Kultura

Urwana ręka leżała niedaleko i miała wzniesiony w górę kciuk

Po trzech dniach Bernard myślał, że w tym lesie postrada rozum. Za dnia nie spędzał czasu przy samochodach, ale w koronie oddalonego o jakieś pięćdziesiąt metrów drzewa, tak żeby mógł dostrzec wrogów, a oni jego nie. Dopiero pod wieczór schodził na dół i ostrożnie przekładał do swojego büssinga najcenniejsze rzeczy: broń, wódkę, cukier, margarynę i konserwy − fragment książki Josefa Formánka „Mówić prawdę”, która właśnie ukazała się nakładem Wydawnictwa Krytyki Politycznej.

Bydlak Bukowski

Na jakimś zadupiu mały oddział SS dostał się w kleszcze. Bernard nie pamiętał nazwy tej wioski. Miał im dowieźć zaopatrzenie. Niedużą kolumną trzech samochodów dowodził Franz Bukowski – świnia, która w Astrachaniu zastrzeliła człowieka, choć nie zrobił on nic złego.

Wszyscy to pamiętali. I to, że jego rodzinie potem podpalił dom. Wyglądało to tak, jakby nawet śnieg się palił. Żona rozpaczała, a dzieci tak płakały, że obsmarkały sobie brudne kaftany wypchane słomą. Co ten człowiek zrobił? Miał po prostu pecha, że natknął się na Bukowskiego tuż po tym, jak go Müller obsztorcował za to, że z jego auta zginął jakiś prowiant. Każdy wiedział, jak było. Cwaniaczek robił lewe interesy z żołnierzami ze specjalnych jednostek operacyjnych, którzy rabowali domy ludzi rozstrzelanych lub wywiezionych nie wiadomo dokąd.

Ten zastrzelony chłop tylko schował w kominie wędzony udziec prosiaka dla rodziny na zimę, ale twierdził, że wszystko już oddał. Beny potem nie jadł tego mięsa i paru innych kolegów też nie. Każdy facet postąpiłby tak samo i schował kawałek mięsa dla dzieci, ale nie każdy żołnierz zachowałby się tak jak Bukowski. Chociaż już wtedy Mares pomyślał, że w jego wojskowej rodzinie znalazło się więcej bydlaków niż tylko jeden Bukowski.

Jeden z żołnierzy Einsatzgruppen SS opowiadał Bernardowi, jak likwidowali żydowską wioskę. Zapędzili wszystkich na cmentarz, gdzie ofiary musiały wykopać sobie groby. Potem trach! Strzał w tył głowy. Na dzieci szkoda było kuli. Buch! Uderzenie kolbą w głowę. Bardzo go ponoć zdziwiło, że wystarczyło uderzyć dość lekko, żeby pękła czaszka. Koszmar. Bernard odwrócił się od niego ze wstrętem. Dobrze, że nie musiał być przy czymś takim. Zwyrodniały pomysł mordować Żydów, pomyślał. Podobno taka ideologia, ale gówno warta. Rozumiał wojnę – ty jesteś tam, a ja tu – ale tego nie pojmował.

Czemu musiał dostać na drogę Bukowskiego? Ten jednak długo nie dowodził kolumną. Akurat wtedy, gdy Ralf jechał na prawych schodkach büssinga Bukowskiego, żeby pilnować kolumny przed nurkującymi samolotami, jego samochód najechał na minę i z ogłuszającym wybuchem wzniósł się w powietrze, jakby podrzucił go jakiś olbrzym.

Bukowski palił się w szoferce. Widzieli, jak się tam skręca. Hans pobiegł mu na pomoc, szarpał się z wygiętymi drzwiami, ale tylko się poparzył. Bezrefleksyjnie sięgnął po broń, skrzywił się, kiedy poparzoną dłonią wyciągnął pistolet, ale strzelił. Być może niepotrzebnie, bo w tym potwornym ogniu tańczyło chyba już tylko martwe ciało Franza Bukowskiego.

Potem obaj jednocześnie pomyśleli o Ralfie, bo lubili tego wariata.

