Czytaj dalej

Krótki kurs antydesignu

Kieruj się gustem, najlepiej cudzym. Powołuj się na opinie osób trzecich. Jeśli pokazujesz projekt żonie i kolegom z biura, nazywaj to fokusem.

Dywaniki z filcu stylizowane na ludowe wzory. Pawilon narodowy stylizowany na ludowe wzory. Drewniane zabawki stylizowane na ludowe wzory. Nadmuchiwane meble stylizowane na… Wszystko jedno na co.

Mamy się czym pochwalić. Co prawda, szanse, że nasz tyłek zetknie się z designerskim meblem, są niewielkie. Już prędzej przeczytamy w gazecie artykuł pod tytułem „Polscy projektanci w światowej czołówce” lub – co bardziej prawdopodobne – przesuniemy wzrokiem po nagłówku na którymś z portali: „Światowe ikony polskiego designu. Zobacz galerię”. Ktoś pisze takie teksty. Może nawet w to wierzy. Może nawet ma rację.

Jednak to są Himalaje projektowania. Tymczasem żyjemy na nizinach. Siedzimy w tramwajach. Szarpiemy się z drzwiami na strzeżone podwórko, nadajemy paczki i listy. O jakości życia nie decydują najwybitniejsze osiągnięcia designu. Szczerze mówiąc, one są najmniej ważne. O polskim projektowaniu świadczą:

kwitek na list polecony, który łatwo wypełnić, pod warunkiem że nosimy nazwisko Jan Byk i mamy wzrok jak pilot F-16 z bazy w Krzesinach;
formularz PIT, z szaro-szarymi polami i mętnym opisem, którego przekaz brzmi: znajdź księgowego, który to wypełni, a potem módl się i krzyżuj palce;
elementarz szkolny – kolorowy do mdłości, chaotyczny i okraszony portretami uśmiechniętych ofiar eksperymentów genetycznych;
oznaczenia autostrad, a szczególnie zjazdu na Grodzisk Mazowiecki (naprawdę nie chciałem jechać do Poznania).

Marny lekarz pozostaje lekarzem, przynajmniej dopóki nie straci prawa wykonywania zawodu. Tak samo nauczyciel czy dziennikarz. Nikt nie twierdzi, że artykuły w tabloidach piszą się same. Tymczasem słowo „design” dotyczy wyłącznie produktów wysokiej jakości. Najlepiej od 100 złotych w górę. Reszta, w powszechnym wyobrażeniu, powstała samorodnie. Nikt nie wymyślał kwitków na poczcie. One po prostu są. Nieuchronne jak pogoda. Niezmienne jak klimat. A nawet trwalsze od klimatu, pewniejsze od ustroju, starsze od epoki historycznej.

Karolina Bielawska, „Dysonans”, widok instalacji, 2013.

***

Pewnego dnia odbywają się wybory lokalne. Samorząd terytorialny ma skomplikowaną strukturę, toteż wyborcy dostają po cztery karty wyborcze. Stos różnokolorowych papierów z nazwiskami kandydatów i nazwami komitetów. Przy czym jedna z kart jest w istocie książeczką, broszurą formatu A4.

I co się okazuje? Liczba głosów nieważnych przekracza dwadzieścia procent. Na dodatek partia umieszczona na pierwszym miejscu zdobywa zaskakująco wysokie poparcie. Rodzi się podejrzenie, że niezorientowani wyborcy postawili krzyżyk na pierwszej stronie broszury (oddając głos na listę z jedynką) albo na wszystkich stronach (głos nieważny).W sztabie przypadkowych beneficjentów – triumf. Uśmiechnięty lider ogłasza sukces swojego programu. Konkurencyjne ugrupowania dostają szału. W kraju narasta konfuzja i kryzys polityczny. Ktoś sugeruje, że skandalu można było uniknąć, gdyby książeczka miała okładkę lub stronę tytułową. Ktoś inny zwraca uwagę, że instrukcję głosowania wydrukowano zbyt małą czcionką. „Polacy oblali test na inteligencję” – orzeka sławny publicysta i w pewnym sensie ma rację. Państwo sprawdza naszą inteligencję. To nie supermarket, w kontaktach z administracją człowiek musi się pomęczyć.

