Czytaj dalej

Czytelnia Krytyki Politycznej (3)

Auster, Plebanek, Morrissey – w Czytelni KP co miesiąc piszemy o książkach, które czytamy. O tych, które chcemy polecić lub przed którymi chcemy ostrzec.

Co czytali sobie, kiedy byli mali. Rozmawiali Ewa Świerżewska i Jarosław Mikołajewski, Agora SA i Egmont Polska 2014

Wydawałoby się, że to temat samograj – lektury dzieciństwa. Bo to i ten wspaniały gatunek, jakim są książki o książkach, i odwołanie się do wspomnień, sentymentu, pierwszych czytelniczych emocji. Ale 24 rozmowy, zawarte w tomie Co czytali sobie, kiedy byli mali zawodzą oczekiwania – i może odpowiedź na pytanie, dlaczego, kryje się właśnie w tej liczbie. Rozmowy o książkach mogą być głębokie i pasjonujące, czego najlepszym dowodem pozostaje książka Barbary N. Łopieńskiej Książki i ludzie. Ale żeby tak było, powinny być choćby zwyczajnie dłuższe – nawet jeśli w związku z tym miałoby być ich mniej. Żeby tak było, należałoby podrążyć, dopytać, co we wspominanej książce robiło takie wrażenie, spróbować wydobyć z pamięci te mniej oczywiste lektury. A tak – dostajemy te 24 rozmowy, z których nie wyłania się ani pogłębiony portret rozmówców i rozmówczyń, ani interesujący zbiór refleksji na temat czytania, ani naprawdę inspirujący zestaw dziecięcych i młodzieżowych lektur. Oczywiście trudno czynić zarzut z tego, że prawie wszyscy wspominają cykl o przygodach Tomka Wilmowskiego, a jednak pozostaje wrażenie, że nie wychodzimy poza jakiś nieszczególnie aktualny kanon. A tam, gdzie to się jednak dzieje, prześlizgiwanie się po temacie powoduje, że jako czytelniczka nie mam poczucia, że coś odkryłam i powinnam zaraz nadrobić nieznajomość danej książki.

Mimo wszystko po lekturze wiele osób wyląduje zapewne na allegro, szukając swoich ukochanych lektur z dzieciństwa. Bo choć książka pozostawia wielki niedosyt, to na pewno jej zaletą pozostaje docenienie pierwszych czytelniczych doświadczeń, radości czytania, literatury dla dzieci. Może to nie tak mało. No i jest jeszcze radość oglądania okładek i ilustracji starych wydań, bogato zreprodukowanych w książce.

PS Wiem, że nie ma książek bez błędów, ale w książce o książkach dla dzieci doskwiera jednak, że Krystyna Janda czytała Tajemniczego opiekuna Webstera – moją ukochaną lekturą była powieść Jean Webster.

Magda Majewska, Dziennik Opinii

***

Alfredo Angiolini, Dzieje socjalizmu we Włoszech: do 1910 roku włącznie, Spółka Nakładowa „Książka”, Kraków 1912

Pielęgnując swe szczerze zaangażowane we Włochy serce, sięgnąłem po kluczową dla zrozumienia myśli socjalistycznej we Włoszech książkę Angioliniego. Dzięki tłumaczeniu dokonanemu przez Jerzego Herynga we współpracy z autorem polski czytelnik otrzymał niezwykle drobiazgową analizę historii włoskiego socjalizmu, począwszy od XVI-wiecznych utopistów pokroju Tommasa Campanelli, przez dzieje Międzynarodówki we Włoszech, a skończywszy na kongresach w Rzymie i w Imoli na początku XX wieku. Na uwagę zasługuje nie tylko opisywany przedział czasowy, który nie jest jeszcze wypaczony wpływami roku 1917, lecz także fakt, że nie pojawia się tu jeszcze najbardziej wpływowy z włoskich myślicieli lewicowych, Antonio Gramsci, co w kontekście włoskim ma spore znaczenie. Widzimy więc, jak silne u zarania włoskiej myśli socjalistycznej były wpływy Bakunina, na jakich płaszczyznach zarysowywały się różnice między poszczególnymi sekcjami włoskiej Międzynarodówki, odkrywamy paradoksy wpływu idei patriotycznych na rozwój idei socjalistycznych w kontekście zjednoczenia Włoch, w końcu z wypiekami na twarzy czytamy polemikę Mazziniego z Bakuninem.