Cichy, wiecznie zamyślony Hans należał do tych niewielu ludzi, którzy swego intelektu nie splamili arogancją. Poświęcił go gwiazdom, które ukochał. Tysiące razy pokazywał Ralfowi różne gwiazdozbiory, ale i tak nauczył go rozpoznawać tylko Gwiazdę Polarną oraz Wielki i Mały Wóz. Jednak Hans się tym nie przejmował i traktował to jako trening przed swoją wymarzoną pracą po wojnie, kiedy przez różne lunety będzie pokazywał szkołom widoki światów, do których nigdy nie dotrzemy. Dopiero po śmierci obejrzy je ten, kto dostanie się do nieba, uśmiechał się zawsze, mówiąc te słowa.

Okrucieństwo, sentymentalizm, cynizm…

Teraz gorączkowo wraz z Bernardem Maresem szukał Ralfa. Ich wspólną maskotkę, Ralficzka, który po wojnie chciał wrócić do browaru, bo tam do pensji dostawał deputat – pięć piw, jak każdy pracownik.

Krzyczeli i chodzili wokół dopalającego się wraku, a w ustach osadzał im się nieprzyjemny, słodkawy smak skwierczącego mięsa, szczypiącego dymu, spalenizny i opadającego popiołu. Po dłuższej chwili jakieś trzydzieści metrów od auta Beny znalazł leżące na ziemi, nienaturalnie skręcone ciało. Chwycił Hansa za ramię i pokazał w tamtą stronę.

– Cholera, już po nim. – Podeszli do niego.

– Ten dureń rzeczywiście nie żyje – powiedział Hans ochrypłym głosem.

Nagle ta poskręcana góra członków drgnęła, wyłoniła się z niej ręka i rozległo się przyduszone: – Pif, paf! – I Ralf zaczął się śmiać.

– Ty jesteś kretyn, idiota! – wrzeszczał Hans.

– Nam, wariatom, nic się nie stanie – Ralf próbował się uśmiechnąć, choć grymas na jego twarzy mówił o tym, że jest mocno pokiereszowany. Na szczęście był po przeciwnej stronie niż wybuch miny.

– Nie bluźnij, świrze, tylko podziękuj swojemu aniołowi stróżowi. – Beny usiadł przy nim, wyjął trzy papierosy, wszystkie je włożył do ust, zapalił, a potem jeden podał Ralfowi, a drugi Hansowi.

Hans wciąż stał i ze zdumieniem kręcił głową.

– On już musi być porządnie zmęczony.

– Kto? – zdziwił się naiwnie Ralf.

– Twój anioł. – Hans odwrócił się w stronę dogasającego auta Bukowskiego. Palił w milczeniu.

– Co z Bukowskim? – spytał Ralf.

– Nie żyje – odparł Beny. Zapalili następne papierosy. W ciszy słychać było tylko, jak się łapczywie zaciągają i wydmuchują dym. Chwilami padał śnieg, a chwilami deszcz.

– Deszcz jest jak życie. Może za chwilę się skończy – odezwał się Ralf. Hans i Beny spojrzeli na niego z niekłamanym zdumieniem. To było chyba największe osiągnięcie intelektualne faceta, który do tej pory za najciekawsze i najgłębsze pytanie filozoficzne uważał kwestię, czy piwo jest żółte czy może złote.

Zamęczał ich obu takimi pytaniami. Najgorsze było, kiedy opowiadał o browarze w Znojmie, gdzie warzą dziewiętnastostopniowe piwo: „Ono jest jak chrzan, aż ci bańki idą z nosa”. Zawsze kiedy zaczynał mówić: „To piwo jest jak…”, obaj chórem krzyczeli: „Nie, już nie!”. Choć z drugiej strony raz – na wpół poważnie, a na wpół dla żartu – rozmawiali o tym, że Hans mógłby zrezygnować z gwiazd, a Beny z orkiestry dętej, żeby po wojnie stworzyć wspólny interes, gdzie produkowaliby też tę cholerną „dziewiętnastkę”.

Patrząc na czarny, gęsty dym wydobywający się ze spalonego wraku samochodu, Hans z niepokojem powiedział:

– Musimy spadać, zanim się tu zjawią partyzanci.

Żeby uniknąć min i zmylić ewentualny pościg, zjechali z drogi, bo zdaniem Ralfa, który teraz siedział z mapą w szoferce obok Benego, mogliby skorzystać ze skrótu przez las. Jechali ledwo widoczną leśną ścieżką, która skończyła się na skraju zagajnika. Zatrzymali się.

