Kraj

Czy da się ochronić klimat bez katastrof i pandemii?

Fot. Maaike Schauer / Greenpeace

Koronawirus spowodował drastyczny spadek lotów samolotowych i śladu węglowego w środowisku. W niektórych miejscach pomiary zanieczyszczeń powietrza wskazują, że zmniejszyła się obecność tlenków azotu i znacząco spada emisja gazów cieplarnianych do atmosfery. Ale to nie oznacza, że powinniśmy być w stanie permanentnej pandemii, żeby uratować środowisko. To nie ten wniosek należy wyciągnąć z obecnej sytuacji – mówi nam Wojciech Kubalewski, współprzewodniczący partii Zieloni.

Paulina Januszewska: „Nie czas na kampanię, nie czas na wybory!” – takim hasłem Zieloni wzywają rząd do przełożenia wyborów prezydenckich. Dlaczego to konieczne?

Wojciech Kubalewski jest członkiem Zielonych od 2015 roku. Od 2020 wraz z Małgorzatą Tracz pełni funkcję przewodniczącego partii. Fot. PartiaZieloni.pl

Wojciech Kubalewski: Powody są dość oczywiste, zaczynając od braku możliwości prowadzenia uczciwej kampanii wyborczej w sytuacji uprzywilejowanej pozycji obecnego prezydenta, przez trudności w zorganizowaniu głosowania, aż po stwarzanie zagrożenia dla zdrowia i życia społeczeństwa. Jeśli miałbym tutaj podkreślić w szczególności jedną kwestię, to na pewno zwróciłbym uwagę na fakt, że w państwie demokratycznym wybory muszą – zgodnie z konstytucją – być powszechne. W sytuacji, kiedy spora część społeczeństwa nie może wziąć w nich udziału, bo w wyniku pandemii przebywa na kwarantannie, choruje albo po prostu boi się zostać ofiarą koronawirusa, to o powszechności, a więc warunku koniecznym do przeprowadzenia demokratycznych wyborów, mówić nie można.

Ale na pewno trzeba mówić o kryzysie. Zieloni chcą z nim walczyć w ramach Programu ochrony: zdrowie – pracownicy – przedsiębiorcy. Jakie postulaty się w nim znalazły?

W tym programie domagamy się od rządzących nowelizacji ustawy budżetowej w taki sposób, by móc zwiększyć nakłady na ochronę zdrowia i w trybie natychmiastowym pokryć zapotrzebowanie na dodatkowy sprzęt medyczny, infrastrukturę i godziwe wynagrodzenia oraz opiekę zdrowotną dla personelu medycznego. Nasze postulaty zajmują się, oczywiście, tylko wycinkiem szeregu palących w tym momencie problemów. Są to jednak kwestie, którym wcześniej – mam wrażenie – nie poświęcono wystarczająco dużo uwagi.

W dyskusji o skutkach nadciągającego kryzysu mówiło się głównie o dużych przedsiębiorstwach i gospodarce, a nie o zwykłych ludziach, którzy z dnia na dzień tracą pracę, bo firmy przestają pracować lub plajtują. Albo takich, którzy mają jednoosobowe przedsiębiorstwa lub są pozbawieni jakichkolwiek praw pracowniczych, będąc zatrudnionymi na umowach cywilno-prawnych. Widzimy, że tym ludziom państwo polskie też, a raczej – przede wszystkim – musi pomóc. Z taką samą troską, jak wcześniej pobierało od nich podatki i składki na ZUS.


Jak to zrobić?

Zapewnić źródło dochodu tym, którzy utracili, w wyniku pandemii i walki z pandemią, zdolność zarobkową. Jeżeli mamy do czynienia z osobą prowadzącą działalność gospodarczą albo pracującą na podstawie umowy zlecenia lub umowy o dzieło – należy znieść tymczasowo obowiązek płacenia składek do ZUS-u (rozmawialiśmy przed ogłoszeniem tego pomysłu przez prezydenta – przyp. red.) i zaliczek na podatki, których wysokość ustalana jest na podstawie uśrednionych przychodów roku ubiegłego. To też okazja do przemyślenia na nowo dotychczasowego systemu podatków, ubezpieczeń i praw pracowniczych.

A konkretniej?

Obecnie jest tak, że w przypadku osób prowadzących jednoosobową działalność gospodarczą składki płaci się – zgodnie z polskim prawem – niezależnie od tego, czy dysponuje się w danym momencie przychodem czy nie. Uważam, że jest to niesprawiedliwe, zwłaszcza, że w innych krajach Europy funkcjonują systemy, gdzie wysokość składek wylicza się adekwatnie do wysokości przychodu tak, jak to ma miejsce w przypadku osób zatrudnionych na umowę o pracę. Na razie takich rozwiązań nie mamy i w efekcie wielu obywateli i obywatelek pozostaje na czas pandemii bez środków do życia, ale z obowiązkiem zapłacenia wysokiej składki ryczałtowej. Państwo musi temu zapobiec i powiedzieć: „nie bierzemy od was pieniędzy, bo widzimy, że nie macie żadnej możliwości ich zarobienia”. I kropka. Zawieszenie danin publicznoprawnych, ale także odroczenie spłaty np. rat kredytów czy leasingów powinno nastąpić natychmiast i trwać do momentu, aż sytuacja wróci do względnej normy.

W programie ochrony pojawia się też kwestia obniżenia opłat za czynsz w przypadku lokali i budynków wynajmowanych od państwa i samorządów oraz wsparcie finansowe dla tych, którzy umowę najmu mają z właścicielami prywatnymi. Jak by to miało wyglądać?

Tutaj pojawiają się dwie płaszczyzny rozmowy. W pierwszej kolejności chodzi nam o stworzenie pewnej zasady, a potem o jej techniczną realizację ze strony rządu. Zasada powinna być taka, że w sytuacji nadzwyczajnej, jaką jest pandemia, trzeba sięgnąć po nadzwyczajne środki. Nie wyobrażam sobie – oczywiście – żeby statystyczny Jan Kowalski, wynajmujący na podstawie umowy najmu lokal użytkowy czy mieszkanie od osoby prywatnej, z woli państwa, za sprawą ustawy lub dekretu, miał przestać płacić czynsz. Ale można sobie wyobrazić, że państwo zapewni rekompensaty właścicielom rezygnującym z pobierania pełnej opłaty, a obywatelom w trudnej sytuacji przyzna kwoty wynagrodzenia postojowego, na przykład w wysokości najniższej krajowej. Uważam to za jedyne rozsądne wyjście, biorąc pod uwagę, że z powodu pandemii konieczne jest nałożenie określonych rygorów na codzienną pracę, życie i postępowanie obywateli, co dla wielu z nich kończy się utratą jakiegokolwiek źródła dochodu. Wydaje mi się, że wynagrodzenie postojowe pozwoli w zakresie podstawowym zabezpieczyć potrzeby życiowe obywateli i ich jednoosobowych firm, a także pomoże im przetrwać ten trudny okres.

Tu mam apel do nas wszystkich. W tej chwili nie chodzi o to, żebyśmy żyli w takim samym dobrobycie i standardzie, jak przed pandemią. Ważne jest, żebyśmy wszyscy przetrwali i dotarli bezpiecznie do momentu, w którym będzie możliwy powrót do normalnego trybu działania.

Kuczyński: Rząd przyjął, że trzeba teraz pomagać, dolewając małą chochelką

Bardzo duży nacisk w walce z koronawirusem kładziecie na współpracę wszystkich polityków ponad partyjnymi podziałami. Tymczasem niektórzy z nich – np. popierana przez Zielonych kandydatka na prezydentkę, Małgorzata Kidawa-Błońska – bardziej niż na łączeniu sił, koncentruje się na krytyce rządu. Co pan sądzi o takiej postawie?

Współpraca w dobie pandemii jest kluczowa. Ale dotyka pani bardzo ważnej rzeczy – otóż politycznie bardzo żywo dyskutuje się o tym, jak walka z koronawirusem powinna wyglądać. Jak konkretnie sformatować pewne prawa, na jakich warunkach przyznawać pomoc, gdzie będą wypłacane środki, jaka mogłaby być wysokość wynagrodzenia postojowego – te pytania nie znajdą odpowiedzi, a poruszane w nich postulaty nie zostaną zrealizowane, jeśli wszystkie siły – obecne i nieobecne w parlamencie – nie poprowadzą uczciwej publicznej debaty. Niestety pandemia trafiła Polskę w momencie, kiedy ta dyskusja jest praktycznie niemożliwa. To smutny dla społeczeństwa dorobek PiS. I powód do krytyki.

Dlaczego?

Bo główny kanał takiej debaty – media publiczne – stały się wydziałem propagandy jednej partii. One zawsze takie były, ale w bieżącym sezonie politycznym to przekracza wszelką zdolność do tolerancji. Poza tym Polska znajduje się w okresie kampanii wyborczej, więc każda startująca w wyborach siła polityczna, która ma jakieś ambicje, musi wykonać to, co do partii politycznych należy, czyli pokazać swoje rozwiązania. Tyle, że w tych warunkach trudno rzeczowo rozmawiać. Mamy szczególnego pecha.

Oczywiście padają propozycje organizacji np. okrągłego stołu ds. pomocy gospodarczej dla obywateli. Przypuszczam jednak – i mówię to z żalem – że w obecnym klimacie politycznym nie jest to możliwe. Gdyby PiS i rządzący tam ludzie doszli do wniosku, że wartości demokratyczne jednak się liczą i że nie chcemy demokratury, w której władzę zdobywa się przez przypadek albo dlatego, że zawładnęło się telewizją publiczną i radiem, to myślę, że można byłoby spokojnie przełożyć wybory o pół, a nawet cały rok. Cały ten czas zaś dałoby się faktycznie poświęcić na rozwiązanie problemu wspólnymi siłami. Wszystkim wyszłoby to na dobre i na pewno taką myśl należałoby zaszczepić w życiu politycznym. Bardzo chciałbym, żeby tak się stało, choć szanse widzę mizerne.

Mamy kryzys pandemiczny, a co z klimatycznym? Pojawiają się głosy, że dzięki koronawirusowi Ziemia odżywa – w Chinach emisja CO2 spadła o 25 proc., ponoć do Włoch wracają dawno niewidziane gatunki zwierząt, powietrze jest czystsze…

To jest niezręczna sytuacja, żeby zastanawiać się nad pozytywnymi efektami pandemii. Gdybyśmy rozmawiali wyłącznie teoretycznie i nie znajdowali się w tej sytuacji, to uznałbym, że takie rozważania są nie na miejscu. Ale stało się tak – bez naszej woli i współpracy – że, choć jesteśmy w tej trudnej sytuacji i niejako „dzięki niej” świat nieco wyhamował. I owszem, pewne działania rządów na całym świecie w ramach walki z pandemią okazują się przyjazne dla środowiska. Mamy drastyczny spadek liczby lotów samolotowych, podróży samochodami, koleją, a nawet transportem publicznym, dzięki czemu zmniejsza się ślad węglowy w środowisku. W niektórych miejscach pomiary zanieczyszczeń powietrza wskazują, że zmniejszyła się obecność tlenków azotu [składników smogu – przyp. red.] i znacząco spada emisja gazów cieplarnianych do atmosfery. Ale to nie oznacza, że powinniśmy teraz być w stanie permanentnej pandemii, żeby uratować środowisko przyrodnicze. To nie ten wniosek należy wyciągnąć z obecnej sytuacji.

7 powodów, dlaczego koronawirus jest dobry dla świata i Polski

A jaki?

Otóż okazuje się, że wszystkie państwa na świecie, rządy i społeczności, są w stanie wziąć na siebie ciężary, które efektywnie i natychmiastowo zmniejszają zanieczyszczenie środowiska w różnych aspektach tego słowa. Oczywiście dzisiaj dzieje się to zbyt drastycznie i za zbyt wysoką cenę, ale widzimy, że takie działania – dobrze zaplanowane i rozłożone w czasie, choć nie mamy go wiele także w przypadku katastrofy klimatycznej – przyniosłyby pożądany efekt, a my potrafilibyśmy to udźwignąć. I to jest bardzo ważna lekcja – że się da: mniej latać, inaczej produkować energię czy potrzebne nam dobra, konsumować mniej i inaczej. Tymczasem katastrofa klimatyczna trwa dalej. Nie została zawieszona, jak raty kredytu hipotecznego niektórych z nas. Ona w dalszym ciągu postępuje, choć nie jest tematem numer jeden w mediach, ani na spotkaniach rządowych. Wprawdzie możemy się spodziewać, że przez najbliższe 2-3 miesiące ten proces się nieco spowolni. Ale problem powróci w debacie publicznej za kilka lub kilkanaście miesięcy.

Mówią o tym ekonomiści: światowe gospodarki, np. chińska, przystopowały, ale po pokonaniu koronawirusa będą chciały błyskawicznie odrobić straty. To nie może się dobrze skończyć dla środowiska. Stąd płynie jeszcze inny wniosek: bez kryzysu gospodarczego, nie jesteśmy w stanie zatrzymać globalnego ocieplenia i destrukcji planety.

Oczywiście gospodarka światowa najprawdopodobniej wróci do swojego wcześniejszego stanu za rok czy dwa lata, a to, co dzieje się teraz, wywoła ogromne kryzysy i recesję, których skutki będziemy odczuwać jeszcze dłużej. Koryfeusze nauk ekonomicznych nie podejmują się jednak podania konkretnej prognozy i czasu, w którym to nastąpi. Za sprawą pandemii w zasadzie cały system gospodarczy uległ rozchwianiu i wielu podmiotom będzie zależało na tym, by go wskrzesić w dotychczas znanym kształcie.

Z kolei hipoteza, że bez kryzysu ekonomicznego nie jesteśmy w stanie powstrzymać katastrofy klimatycznej nie jest nowa. Przez ostatnie dekady była kolportowana w różnych miejscach i w różnych formatach. Ale ja uważam ją za błędną i wręcz oszukańczą, ponieważ jestem przekonany, że gospodarka światowa może przejść na zredukowaną do zera emisję CO2, nie tracąc przy tym swojej zdolności do tworzenia miejsc pracy i poprawy warunków życia. Istnieje wiele analiz eksperckich i modeli zmian – wśród nich stworzona przez Zielonych propozycja transformacji energetycznej Polski – które pokazują, że jesteśmy w stanie znacząco powstrzymać ocieplanie się klimatu.

To nie stan wyjątkowy, to poligon polskiej przyszłości

To co nas hamuje?

Postulowana przez obrońców klimatu transformacja energetyczna wzbudza ogromną niechęć i protesty, ponieważ sprawi, że prawdopodobnie ktoś inny, niż do tej pory, będzie miał profity gospodarcze. Te zyski będą pochodzić po prostu z innych źródeł i trafiać do innych kieszeni. Ci, którzy są beneficjentami obecnego systemu, stanowią oczywisty i największy bastion oporu przed zmianą. A ci, którzy być może mogliby ich zastąpić, realizatorzy nowego, przyjaznego naturze sukcesu gospodarczego, w znacznej mierze nie rozumieją, że mogą taką rolę przyjąć albo rozumieją, lecz są za słabi, by to zrobić.

Tutaj największe wyzwanie stoi przed rządami państw. To one muszą wprowadzić przekształcenia gospodarczo-ekonomiczne, działając ustawowo: prosumecnko, protransformacyjnie, proOZE. Chodzi jednak nie tylko o kwestie koncernów paliwowych i emitentów CO2, ale także o wyzwania dla rolnictwa, ochronę przyrody, lasów i parków narodowych. Mamy przed sobą cały katalog zmian, w ogólnym obrachunku prowadzących do tego, że – po pierwsze – mielibyśmy środowisko naturalne, które nie jest eksploatowane rabunkowo, które potrafi się regenerować, odtwarzać i istnieć obok nas bez ryzyka, że nastąpi katastrofa, np. klimatyczna. A po drugie – nowy system zapewniałby nam dochody, dostęp do żywności i innych atrybutów nowoczesnego życia. Musimy to po prostu zrobić inaczej, niż robiliśmy to w ciągu ostatnich dekad.


***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Bio

Paulina Januszewska

| Dziennikarka KP
Dziennikarka KP, absolwentka rusycystyki i dokumentalistyki na Uniwersytecie Warszawskim. Pisze o kulturze, prawach kobiet i ekologii.