Ciekawe, że w dyskusji na temat kart wyborczych nie padają słowa „projekt”, „design”, „layout”. Najwyraźniej projektowanie nie ma z tym wydarzeniem nic wspólnego.

W Polsce „design” to sfera ludzkiej działalności polegająca na Rzucaniu Świata na Kolana za Pomocą Dywanika z Filcu Inspirowanego Sztuką Ludową.

Widziałem, jak powstają opakowania na chipsy. Obserwowałem, jak powstawał projekt torebki słonych paluszków. Wiem coś o paczkach z gumą do żucia. Dlatego mogę przysiąc, że każdej cebulce, każdemu chrupiącemu plasterkowi bekonu i każdej fali miętowej świeżości poświęca się więcej uwagi niż wzorowi kart do głosowania.

Karolina Bielawska, „Australia, Finlandia, Nepal, Niemcy”, obiekt 2014, bielizna unisex w trzech podstawowych rozmiarach: S, M, L, wykonana w jednym z warszawskich zakładów krawieckich.

***

Urzędnicy nie potrafią zamawiać, oceniać i przyjmować produktów designu. Państwo nie widzi potrzeby sponsorowania tej branży. Gdyby w tym miejscu postawić kropkę, nie byłoby jeszcze najgorzej.

Niestety, Ministerstwo Finansów, które od lat nie zmodyfikowało formularzy podatkowych, wyskrobało parę groszy i zamówiło sobie logo: stylizowane litery m oraz f. Szarość, czerwień plus efekt nakładania kolorów.

Resort sportu pieczętował się znakiem przedstawiającym kolorowego ludzika. Pojedyncza postać mogła budzić zdziwienie, biorąc pod uwagę ostatnie sukcesy w grach zespołowych, toteż kolejny minister dokonał zmiany, ludzika zastąpiły dwa splecione bumerangi.

Ministerstwo Zdrowia machnęło sobie monogram w postaci urwanego elektrokardiogramu. Ministerstwo Kultury – skromny napis okraszony kwadratową kropką (żywe świadectwo inteligenckiego minimalizmu). Najlepszy jest resort środowiska z nastrojowym pejzażem: zieloną górą i i niebieską rzeką (lub jeziorem). We wcześniejszej wersji nie brakowało nawet słoneczka.

Karty do głosowania już się drukowały, gdy przez kraj przetaczała się dyskusja nad nową marką dla Polski. Debatowano, która kombinacja czerwonych linii, najlepiej wyraża energię i dynamizm cechujący obywateli naszej ojczyzny. Właśnie od tego są projektanci.

***

Były wicepremier udziela wywiadu. Zacny jegomość już dawno nie odgrywa żadnej roli politycznej, toteż zaczyna go otaczać pewien szacunek. Pojawia się niejasne wrażenie, że kiedy był u władzy, wszystko szło lepiej. A jeśli nawet nie, to bez znaczenia. Praktyczne klęski dodają powagi teorii. W rozmowie słusznie wychwala fabrykę produkującą tramwaje. Mówi: – Ludzie z PESY (…) ruszyli na uczelnie, i zaczęli ściągać m.in. designerów tuż po ASP. Wymyślili, że będą produkować wagony ładniejsze od włoskich i sprzedawać je na całym świecie.

Niestety, kluczowe słowo brzmi „ładniejsze”. Ekspercki paluszek wskazuje zadanie. Fachowcy z ASP mają zadbać o to, żeby tramwaj ładnie wyglądał. Były premier nie oczekuje, że wymyślą lepszą formę. Upchną w środku więcej pasażerów. Wygodniej ich rozsadzą. Bezpieczniej przewiozą. Oszczędzą trochę energii lub materiału. Niech zrobią, żeby tramwaje były ładniejsze od włoskich. Najładniejsze w Europie. Najlepiej dodać wzory z parzenic i pantograf w kształcie kaszubskiej lelujki, a świat runie na kolana. Może nawet „The Economist” coś o tym napisze.

