Kultura

Sprzątanie późnego kapitalizmu

marie-kondo

Założenie jest proste i powtarzane w rozmaitych programach telewizyjnych od lat: porządek i organizacja prowadzi do szczęścia i sukcesów biznesowych, bałagan i brud do katastrofy emocjonalnej i bankructwa. W różnych wariantach opowiada o tym i Magda Gessler, i niesławna Perfekcyjna Pani Domu, i Marie Kondo. Czy porządek to jednak uniwersalna metoda okiełznania siebie i rzeczywistości?

Jeden z ostatnich hitów Netfliksa, który przynosi bezpośrednie rezultaty w rzeczywistości i przyprawia o zawrót głowy pracowników sklepów charytatywnych w Stanach, odpowiada na nieustające zapotrzebowanie na domowe porady oraz – nade wszystko – metodę, która pozwali ogarnąć własny świat raz na zawsze. Marie Kondo w swojej bestsellerowej książce Magia sprzątania (a teraz także w ośmioodcinkowym serialu) powtarza do upadłego te same zaklęcia i instruktaże.


Nieważne, czy chodzi o nowożeńców albo oczekujących dziecka młodych rodziców, czy o kobietę zmagającą się ze stratą męża. Kroki są te same, a skutki za każdym razem olśniewające. Terapeutyczna moc selekcji i składania, bo o niej wielokrotnie mówi japońska guru sprzątania, nie jest zbyt pieczołowicie dopasowywana do klientów. Z ośmiu powtarzalnych i nużąco przewidywalnych odcinków wyniesiemy tę samą wiedzę, którą uzyskujemy już w pierwszej odsłonie. Drobiazgi, które złapiemy podczas kolejnych spotkań, są raczej dopełnieniem metody niż kolejnymi jej wariantami.

Wywoływanie radości

Najważniejszym elementem metody KonMari jest sprawdzanie, czy rzeczy, które posiadamy, na przykład ubrania (wszystkie układamy wcześniej na łóżku), wywołują w nas radość. To jedyne kryterium, które stosujemy. Radość – zostawiamy, brak radości – odrzucamy. To samo dzieje się z książkami. Radość – zostawiamy, brak radości – odrzucamy. Szczęśliwie nie przechodzimy tej samej rutyny z patelniami i szczotką klozetową. Zasadniczy problem, który się tu pojawia, wyraziła tylko jedna bohaterka całej serii (odcinek: Breaking Free From a Mountain of Stuff), pytając o inne cechy ubrań i pozostałych posiadanych rzeczy. Użyteczność, funkcjonalność, wydane pieniądze, możliwe późniejsze wykorzystanie – z perspektywy Kondo wszystko to wydaje się raczej wymówką niż realną kwestią. W tym samym odcinku dylematy kobiety zostają też uzasadnione jej pakistańskim pochodzeniem i nader szybko rozwiązane.

Wywoływanie radości przez rzeczy jako podstawa systemu selekcji wydaje się metodą tak oczywistą jak wykorzystywanie sody oczyszczonej do usuwania trudnych zabrudzeń. Jawne założenie, że rzeczy powinny służyć głównie naszej radości, jest w jakimś stopniu przekonujące, pozbawia jednak tę metodę oraz stojący za nią światopogląd użyteczności dla mniej majętnych osób, ale także tych, które niechętnie postrzegają zakupy jako drogę do szczęścia. Wreszcie może też być sprzeczne z celem, jakiemu ma służyć cała metoda, a więc pozbywaniu się zbędnych rzeczy i walce z zagracaniem.

Osobiście muszę przyznać, że grozą napawa mnie pytanie moich książek, czy wywołują we mnie radość. Czy Pessoa jest dla mnie wystarczającym źródłem radości, aby nie wrzucić go już dziś do wora na śmieci? A Ginekolodzy Thorwalda? A co z Walterem Benjaminem? Ten z pewnością nie wywołuje we mnie radości. Najwidoczniej czas się pożegnać.

Marie Kondo nie napomyka nawet o możliwości przerobienia rzeczy, wykorzystania ich na nowo, odkopania ze zbiorów czegoś, co może nam się jeszcze przydać. Nie zachęca też ani razu do ograniczenia zakupów. Czy zakupy powinny wywoływać radość? Oczywiście. To przecież doskonała spirala kapitalistycznej terapii poprzez nabywanie, a następnie wyrzucanie tego, co już nie spełnia tej funkcji. Oba procesy – kupowania i wyrzucania – zdają się dwiema stronami tego samego medalu. Obrót rzeczami jest satysfakcjonujący emocjonalnie, dynamiczny, pozoruje władzę i poczucie bezpieczeństwa. Możemy nabywać bez końca i bez poczucia winy, podobnie opróżniać swój dom i wzruszać się duszonymi plastikiem zwierzętami wodnymi. Mamy miejsce na nowe rzeczy (podkreśla to część uczestników) i w dodatku zrobiliśmy coś dobrego dla świata, któremu rzuciliśmy nasze ochłapy.

Zamiast dać się wmanewrować w poczucie winy lepiej porządnie się wkurzyć

Co ciekawe, decyzja o oddaniu zbędnych rzeczy do sklepu charytatywnego wydaje się inicjatywą uczestników, a część odcinków w ogóle nie wprowadza nas w meandry tego etapu porządkowania. Widzimy worki przygotowane do oddania, późniejszy los rzeczy spowity jest mgiełką tajemnicy. Wystarczy odnotować „dobry uczynek” i „dobre intencje” bohaterów.

Demoralizujący brak zainteresowania mentorki naprawianiem czy refleksją nad rozszalałą konsumpcją może się wydawać oczywistością. To w końcu program o sprzątaniu. Sprzątanie ma jednak – jak próbuje pokazywać Kondo – wiele wariantów emocjonalnych. Żaden z uczestników nie stawia jednak swojej monstrualnej kupie ubrań jednego pytania: ile czasu zajmie mi zbudowanie stosu nowych rzeczy?

Składanie

Drugi ważny element całej metody to odpowiednie składanie rzeczy. Nie w kostkę, nie na pół, nie w rulony. To sposób „na trzy”, którego celem jest takie zminimalizowanie objętości ubrania i takie jego złożenie, aby można było je postawić, a nie położyć – tak, byśmy widzieli, co dokładnie posiadamy. Jako że wobec każdego poradnika domowego warto postawić pytanie, czy to działa, w tym przypadku uczciwie przyznaję: działa. Nie dysponuję wprawdzie górą ubrań ani nie mam problemów z utrzymaniem nawet wyśrubowanych standardów porządku w szafie, nie mogę jednak zaprzeczyć, że składanie „na trzy” Marie Kondo ma sens i sprawdza się pod względem organizacji odzieży.

Uznanie tego nieomal za boską proporcję wydaje się mimo to przesadą, ale przede wszystkim aktywnie ignoruje mniej oczywiste przestrzenie i mniej funkcjonalne meble (preferencja szuflad nad szafkami). Pod tym względem o wiele bardziej interesująco wypadają oldschoolowe programy oryginalnej Perfekcyjnej Pani Domu Anthei Turner, którą oglądałam z wypiekami na twarzy lata temu. Jej szaleństwo sprzątania miewało w sobie bowiem urok Davida Copperfielda, Marie Kondo to raczej temperament spod znaku „ręce, które leczą”.


Turner zapadła mi w pamięć przede wszystkim ze względu na swoją nieokiełznaną kreatywność domową, a także zdolność błyskotliwego rozwiązywania problemów przestrzeni i czystości za jednym razem. Odcięty palec z rękawiczki jako zamknięcie do butelki wina, stare prześcieradło do zawijania / czyszczenia szafy z tyłu, organizowanie przestrzeni do ćwiczeń bez drogiego sprzętu i tak dalej.