Autor nie zaniedbał przy tym szerszego kontekstu, w jaki wpisywały się Włochy w czasie ewolucji swojej myśli socjalistycznej. Angiolini w swej liczącej niespełna 400 stron książce postarał się wycisnąć z tematu o wiele więcej niż tylko to, co niezbędne, dając poczucie dobrze spiętej całości. Trudno o lepszą pozycję na temat początków włoskiej lewicy.

Michał Pytlik, Klub Krytyki Politycznej w Opolu


***

Paul Auster, Dziennik zimowy, przeł. Maria Makuch, Znak 2014

Napisana w drugiej osobie autobiografia pisarza. Chwyt nieco pretensjonalny. Wydawałoby się, że jest zapowiedzią dystansu, gotowości do zobaczenia swojego życia jakby z zewnątrz, ale w gruncie rzeczy niewiele to wnosi.

Życie jak to życie. Rodzice z ich wadami i zaletami, zapamiętane okruchy dzieciństwa, dojrzewanie, pierwsze miłości, podróże, praca, jedno małżeństwo, drugie, dzieci, starzenie się. Czasem Auster jest buchalterem wyliczającym mieszkania, w których mieszkał, ulubione płatki śniadaniowe, wypadki i blizny, a nawet przebyte choroby weneryczne. A czasem zoom! – powiekszenie jakiegoś detalu, pięknie zarysowana postać, drobiazgowy opis pozornie nieważnej sytuacji. I dla tych momentów może warto do tej książki sięgnąć.

Kinga Dunin, Dziennik Opinii


***

Rhidian Brook, W domu innego, przeł. Bohdan Maliborski, Wielka Litera 2014

Rok 1946, Hamburg. Brytyjski pułkownik z żoną i dzieckiem zostaje zakwaterowany w domu wciąż zamieszkanym przez Niemców. W gustownej willi zastają kulturalnego niemieckiego wdowca, który nigdy nie miał nic wspólnego z faszyzmem, oraz jego dorastającą córkę. Początkowa nieufność przeradza się we wzajemne zainteresowanie, w końcu pojawi się i romans. Oraz jego zaskakujący finał. Miłość, zdrada i dydaktyka. Zemsta i wybaczenie.

Ciekawsze wydają się jednak wątki drugoplanowe i tło historyczne. Z oczywistych powodów rzadko zastanawiamy się nad tym, jak wyglądały Niemcy po wojnie pod okupacją aliantów – mieliśmy dość własnych problemów. Najczęściej na myśl przychodzą procesy norymberskie i plan Marshalla, który pozwolił odbudować niemiecką gospodarkę i zapomnieć o przegranej. W powieści oglądamy jednak ruiny i koczujące w nich bandy bezdomnych dzieci, Brytyjczyków, którzy wykorzystują sytuację do szybkiego wzbogacenia się, młodych Niemców, wychowanków hitlerowskiego systemu, upokorzonych klęską i próbujących budować ruch oporu. Dobry pułkownik, którego zadaniem jest przywrócenie Hamburga do życia, zajmuje się wysadzaniem w powietrze niemieckich fabryk i tłumieniem robotniczych protestów.

Ukazanie nam tej perspektywy to chyba największa zaleta tej sprawnie napisanej, popularnej powieści.

Kinga Dunin, Dziennik Opinii


***

Tom Gauld, Goliat, przeł. Hubert Brychczyński, Centrala 2012

Tym razem do zestawienia wybrałem pozycję innego typu niż zwykle: komiks, gatunek w Polsce traktowany niestety wciąż po macoszemu, jako coś nie do końca poważnego.