Nad polskim projektowaniem wisi klątwa ładności.

  Pan zrobi, żeby wyglądało.
  Z fontów najbardziej lubię antykwę – ogłasza prezes.
•  I jakieś ciekawsze kolory poproszę.

***

Z designem jak z policją. Nigdy go nie ma tam, gdzie jest najbardziej potrzebny. Wspomniane wcześniej obiekty, karty wyborcze, formularze i podręczniki nie są przykładami złego designu. One pochodzą z innego porządku. Są owocem antyprojektowania, antydesignu. Design to proces. Antydesign jest stanem. Grzęzawiskiem, w którym pogrążają się klienci, wykonawcy i odbiorcy. Antydesign jest postawą, sposobem myślenia, stosunkiem do świata. Obojętnością, lenistwem, marznącą mżawką, infekcją bakteryjną, korpusem urzędniczym. Ma swoje zasady, głupie i wewnętrznie sprzeczne, jak sam antydesign.

Potrzebujemy logo i księgi znaku. Wie pan, żeby była wersja podstawowa i ozdobna, pola ochronne, wielkość minimalna, kolorystyka – powiedziała pewna klientka.
– A formy niedozwolone?
– Formy niedozwolone wymyślimy sami!

***

Oto jedenaście zasad. Niechlujnych, głupich, wzajemnie sprzecznych i niepotrzebnych – jak cały antydesign.

  Przyzwyczajenie jest ergonomią dla ubogich. Ludzie przywykną do wszystkiego. Powtarzaj słowa przewodniczącego Deng Xiaopinga: „Nieważne, czy kot jest biały czy czarny. Ważne, żeby łowił myszy”. Pamiętaj, że kolor jest nieważny. Kot jest nieważny. Myszy są nieważne. Nawet łowienie jest nieważne. „Nieważne” i „wszystko jedno” – to motto antydesignu. Ludzie przywykną.
  A w ogóle, są ważniejsze sprawy (nie musisz wymieniać jakie).
  Nie dbaj o szczegóły.
  Myśl wyłącznie o szczegółach. Najlepiej o jakimś jednym szczególe. Pozwól się zaskakiwać problemom. Od tego są.
  Nie poprawiaj błędów. Wymyślaj nowe.
  Łam reguły. Wprowadzaj je tylko po to, żeby je złamać. Łam je wyłącznie po to, żeby pokazać, że tobie wolno więcej.
  Ceń intuicję. Mówiąc o projekcie, używaj formuły „nie znam się na tym, ale…”. Twoja ignorancja jest złotym kluczykiem do władzy.
  Kieruj się gustem, nie rozsądkiem. Najlepiej cudzym gustem. Przy każdej okazji powołuj się na opinie osób trzecich. Jeśli pokazujesz projekt żonie i trzem kolegom z biura, nazywaj to fokusem.
  Domagaj się ozdób i dekoracji. Domagaj się efektu „WOW”. Wspominaj o efekcie „WOW” przy każdej okazji. Mów też „nie powala” oraz „dupy nie urywa”. W ogóle sprawiaj wrażenie, że celem projektu – jeżeli już się go zamawia – powinno być spowodowanie ciężkich obrażeń cielesnych.
Dbaj tylko o to, co widać. Każda złotówka i euro wydane na projekt muszą być widoczne z daleka. Wszystko, co schowane pod linią wodną, jest nieważne (nazywamy to „zasadą Titanica”).

***

A jeśli jesteś projektantem, zgadzaj się na to wszystko. Najlepiej z uśmiechem. Droga do artystycznej klęski usłana jest sukcesami, jak mówił… (nie wiem, kto, ale ktoś na pewno już to powiedział).

Fragment książki Marcina Wichy „Jak przestałem kochać design”, Karakter 2015.

 

** Dziennik Opinii nr 102/2015 (886)

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.