Sztuczki magiczne Turner nie przewidywały upajania się składaniem w ten sam sposób wszystkich ubrań, raczej zaprowadzenie terroru kreatywności wobec własnej przestrzeni. Miały też sprawnie rozgrywany wątek klasowy, problemów z czystością i porządkiem nie upatrując w poziomie przychodów czy miejscu zamieszkania, ale w bezradności, braku motywacji czy nawet wiedzy. Oczywiście także tę perspektywę łatwo krytykować, wydaje się jednak, że – w konwencji programu telewizyjnego o ograniczonych ambicjach – podjęto próbę dotarcia do głębszego problemu. Jak się też okazuje – nie za każdym razem takiego samego.

Parametry miłości, czyli w co wierzą telewizyjni naukowcy?

W przypadku Kondo mamy do czynienia wyłącznie z osobami majętnymi lub bardzo majętnymi. Nie trzeba więc rozwiązywać problemów elementarnych, a nawet – jak w przypadku Turner – sanitarnych. Wszystkiego jest za dużo i na tym – za każdym razem! – polega problem. Pozbycie się zbędnych rzeczy i stosowne ułożenie posiadanych jest faktycznie jedynym celem Kondo. W przeciwieństwie do Turner mamy więc problem ściśle dotyczący sytej Północy. Nie brudzimy sobie rąk ani wyobraźni mniej elementarnymi problemami.

Oczywiście w Perfekcyjnej Pani Domu (o polskiej wersji należy po prostu zapomnieć jako dewiacyjnej wersji problematycznego oryginału) królował jawny i brutalny patriarchat, który nie wyrażał się bynajmniej tylko we frazach „każda pani domu…”, Turner zapewniała jednak jazdę bez trzymanki w zakresie rozwiązywania domowych dramatów brudu i chaosu. Kondo nie porusza tej pierwszej kwestii ani razu. Ani razu też nie kwapi się do przekroczenia swoich ustalonych sposobów porządkowania przestrzeni. Złota metoda działa za każdym razem, co przesadnie emocjonalnie wyrażają uczestnicy na koniec każdego odcinka (to nie tylko sprzątanie, to zmiana całego życia).

Dziś trzydziestolecie pierwszego odcinka „W labiryncie”

Life hacks

Program Marie Kondo zaczęłam oglądać z dwóch powodów – z nadzieją na life hacks (w wolnym tłumaczeniu: domowe triki) oraz aby zobaczyć, czy nowe czasy wymagają nowej telewizji o sprzątaniu. Znajduję osobliwą przyjemność w dowiadywaniu się, jak w kreatywny sposób poradzić sobie z plamami lub brakującymi sprzętami. Niekoniecznie praktykuję, raczej cieszę się czystą wiedzą. Z poradnika Lianne Bilgenroth Praktyczne porady dla pani domu wiem na przykład, że jeżeli do narzędzi włożę kawałek kredy, to nie zardzewieją, złotą ramę czyścić należy przekrojonym ziemniakiem, drewnianą z kolei mieszanką (1:1) czerwonego wina i oleju. Rysy na szklanym stole natomiast traktować trzeba pastą do zębów, a świece nie kapią, kiedy je wcześniej zamrozimy. W większości jest to wiedza bezużyteczna (w najbliższych dekadach nie spodziewam się w domu złotych ram), odkrywa jednak nieprzebrane zdolności kreatywnego myślenia i wykorzystywania rzeczy do nieoczywistych potrzeb.

Nie ma równości w polskim domu

czytaj także

Przy okazji takich lektur odczuwam rozpacz z powodu marnowania ludzkiej inteligencji na pucowanie rozmaitych powierzchni, a jednocześnie doceniam próby ominięcia kapitalistycznego fetyszu, a więc środków i sprzętu o bardzo konkretnej funkcji (płyny do: szyb, toalet, kabin prysznicowych, kafelków, ram, szyb, luster, kanap, stołów, podłóg w siedmiu rodzajach). To sposób organizowania swojej rzeczywistości, który poradniki dla pań domu preferują od co najmniej wieku. Jedne reagują na niedostatki danego okresu (w naszym kontekście złotą epoką dla poradników był PRL), inne windują oczekiwania wobec kobiet zajmujących się domem. Wiele spośród nich jest jednak boleśnie praktycznych i wieloaspektowych. Przykładem może być Poradnik domowy Jana Przeradowskiego, w którym znajdziemy instrukcję naprawy komina (!) czy pralki, metody zwalczania szkodników oraz farbowania pończoch. Sposoby radzenia sobie z niedostatkami pojawiają się równolegle do porad, jak najlepiej wykorzystać to, co mamy. Słynne są przepisy z tamtego okresu, które z „zupy nic” uczyniły wzorzec postępowania w przypadku kryzysu.

Można powiedzieć, że dziś nie mamy takich kłopotów, nie musimy się też mierzyć z problemami z zaopatrzeniem. Przesyt byłby probierzem współczesności. Byłaby to jednak albo fikcja, albo ślepota – także w Stanach, gdzie ważnym hasłem protestów ostatnich miesięcy jest „Jedna praca powinna wystarczyć”. Program Marie Kondo podkreśla równoległość tych światów i spektakl fałszywej empatii. Nie mamy więc współczuć bohaterce po stracie męża (odcinek: Sparking Joy After a Loss), ale odczuwać dumę, że poradziła sobie z wyrzuceniem jego ubrań.

Wybór amerykańskich uczestników o doskonałej sytuacji majątkowej wydaje się estetyzować, ale i ułatwiać całą opowieść. Mamy tu więc pseudogłębię w formie rytuału witania się z domem, mamy banalną psychologię w postaci dziękowania rzeczom, które już nam się nie przydadzą (dotąd nie wiem, co z rzeczami, których nigdy się nie użyło), mamy też przesłodzoną narrację o wywoływaniu radości jako warunku istnienia rzeczy. Nawet dla mojej millennialsowej wrażliwości to za wiele.

Upiorne ilości przewalających się przedmiotów, które można obserwować w serialu (szczególnie ekstremalną wersję zapewnia para w odcinku Empty Nesters), skłaniają natomiast do postawienia pytań, które w serialu nie padają ani razu. Nie tylko o szaleństwo i bezsens kumulowania rzeczy, ale przede wszystkim o zasadność takiego spektaklu telewizyjnego w tym momencie historycznym. Owszem, kilka razy odbywamy z bohaterami wycieczkę do organizacji dobroczynnych. Jednak relacja pomiędzy problemem a jego rozwiązaniem ma się tu mniej więcej tak jak niepłacenie odpowiednio wysokich podatków przez Amazona i traktowanie pracowników jak maszyn do rozprowadzania towaru do przynoszącej samozadowolenie filantropii tej firmy.

Tworzenie pozorów satysfakcji z ubrań, bibelotów i innych rzeczy domaga się nie kolejnego bloga o minimalizmie i celebrowania własnej nieskalaności, ale zadania zasadniczych pytań o to, czy można zaprowadzić porządek i szczęście w świecie, w którym niepohamowana konsumpcja i kumulowanie rzeczy zdają się nie tylko oczywiste, ale budzą współczucie.

Kogo stać na hygge?

**
Olga Szmidt – krytyczka literacka i telewizyjna, pisarka non-fiction, doktor literaturoznawstwa. Autorka kilku książek, ostatnio wydała tom krytyczny Odkrywanie Ameryki oraz biografię Kownacka. Ta od Plastusia. Redaktorka naczelna portalu Popmoderna, stale współpracuje z „Czasem Kultury”. Pracuje na Wydziale Polonistyki UJ, mieszka na krakowskim Kazimierzu.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.