Kraj

Szklane drzwi

Do kogo mam się zgłosić ze swoimi wątpliwościami, gdy wpływowy wykładowca proponuje mi dyskusję nad publikacją na prywatnej kolacji?

Ostatnio spędziłam tydzień w Norwegii na wizycie studyjnej. W ramach współpracy polsko-norweskiej, a dokładnie OPZZ–UNIO, badaliśmy lokalny dialog społeczny (przy okazji polecam uwagi Rafała Bakalarczyka o norweskim systemie edukacji).

Norwegowie i Norweżki, tak samo jak mieszkańcy innych krajów skandynawskich, mają zaufanie wobec innych i nie zasłaniają okien po zmroku. Wiedzą, że nikt nie będzie podglądał. Ten rodzaj jawności, manifestowany w życiu prywatnym, ma też odzwierciedlenie w życiu zawodowym, w postaci przejrzystości procedur. Szczególnym tego symbolem są przeszklone drzwi do każdego pomieszczenia, gdzie się pracuje. Jak nas poinformowano, przeszklone drzwi w miejscu pracy to wygodne rozwiązanie. Jeśli chcesz coś z kimś załatwić, od razu widzisz, czy jest zajęty, czy ma gościa, rozmawia przez telefon. To życie na widoku, na który nikt specjalnie się nie gapi.

Studiując stosunki pracy i warunki pracy w kraju tak odmiennym, nie sposób uniknąć porównań z polskimi realiami. Szczególnie że gdy spędzaliśmy czas na inspirujących spotkaniach i rozmowach, w Polsce miało miejsce ciekawe zdarzenie. 

Wykładowca jednej z polskich publicznych uczelni, znany zresztą z lewicowych przekonań, został zatrzymany przez policję. Prokuratura oskarża go o nadużywanie władzy w celu uzyskania korzyści seksualnych, gwałt zbiorowy, stalking. Sąd nie zdecydował się na areszt, uznał, że materiał dowodowy jest zbyt słaby. Pozwany mówi o prowokacji. Nie chcę analizować tego konkretnego przypadku – niech analizuje go sąd. Ważne jest pytanie, dlaczego takie sytuacje mają miejsce i jak im zapobiegać.

Pamiętam, jak w 2003 roku w Polsce trwała dyskusja na temat wprowadzenia kategorii molestowania seksualnego do Kodeksu pracy. Pomysł rzecz jasna nie nasz, tylko unijny. Naczelnym motywem debaty były wieści z USA, gdzie – jak donoszono – już nawet nie można się uśmiechnąć do kobiety w pracy, bo od razu trzeba płacić milion dolców. Jeden z polskich wykładowców uniwersyteckich wspominał pobyt na zachodniej uczelni, gdzie drzwi do profesorskich gabinetów były przeszklone – tak aby student czy studentka nie byli z profesorem wyłącznie sam na sam. Historia ta miała przerażać stopniem inwigilacji i pozbawiania prywatności, ale przecież sens szklanych drzwi jest zupełnie inny.

Na stronach internetowych polskich uczelni znajdziemy sporo informacji o wsparciu socjalnym, przyznawaniu miejsc w akademikach, imprezach połowinkowych, wakacyjnych obozach integracyjnych i kołach naukowych. Na stronie Uniwersytetu Wrocławskiego w dziale spraw studenckich znajdziemy kodeks etyczny studenta. Co ciekawe, trudno znaleźć (mnie się nie udało) kodeks etyczny pracownika naukowo-dydaktycznego. Jest w tym symboliczny zapis hierarchii uczelnianej, wskazówka, kto ma kogo szanować, a kto kogo zaledwie nauczać i wymagać. Pod hasłem „rzecznik praw studenta” znajdziemy „prawa i obowiązki studenta”. Student ma obowiązek szacunku wobec innych – ale szacunek i bezpieczeństwo nie są jego prawem. Drugi dokument to regulamin samorządu studentów, gdzie w gąszczu paragrafów pisanych mocno sformalizowanym językiem wyśledzić można informacje o trybie powoływaniu członków.

Michel Crozier, wielki badacz i krytyk biurokracji, pisał o strefach niepewności – elementach życia organizacji, które pozostają niesformalizowane, mimo że cała reszta podlega biurokratycznym rygorom. Zauważył, że niedoprecyzowanie sprzyja istnieniu silnych nieformalnych relacji władzy, które istotnie wpływają na funkcjonowanie organizacji. Strefy niepewności istnieją w czyimś interesie. Można z tego wyciągnąć wniosek, iż istnieją osoby, dla których strefy niepewności są mało bezpieczne.

Brak jasnych wytycznych dotyczących relacji między studentami a wykładowcami może być taką strefą niepewności. Szczególnie jeśli jest wspiera ją symbolicznie „obowiązek okazywania szacunku przez studenta” i brak jakiejkolwiek niezależnej instytucji, do której można by się zgłosić z wątpliwościami dotyczącymi zachowania wykładowcy. Instytucji czy osoby, która byłaby do takiej rozmowy merytorycznie i emocjonalnie przygotowana.

Z molestowaniem seksualnym problem jest taki, że jest to po prostu obrzydliwe doświadczenie i, co więcej, trudno o nim mówić. Relacja władzy, która jest zawarta w molestowaniu, działa dość perfidnie, przenosząc przynajmniej część winy na ofiarę. Ofiara zamiast działać, obsesyjnie wyszukuje w swoim zachowaniu przesłanki świadczące o tym, że na molestowanie „zasłużyła”. Albo – że „nic się nie stało, to normalne”. Dlatego uniwersytet powinien zapewniać informacje, dzięki którym można skonfrontować subiektywne doświadczenia z obiektywnymi definicjami, podanymi w przystępny sposób.

Obawiam się, że na każdej uczelni znajdzie się ktoś, kto będzie miał ochotę nadużyć swojego stanowiska dla prywatnych celów, także o charakterze seksualnym.

Między wykładowcami a studentami istnieje dysproporcja władzy. Dlatego też potrzebne są procedury, które chronią słabszych w tej relacji i jednocześnie dają szansę silniejszym na oczyszczenie z fałszywych zarzutów. W procedurze dotyczącej molestowania seksualnego i dyskryminacji musi być zawarta możliwość przeprowadzenia rzetelnego sprawdzenia wiarygodności zarzutów i zapewnienie anonimowości. Dlatego też uczelnia powinna wyznaczać osobę spoza głównej hierarchii, do której można zgłosić problem – czy to konfliktu, czy to molestowania. Osoba na tym stanowisku powinna cieszyć się zarówno autonomią, jak i wpływem na każdym szczeblu uczelnianej hierarchii. Za udowodnione przewiny powinny być przewidziane sankcje.

W dziale „informacje dla studentów” na stronie Uniwersytetu Warszawskiego znajdziemy „rzecznika akademickiego” (ombudsmana), ale już informacji o Komisji Rektorskiej ds. Przeciwdziałania Dyskryminacji – brak. Niemniej obie instytucje są dość przełomowe jak na warunki polskich uczelni. W opisie zadań rzecznika akademickiego znajdziemy rozwiązywanie problemów natury etycznej, zatem bingo – to tu zapewne można się zgłosić, gdy wpływowy wykładowca proponuje dyskusję nad publikacją na prywatnej kolacji i od tego uzależnia akceptację artykułu (prawdziwa historia, choć nie z UW).

Skalę molestowania seksualnego trudno ocenić, bo to nie tylko „coś za coś”, ale i tzw. wrogie otoczenie – dyskryminujące, obleśne dowcipy, seksualizacja miejsca pracy (czyli, mówiąc wprost, „gołe baby” na ścianie czy eksponowanym pulpicie komputera). Problem zawsze w tym, że dla części osób dwuznaczne żarciki będą hołdem dla dam. Kilka lat temu Anna Zawadzka zebrała opowieści koleżanek z polskich uczelni. Ktoś w komentarzach domagał się uwzględnienia, że wykładowczynie też potrafią być zupełnie nie w porządku wobec studentów. Według mnie tym bardziej jest to argument za koniecznością uwrażliwiania na dyskryminację i molestowanie seksualne na uczelniach oraz upowszechniania wiedzy o przeciwdziałaniu.

Nawet jeśli nie znamy skali molestowania seksualnego na uczelniach, warto jest zadbać o to, by jego prawdopodobieństwo było jak najniższe. Tak by zarówno studentki i studenci, jak i wykładowcy czuli się bezpiecznie – chronieni zarówno przed molestowaniem, jak i przed bezpodstawnymi oskarżeniami.

Wtedy może sens szklanych drzwi będzie łatwiej zrozumieć.

Bio

Julia Kubisa

| Socjolożka
Doktora socjologii, adiunktka w Instytucie Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego i Marie Curie Experienced Researcher w Department of Sociology and Work Science, University of Gothenburg. Autorka książki „Bunt białych czepków. Analiza działalności związkowej pielęgniarek i położnych” (2014). Specjalistka ds równouprawnienia na Uniwersytecie Warszawskim.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.