Kraj

Obrońcy „kompromisu” to symetryści z wieszakami

Szymon Hołownia nie wspiera polskich kobiet wspiera podziemie aborcyjne. Małgorzata Kidawa-Błońska wspiera podziemie aborcyjne. Marszałek Tomasz Grodzki i znany tiktoker Andrzej Duda wspierają podziemie aborcyjne.

W 2014 roku leżałam na oddziale patologii ciąży w jednym z polskich miasteczek. Na trzy osoby w sali dwie były po chałupniczej aborcji z powikłaniami, a co do trzeciej nie było pewności, bo albo spała, albo leżała zwinięta w kłębek i patrzyła w ścianę.

Byłabym zdziwiona, gdyby na energii tak potężnego zrywu, jakim jest Strajk Kobiet, nie próbowały budować kapitału politycznego rozmaite liski chytruski. Jak wiadomo, gdy wieje wiatr historii, pieczeniarze zacierają ręce z nadzieją, że zogniskują czyjś gniew na własną korzyść. Wystarczy okazać oddanie sprawie i zrzucić całą robotę – i ewentualną odpowiedzialność – na bardziej czynne jednostki. Zero zaskoczenia, ale niesmak jest.

Drodzy dziadersi, „wypierdalać” jest również do was

I tak ze wzburzonych fal niczym Wenus wyłania się znany działacz na rzecz praw kobiet i osób z macicami, Szymon Hołownia, który wsławił się tym, że nigdy nic na rzecz tych kobiet i osób nie zrobił, za to już wie, jak nami pokierować. Ma gotową receptę, a recepta ta brzmi: jebać PiS, ale grzecznie i bez wulgaryzmów, bo przecież jesteśmy fajni. A w ogóle to już nie jest wasz strajk, o 20:50 palimy świeczki w oknach, bo stowarzyszenie Hołowni ma w nazwie 2050. Wciśnięcie własnej reklamy w środek protestów przeciwko torturowaniu ludzi to jest taki absolut parcia na szkło, że powinien funkcjonować jako witruwiański wzorzec marketingowego cynizmu.

Dobra, byłoby niesprawiedliwością powiedzieć, że Hołownia jest jedynym, który próbuje wywindować się na ciężkiej pracy organizatorek Strajku, chociaż jest w tym najbardziej ostentacyjny. Zewsząd wyłaniają się kolejni „umiarkowani sojusznicy”. Obiecują, że zabiorą ci odrobinę mniej niż kościół i PiS, więc to już prawie jak wsparcie, i tłumaczą ci, jak i przeciwko czemu masz protestować. Łączy ich zerowy wkład w pracę na rzecz praw kobiet i osób LGBTQ+ (bo idziemy razem) w Polsce, nieobecność na pierwszych liniach frontu, gdzie stały lewicowe posłanki i gdzie leciał gaz i wpierdol, i mylne przekonanie, że mają jakiekolwiek prawo do decydowania o zawartości cudzych macic.

Czy dzięki protestom wygrają kobiety, czy może Hołownia?

Więc odsuńmy PiS od władzy, zastąpmy PiS Hołownią, a on już to jakoś rozwiąże, w komentarzach na fejsie obiecuje chęć rozmowy. Aborcja? Nie ma gotowego programu, przynajmniej nieoficjalnie, ale będziemy rozmawiać. I wyborcy mu wierzą, przyjmując, że ten dotychczasowy, rzekomy kompromis jest kompromisem prawdziwym; że nie jest odebraniem, a nadaniem; nie ograniczeniem, a przywilejem; że przyklepanie tego pseudokompromisu zwróci im święty spokój i odsunie od nich odpowiedzialność za jego dalsze skutki. Przekazują więc władzę nad ciałami połowy społeczeństwa człowiekowi, dla którego jeszcze parę miesięcy temu kwestia antykoncepcji awaryjnej była czarną magią –no ale była akcja pisania listów do Szymona, a on ostatecznie uległ i oznajmił, że osobiście nie zakaże. Fajny ten Szymon, można z nim pogadać. Zatem rozmawiajmy!

W ostatnich dniach przez środowiska okołostrajkowe przetoczyła się inba na linii Lempart-Hołownia. Lempart kazała Hołowni wypierdalać, ten poskarżył się na fejsbuku, budząc chór oburzonych głosów, że jakże tak, dogadajmy się, przecież mamy wspólny cel. Lempart, przeproś pana Szymona, bo zaraz wycofam swoje poparcie dla praw człowieka.