Ukryli auto w gęstym młodniaku i Ralf zgłosił się na ochotnika, że przeczołga się przez łąkę na jej koniec, żeby sprawdzić, czy przed nimi jest czysto. Na pustym stepie auto byłoby jak na widelcu.

– On chyba w ogóle nie wie, co to jest strach – stwierdził z podziwem Hans.

– To prawda, że się nie boi – potwierdził Beny.

– Może dlatego, że nie ma mózgu. Ale lubię go.

Kiedy Ralf dotarł pod wierzchołek niewielkich pagórków, jakie w tym miejscu wyrastały ze stepu, i spojrzał przed siebie, natychmiast się wycofał i zgarbiony pobiegł z powrotem. Jego twarz nie wróżyła nic dobrego.

Zdyszany wyrzucał z siebie nieskładne zdania.

– Gówno, a nie partyzanci. Tam jest wielka masa ruskich koni. Ludzie, działa. Rote Armee! Wszyscy idą w przeciwną stronę niż my.

– Jesteśmy w dupie – powiedział Beny.

– Gdzie? – spytał przestraszony Ralf.

– Na tyłach Sowietów. – W oczach Benego widać było przerażenie.

– Żarty się skończyły, panowie. Przeszliśmy przez front na sowiecką stronę – zwrócił się do nich Hans.

Uważaj, gdzie jedziesz na wakacje

 

– Szlag by to trafił – zaklął Beny.

– Masz zupełną rację – odpowiedział mu Ralf, ale Beny zmroził go wzrokiem.

– Jeden z nas będzie musiał znaleźć drogę – stwierdził Hans.

– Nie, pójdzie przynajmniej dwóch – zaoponował Beny.

Ralf wyciągnął trzy zapałki i ułamał łebek jednej z nich.

Czy naprawdę myśleli, że ich los może zależeć od łebka zapałki? Jednak w tej chwili nie mogli postąpić inaczej. Jak tysiące razy w czasie wojny, kiedy wygrywa to, co pozbawione sensu.

Atak

– Popatrz na to z innej strony. Nie przejmuj się, że zostaniesz sam. Wyśpisz się. Możesz sobie pospacerować. W spokoju będziesz mógł skręcić papierosa, zapalić, poopalać się… – Ralf długo się zastanawiał, co jeszcze wymyślić koledze dla uprzyjemnienia czasu, zanim oni powrócą ze zwiadów.

Beny nie reagował, tylko nieruchomo patrzył przed siebie.

Ralf nim potrząsnął.

– Przejdziesz się po lesie. Będziesz miał czas dla samego siebie. Będzie fajnie! Napijesz się wódeczki. W büssingu masz jej od cholery. – Mrugnął do niego.

Nadal nie reagował.

Z Ralfa tryskał gejzer następnych dobrych rad:

– Obejrzysz sobie zachód słońca… Zrobisz sobie dobrze… Zwalisz konia…

Zwycięstwo! Beny się ocknął.

– Możesz mi wyjaśnić, jak mam spacerować i oglądać zachód słońca w zmarzniętym lesie, idioto? I czemu wciąż gadasz o waleniu konia? Że jak go sobie zwalisz, to będzie ci dobrze? Zapomnisz o wszystkim? Odbiło ci chyba, nie?! – krzyknął z szaleństwem w oczach.

Ralf posmutniał.

– Jesteś debil, ale i tak cię lubię – odezwał się pojednawczo Beny.

– To najfajniesza rzecz, jaką mi kiedykolwiek powiedziałeś.

– I oczywiście będę tego żałował – Mares znów kwaśno zakończył ich rozmowę.

Podczas gdy Beny robił rzeczy, które mu Ralf wymyślił, pozostała dwójka wyruszyła na zwiady. Szli przygarbieni przez błotnisty las upstrzony jęzorami śniegu i przed upływem godziny usłyszeli przed sobą odgłosy pracujących silników, trzaskanie drzwiczek i strzępy rosyjskich rozmów. Potem, schowani pod gałęziami stuletniego świerku, usłyszeli je także za sobą. Wszędzie wokół nich zatrzymywały się samochody. Było ich pełno.

