Kultura

Eksplodujące mity

W Warszawie mamy funkcjonujące osobno opowieści o Warszawie żydowskiej, osobno o Warszawie np. powstańczej. W „Festung Warschau” starałam się uniknąć tej strategii.

Arkadiusz Gruszczyński: Wyobraźnia nie zna granic. Kiedy miałem piętnaście lat, byłem na zlocie harcerzy Związku Harcerstwa Rzeczypospolitej – katolickiej i do bólu patriotycznej organizacji. Biwak odbywał się w byłym obozie koncentracyjnym Gross-Rosen na Dolnym Śląsku. Głównymi „atrakcjami” były test z wiedzy o powstaniu warszawskim oraz gra terenowa, w której Polacy (powstańcy) musieli uciekać przed Niemcami (okupantami). Gra trwała od drugiej w nocy do piątej, dopóki wszyscy Polacy nie zostali wyłapani. Dzień później odbyła się uroczysta msza w rocznicę wyzwolenia obozu przez Armię Czerwoną.

Elżbieta Janicka: Jestem pod wrażeniem. Cóż za ponadczasowe ideały! W dzieciństwie też kryłam się przed Niemcami jako warszawska powstańczyni. Działo się to w Warszawie, w tak zwanym minionym okresie, w zastępie zuchów Związku Harcerstwa Polskiego. Tylko mszy nam nie zapewniono.

W Gross-Rosen, przekształconym w powstańczą redutę, wszystko się wymieszało. Czy można powiedzieć, że podobnie jest w Warszawie, o której opowiada Festung Warschau?

Przedmiotem mojej obserwacji jest bezplanowe zagospodarowanie miejskiej przestrzeni symbolicznej […]. Zainteresowały mnie relacje dwojakiego rodzaju: między znakami pamięci a miejscami oraz w obrębie samych znaków. Zachodzące między nimi napięcia symboliczne wydają się układać w czytelne wzory.

Na przykład?

Przykładem może być układ upamiętnień ulokowanych wzdłuż ulicy Stawki. Przy Stawkach znajdował się Umschlagplatz, skąd w 1942 i 1943 roku hitlerowcy wywozili Żydów Warszawy i okolic do komór gazowych Treblinki, względnie Majdanka. Od 1988 roku stoi w tym miejscu pomnik-nagrobek żydowskiej Warszawy. Relacja między znakiem pamięci a miejscem jest tutaj bezpośrednia i prosta. Kilka lat później, w roku 1995, przy Stawkach wzniesiono pomnik Poległym i Pomordowanym na Wschodzie – tak właśnie, z nieznośnym rusycyzmem w nazwie. Instalacja upamiętnia wydarzenia niezwiązane z miejscem – ulicą, dzielnicą, miastem. Jest to zatem przykład atrybucji arbitralnej.

Pomnik Umschlagplatzu odznacza się wyciszoną, abstrakcyjną właściwie formą i dyskretnym usytuowaniem. Pomnik Poległym i Pomordowanym na Wschodzie to podkłady kolejowe i wypełniony krzyżami wagon w centralnym punkcie ważnego węzła komunikacyjnego. Przy bliższym oglądzie wśród krzyży można dostrzec muzułmański-tatarski symbol z gwiazdą i półksiężycem, macewę i kilka krzyży prawosławnych. Pomnik jednak jest opisywany i w potocznej świadomości istnieje jako wagon z krzyżami – Golgota Wschodu.

Pomniki przy Stawkach funkcjonują „w pakiecie” tak dalece, że wytyczają coś w rodzaju osi symbolicznej, którą nazwałam roboczo Osią Muranowską. Jak gdyby pomnik Poległym i Pomordowanym na Wschodzie został „dobudowany” do pomnika Umschlagplatzu – do kompletu. Trudno nie zauważyć, że tu i tam chodzi o wywózki. Nawet liczba deportowanych jest podobna. Sugerowana symetria wydarzeń wydaje się oczywista. Skrywa ona jednak faktyczny kontrast, w jakim pozostają upamiętnione wydarzenia. Nie wszyscy polscy obywatele deportowani przez władze radzieckie w głąb ZSRR ponieśli śmierć. Warunki deportacji były straszne, jednak większość deportowanych przeżyła. Dla Żydów wywózka na Wschód i gehenna na Wschodzie oznaczały wręcz szansę na przeżycie, podczas gdy pozostanie na miejscu równało się niemal pewnej śmierci – w getcie, w komorze gazowej lub po „aryjskiej stronie”.