Nie dajmy sobie wcisnąć żadnego nowego pseudokompromisu aborcyjnego

Otóż nie, nie mamy wspólnego celu. Hołownia bowiem jest w najlepszym wypadku zwolennikiem tzw. kompromisu aborcyjnego, który de facto nie jest żadnym kompromisem, tylko odgórnie narzuconym pozorem ugody. Piszę: w najlepszym wypadku, bo jeszcze kilka lat temu fajny Szymon był zwolennikiem całkowitego zakazu aborcji, wiernym padawanem doktora Chazana. Dowodem na jego osławioną zmianę poglądów, do której odwołują się dziś jego wyborcy, jest podobno jakieś wideo i komentarz na Facebooku, bo żadnej oficjalnej wypowiedzi nie mamy. W razie czego fajny Szymon przekaże sprawę pod głosowanie Sejmowi, ten – złożony, jak to zwykle bywa, w większości z prawicowych mężczyzn – projekt odrzuci. Szymon uroni łzę, że chciał, ale nie mógł, i będzie jak było.

Powiedzmy to wprost – Szymon Hołownia nie wspiera polskich kobiet i osób z macicami. Szymon Hołownia wspiera podziemie aborcyjne. Małgorzata Kidawa-Błońska wspiera podziemie aborcyjne. Tomasz Grodzki wspiera podziemie aborcyjne. Znany tiktoker Andrzej Duda i jego córka wspierają podziemie aborcyjne. Pragnę wierzyć, że robią to nieświadomie, że naiwnie nie zaglądają w istotę zjawiska, ale konsekwencje ich działań są jasne. „Kompromis” aborcyjny napędza podziemie aborcyjne. Wszyscy ci, którzy go popierają, stoją razem po jednej stronie – i to nie jest twoja strona, siostro. Ich głosy to miód na serca mafii lekowych i lekarzy kasujących kilka razy więcej za mifepriston sprowadzony zza granicy.

Blokada przesyłek z zestawami do aborcji farmakologicznej i antykoncepcją awaryjną

Przesyłka z Women on Web kosztuje 80 euro – około 360 złotych, a w krytycznej sytuacji można poprosić o zwolnienie z darowizny na rzecz fundacji. Dla porównania, aborcja dokonana w podziemiu przez lekarza „po godzinach” przy użyciu tych samych tabletek potrafi kosztować od siedmiuset do czterech tysięcy zł. Podziemie aborcyjne to żyła złota, jeśli ktoś dobrze się zakręci. Women on Web, Ciocia Basia czy Aborcja bez Granic ciągle pozostają abstrakcją dla ogromnej rzeszy osób, które nie chcą, boją się czy wstydzą szukać pomocy tak daleko, które nie ufają zagranicznym organizacjom, które nie mają wokół siebie feministycznej sieci wsparcia, nie chcą z nikim rozmawiać albo nie mają czasu, bo to już jedenasty tydzień, zegar tyka. Te osoby sięgną po to, co dostępne bliżej, poszukają na olx, a tam już czekają tabsy nieznanego pochodzenia, droższe o ledwie dwieście złotych niż te z WoW, lekarze „przywracający cykl”, prywatni organizatorzy wycieczek na Słowację naliczający sobie grubą marżę od kosztu usługi w klinice.

Więc leje się miód na serca mafii lekowych trzepiących kokosy na desperacji kobiet, bo przecież „kompromis” nie rozwiąże sprawy tych dziesiątek tysięcy aborcji dokonywanych poza legalnym spektrum. On tylko zamiata problem pod dywan. To stwierdzenie nie jest spekulacją. Tkwimy w tym „kompromisie” od 1993 roku i znamy go jak własną kieszeń. Podziemie aborcyjne kwitnie, handel lekami kwitnie, edukacja seksualna kuleje, społeczna stygmatyzacja aborcji rośnie tym szybciej, im więcej władzy zdobywa Kościół i im ostrzej skręca w prawo retoryka debaty publicznej. To jest tak oczywisty i nie dający się ukryć fakt, że nie mógł go przegapić nawet Szymon Hołownia. Mam szczerą nadzieję, że jego fani są w stanie spojrzeć na sprawę szerzej niż on sam.

Urodzenia i urojenia

czytaj także

Urodzenia i urojenia

Dorota Próchniewicz

Według raportu CBOS z 2013 roku co czwarta Polka przerwała kiedyś ciążę. Oznacza to od czterech do sześciu milionów aborcji na przestrzeni kilku dekad. W latach 80. liczba legalnych aborcji wahała się między 80 a 140 tysiącami rocznie. Mimo to w 1994 roku nie zanotowano żadnego skoku przyrostu naturalnego, nawet najmniejszej zmarszczki na równi pochyłej polskich urodzeń. Gdzie się podziały te płody, które przed wejściem ustawy o ograniczeniu dostępu do aborcji usuwano tysiącami?

W czasach mojego dzieciństwa o aborcji mówiono gdzieś na obrzeżach innych zjawisk. Czasem pojawiała się na ulotce o duchowej adopcji od księdza (miałaś osiem lat i mogłaś sobie zaadoptować czyjś płód i odmawiać za niego koronki, żeby cudownie powstrzymać ciężarną od usunięcia, takie duchowe tamagotchi), czasem w postaci filmu Niemy krzyk, puszczanego nam na lekcji religii. Pamiętam oburzenie mojej koleżanki, że jakie znowu szczypce, ona słyszała, że wystarczy wlać sobie colę do pochwy. Cola w pochwie, najwspanialszy mariaż wczesnokapitalistycznej Polski z Zachodem. A także gorące kąpiele, skakanie z taboretu, podnoszenie ciężkich przedmiotów, ostre przedmioty. Szydełka, druty. Potem tabletki na stawy z misoprostolem, dla nielicznej garstki szczęśliwych wycieczka do przyjaznego kraju ościennego (ta garstka wzrasta: według statystyk 15 procent aborcji odbywa się za granicą).

Liczba legalnych aborcji w Polsce cudownie spadła do niecałego tysiąca rocznie, ale nawet to nie spowodowało żadnego przyrostu urodzeń i nie wzbudziło ani wątpliwości kolejnych partii rządzących, ani zainteresowania, ani potrzeby debaty społecznej. Ocalone przed legalną aborcją płody rozmywają się gdzieś w szarej strefie, dokąd nie sięgają sumienia pobożnych polityków.

Z oczywistych względów brak dokładnych corocznych danych dla Polski. Federacja na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny szacuje, że tych zabiegów jest około 100 tysięcy rocznie, podobnie jak w krajach o zbliżonym zaludnieniu czy jak w Polsce lat 80. Przy założeniu, że z turystyki aborcyjnej korzysta 15 procent kobiet, daje to średnio 85 tysięcy osób pozbawionych właściwej opieki medycznej i usuwających ciążę chałupniczo, krwawiących w swoich łazienkach, w kiblach koleżanek, zestresowanych, nierzadko samotnych, znieczulających się ibupromem i okładami na brzuch. I tak co roku.

Tyle że zarówno Hołownia, jak co bardziej konserwatywni kodziarze zasilający teraz KO, mają to w dupie. Fajna polityka nie lubi patrzeć na krew kobiet i osób z macicami, a oni przecież są fajni, nie to co PiS, który w ogóle nie pierdoli się w tańcu i nawet nie próbuje udawać, że jest czymś innym niż bandą sadystów. W Polsce krwawi się w podpaski na niebiesko, a powstankom na koszulach kwitną maki i róże. Zgwałconym nie cieknie krew po nogach, samobójczyniom nie cieknie z żył, jedyna dozwolona krew to krwawy pot Matki Polki, ocierany z czoła w przerwie między poświęceniem a zapierdolem. Ten pot nagradzamy bukietem na Dzień Kobiet.

Rewolucja jest kobietą w toksycznym związku

Hołownia powiedział, że wypierdalać póki co nie zamierza. Ok, jest robota, potrzebna jest pomoc prawna, finanse na organizację działań, potrzebne są grupy realnego wsparcia na wielu frontach, nawet ktoś do parzenia herbaty strajkującym się przyda. Strajk ma mnóstwo znakomitych sojuszników, którzy robią robotę bez włażenia z butami i prób przejęcia narracji. Polecam jako inspirację.

Bo póki co wygląda na to, że te wieszaki przyniesione na protest przez symetrystów w rzeczywistości są dla nas, żebyśmy mogły się nimi skrobać, kiedy już przyklepią nam na nowo kompromis i wszystko wróci do fajnej normy.

 

**
Nina Ziółkowska – feministka, aktywistka społeczna.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Zamknij