśniać, że bez zasadniczej, rozwalającej cały system decentralizacji gospodarczej nie mogło być mowy o jakimkolwiek „pozapaństwowym” organizowaniu sił społecznych, a więc nic tu po Abramowskim.

Wymalować Polskę na czerwono

czytaj także

Gdyby „Solidarność” zażądała przekazania jej decyzji co do, na przykład, rozdziału funduszy i dewiz, handlu zagranicznego itp., to równałoby się to żądaniu znacznej części władzy; gdyby zaś tego nie zażądała, to „Samorządna Rzeczpospolita” mogłaby być tylko elementem systemu, a nie czymś pozasystemowym, elementem struktury państwowej, a nie czymś w rodzaju państwa podziemnego w czasach okupacji (porównanie, którego użył autor tej teorii).

Nie odważyłbym się przypuszczać, że głosiciele krytykowanej teorii nie zdawali sobie sprawy z tego wszystkiego, nie uważam ich bowiem za głupców. Sądzę więc, że – w przeciwieństwie do Abramowskiego, uznawanego za patrona KOR-u – traktowali teorię „Samorządnej Rzeczpospolitej” w sposób instrumentalny, jako narzędzie walki politycznej. Nie chciano ani (a) rozruchów, walk barykadowych itp., ani też (b) uspokojenia nastrojów, chciano natomiast (c) instytucjonalizacji konfliktu, utrzymywania politycznej mobilizacji mas i powolnego wykruszania systemu „od dołu”. Jesienią 1981 mówiono wręcz, bez zażenowania, że „reforma samorządowa nie uratuje gospodarki, wprost przeciwnie (sic!), ale za to umożliwi wyeliminowanie nomenklatury, stworzy forum walki politycznej, utoruje drogę stopniowej autofinlandyzacji Polski”.

„Przez całe życie był marzycielem”

Błędem zasadniczym tego rozumowania było, jak się okazało, przecenianie głupoty przeciwnika i niedocenianie jego woli i możliwości bronienia się [9]A. Walicki, „Myśli o sytuacji politycznej i moralno-psychologicznej w Polsce”, „Aneks”, nr 35/1984, s. 95-96..

Znajomość życia i dzieła Kuronia, którą dysponuję dzisiaj, nie pozostawia wątpliwości, że był on absolutnie szczerym entuzjastą idei „Samorządnej Rzeczpospolitej”. Instrumentalnie wykorzystywali ją inni inteligenccy przywódcy „Solidarności”, przeważnie ci sami, którzy nie mieli później skrupułów w zamienianiu jej na dogmaty neoliberalizmu. Kuroń jednakże, jak sam wyznał, „przez całe życie był marzycielem”, wiernym ideałowi upodmiotowienia przez partycypację. Szkoda tylko, że nie dostrzegł w porę pułapek realnego funkcjonowania tej idei w gorącym okresie solidarnościowych „16 miesięcy”.

Utopia partycypacyjna towarzyszyła mu niestety również wtedy, gdy krytykował samego siebie jako ministra pracy w rządzie Tadeusza Mazowieckiego. Cóż bowiem znaczył przytoczony wyżej zarzut, że ówczesne władze państwowe „zamiast stanąć na czele masowego ruchu przebudowy, działały ponad społeczeństwem”? Jaki sens miało uogólnienie, że przebudowy ustroju „nie da się dokonać od góry, siłami polityków. Muszą za nimi stanąć wielkie ruchy społeczne”[10]O różnicy między porządkiem nomokratycznym a porządkiem teleokratycznym pisał obszernie Fryderyk Hayek w „Law, Legislation and Liberty”. Benjamin Constant przedstawił swą koncepcję dwóch rodzajów wolności w swym słynnym przemówieniu „O wolności nowoczesnej w porównaniu z wolnością starożytnych” (1819)?

Czyżby Kuroń nie zdawał sobie sprawy z zasadniczej sprzeczności między ekonomizmem Balcerowicza a partycypacyjną demokracją ruchów społecznych? Czyżby wyobrażał sobie, że radykalne urynkowienie i programowa prywatyzacja mogą być wspierane i kontrolowane zarazem przez ruch masowy typu „Solidarność”, inspirowany przez ideał sprawiedliwego podziału i samorządowego kolektywizmu? Wszystko wskazuje na to, że tak właśnie było. A skoro tak, to warto wskazać, na czym polegała fundamentalna błędność takiej rachuby.