Tom Gauld w swojej (jest autorem scenariusza i rysunków) powieści graficznej wpisuje się w pewną utartą już tradycję: „reaktywowania” zgranych i znanych już historii i przedstawienia ich w nowym świetle. Na warsztat bierze jedną z najbardziej rozpoznawalnych historii biblijnych: starcie Dawida z Goliatem. Ale w zasadzie poza tym układem ról historia jest zupełnie odmieniona.

Poznajemy Goliata w obozie jego armii – nie jest jednak słynącym z siły wojownikiem, a raczej skromnym, pacyfistycznie nastawionym urzędnikiem, który lubi śpiew ptaków i wypełnianie papierków wieczorami. Dowódca armii planuje jednak wykorzystać fakt, że Goliat jest, jak by nie patrzeć, po prostu bardzo duży. I każe mu wystawać na warcie od strony obozu wroga, wcielając w ten sposób w życie strategię wojny psychologicznej. Jak się ta „wojna nerwów” kończy, każdy może zobaczyć już samodzielnie.

Gauld tworzy piękną, oniryczno-liryczną, ale bardzo prostą historię: o tym, że nie wszystko musi być takie, jak się wydaje; o tym, jak czasem okolicznościami zmuszeni jesteśmy kreować inne role, niż byśmy oczekiwali. O emocjach, których ofiarami padamy.

Przyjemna, krótka lektura, może niekoniecznie bardzo pouczająca, ale z pewnością bardzo poetycko opowiedziana. 

Szymon Pytlik, Klub Krytyki Politycznej w Opolu


***

Aldona Jawłowska, Drogi kontrkultury, Państwowy Instytut Wydawniczy 1975

Książka Jawłowskiej świetnie odwzorowuje poruszenia społeczne i wykształcenie się nowego rodzaju działalności politycznej wśród ruchów młodzieżowych – pokazuje nam amerykańskie marsze przeciwko apartheidowi, sytuacjonistów zajmujących się łączeniem kultury i polityki, hipisów odłączających się od życia publicznego czy ruchy wyzwolenia kobiet.

Najciekawsza jest jednak tytułowa kontrkultura. Spontaniczna, idealna odwrotność kapitalistycznej, pełnej konsumpcji, kultury Zachodu. Przeciwstawiano jej nawoływania do rewolucji, nowe nurty sztuki i wyrażania siebie odkrywane poprzez zażywanie narkotyków, budowanie nowych religii, głoszenie haseł Mao, Guevary, a nawet Nietzschego, próba wydarcia człowieka z ram uporządkowanego systemu.

Mamy tutaj też jedno z niewielu obecnych w polskiej literaturze omówień holenderskiego ruchu Provosów, których naśladowała w pewnym stopniu później nasza polska Pomarańczowa alternatywa. Jeśli konieczne jest użycie przemocy do zrealizowania rewolucji, to najpierw potrzebna jest Provo-kacja – głosili. A tę rozumieli jako wtykanie małych szpilek w czułe miejsca systemu. To wciąż, mimo upływu kilku dekad, jedna z najefektywniejszych strategii podejmowanych przez ruchy społeczne. Tak zmuszamy autorytety do zrzucenia masek, a władzę do ukazania swego prawdziwe oblicza.

Właśnie w czasie opisywanym przez Jawłowską leży geneza wszystkich niemal obserwowanych przez nas na całym świecie w ostatnich latach ruchów kontestacyjnych. Okupowanie uniwersytetów, pokojowe marsze, wyśmiewanie majestatu rządu i całego systemu społecznego przez happeningi, sit-iny w miejscach publicznych czy w końcu strajk generalny – to wszystko zawdzięczamy pokoleniu ’68. I czytanie Jawłowskiej po latach sprawia, że widać to szczególnie wyraźnie.

Filip Brzeźniak, Klub Krytyki Politycznej w Opolu


***

Ryszard Kapuściński, Lapidarium I, Agora SA

Powrót po latach. Lapidaria są idealne do czytania w wolnej chwili: w tramwaju, na przystanku, w kolejce do kasy, w przerwie na reklamy. Z ołówkiem, karteczkami do zaznaczania albo przyciskiem czytnika w gotowości, bo co i rusz trafia się jakaś myśl, którą warto zostawić sobie na później.

Nie sposób oceniać, czy czyjeś osobiste notatki są dobre, czy złe, na pewno (dla mnie) są ciekawe. Przy czytaniu trzeba zachować wzmożoną czujność, bo tematy przechodzą tu w inne szybko i bez ostrzeżenia. Część obserwacji mocno się zestarzała (pierwsze Lapidarium to zapiski z lat 1972-1989), część wydaje mi się zupełnie nietrafna, inne dotykają tematów, które niezbyt mnie interesują. Za to pozostałe to pełne spektrum od „o, nawet ciekawe” i „złota myśl, ale nawet trafna” po „nigdy bym na to nie wpadła, genialna obserwacja”.

Na pewno Lapidaria Kapuścińskiego nie są dla każdego, ale każdemu polecam chociaż spróbować. Bez tej lektury nie zaprzątałoby mnie ostatnio to, że Hašek i Kafka byli rówieśnikami, ich śmierć dzieli zaledwie rok i obaj mieszkali w tym samym mieście. Albo mechanizm działania źle funkcjonującego systemu społeczno-politycznego. Albo fenomen popularności biografii.

Dla każdego będzie to coś innego, ale Lapidarium może być doskonałą pożywką dla myśli i przyjemną przyprawą dla codziennej literackiej diety. Choć, jak każdą przyprawę, należy je sobie uważnie dawkować.

Joanna Filipczak-Zaród, Świetlica Krytyki Politycznej w Łodzi


***

Lily Koppel, Żony astronautów, Znak 2014

„Możliwe, że gdyby nie żony, silne kobiety, które dyskretnie oferowały niezbędne wsparcie swoim mężom, człowiek nigdy nie dotarłby na Księżyc” czytamy we wstępie książki. Całość opowieści o żonach amerykańskich astronautów pokazuje, że to nie tylko możliwe, to wręcz pewne. Na fali przypominania o tym, że w historii świata były także kobiety, i pisania herstorycznych narracji pojawił się model opowieści, który streszcza się w sentencji: „za każdym mężczyzną stała/stoi kobieta”. Nie wiem, czy właśnie o to chodziło feministkom. Zawsze bliższa mi była myśl, że kobieta nie stoi za mężczyzną, ale obok niego.

Żony astronautów przypominają żony z serialu Mad Man i bohaterki Mistyki kobiecości Betty Friedan: prowadzą dom, zajmują się dziećmi, wspierają kariery mężów. Same zrezygnowały z pracy zawodowej albo ze swoich karier. Nikogo nie dziwi, że w małżeństwie pary pilotów w pewnym momencie to mężczyzna zostaje astronautą, a jego żona panią domu. Perfekcyjną oczywiście, bo od tej perfekcyjności zależy, czy jej męża wyślą w kosmos czy nie. Wśród 50 astronautów amerykańskich uczestniczących w programach kosmicznych w latach 60. tylko jeden był kawalerem. Wśród astronautów nie było kobiet. Wieść o tym, że Rosjanie wysłali w kosmos Walentynę Tiereszkową, była dla Amerykanów ciosem.

Dobrze, że ktoś przypomina historię żon. Szkoda tylko, że czasem można odnieść wrażenie, że żony te zajmowały się tylko dobieraniem sukienki na obiad w Białym Domu. I że całe ich życie sprowadzono do bycia czyjąś żoną. Kiedy astronauta ginął w katastrofie, żona, wzorem żon oficerów, wyprowadzała się z astromiasteczka. Żeby sąsiadom z astrorodzin nie przypominać o tym smutnym zdarzeniu. Wtedy zaczynała szukanie pracy, układanie życia. Wtedy przestawała być żoną. Tę historię przeczytałabym dużo chętniej.

Agnieszka Wiśniewska, koordynatorka klubów Krytyki Politycznej


***

Kopyt/Kowalski, Kir, Wojewódzka Biblioteka Publiczna i Centrum Animacji Kultury 2013

Po przyciężkawych gatunkowo lekturach historycznych, socjologicznych czy psychologicznych po prostu trzeba sięgnąć po coś lżejszego. Pozostając jednak w powyższej tematyce i społecznej refleksji, postanowiłam zatrzymać się nad poezją Szczepana Kopyta. Ten młody poznański poeta tworzy bowiem treści mocno zaangażowane, ale nie będące nachalną publicystyką. I chociaż jego ostatnie dzieło Kir również nie jest typowym tomem wierszy, lecz stworzonym w muzycznym kolektywie z Piotrem Kowalskim płytomikiem, to w tym przypadku skupię się na słowach. Bo te, jak to bywa u muzy Kaliope, są po prostu piękne.

Kopyt w niezwykły sposób uwodzi swoim niepokojem bojownika o lepsze jutro i wspólne dobro, ale nie zamyka tego w utopii czy jednej wizji świata, choć wiadomo gdzie światopoglądowo mu blisko. Zamiast prostych refleksji proponuje więc m.in. 8 protest songów jak 8 błogosławieństw, solidaryzując się przy tym ze wszystkimi, których „głodne brzuchy piszą historię, która przekracza ulice, rzeki, mosty i miejskie parki”, domagając się wyjaśnienia śmierci działaczki lokatorskiej Jolanty Brzeskiej przez podważenie autorytetu szeregu „instytucji” w pytaniu „Gdzie jest policja, kościół, naród i demokracja?” czy dedykując swój utwór Patrz ofiarom refleksji i intelektu… władzy –chciałoby się dopowiedzieć, słuchając tekstu o rządzących, którzy swoim obywatelom „wybudują stadion i zabiorą zdrowie oraz naukę”.

Jest więc w tym wszystkim anarchizujący rdzeń, baczne oko ulicznego socjologa i gorzka diagnoza, a także szczera solidarność ze słabszymi oraz chirurgiczna precyzja i ekonomia słowa. Szukajcie, a znajdziecie. Czytajcie, a będzie wam dane.

Kamila Kasprzak, Klub Krytyki Politycznej w Gnieźnie


***

Zbigniew Kruszyński, Kurator, Wydawnictwo W.A.B. 2014

Znakiem rozpoznawczym Kruszyńskiego jest styl – precyzyjny, lecz niestroniący od semantycznych gier, podszyty ironicznym dystansem. Ale co z treścią? Tym razem – tak sobie.

Narratorem jest starzejący się mężczyzna, wystarczająco bogaty, by sponsorować młodsze od siebie panie. Czy płaci za seks? Niezbyt wiele seksu w tej powieści. Płaci za to, czego dzięki temu nie musi. Nie musi wzdychać, słuchać, poznawać rodziców, chodzić na nauki przedmałżenskie, pobierać się, przeprowadzać, jechać na pogrzeb babci, pielęgnować w chorobie, kłócić się, rozwodzić… Krótko mówiąc, za to żeby być z kobietą, nie wiążąc się przy okazji z człowiekiem. W końcu jednak angażuje się w związek z licealistką, dla której staje się kimś w rodzaju ojca, kuratorem. Dzieci jednak, jak wiadomo, opuszczją rodziców. Cierpi, ale w końcu chyba zdaje sobie sprawę, że jego pogoń za „kobietą”, bez naddatku innych cech i relacji, jest pogonią za ułudą.

Żałosny bohater, nudnawa książka. 

Kinga Dunin, Dziennik Opinii


***

Benjamin Kunkel, Utopia or Bust: A Guide to the Present Crisis, Verso Books/Jacobin 2014

Książka Kunkela w nowej serii wydawniczej magazynu „Jacobin” tylko kokietuje, że jest pisanym z pozycji laika wprowadzeniem do nowych (post)marksistowskich odczytań kryzysu. Tak naprawdę to solidna robota, poprzedzona latami lektur i długo dojrzewającym pomysłem, żeby stworzyć przekrojową książkę o teoriach Harveya, Greabera, Žižka – z każdą z nich mierząc się na swoich warunkach i w każdej szukając zarówno rewolucyjnego potencjału, jak i aporii.

Kunkel, zanim zadebiutował jako autor pozycji teoretycznej, był całkiem wziętym pisarzem i eseistą i na szczęście to widać – wychodzi poza paradygmat suchego akademickiego pisania, żeby w świetnym stylu nie tylko przeprowadzić nas przez zawiłości i sprzeczności ekonomii politycznej, ale też własną drogę zbierania się na odwagę, by się z nimi zmierzyć. Wyliczenie wielu aluzji do teorii krytycznej obecnych we współczesnej popkulturze i twórczości swoich kolegów po piórze służy tu jako wskazanie wspólnego punktu zaczepienia: niby wszyscy wiemy, że coś z kapitalizmem jest nie tak, ale sprowadzamy to do żartu czy wtrętu. Tymczasem dochodzenie do odpowiedzi na fundamentalne pytanie „co po kapitalizmie?” jest w jego manifeście-przewodniku kwestią konsekwencji i pewnej odwagi.

Trzeba to wszystko przeczytać, trzeba o tym mówić i trzeba nieustannie kwestionować ograniczenia politycznej wyobraźni – mówi trochę o sobie, ale też trochę o nas i do nas autor Utopia or Bust.

Jakub Dymek, Dziennik Opinii


***

Morrissey, Autobiography, Penguin Classics 2013

Nie zdziwiłabym się, gdyby autobiografia Morrisseya została przez wydawcę opatrzona ostrzeżeniem „Uwaga, wielkie ego!”. Choć zapewne osoby, które po nią sięgają – czy to wierni wyznawcy wielkiego Moza, czy też jego zagorzali hejterzy – doskonale wiedzą, z kim mają do czynienia i jakiego zagęszczenia narcyzmu mogą się spodziewać.

O książce zrobiło się głośno, zanim jeszcze została wydana – spore kontrowersje wzbudziła publikacja pierwszego w historii serii Penguin Classics dzieła żyjącego autora. Co bynajmniej nie zaszkodziło mu wskoczyć od razu na pierwsze miejsce listy bestsellerów.

Zgadzam się, że Morrisseyowi można zarzucać zbędne – czytane z lekkim zażenowaniem – pranie starych brudów The Smiths (będące zazwyczaj zupełnie niepotrzebnym rozdrapywaniem dawno zagojonych blizn) czy godne starego zrzędy obgadywanie niemal każdego, kto kiedykolwiek zalazł mu za skórę, bez ogródek prezentujące ex cathedra własną wersję prawdy. A to wszystko podlane sosem rozczulającej kokieterii mizantropa, który z jednej strony nienawidzi niemal wszystkich ludzi, a z drugiej strony tak bardzo ich potrzebuje, by jego gwiazda miała dla kogo świecić.

Jednak jestem w stanie wybaczyć Morrisseyowi te drobne egocentryczne i egotyczne potknięcia z jednego powodu. Pierwsza część książki jest jedną z najpiękniejszych laurek ku czci Manchesteru lat 60. i 70., jaką kiedykolwiek spotkałam – napisaną niezwykle poetyckim językiem (losowo wybrany fragment mógłby spokojnie stać się tekstem coldwave’owego hitu) i przesyconą gorzką miłością opowieścią o dzieciństwie spędzonym wśród miliardów magicznych odcieni szarości i brudu przemysłowego miasta. Malowniczo roziskrzone opisy biednych-ale-szczęśliwych ludzi w biednym-ale-szczęśliwym mieście, wraz z całym kulturowym zapleczem wpływów, które ukształtowały późniejszą legendarną scenę muzyczną regionu, stają się dla mnie godną manchesterską wersją liverpoolskiego majestatycznie symfonicznego poematu filmowego Terence’a Daviesa Distant Voices, Still Lives.

„Rozwiązaniem wszelkich kłopotów jest błogość odcięcia się od świata w ciepłym pokoju wypełnionym książkami” – pisze Morrissey. Jego Autobiografia to zdecydowanie jedna z takich książek-remediów, z którymi warto uciekać od świata.

Pat Kulka, Instytut Studiów Zaawansowanych


***

Grażyna Plebanek, Córki rozbójniczki, Wydawnictwo W.A.B. 2013

Literatura feministyczna – temat dla mnie osobiście aktualny, bo nawet wśród moich koleżanek przygotowujących performatywne czytanie Joanny Bator w ramach łódzkiej Manify wybuchł spór o rzekomą obelżywość tego sformułowania.

Książkę poleciła mi znajoma zajmująca się gender. Potem trafiłam na recenzje oburzonych użytkowniczek lubimyczytac.pl, że jest feministyczna, a więc nudna (chociaż są też ciekawe fragmenty).

Dla mnie Córki rozbójniczki są pełne znanych mi (ale nie tak często występujących w książkach, które z reguły czytam) emocji, drapieżności, ciepła, siły, zagubienia… ale na pewno nie nudy. Warto było poznać bohaterki lektur Plebanek: Dagny Przybyszewską, Isadorę Duncan, Anaïs Nin – bo o wielu z nich usłyszałam po raz pierwszy. Warto było sobie uświadomić, że nie tylko ja skończyłam czytać Anię z Zielonego Wzgórza na piątym tomie, kiedy „jej rogata dusza została wykastrowana” i krnąbrna, bezczelna Ania stała się panią domu.

Nie ma co czepiać się doboru autorek, tematów i tytułów przez Plebanek, bo jest to jej literacka biografia. Taka, która zachęca do tworzenia swojej własnej. Po lekturze Córek rozbójniczek przypominam sobie lektury swojego dzieciństwa i dojrzewania. Moimi bohaterami byli Lasse i Bosse, Frodo i Sam, ewentualnie Tolek Banan. Wtedy zabrakło rozbudzających dziewczyńską wyobraźnię czarownic, Amazonek czy wilczyc. Dobrze wiedzieć, że są i możemy tę wiedzę przekazać dalej. 

Martyna Dominiak, Świetlica Krytyki Politycznej w Łodzi

***

Łódź śladami ludzi i zdarzeń. Reportaże z lat 1960-2010, red. Zdzisław Szczepaniak, Wydawnictwo Literatura 2013

Kiedy tylko zobaczyłam ją na półce w księgarni, długo się nie zastanawiałam. Kompleks Łodzi robi swoje, więc każde zwrócenie uwagi na nasze biedne, zapomniane miasto cieszy.

Ale dlaczego książka przeszła bez echa? Dlaczego nikt z moich znajomych o niej nie słyszał? Cóż, Antologia Szczygła to to nie jest. Już spis treści dziwi, bo ponad jedna trzecia tekstów jest jednego autora, który dodatkowo jest redaktorem wydawnictwa, a więc sam te (swoje) teksty wybrał.

Jak przystało na książkę o Łodzi z lat 1960-2010, otwiera ją reportaż o wrześniu 1939 roku w… Wieluniu. Właściwie to przed Solidarnością była głównie II wojna światowa. Same wydarzenia sierpniowe pokazane są w kontekście strajku łódzkich tramwajarzy. Szkoda, że forma tekstu trochę przypomina dzisiejsze hejty „GW” na organizację Masy Krytycznej.

Ale ja naprawdę nie chcę hejtować. Zaciekawił mnie wywiad z socjologami o badaniu strajków albo tekst o pobiciu kierownika restauracji w Bielawach (tak, znów nie w Łodzi!). Ciekawostki, które zebrane w tym miejscu tworzą niespójny tom z niepasującym tytułem. Bo i Łódź, i daty, i określenie gatunku nie zawsze się zgadzają. Zamiast „śladami ludzi i zdarzeń” powinno być raczej „Śladami tekstów kilku łódzkich dziennikarzy (i jednej dziennikarki)”.

PS Uczciwie przyznaję, że całości nie udało mi się przeczytać.

Martyna Dominiak, Świetlica Krytyki Politycznej w Łodzi


***

Witold Tauman, Surogat, Wydawnictwo Oficynka 2014

„Cały problem właśnie na tym polega, że my wciąż jeszcze dobrej myśli jesteśmy o możliwościach naszej myśli”. To zdanie wypowiedziane przez jednego z bohaterów Surogatu chyba najlepiej podsumowuje, co autor stara się nam powiedzieć.

Bohaterem Surogatu jest 30-letni F., dobrze zapowiadający się akademik stypendysta, który z nieznanych mu powodów zostaje skierowany do szpitala. Z początku zirytowany całym zamieszaniem, na miejscu dowiaduje się, że nabawił się groźnego, zagrażającemu życiu Kataru i postanawia poddać się leczeniu. Wyleczenie go okazuje się jednak trudniejsze, niż się wydaje, być może wręcz niemożliwe, co zmusza go do pozostania tam znacznie dłużej, niż się z początku spodziewał. W trakcie wydłużającego się pobytu powoli poznaje groteskowe reguły, którymi rządzi się szpital: absurdalną organizację i biurokrację, zależne od widzimisię wszechwiedzących Lekarzy oraz bolesne kuracje lecznicze. F., na początku mocno oporny wobec szpitalnego reżimu, w trosce o życie w końcu poddaje się, i przekonuje, że nie ma dla niego innej nadziei niż całkowita uległość regułom instytucji.

Czytelnik od pierwszych stron rozpozna tu kalkę Procesu. Książka jest jednak przede wszystkim hołdem dla Gombrowicza. Wygląda to trochę jak próba przepisania powieści Kafki po gombrowiczowsku. I wychodzi to całkiem nieźle.

Z jednej strony Surogat mówi o ograniczonym ogólnoludzkim pozytywistyczno-racjonalistycznym sposobie myślenia w ogóle. Niepodważalnego przekonania, że wszystko możemy wiedzieć i wszystko to rozsądnie zorganizować za pomocą raz już wypracowanych intelektualny narzędzi. Wskazuje na absurdalność procesów tworzenia i zarządzania wiedzą, podporządkowania autorytetom i wytwarzania z ich pomocą sztywnych stosunków władzy. Szpital, swoista foucaultowsko-benthamowska karykatura, pokazuje strategie ujarzmienia i formowania człowieka tak, że w końcu to on staje się swoim najlepszym stróżem i gwarantem swych ograniczeń.

Z drugiej strony, co pewnie ważniejsze, autor Surogatu stawia pytania o sens takiego sposobu myślenia o samym sobie. Oskarża nas – że ze strachu, przez niepewność i brak zdecydowania zamykamy samych siebie. Że to głównie nasz konformizm, a nie owe mechanizmy są za to odpowiedzialne. Zdaje się mówić: nie traktujcie siebie i tego wszystkiego zbyt poważnie. W ten sposób nie da się żyć, z nadmierną ilością powagi wobec siebie samego daleko się nie zajedzie.

Surogat to pozycja dość zagadkowa. Wydana niedawno przez małe wydawnictwo, nie miała właściwie promocji. Nic nie wiadomo o jej autorze, bo książka ukazała się pod nieużywanym wcześniej pseudonimem, ale jest pierwszą z zaplanowanej trylogii. Jest bardzo krótka i właściwie trudno określić ją mianem powieści. Jest to bardziej zabawa literacka. Różne literackie formy i odniesienia mieszają się tu nieustannie. Momentami sprawia przez to wrażenie odrobinę chaotycznej, ale czyta się dobrze, czasem wręcz świetnie (na przykład genialna scena debaty naukowej między szpitalnymi doktorami). Na pewno warta czasu, który zajmuje jej przeczytanie.

Szymon Grela, Krytyka Polityczna


Czytaj także:

Czytelnia Krytyki Politycznej, odc. 1

Czytelnia Krytyki Politycznej, odc. 2

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Zamknij

Zapisz się na newsletter Krytyki Politycznej
i bądź na bieżąco