Ta sugerowana symetria wpisuje się chyba w znany model rywalizacji w cierpieniu – polskiej rywalizacji z Żydami?

Symetria jest tutaj założeniem wyjściowym, na które nakłada się pewien istotny piruet symboliczny. […] Z tego punktu widzenia interesujące jest społeczne funkcjonowanie pomnika Poległym i Pomordowanym na Wschodzie. Oprócz rozmaitych kombatanckich uroczystości – o wydźwięku mniej lub bardziej antysemickim – w scenerii pomnika odbyła się też historyczna rekonstrukcja egzekucji katyńskiej. Działo się to w roku 2009, 19 kwietnia, czyli w rocznicę wybuchu powstania w getcie warszawskim. Opowiadając o tym jako o czymś zupełnie niezrozumiałym, otrzymałam sygnały zwrotne od osób pamiętających wojnę, dla których skojarzenie Katynia z powstaniem w getcie było oczywiste. O co chodzi?

Zbrodnia katyńska miała miejsce w r. 1940. Była to radziecka zbrodnia państwowa. Dokonało jej NKWD na mocy decyzji Stalina i najwyższych władz ZSRR. Istnienie masowych grobów w Katyniu zostało odkryte jesienią 1941 r., po ataku III Rzeszy na ZSRR. Jednakże z początku odkrycie to nie miało dla Niemców znaczenia. Przypomnieli sobie o nim w okresie planowania likwidacji getta warszawskiego w ramach ostatniej fazy przemysłowej eksterminacji Żydów polskich. Hitlerowcy postanowili wkroczyć do getta 19 kwietnia 1943 r. Wówczas to wybuchło w Warszawie żydowskie powstanie. Tydzień wcześniej Niemcy uruchomili kampanię koordynowaną przez ministra informacji i propagandy, Józefa Goebbelsa w porozumieniu z Hitlerem. 13 kwietnia 1943 r. na łamach prasy i na falach radiowych ogłoszono wiadomość o zbrodni w Katyniu jako… „mordzie rytualnym judeobolszewizmu”. Gdy w getcie Warszawy Żydzi ginęli w płomieniach i samotności, prasa i audycje radiowe podawały listy świadków, którzy mieli mówić o „żydowskim” wyglądzie czy zachowaniu katów. Żydem zrobiono także Polaka, Feliksa Dzierżyńskiego, architekta aparatu terroru CzeKa-NKWD.

Antysemicka propaganda hitlerowska łączyła najbardziej zamierzchłe wierzenia chrześcijańskie z nowoczesnymi formami antysemityzmu. I tak na Wielkanoc 1943 r. wybrzmiały jednocześnie mit „Żyda bogobójcy”, mit „Żyda sprawcy mordu rytualnego” i mit „judeobolszewii”. Na ulicach miast i miasteczek Generalnej Guberni pojawił się plakat zatytułowany „Katyń”. Przedstawia on wyobrażoną scenę egzekucji katyńskiej: do oficerów wojska i służb mundurowych II RP strzelają postaci w mundurach NKWD, z krwiożerczą satysfakcją na twarzach, z rękami po łokcie unurzanymi we krwi. Oprawcy mają rysy znane z popularnych antysemickich karykatur zamieszczanych np. na łamach hitlerowskiego pisma „Der Stürmer”. Słowem, do polskich jeńców wojennych strzelają mityczni „judeobolszewicy” – „żydokomuna”. Po raz pierwszy o tym plakacie usłyszałam od pana z Krakowa, który zapamiętał go z dzieciństwa. Następnie zobaczyłam rzecz samą w Świątyni Świętej Opatrzności Bożej przy grobie kapelana Rodzin Katyńskich.

W świadomości Polaków hitlerowska kampania propagandowa mogła chyba bez trudu nałożyć się na ważny element przedwojennej polskiej propagandy antysemickiej, jakim był fantazmat „żydokomuny”.

Faktycznie, fantazmat „żydokomuny” trzymał się mocno przez całe dwudziestolecie międzywojenne. […] W czasie wojny fantazmat „żydokomuny” stał się potężnym narzędziem racjonalizacji i moralnej legitymizacji zbrodni na Żydach popełnianych przez polskie podziemie niepodległościowe. Zbrodnię można było w tym świetle przedstawić jako działanie prewencyjne, akt samoobrony koniecznej, później także jako odpowiedź na Katyń. Tymczasem w 2008 r. Sejm uchwalił doroczny Dzień Pamięci Ofiar Zbrodni Katyńskiej, wybierając datę 13 kwietnia. Prasa wyjaśniała, że chodzi o upamiętnienie rocznicy nie samej zbrodni, lecz ujawnienia zbrodni. Uświęcono w ten sposób wydarzenie medialne wyreżyserowane przez hitlerowców. Nikomu nie drgnęła ręka przy podejmowaniu tej decyzji. Jak gdybyśmy byli cokolwiek winni III Rzeszy. W ideologii nazistowskiej antysemityzm miał status misji cywilizacyjnej. Hitler i inni rozumieli przez to imperatyw krucjaty antybolszewickiej – przeciwko wszystkim Żydom, bo w tej optyce Żyd to bolszewik z definicji. Zagłada była projektem eschatologicznym, realizowanym niezależnie od interesów dających się wyartykułować w kategoriach racjonalnych. Hitler był przekonany, że cokolwiek świat by o nim powiedział, ludzkość będzie mu wdzięczna za eksterminację Żydów.

Czy dlatego tytuł twojej książki jest po niemiecku?

Idea Festung w kontekście ostatniej wojny jest związana z odwrotem wojsk niemieckich, ze świadomością przegranej. Festung to twierdza – ostatni przyczółek, który broni się, choć wszystko jest już wyjaśnione, przesądzone i stracone. III Rzesza upadła z wielkim hukiem. A tu nagle te residua paradygmatu hitlerowskiego – w Polsce! – wszczepione pod powierzchnię sfery publicznej, obecne w myśleniu symbolicznym i wyobraźni wspólnotowej…

II wojna światowa w Polsce jest stale żywym wydarzeniem, ale chyba nie została przemyślana i zrozumiana. Gdybyśmy istotnie zrozumieli, co się wówczas wydarzyło, bylibyśmy chyba bardziej świadomi i omijalibyśmy szerokim łukiem tego typu kombinacje symboliczne. Chociażby po to, by nie potwierdzać w kółko tego, czemu usiłujemy zaprzeczać, montując rozmaite komitety obrony dobrego imienia Polski i Polaków. Ostatnio hitlerowski plakat z katyńskimi „judeobolszewikami” znalazł się na okładce dodatku historycznego do „Gazety Wyborczej” („Ale Historia” z 27 lutego 2012 r.) – podany do wierzenia, bez komentarza i bez związku z materiałem o Katyniu zamieszczonym w środku numeru. To jest koszmar na jawie. Zachowując proporcje, należy stwierdzić wyraźnie: nasza wyobraźnia – imaginarium kultury większościowej dominującej – wymaga denazyfikacji.

Czy tytuł w języku niemieckim nie sugeruje, że całe zło zaczęło się wraz z hitlerowcami, którzy zaaplikowali Polakom pranie mózgu? Przecież myślenie o wspólnocie, którego naczelną cechą jest wykluczenie grup i jednostek nieodpowiadających idei jednolitego społeczeństwa czy narodu, było obecne i siało spustoszenie w Polsce o wiele wcześniej. Czy polski tytuł nie byłby wymowniejszy?

W potocznej polskiej opowieści o historii funkcjonuje przekonanie, że nacjonalizm integralny i antysemityzm w polskim wydaniu to nic w porównaniu z tym, co pokazali Niemcy. Próby analizy i krytyki tych zjawisk spotykają się z relatywizacją i bagatelizacją z powodu przekonania o istotowej różnicy – in plus – polskiej tradycji wykluczenia. W Polsce nie nastąpiła kompromitacja rodzimego nacjonalizmu integralnego i antysemityzmu. W tym kontekście hitlerowcy postrzegani są jak Marsjanie, którzy wylądowali na ziemiach Polski z kosmosu i zaczęli szerzyć niepojęte zło absolutne.

Zamiast przerabiać Jana Karskiego na symbol stosunku Polaków do Żydów, powinniśmy zastanowić się nad jego raportem z wiosny 1940 r., w którym opisywał powszechną nienawiść do Niemców, dodając: „rozwiązywanie kwestii żydowskiej przez Niemców […] stwarza jednak coś w rodzaju wąskiej kładki, na której przeważnie spotykają się  z g o d n i e  [podkreślenie Karskiego] Niemcy i duża część polskiego społeczeństwa”. Powinniśmy się zastanowić, dlaczego polskie władze cenzurowały w tym punkcie ten i inne jego raporty, a sprawozdania agend polskiego państwa podziemnego jednomyślnie zgodnie oceniały eliminację Żydów ze sfery ekonomicznej jako pożądaną, co trudno rozumieć inaczej niż pełen hipokryzji eufemizm. Karski był wyjątkiem. Pisząc książkę, z tyłu głowy miałam cały czas jego słowa – te z raportów i te, które zostały utrwalone w tekście Widziałem.

W moim pojęciu Festung Warschau nie potwierdza tezy o pierwszeństwie hitlerowców w dziele antysemickiej nienawiści. Nienawiść do Żydów – definiowanych rozmaicie – jest wynalazkiem chrześcijańskim i przez to dziedzictwem europejskim. Książka odnosi się do historii Polski i polskiej kultury. W części ikonograficznej – obok plakatów hitlerowskich – celowo umieściłam plakat „Żydzi do getta”, który wygląda jak klasyczny wytwór niemieckiej propagandy okupacyjnej, lecz powstał w Polsce w 1938 r. Dziś wiemy także, że hitlerowski plakat ze szczurami „Żydzi powracają wraz z bolszewizmem” ma swój polski odpowiednik z lat 20. Już po oddaniu do druku Festung Warschau wypłynęła sprawa kalendarza na r. 2012 wydanego przez Biuro Kultury m.st. Warszawy. W kalendarzu znalazła się reprodukcja grafiki przedstawiającej żołnierza Wojska Polskiego, który miotaczem ognia wypędza z budynku, oznaczonego orłem białym, ławicę szczurów z pejsami i w jarmułkach. Władze Warszawy nie mogły pojąć, co niewłaściwego było w galanteryjno-ozdobnym wykorzystaniu tego przedstawienia.

Wracając do twojej obiekcji, a jest to obiekcja najzupełniej zasadnicza: teza o decydującym znaczeniu hitlerowskiej propagandy upadła w Polsce ostatecznie w momencie ujawnienia serii całopaleń w Łomżyńskiem latem 1941 r. – m.in. w Jedwabnem. W owym czasie władza niemiecka na tamtym terenie dopiero się instalowała i nie miała czasu na akcje propagandowe. Polska większość opierała swoje rozpoznania i decyzje na przedwojennej propagandzie kościelnej i endeckiej. To Kościół katolicki i endecja uczyniły morderców i wspólników zbrodni ze statystycznych obywateli. Rekonstrukcja rodzimej genealogii zbrodni jest ciągle przed nami.

Dlaczego na okładkę Festung Warschau wybrałaś zdjęcie wieży strażniczej budynku Muzeum Powstania Warszawskiego?

Oni to chyba nazywają tarasem widokowym. […] Na widok okładki książki moja mama wykrzyknęła: „Ale z tym więzieniem, dziecko, to już przesadziłaś!”. Mama myślała – i nie ona jedna – że to fotomontaż: zdjęcie wieży strażniczo-strzelniczej jakiegoś więzienia z doklejoną w fotoshopie polską flagą i kotwicą Polski Walczącej. Tymczasem, parafrazując jednego z prominentnych polskich polityków, jest to autentyczny autentyk. Architektoniczny kształt Muzeum Powstania Warszawskiego odpowiada schematowi warownemu: mur i wieża. Inicjator placówki, prezydent Warszawy, a następnie Polski, Lech Kaczyński, życzył sobie, by była to „twierdza polskiego patriotyzmu”. […]

Muzeum Powstania Warszawskiego odniosło spektakularny sukces: będąc instytucją muzealną stało się jednocześnie instytucją społeczną – ośrodkiem kształtowania tożsamości zbiorowej, zbiorowych wyobrażeń, wspólnoty symbolicznej. Rządzi tam etos, który nie ma nic wspólnego z ochroną praw jednostki, praw dziecka, praw kobiet czy ideą społeczeństwa bez przemocy. Gdy przyjrzeć się zasadom, na jakich wyobrażana jest owa tożsamość i wspólnota, widać, że istotnie skonstruowaliśmy sobie więzienie i sami się w nim zamknęliśmy, a teraz trzymamy się w szachu i na muszce.

Czy powstanie warszawskie jest jedynym wydarzeniem nadającym dzisiaj tożsamość Warszawie?

[…] Opowieść o powstaniu warszawskim kształtowała tożsamość Warszawy, odkąd pamiętam. Nie ma w tym nic nowego. Nowością jest awans tej opowieści do narodowego panteonu mitów założycielskich Polski w jej obecnym kształcie. Prócz mitu powstania warszawskiego wśród mitów fundacyjnych widziałabym idylliczny mit II RP oraz mit Katynia. Mit Katynia – wcześniej nieco zmarginalizowany – obecnie wysunął się chyba na czoło stawki wskutek „dopompowania” przez wypadek lotniczy z kwietnia 2010 r. Nie relatywizuję tutaj tragedii. Odnoszę się do jej symbolicznej obróbki i politycznego wykorzystania.

Powstanie warszawskie stało się przedmiotem interesującej operacji symbolicznej w ramach polityki historycznej tzw. IV RP. W Warszawie nikogo o powstaniu nie trzeba było informować. Zwrot polegał na odgórnej reaktywacji powstania warszawskiego jako traumy, następnie zaś – na wdrukowaniu owej traumy całej wspólnocie ze szczególnym uwzględnieniem dzieci i młodzieży.

Skądinąd nad wyraz interesujące jest, co się kwalifikuje, a co nie kwalifikuje do miana traumy ogólnonarodowej. Nie kwalifikuje się na przykład Zagłada Żydów, mimo iż – w odróżnieniu od Katynia czy powstania warszawskiego – była ona doświadczeniem całej chrześcijańskiej populacji okupowanej Polski. Z obrazka zniknęło także niewolnictwo chłopów, a więc doświadczenie powszechne w społeczeństwie wywodzącym się w zdecydowanej większości ze wsi. […]

Na okładce Festung Warschau widnieje znak polskiego państwa podziemnego. W środku mamy szokującą opowieść o stosunku tego państwa do Żydów.

Są to sprawy gruntownie badane przez historyków m.in. z kręgu Centrum Badań nad Zagładą Żydów. […] Badania potwierdzają obraz, który wyłania się ze świadectw żydowskich, a który w świetle apologetycznego mitu polskiego państwa podziemnego może wydawać się szokujący. Mnie jednak nie chodzi o prowokowanie szoku, lecz namysłu nad rozdźwiękiem między potoczną świadomością a wynikami badań. Chodzi mi także o zadanie, jakie stoi przed polską historiografią, a jakim jest napisanie historii Polski, która nie byłaby wyłącznie historią Polaków. Tutaj nie wystarczy doklejenie rozdziału, który funkcjonowałby na zasadzie „kącika mniejszości” – bez naruszenia zrębów większościowej opowieści. Taki właśnie bezpieczny „kącik mniejszości” można podziwiać w muzeach miejskich na terenie całej Polski – np. w Kielcach.

W Warszawie mamy funkcjonujące osobno opowieści o Warszawie żydowskiej, osobno o Warszawie np. powstańczej. Starałam się uniknąć tej strategii i zaproponować – w małej skali, na prawach eksperymentu – opowieść zintegrowaną o wybranym fragmencie miasta. Na tym przykładzie widać, jak obie historie zazębiają się, a nawet nakładają na siebie – czasowo, przestrzennie, a niejednokrotnie także personalnie. Widać też, jak dotychczasowa polska opowieść nie daje się w tym świetle utrzymać: mity, do których jesteśmy przywiązani, eksplodują.

Całość wywiadu w 75. numerze „Notesu na 6 tygodni”.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.