Od walki z bikiniarzami do planu Balcerowicza, czyli żywot człowieka politycznego

Po pierwsze, Kuroń nie docenił, a może nawet nie dostrzegł zasadniczej różnicy między nomokratycznym ładem rynkowym (wspartym na zgodzie co do reguł gry) a teleokratycznym ładem demokracji partycypacyjnej (wspartej na zgodzie co do wspólnego celu), a więc (wedle typologii Benjamina Constanta) między wolnością starożytną, polegającą na uczestnictwie w życiu publicznym, a wolnością nowożytną, czyli wolnością w życiu prywatnym, w sferze pozapolitycznej.

Było to zgodne ze staropolskim republikanizmem, utożsamiającym wolność z uczestnictwem w sprawowaniu suwerennej władzy [11]Patrz A. Walicki „Trzy patriotyzmy”, w: tenże, „Naród, nacjonalizm, patriotyzm („Prace wybrane”, t. I), Universitas, Kraków 2009, s. 350-352 (Pierwodruk w „Aneksie”, nr 40, 1985)., z tą różnicą, że miał to być, zgodnie z Abramowskim, republikanizm samorządowy, niezależny od zbiurokratyzowanych struktur państwowych.

Problem w tym jednak, że była to właśnie koncepcja „starożytna”, sprzeczna z liberalizmem czasów nowożytnych, pojawiająca się w społeczeństwach masowych albo w postaci karykaturalnej (np. w ustrojach totalitarnych), albo w warunkach nadzwyczajnej mobilizacji społecznej, niemogącej przecież być ustrojową normą. Społeczeństwo polskie nie chciało nieustannej mobilizacji, również robotnicy (Gomułka miał pod tym względem rację!) wcale nie marzyli o poświęcaniu swego czasu sprawom publicznym. Rząd Mazowieckiego miał więc rację, odrzucając ideę hegemonii „wielkiego ruchu społecznego” na rzecz demokracji rynkowej i państwa prawa.

Jak „Solidarność” stała się prawicowa

Przyznał to w gruncie rzeczy sam Kuroń – dodając jednak, że popełniono błąd w wyborze modelu gospodarki rynkowej, zbyt pochopnie utożsamiając reformy rynkowe z akceptacją neoliberalnego typu kapitalizmu. W tym miejscu pojawia się inna wersja pytania o możliwe wykorzystanie potencjału i autorytetu „Solidarności”: czy możliwe było przekształcenie tego ruchu w bazę społeczną nowoczesnej socjaldemokracji, rozumiejącej niezbędność rynkowych reform, ale zdolnej zarazem do pilnowania, aby ich rezultatem stał się kapitalizm „przyzwoity”, respektujący prawa pracownicze i dbający o zachowanie osiągnięć społecznych zachodnich demokracji.

To właśnie miał na myśli Kuroń, gdy mówił redaktorom „Zdania” o własnym błędzie. Jeżeli jednak łączył to z myślą o jakiejś „socjaldemokratyzacji «Solidarności»”, to było to niestety drugim jego błędem. Pod wpływem zrozumiałej skądinąd reakcji na stan wojenny, „Solidarność” tak bardzo przesiąkła prawicowym antykomunizmem, że przestała być zdolna do odnalezienia swego miejsca na lewicy.

Dzięki bujnemu rozkwitowi „literatury drugoobiegowej” aktywiści zdelegalizowanej „Solidarności” indoktrynowali sami siebie w taki sposób, który uodporniał ich na wszelkie idee lewicowe, czyniąc ich więźniami coraz bardziej niewybrednych wersji mitologii narodowej i potencjalnymi sojusznikami klerykalnego tradycjonalizmu. Proces ten zaczął się zresztą już w czasie legalnego istnienia „Solidarności”, czego wyrazem było m.in. całkowite zignorowanie setnej rocznicy powstania polskiego ruchu robotniczego (mimo że redaktorem organu związkowego był Bogdan Cywiński, autor książki proponującej pojednanie tradycji proletariatu Ludwika Waryńskiego z tradycją patriotyzmu „Polaka–katolika”) [12]Mowa oczywiście o książce Cywińskiego Rodowody niepokornych, Warszawa 1974..

Ta amputacja lewicowych korzeni „Solidarności” najmocniej dotknęła właśnie Kuronia. Mimo to jednak próbował on zachować maksymalny spokój w tej sprawie, graniczący z lekceważeniem ideologicznej tożsamości ruchu.

Pospiszyl: Ludowa historia PRL ciągle czeka na napisanie

Wydaje się, że źródłem tego było przekonanie, że naprawdę istotne jest stanowisko w konkretnych kwestiach społecznych, a nie wybór takiej czy innej retoryki lub historycznego kostiumu. Potwierdzeniem tego przypuszczenia są kuroniowskie klasyfikacje istniejących stronnictw politycznych pod względem ich lewicowości: Porozumienie Centrum braci Kaczyńskich umiejscowione jest w nich na lewo od SLD, a jeszcze bardziej na lewo umieszczana jest ekstremistyczna Konfederacja Polski Nieodległej [13]J. Kuroń, Nadzieja i rozczarowanie, s. 135–137 („Rynek z ludzką twarzą”)..

Nie można tego uznać za ujęcie trafne, zważywszy na fakt, że w warunkach polskich (co trafnie podkreślił Czesław Miłosz w jednym z listów do mnie) istniała wyraźna ciągłość pewnej złej tradycji narodowej, „stanowiącej bloki autonomiczne, niezależne od «bazy»”[14]A. Walicki, „Zniewolony umysł po latach”, „Czytelnik”, Warszawa 1993, s. 411 (list z dnia 17 sierpnia 1968)., zawsze jednak niedającej się pogodzić z jakąkolwiek „lewicowością”.

Niezrozumienie „wolnego rynku”

Najważniejszą przyczyną biernej akceptacji przez Kuronia neoliberalnych receptur Balcerowicza była jednakże, choć trudno w to uwierzyć, zwyczajna niewiedza. W wywiadzie udzielonym „Gazecie Wyborczej” w końcu 2001 roku Kuroń przyznał się do niej z rozbrajającą szczerością, stwierdzając zarazem, że dzielił tę niewiedzę z całym swym środowiskiem politycznym.

Ze względu na ważność tego wyznania warto przytoczyć je w całości: „Zapomnieliśmy, czy nawet nie wiedzieliśmy, że bezwzględny kapitalizm w społeczeństwach rozwiniętych panował tylko przy wprowadzaniu go w XVIII i XIX wieku, i to od razu w wojnie społecznej. Później ta wojna toczyła się długo, ale na peryferiach rozwiniętego gospodarczo świata. Ład społeczno-gospodarczy, jaki zdecydowanie zapanował w krajach wysoko uprzemysłowionych niemal od początku XX wieku, kształtował się wraz z cywilizacją maszynową w walkach i współpracy przedsiębiorców i robotników formujących – przy znacznym udziale inteligencji – ruchy społeczne, w których te siły społeczne się wyrażały.

W tej walce – i współpracy – przez wojny i rewolucje tworzono ład społeczno-gospodarczy stanowiący kompromis między pracą a kapitałem, uformowany w demokrację polityczną, demokratyzację wytwarzania i obrotu towarowego (system umów zbiorowych, prawa pracy, komisji trójstronnych, rad zakładowych) oraz demokrację socjalną (powszechnego nauczania, społecznej polityki mieszkaniowej etc.). Tylko w ramach tego ładu społeczno-ekonomicznego – zwanego «socjalizmem skandynawskim», niemiecką «społeczną gospodarką rynkową» czy z amerykańska «państwem dobrobytu» – możliwa była niezwykła efektywność pracy uznawana u nas za kapitalistyczną. Beneficjentami tego ładu byli wszyscy jego uczestnicy – i tylko w tak zarysowanej całości mógł on funkcjonować” [15]J. Kuroń, Nadzieja i rozczarowanie, s. 406-407 („III RP dla każdego”, „Gazeta wyborcza”, 14 listopada 2001)..

Jak z tego wynikało, główny teoretyk polskiej lewicy i (z nielicznymi wyjątkami) otaczające go środowisko inteligenckich doradców „Solidarności” [16]Najważniejszym ze wspomnianych wyjątków był oczywiście Tadeusz Kowalik. nie znali lub zapomnieli podstawowe fakty dotyczące podstaw ideologicznych i instytucjonalnych ustroju, który pragnęli w Polsce wprowadzić i które trzydzieści lat przedtem były przedmiotem pogłębionej uwagi w środowisku Klubu Krzywego Koła.

Kowalik: Od Stiglitza do Keynesa

Nie wiedzieli, że już John Stuart Mill zapoczątkował ewolucję myśli liberalnej w kierunku liberalizmu socjalnego, coraz bardziej oddalającego się od apologii wolnego rynku; że już na przełomie XIX/XX wieku brytyjską myśl liberalną zdominował tzw. nowy liberalizm (nie mylić z neoliberalizmem!), domagający się od państwa, aby gwarantowało obywatelom prawo do „godnego życia”, oraz określający warunki brzegowe dopuszczalnej nierówności; że idee te przeniesione zostały do USA przez Woodrowa Wilsona i zinstytucjonalizowane częściowo w Rooseveltowskim „New Dealu”; że ukoronowaniem tej ewolucji ideologiczno-instytucjonalnej była powszechna akceptacja liberalna demokratycznego „państwa dobrobytu”, święcącego triumfy w pierwszym trzydziestoleciu po II wojnie światowej.

Sprzyjała tej zaskakującej niewiedzy energiczna ofensywa „nowej prawicy”, przebierającej się w szaty obrońców „klasycznego liberalizmu”, a także, rzecz jasna, głęboki kryzys „socjalistycznej alternatywy”, wywołany upadkiem „realnego socjalizmu” w ZSRR i krajach Europy Środkowo-Wschodniej. Można to zrozumieć i szczegółowo wyjaśnić. Ale mimo to dziwić może okoliczność, że w środowiskach prozachodnich reformatorów „realnego socjalizmu” zabrakło ludzi wyraźnie zdających sobie sprawę, że „nowa prawica” reprezentowała nie powrót do „prawdziwego” liberalizmu, ale drastyczne zerwanie z dominującym nurtem myśli liberalnej, brutalne pogwałcenie jej aksjologii i wewnętrznej logiki rozwoju.

Jak liberałowie przegrali Polskę

Tylko głębokie niezrozumienie zarówno liberalizmu, jak „wolnego rynku” prowadzić mogło do utożsamienia liberalnej wolności z wolnością rynku, tak często kolidującą z wolnością ludzi. Było to tragicznym w skutkach nieporozumieniem: centralną troską autentycznego liberalizmu jest przecież wolność jednostki ludzkiej, obejmująca także wolność ekonomiczną, ale nierozerwalnie związana z takim czy innym minimum bezpieczeństwa, bez którego nie byłaby wolnością.

Należy niestety dodać, że w wypadku autora Wiary i winy wiele wyjaśnia również swoistość jego drogi ideowej. Myśliciel ukształtowany w tak wielkiej mierze przez spuściznę Marksa, Róży Luksemburg i Edwarda Abramowskiego reprezentował w przełomowym roku 1989 stanowisko cenne i rzadkie, ale niepowiązane ze znajomością problemów współczesnej socjaldemokracji, a tym bardziej liberalizmu, a więc niedostarczające gotowych kluczy do zrozumienia nowych i trudnych problemów ówczesnej ustrojowej transformacji.

***
Andrzej
Walicki (1930–2020) – profesor PAN, wykładowca Uniwersytetu w Canberze i Uniwersytetu Notre-Dame (Indiana, USA), autor przekładanych na wiele języków prac z dziedziny historii idei, poświęconych problematyce marksizmu (m.in. Marksizm i skok do królestwa wolności), liberalizmu (Filozofia prawa rosyjskiego liberalizmu), myśli polskiej (Między filozofią, religią i polityką. Studia o myśli polskiej epoki romantyzmu; Stanisław Brzozowski – drogi myśli; Trzy patriotyzmy. Trzy tradycje polskiego patriotyzmu i ich znaczenie współczesne; Mesjanizm Adama Mickiewicza w perspektywie porównawczej), a przede wszystkim myśli rosyjskiej, której poświęcił dziesiątki artykułów (m.in. Osobowość a historia. Studia z dziejów literatury i myśli rosyjskiej; Rosja, katolicyzm i sprawa polska) i dwie monumentalne monografie: W kręgu konserwatywnej utopii. Struktura i przemiany rosyjskiego słowianofilstwa oraz Zarys myśli rosyjskiej. Od Oświecenia do renesansu religijno-filozoficznego); prowadził też publikowaną korespondencję m.in. z Izajaszem Berlinem i Czesławem Miłoszem.

**
Tekst jest fragmentem artykułu Od utopii do utopii: pisma polityczne Jacka Kuronia opublikowanego w Krytyce Politycznej” nr 24–25. Śródtytuły pochodzą od redakcji.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać