Czytaj dalej

Już nie jestem wstrętną, starą babą [fragment książki „Betrojerinki”]

#FragmentWCzasachZarazy Betrojerinki

Epidemia to czas, kiedy trochę częściej mówimy o zawsze przepracowanych i kiepsko zarabiających, a teraz jeszcze na dodatek narażających życie pielęgniarkach. Rzadziej pielęgniarzach, w końcu licho płatna praca opiekuńcza to domena kobiet. Nieczęsto ktokolwiek ich wysłuchuje, chyba że rozbiją białe namioty i zagrożą sparaliżowaniem systemu ochrony zdrowia. Jeszcze rzadziej wysłuchiwane są te, które opieką nad ludźmi starszymi i schorowanymi zajmują się poza tym systemem. Książka „Betrojerinki” Anny Wiatr oddaje im głos.

W tym cyklu prezentujemy Wam fragmenty książek Wydawnictwa Krytyki Politycznej, które, naszym zdaniem, najlepiej wpisują się w wywołane koronawirusem nastroje. Zachęcamy Was też do sięgnięcia po całość, tym bardziej że wszystkie nasze książki (papier, ebooki, audiobooki) są – jeszcze ciągle! – tańsze.

***

– Podczas pierwszego wyjazdu ze stresu chudnę dziesięć kilo. Ale wolę już jeździć do Niemiec myć babciom tyłki, niż zarabiać 1,2 tys. złotych na Podkarpaciu – opowiada Beata. Już doszła do siebie: przytyła, przestała się bać, że nigdy nie spłaci długów, często i głośno się śmieje.

Tysiąc złotych, 1,2 tys. złotych, 1,5 tys. złotych to często wymieniane przez opiekunki kwoty. Zaraz po nich pojawiają się takie słowa, jak wegetacja, jałmużna, długi, niewiązanie końca z końcem, myśli samobójcze, desperacja. Później kwoty się zmieniają. Osiemset euro, 1 tys. euro, 1,3 tys. euro. A później zmieniają się i słowa: głęboki oddech, ulga, wybawienie, sukces. Nowe historie, jeszcze nie tak dawno niewyobrażalne, po zmianie waluty szybko stają się rzeczywistością. O zębach zrobionych za pierwszy wyjazd, żeby się ładnie uśmiechać. O dobrze wydanych pieniądzach na permanentny makijaż brwi. O dylematach związanych z koniecznością wyboru: objazdówka po Hiszpanii czy jednak remont kuchni? (Choć – jak wiadomo – kuchnia nie zając, może poczekać). O otwarciu małego geszeftu: sklepu z bielizną damską i męską (być może obok stanie stoisko kosmetyczne). O luksusie kupowania markowych perfum córce i synowej. O przyjemności używania porcelany Villeroy&Boch podczas śniadania na tarasie.

– Pierwszą pracę znajduję dwa lata temu przez kuzynkę spod Szczecina – kontynuuje Beata. Zostaję „wskoczkiem”.

Opiekuję się pięćdziesięcioletnią Fedrą, która dwanaście lat wcześniej dostała wylewu. Mieszkam z jej mężem i jego kochanką. Pracuję tam półtora miesiąca. Kończę codziennie o 19.00, później idę na cmentarz, żeby Sodomy i Gomory nie oglądać. Chodzę między grobami do północy. Do pierwszej pracy to człowiek jedzie i nie wie, co go czeka. Podobnie jest z porodem.

Kolejną sztelę [niem. die Stelle – miejsce, posada] znajduję przez Julię spod Strzyżowa. Gdy kładzie umowę na bla­cie kuchennym, mówi:

– Podpisuj szybko, nie mam czasu.

Ufam jej, bo jest Polką. Ale tę umowę można wyrzu­cić do kosza albo podetrzeć sobie nią tyłek. Pobiera ode mnie opłatę: pięćset dwadzieścia euro za znalezienie pracy. Co miesiąc płacę jej też czterysta euro z 1,6 tys. euro mojej pensji. Jeśli zrezygnuję z pracy, muszę jej zapłacić 2 tys. euro kary. Pracuję na czarno. Mam robić, co mi każe i stulić pysk. Udzielam jej pełnomocnictwa i otwiera mi konto w niemiec­kim banku. Niemieckie rodziny wpłacają na nie pieniądze. Nie mam do niego dostępu. Później przejadę trzysta kilo­metrów z sąsiadką, żeby je zamknąć. Jak się z nią porozu­miewam? Piszę esemesy do syna, on mi je tłumaczy i jakoś dajemy sobie radę.

Opieka to praca, nie zasób naturalny [rozmowa z Anną Wiatr]

– Wsiadaj, kurwo, do auta, jedziemy do banku. Odblo­kujesz mi konto – powie mi później Julia.

– Proszę do mnie w ten sposób nie mówić.

– Wsiadaj, kurwo, do auta.

– Do żadnego auta nie wsiadam. Po pierwsze, proszę mnie nie wyzywać. Po drugie, masz trzydzieści lat, ja mam czterdzieści pięć, należy mi się, gówniaro, szacunek. Poza tym jesteś w domu Rose. Zaraz skoczy jej ciśnienie do dwu­stu, całą noc nie będę spała, bo będzie się darła. Proszę stąd wyjść. A jak chcesz, żebym odblokowała konto, proszę mi przynieść umowę.

– Masz przejebane, kurwo. Wrócisz do Polski, to dosta­niesz taki wpierdol, ty i twoja rodzina, że się nie pozbierasz.

– Mimo wszystko dziękuję, że dała mi pani pracę.

Rose to moja podopieczna. Bezdzietna pielęgniarka i potwór.

– Jesteś córką Hitlera – mówię jej w żywe oczy. Ma cudownego męża. Hans jest uśmiechnięty, za wszystko dziękuje. Umiera na wylew. Płaczę na jego pogrzebie. Syn tłumaczy mi w internecie list pożegnalny: „Mam nadzieję, że jesteście zadowoleni z mojej pracy. Dziękuję za wszystko”.

Upieram się, że już przez żadną Polkę do pracy nie pojadę. Ani przez polską agencję. Znajoma mówi mi o niemieckiej firmie. Dzwonię do nich przez półtora miesiąca, mimo że nie znam niemieckiego i nigdy się go nie nauczę. Rozumiem już, co do mnie mówią, ale mało się odzywam. A jak już coś powiem, to w języku niemiecko-angielsko-greckim, bo przez trzy lata mieszkałam w Grecji. Pracowałam tam w restauracjach i urodziłam syna. Dostaję pracę u państwa Neumann.

Uwięzieni w czterech ścianach? Dla wielu z nas to codzienność

Pani Neumann waży sto dwadzieścia kilo i ma sto sześćdziesiąt centymetrów w biodrach. Ale jest przesympatyczna; taki chomiczek cudowny. Tyle że dużo sika. Piorę więc i prasuję, i znów piorę. Do zwariowania. Ale i babcia jest pachnąca, i w całym domu unosi się zapach kwiatów. Pan Neumann sobie popija i brudzi. W kółko coś opowiada i chodzi za mną cały dzień jak pies. Nie mam siły, żeby go słuchać, a co dopiero rozumieć. Kuchnię tak zdemoluje, jakby tornado przeszło.

Żeby ogarnąć tę chałupę, to naprawdę trzeba mieć motorek w tyłku. Parę razy na dobę latam z mopem. Jest ciężko, ale ze wszystkim daję sobie radę. Nawet obrazy przybijam. Dziadkowie są przezadowoleni, ale Polki mnie atakują, że za dużo robię. Że do ogródka chodzę, a dla mnie to odskocznia. Sadzę pomidory, sieję ogórki; rosną. Gdy mam zajęcie, czas mi szybciej ucieka. W nocy nie pośpię. Friedrich Ludwig tłucze się do północy, czasem do 1.00. O 3.00 nad ranem idzie szukać świeżych listów. O 6.00 znów zapieprza po pocztę. Przez cztery miesiące nie przesypiam normalnie jednej nocy. Kawał z niego skurczybyka. Muszę gówienka babci wyciągać z pampersów, owijać w papierek i wyrzucać do WC. Bo tak sobie ubzdurał. Dobrze, że babcia na twardo robi.

Nie głoduję – mam sto euro na tydzień na zakupy. Mam też z kim porozmawiać, zjeść tort i wypić kawę – od czasu do czasu odwiedza nas polski ksiądz. Znów zarabiam, mam pieniądze na rachunki, na spłatę kredytu na hipotekę we frankach, na to, żeby się ubrać. Tyle że w ogóle nie powinnam pracować jako opiekunka, a przynajmniej nie przy ciężkich Niemcach. Jestem po operacji kręgosłupa szyjnego. Nie wolno mi dźwigać więcej niż pięć kilo, a dźwigam ponad sto dwadzieścia. Moja rodzina mnie nie rozumie – nie zdają sobie sprawy, co przeżywam. Ale nie mogę się poddać, muszę walczyć. Lekko nie jest, sama pani wie. Żeby dojechać do Niemiec, muszę pokonać 1,4 tys. kilometrów. Zajmuje mi to dwadzieścia cztery godziny. Nie mam wolnego dnia, a robiąc w piątek, świątek i niedzielę, można zwariować. Tyle dobrze, że mam przerwę od 12.30 do 15.15. Dziadkowie idą spać. Kto to jednak widział, żeby pomoc domowa pracowała na okrągło? Powinnam mieć jakiś ustalony czas, na przykład od 7.00 do 19.00. A tak, warujemy przy nich jak psy, ubezwłasnowolnione, zamknięte.

Chcę zostać niewolnicą w Niemczech. I nie śmiejcie się z tego!

Zanim zaczynam zarabiać w Niemczech, przyznają mi siedemset pięćdziesiąt złotych renty rehabilitacyjnej. Po osiemnastu latach płacenia składek do ZUS. Rezygnuję, bo to za mało, żeby przeżyć, i za dużo, żeby się powiesić. Mam wyjebane na nasz rząd i nasz kraj. Handlowałam ciuchami, zatrudniałam ludzi, przez dziesięć lat prowadziłam działalność, najpierw w Polsce, później też na Słowacji. Ale w pewnym momencie zaczęłam do tego dokładać. A potem zorientowałam się, że nie mam już z czego. No więc na kręgosłup biorę Tramal, trzydzieści kropli. Jest mi po nich ganc egal. Igram ze swoim zdrowiem, ale wolę przeżyć pięćdziesiąt lat fajnie niż osiemdziesiąt chujowo.

Co mnie irytuje? Gdy o 23.00 babcia się zsika i dziadek po mnie dzwoni. I ja do nich idę, bo przecież pracuję non stop. I czuję się jak kurwa wykorzystywana przez firmę. Każdą. Chwilami nie mogę na siebie patrzeć, bo czuję do siebie pogardę. Nawet sobie pani nie wyobraża, ile można wytrzymać, mając nóż na gardle. Poza tym, w pewnym momencie przestaję jeść z nimi przy stole, bo musiałam połykać obiad, żeby zdążyć przed babcią. Odpychała się od stołu, gdy kończyła, musiałam jej pomóc. Poczułam się wtedy jak „podludź”. Ze stresu albo nie mam apetytu, albo zjadam słoik Nutelli łyżką. Później wymiotuję.

Jest mi tych ludzi żal. Leżą, srają w pampersy. Jedyną przyjemnością jest jedzenie. Niech mi pani powie, z czego się tu, kurwa, cieszyć? To duże dzieci, tyle że dziadkowi z demencją nie można dać klapsa. Ale nie chcę zmieniać rodziny – nie znam niemieckiego, w nowym miejscu znów będę musiała dźwigać. Zastanawiam się, czy nie pojechać do pracy do męża, do Norwegii. To piękny kraj, dziwię się, że pani o nim książki nie pisze. Chociaż tam pewnie opiekunki nie są do dyspozycji non stop. W każdym razie może udałoby mi się dostać na sprzątanie, bo bez języka nie zaszaleję, ale przynajmniej byłabym z mężem. Wie pani, miłość to są na początku motylki w brzuchu, choć ja mam inną odmianę – zapiera mi dech. My w tym momencie głównie pingujemy. Gdy mam akurat doła, a mąż puszcza mi sygnał, od razu robi mi się lepiej. A przypomina o sobie często: kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt razy dziennie. Mam czworo dzieci: mają dwadzieścia trzy, dwadzieścia, dziewiętnaście i osiemnaście lat. Mamy też z mężem 5,1 tys. złotych opłat miesięcznie plus 3 tys. euro pożyczki od znajomego z czasu, gdy mąż nie pracował.

Gdy zjeżdżamy oboje, ja z Niemiec, mąż z Norwegii, nadrabiamy czas. Odwiedzamy znajomych, staramy się doprowadzić dom do porządku, a wieczorami pieczemy pizzę, jak dzisiaj, i pijemy nalewki, bo w końcu trzeba się cieszyć życiem. I tyle pani powiem, że mogę teraz stanąć przed lustrem i powiedzieć sobie: jestem z ciebie dumna, życie cię nie zdeptało! Wróciła Beata sprzed paru lat. Już nie mówię, że jestem wstrętną, starą babą, co też mi się nieraz zdarzało. Teraz idę z cycami na wierzchu, nie ma szkopa, żeby się za mną nie obejrzał, a ja mam frajdę.

**

Fragment książki Betrojerinki. Reportaże o pracy opiekuńczej i (bez)nadziei Anny Wiatr.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać