Kraj

Wojciechowicz: GMO nie zabije i nie wzmocni

GMO to w dużej mierze kwestia polityczna. I tak – chodzi też o władzę i zakres naszej wolności. Oraz o kasę.

Od 2 stycznia 2013 roku obowiązują w Polsce zakazy uprawy wszystkich 235 odmian modyfikowanej genetycznie kukurydzy MON 810, nie wolno także uprawiać przemysłowego ziemniaka Amflora. Mimo to nie  wszyscy są przekonani o słuszności wprowadzenia zakazów. Spotykam się niekiedy z zarzutem , że GMO to „kwesta polityczna, czyli chodzi o władzę i kasę.” Tak, dokładnie! Czy nam się to podoba, czy nie, GMO to w dużej mierze kwestia polityczna. I tak – chodzi też o władzę i zakres naszej wolności. Oraz o kasę. Ogromną kasę. I to jest często kluczowe.

Nieporozumieniem jest redukowanie problemu GMO do wpływu tej technologii na ludzkie zdrowie. Udawanie, że nie jest to kwestia polityki, władzy i pieniędzy jest chowaniem głowy w piasek. Takie mocno ograniczone rozumienie tematu spycha na margines nie tylko kwestie polityczno-ekonomicznego uwikłania GMO, ale także bardziej całościowe podejście, zgodnie z którym żywność oraz zasoby naturalne mają nie tylko wartość ekonomiczną, ale również społeczną, kulturalną i ekologiczną. Zdumiewa, że w dyskusji o GMO nie pada pytanie o wpływ tego typu upraw na poziom koncentracji gruntów, ewentualną zmianę typu użytkowania ziemi rolnej oraz demontaż lokalnej gospodarki. Skoncentrowanie uwagi na aspekcie zdrowotnym skutecznie rozmywa świadomość, że nie mamy do czynienia z debatą akademicką, w której kluczową rolę odgrywają wyniki badan naukowych, ale konkretną decyzją dotycząca kierunku rozwoju obszarów wiejskich i przyszłości polskiego rolnictwa. Lub by lepiej zrozumieć skalę problemu, decyzją dotycząca kierunku rozwoju 93% powierzchni kraju i ważnego sektora gospodarki. W Polsce bowiem sektor rolny ma dużo większe niż w krajach Europy Zachodniej znaczenie społeczne i gospodarcze. Istnieją regiony, w których rolnictwo pełni rolę jednej z głównych gałęzi gospodarki, wpływającą na poziom ich rozwoju i standard życia mieszkańców

Choć w opinii wielu osób nasze rolnictwo jest zacofane, właśnie ten brak pogoni za technologicznymi nowinkami w przeszłości, stał się dziś naszą najmocniejszą stroną. Przez długie lata, poprzedzające nasze wejście do Unii, polskie rolnictwo pozostawało na marginesie głównego nurtu technicyzacji i uprzemysławiania. Jak się okazuje wyszło nam to na dobre. Ominął nas  proces chemizacji i intensyfikacji produkcji, a zachowało się rolnictwo zrównoważone, do którego powraca się obecnie we wspólnotowej  polityce rolnej. To właśnie naturalne sposoby uprawy są jednym z powodów, które sprawiły, że eksport polskiej żywności stale rośnie. Od czasu naszego wstąpienia do Wspólnoty Europejskiej wzrósł niemal sześciokrotnie i nadal ma przed sobą dobre perspektywy. 

Sukces na światowych rynkach nie zawsze musi być uzależniony od wykorzystania wysokich technologii. Ważna jest analiza potrzeb rynku. Tymczasem, na rynkach europejskich… nie ma zapotrzebowania na GMO. Europa od lat pozostaje niechętna żywności i technologii GMO w rolnictwie. Firmy agrochemiczne konsekwentnie przestają interesować się rynkiem europejskim. Monsanto, BASF, DuPont – globalne marki, przodujące w produkcji roślin modyfikowanych genetycznie – wycofują wnioski o autoryzację nowych odmian i zawieszają rozwój upraw przeznaczonych na rynek europejski. Powód? Rosnąca niechęć konsumentów wobec tej technologii. Tymczasem to właśnie do krajów UE eksportujemy 77% produktów rolno-spożywczych.  Rosja, drugi ważny dla nas rynek, także pozostaje sceptyczna wobec GMO.  

Po latach konsekwentnej i spójnej promocji, aktywnie wspieranej przez ministerstwo rolnictwa, polska żywność to marka identyfikowana z tradycyjnymi, zdrowymi produktami o wysokiej jakości. Stworzenie i promocja dobrego wizerunku polskich produktów pochłonęła całkiem spore pieniądze, wyasygnowane z kieszeni podatników. Wprowadzenie upraw modyfikowanych genetycznie sprawiłoby, że byłyby to pieniądze wyrzucone w błoto.  Odbudowanie straconej marki jest dużo trudniejsze i nie zawsze możliwe, a kosztuje o wiele więcej niż jej wytworzenie.

GMO oznacza zielone światło dla wielkoobszarowego i monokulturowego rolnictwa przemysłowego co wzbudza uzasadnione obawy o realny spadek zaufania do polskiej żywności kojarzonej dotychczas z tradycyjnymi metodami uprawy.

Utrata lub rozmycie marki polskiego rolnictwa może odbić się nawet na odległych i niezwiązanych z technologią GMO gałęziach produkcji. W obecnej wojnie ekonomicznej wystarczy pomówienie – jak w przypadku ogórków z Hiszpanii – i utraconego zaufania nie da się szybko przywrócić. Po tej aferze hiszpańscy eksporterzy odnotowali straty sięgające ponad 200 milionów euro tygodniowo, a cena eksportowa wszystkich hiszpańskich warzyw w 2011 roku spadła o 12 procent. Dyskusja wokół GMO dotyczy jednego dopuszczonego do uprawy na terenie UE zboża – kukurydzy. Nie można się jednak łudzić, że skutki ewentualnego wprowadzenia modyfikowanej kukurydzy ograniczyłyby się tylko do spadku eksportu tego zboża. 

Siedem krajów unijnych wprowadziło na swoim terenie całkowity zakaz uprawy modyfikowanej kukurydzy. Areał upraw GMO w Europie jest znikomy i wynosi 0,01 procenta powierzchni wszystkich upraw. W takiej sytuacji wprowadzenie GMO do polskiego rolnictwa – i „zmiana” strategii marketingowej – byłoby decyzją ryzykowną i irracjonalną. Bilans możliwych zysków i strat nie przemawia na korzyść GMO. O ile Europa nie ufa GMO, o tyle dynamicznie rozwija się zapotrzebowanie na żywność wysokiej jakości i ekologiczną. Przykładowo w samych Niemczech w 2011 roku odnotowano wzrost wartości rynku produktów ekologicznych o 9 procent w stosunku do roku 2010, co wyznaczyło jego wartość na poziomie 6,5 mld euro. Nie chodzi zresztą tylko o rynki zagraniczne. W 2011 roku wartość rynku detalicznego żywności ekologicznej w Polsce zwiększyła się niemal o jedną czwartą – do 375 mln zł. Według szacunków w 2015 r. wydatki na żywność ekologiczną w naszym kraju osiągną 700 mln zł. Rosnąca liczba firm zarabia na ekologicznej żywności, a to oznacza wiele miejsc pracy, którym wprowadzenie upraw GMO bezpośrednio zagrozi. 

Może się wydawać, że wprowadzenie GMO oznacza poszerzenie rynku zbytu. Chętnym będziemy sprzedawać GMO, a tym, którzy go nie chcą – naturalną tradycyjną żywność. W praktyce rzecz przedstawia się jednak inaczej. Jak dotąd nie udało się wypracować skutecznych zasad koegzystencji, zapobiegających zanieczyszczaniu upraw tradycyjnych odmianami modyfikowanymi genetycznie. Niedawno głośno było o przypadku kontaminacji nieautoryzowanymi odmianami GMO pszenicy w Oregonie. W konsekwencji, Japonia i Korea Południowa wprowadziły czasowy zakaz importu pszenicy z USA. W przypadku wprowadzenia upraw GMO nie ma możliwości zapobieżenia tego rodzaju zanieczyszczeniom i zagwarantowania norm oczekiwanych przez kontrahentów. Przedsmak takiej sytuacji mieliśmy także w 2009 roku kiedy transport polskiej kukurydzy został zawrócony ze Szwecji, gdyż wykryto w nim 4 proc. zanieczyszczenie. 

Odwołując się do argumentów ekonomicznych zwolennicy GMO często kuszą nas niższymi cenami. Zapomina się o innych kosztach: gospodarczych, społecznych i środowiskowych.

Za wprowadzeniem tego typu upraw nie przemawia także argument o zwiększeniu wydajności. Z powodu ograniczeń narzucanych przez Unię Europejską, Polska od lat produkuje mniej żywności, niż jest w stanie wytworzyć. Zwiększenie wydajności jest zatem potrzebą fikcyjną, straty natomiast byłyby bardzo wysokie i realne.

Tekst jest kolejnym głosem w debacie o polityce żywnościowej na łamach Dziennika Opinii

 

Czytaj także:

 

Hanna Gill-Piątek: Jedzenie jest polityczne

Marcin Gerwin: Czy ekożywność ma sens?

Kaja Malanowska: Czy mógłbyś zabić konia?

Szymon Boniecki, Michał Kożurno, Anna Wójcik, Pijmy dobrą wodę z kranu

Marcin Gerwin: Czy ekożywność jest zdrowsza?

Kinga Dunin: Paradoks Rotkiewicza

 

 

 

 

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.