– Musimy się przebić – szepnął Ralf i mrugnął do Hansa.

Ten nic nie odpowiedział, tylko kurczowo ściskał karabin i nieprzytomnym wzrokiem patrzył przed siebie. Myślami był w domu w Weimarze. Ralf go objął, ale on nie odwzajemnił uścisku. Zesztywniały od kucania, lekko się zachwiał i oparł na automacie.

– Powinniśmy krzyczeć, jak Ruskie podczas ataku, nie?

Hans, wciąż nieobecny, lekko skinął głową. Dostrzegł, że grupka Sowietów rozmawia nieopodal o czymś i wskazuje w ich stronę. Jeden z żołnierzy wściekle cisnął piłą o ziemię, a drugi ją podniósł. Chcą ściąć ich drzewo? W tej chwili znów odezwał się Ralf.

Kobiety i mit imperium

– Pobiegniemy zygzakami, każdy w inną stronę, dobra?

Smutno skinął głową i niechętnie wstał. Czuł mrowienie w nogach.

– Będziemy krzyczeć „Naprzód!”, dobra? – Ralf zrobił grymas i zdecydowanie rozsunął gałęzie od strony, w którą mieli pobiec.

Biegli, kluczyli pomiędzy drzewami, strzelali i krzyczeli. Rosjan zmroziło. Błyskawicznie padli na ziemię w pozycjach strzeleckich. Potem rozległ się śmiech. Zaatakowało ich dwóch żołnierzy! Dlatego z początku nie mogli trafić, a gejzery igliwia wokół tych dwóch zajęcy świadczyły o tym, że bardziej była to dla nich zabawa niż walka.

Ale tak jest zawsze. Im bardziej cierpimy, tym głośniej ktoś się śmieje.

Pośród strzałów i śmiechu pięciuset rosyjskich żołnierzy frontowych było czasem słychać tych dwóch nieszczęśników, do ostatniej chwili krzyczących: „Naprzód!”.

Hans padł po pięćdziesięciu metrach, ale biegnący przed nim Ralf jakimś cudem wciąż gnał zygzakami, krzyczał i strzelał, dopóki nie usłyszał tej kulki całkiem z bliska.

Opadł na kolana, w ciemność, i pomyślał, że to koniec.

Coś

Obudził go przenikliwy ból w nodze i kłopoty z oddechem.

Była czarna noc. Zobaczył gwiazdy i pomyślał o Hansie. Jemu na pewno się udało. Jest taki mądry. Ale w kółko i krzyżyk gram lepiej. Nawet Beny nie ma ze mną szans. Gdzie oni teraz są? Na pewno go szukają, albo razem, albo każdy z osobna. To takie bystrzaki, że muszą go znaleźć. Uśmiechnął się, choć noga bolała go coraz bardziej. Tylko w ciemnościach nie mogą go dostrzec. Tak, wszystko przez to. Patrzył w niebo i był spokojny.

Nagle salwy rozświetliły noc, jakby przedwcześnie nadszedł świt.

Liczył po cichu, kiedy po rozbłysku usłyszy wybuchy. Raz, dwa, trzy… Są blisko. Kiepska sprawa. Stalinorgel, organy Stalina, ruskie katiusze. Mroczna, drażniąca muzyka.

Ostrowska: Upominam się o zapomniane ofiary nazizmu

Wybuchy zbliżały się. Gdzieś szczekały niemieckie działa.

Nawet taki głupek jak ja może się tu porachować ze śmiercią, pomyślał.

Nie było czasu ani się oszukiwać, ani mówić sobie prawdy. Znów pomyślał o Benym i Hansie. Na pewno wkrótce się tu pojawią.

Wyjący, nieustannie przybliżający się dźwięk całkiem go ogłuszył. Wybuch. Zasypało go. Poczuł ciężar ziemi.

Miał zawroty głowy. Myślał sobie, że coś się musi wydarzyć, i patrzył na swoją urwaną rękę. Leżała niedaleko i miała wzniesiony w górę kciuk.

Zaczął padać śnieg. Wydawało mu się, że leży tam bardzo długo. Płatki śniegu zasypywały kałużę krwi, a ta w zamian barwiła je na czerwono.

Coś się musi wydarzyć, powtarzał sobie i czekał. Serce waliło mu strasznie szybko i w tym mrozie oblał go miłosierny pot. Nie zdarzyło się jednak absolutnie nic i Ralf umarł z otwartymi oczami, jakby się chciał przekonać, że ten jego kciuk, który już właściwie nie był jego, wciąż życzy mu powodzenia.

Nie cierpiał. Chyba że na miłość do życia, którego częścią jest obecność śmierci.

Pogrzeb w mgnieniu oka

Po trzech dniach Bernard myślał, że w tym lesie postrada rozum. Za dnia nie spędzał czasu przy samochodach, ale w koronie oddalonego o jakieś pięćdziesiąt metrów drzewa, tak żeby mógł dostrzec wrogów, a oni jego nie. Dopiero pod wieczór schodził na dół i ostrożnie przekładał do swojego büssinga najcenniejsze rzeczy: broń, wódkę, cukier, margarynę i konserwy.

Z własnego wozu wyrzucił całą mąkę i mundury. Zanim skończył, zapadł mrok. Beny trochę się rozgrzał przy pracy, bał się rozpalić ogień. Pomyślał o Hansie i Ralfie. Położył się na masce auta i wpatrzył w pobłyskujące niebo.

Nagle ogarnęło go mocne, niemal namacalne przeczucie, że obaj nie żyją. Patrzył w niebo i szeptał: „Cześć. Dużo piwa i trochę walenia konia, Ralf! Wielu gwiazd, Hans! Już możesz ich dotknąć”.

Potem mróz pogonił go do samochodu. Zmówił w kabinie Ojcze nasz. Znów miał szalone sny, a po północy odwiedziła go ta dziewczyna z marzeń. Usiadł i szeroko otwartymi oczami błądził po kabinie. Serce waliło mu jak młot. Usłyszał tylko sowę i gdzieś w oddali wycie wilków. Ranek rozproszył ciemności, Beny czekał z nadzieją na następną noc. Co się może zdarzyć? Dzień jutrzejszy po raz tysięczny powie do nas „proszę pana”, odpowiedział sobie na głos i roześmiał się.

Następnego dnia zrozumiał, że sam musi odnaleźć drogę. Jechał pod sklepieniem nagich drzew, które w ciągu nocy zbielały od grubego szronu. W lesie delikatnie szumiał wiatr. Tak jakby poza warczącym motorem panowała absolutna cisza. Piękno, czyste piękno. Wszędzie szkliły się kryształki lodu.

Jadąc przez las, zobaczył nagiego trupa, kilka metrów od rowu. To był Hans. Został mu tylko kawałek górnej części munduru. Potem dostrzegł czające się wilki, które spłoszył dźwięk silnika. Zdążyły już wygryźć Hansowi kawał uda i rozerwać brzuch.

Zatrzymał się w pobliżu, rozejrzał dookoła i zaczął do nich strzelać. Nie trafił ani jednego. Tylko odsunęły się kawałek dalej. Odbezpieczył granat i padł na ziemię. Żegnaj, kolego.

Kawałek mięsa wylądował na masce samochodu. Zaczął się histerycznie śmiać. Witaj z powrotem na pokładzie, Hans!

Kilkaset metrów dalej leżał następny trup w mundurze SS, z urwaną ręką. Zapewne był to Ralf, ale Bernard już się nie zatrzymał. Nie mógł.

Uporczywa myśl, że Bóg poddaje go karze.

Jechał dalej, aż dotarł do końca lasu i natknął się na spaloną okolicę. Zraniony step. Wraki czołgów, jamy, trupy. Nawet się cieszył, że spotka Rosjan. Albo swoich. Oba wyjścia miały swoje plusy i minusy.

Czy Bernard miał depresję? Jako narrator szczerze przyznaję, że nie wiem. Nikt tego nie wie. Każdy zostaje sam z tą pustką, która czasem sprawiedliwie nas prześladuje. Za co? Za to. Zostaje w nas i wokół nas. Niewypowiedziane pytanie pośród śmiechu, podczas którego język przymarza do maski büssinga w ciągu paru sekund po zawarciu zakładu o niedopitą butelkę wódki. Jak w Kijowie. Albo tam. Czy gdzieś indziej. Jak zawsze.

**
Josef Formánek jest pisarzem, dziennikarzem i podróżnikiem.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.