Kraj

Opozycji w Polsce potrzeba treści, a nie wymuszonej jedności

Zagrożone są – wraz z zaostrzeniem prawa aborcyjnego, nagonką na osoby LGBT, bestialskim stosunkiem do ludzi na granicy, całkowicie instrumentalnym traktowaniem pandemii i jej ofiar, narastającym ubóstwem i dezinformacją – prawa człowieka. I to o nie toczy się polityczna wojna, to o nie trzeba się bić.

11 listopada przeszedł przez Warszawę Marsz Niepodległości podciągnięty do rangi uroczystości państwowej. Co prawda, nie było na nim ani prezydenta, ani premiera. Najważniejszą personą największej uroczystości państwowej tego dnia (i nie tylko) był prezes Stowarzyszenia Marsz Niepodległości, Robert Bąkiewicz. Chroniony przez Służbę Ochrony Państwa, mówił o tym, że Polska zagrożona jest z dwóch stron (z Białorusi i Zachodu) oraz że trwa wojna z Niemcami, którzy chcą nas ograbić z naszej tożsamości, w tym płciowej.

Sam marsz przebiegał dość spokojnie, a brało w nim udział wielu zwykłych, tzw. nieradykalnych Polaków, identyfikujących się jako należący do większości zwykłych obywateli, którzy po prostu chcą wyrazić swoje patriotyczne uczucia. Szach i mat. Tego Donald Tusk nie przelicytuje.

Marsz Niepodległości był spokojny. I właśnie to powinno nas martwić

Tak się właśnie kończy wyścig o duszę i głos wyborczy „zwykłego Polaka”, w którym już dawno zjechaliśmy z centrum na prawo. Mimo licznych znaków ostrzegawczych prujemy wprost na betonową ścianę, normalizując po drodze nacjonalizm, ksenofobię i hodując nową religię, której bożkiem jest wiecznie niezaspokojona duma Polaka katolika (choć niekoniecznie chrześcijanina).

Władza karmi kryzys

Od miesięcy narastające napięcie i widomy – najpierw w szkole i w ochronie zdrowia – rozkład państwa zdają się właśnie eksplodować w postaci katastrofy humanitarnej na polsko-białoruskiej granicy. Wyhodowany na niedojrzałej polskiej demokracji autorytaryzm doczekał się tam swoich ofiar. Już wiemy, że będzie ich jeszcze więcej, bo chęci wycofania się ze złej polityki wciąż nie widać.

Bo też nikt tego kryzysu nie zamierza zażegnać. Rząd twierdzi, że poradzimy sobie sami i że współpraca ze strukturami europejskimi nie jest nam potrzebna, a z ust rzecznika MSZ słyszymy, że kanclerz Merkel niepotrzebnie się wtrąca, dzwoniąc do Putina. Nie ma też pomocy humanitarnej dla uchodźców (tylko akcje PR z wysyłaniem jej do Białorusinów), handel z Białorusią kwitnie, nie ma rządowej kampanii medialnej w krajach, skąd migranci przybywają. Widzimy za to spektakl okrucieństwa na granicy, a władza wmawia nam, że mamy bać się głodnych i zmarzniętych ludzi ze śpiworami.

Jednocześnie czwarta fala koronawirusa nie napotyka żadnych praktycznie obostrzeń, w efekcie czego dobijamy do 20 tysięcy zakażeń i niemal 200 zmarłych dziennie. Ochrona zdrowia ledwo się już trzyma, kolejne ofiary zbiera też nieludzkie prawo aborcyjne. Do tego wreszcie postępuje inflacja, władza nie chce wycofać się z upolityczniania sądów nawet za cenę utraty funduszy europejskich, a pomysł opuszczenia UE powtarza się w wypowiedziach różnych członków Zjednoczonej Prawicy z taką częstotliwością, że powoli zaczynamy ten scenariusz traktować jako całkiem możliwy.

Fakt, że kryzys jest generowany przez władzę, najwyraźniej wciąż nie jest dość widoczny, a wielu wyborców tradycyjnie w obliczu zagrożenia skupia się wokół władzy, która grzmi o zagrożonych granicach i wojnie na przynajmniej dwóch frontach. Chociaż niewykluczone, że usłyszymy np. o kolejnym potopie szwedzkim i ruszy Bąkiewicz na Ikeę, otwierając front trzeci.

Donald Tusk zadba o święty spokój nieradykalnych Polaków

Po stronie opozycyjnej wciąż zaś nie ma dość silnego ośrodka, który by tej narracji ukręcił łeb. Który zaproponowałby inną opowieść o zwykłych Polakach, a więc taką, w której nie są oni koniecznie obsadzani w roli ofiar, w której nie muszą się bać zagrożeń wyimaginowanych i tworzą wspólnotę opartą na prawach człowieka. Czyli takich, które nie są warunkowane posiadaniem praw obywatelskich i siłą posiadanego paszportu, zaś te z kolei nie są prostą pochodną przynależności narodowej i ideologicznej.

Co zaproponować centrum?

Zagospodarować polskie centrum nieodmiennie chce Donald Tusk. Wierzy w „stabilność”, a klucz do znormalizowania sytuacji widzi w ludziach, którzy: „nie mają jakichś przesadnie wyrazistych czy skrajnych poglądów nie tylko w sferze obyczajowej”. Bo „gdy ta umiarkowana większość z centrum utrzymuje skrzydła sporu publicznego w elementarnej równowadze, wtedy społeczeństwo jest stabilne i bezpieczne” − mówi w udzielonym Tomaszowi Lisowi wywiadzie.

Co jednak utrzymuje centrum w tej „elementarnej równowadze”? Z wypowiedzi osób organizujących to centrum wynika, że właśnie istnienie tych skrzydeł, które są bardziej niż centrum radykalne. Coś musi być na lewo i coś musi być na prawo. I nawet jeśli poglądy lewicy spokojnie mieszczą się w poglądach centrowych partii europejskich, to nadal, by centrum mogło czuć się dobrze, lewica musi być postrzegana właśnie jako radykalna. Jeśli zaś umiarkowane poglądy po stronie lewej postrzegane są jako radykalne, to trudno się dziwić, że ogólny kurs zbacza na prawo. Dość długo grały w tę grę i PO, i PiS. To drugie właśnie wygrało i stawiając Bąkiewicza na czele uroczystości państwowej, domknęło proces normalizacji poglądów skrajnych.

Nowy parlament i powrót „starych wojen kulturowych”? Oby nie

A jednak, choć wyścig już się skończył, Platforma Obywatelska nadal nie proponuje niczego innego. Receptę na zebranie większego poparcia wciąż widzi w opowieści o umiarkowanych, w większości religijnych Polakach, będących za pan brat z księdzem, trzymających kciuki za straż graniczną, rozmawiających o wizerunku Polski w świecie i drożejącej benzynie, ale niewymawiających słowa na „u”.

Istotna różnica względem propozycji PiS polega na tym, że jednak nie jesteśmy na wojnie ze wszystkimi. Bo obóz władzy jest obecnie na wojnie z kobietami, osobami LGBT, uchodźcami, Unią Europejską i Niemcami (osobno), ekologami, weganami, przeciwnikami węgla i polityką klimatyczną (bo już nie z kryzysem klimatycznym). Według PO zaś na pewno nie jesteśmy na wojnie z Unią i Niemcami (osobno). Ale choćby co do kobiet, to już nie ma pewności: niby przedstawiciele partii byli obecni na marszu pamięci po śmierci ofiary niedostępności aborcji, p. Izabeli z Pszczyny, niby też nieco, po wielu latach, zliberalizowali swój pomysł na rozwiązania prawne w tej kwestii, ale jednocześnie marszałkini Kidawa-Błońska wciąż uważa, że aborcja jest jednak zła. Najwyraźniej jesteśmy też na wojnie z uchodźcami – największy bodaj autorytet PO w obszarze polityki zagranicznej Radosław Sikorski o katastrofie humanitarnej na granicy wypowiedział się bowiem tak: „Nie ma prawa człowieka do nielegalnego przekraczania granicy. […] W sensie fizycznego bezpieczeństwa − dla ludzi z Bliskiego Wschodu − Białoruś jest krajem bezpiecznym, i to tam powinni składać wniosek o azyl”. Samemu Donaldowi Tuskowi katastrofę humanitarną wciąż zasłania polski mundur, ani razu nie zwrócił na nią uwagi w swoim apelu do przywódców państw Unii Europejskiej.

A zatem: zawsze w rozkroku, ale jednak bardziej na prawo, bo tak też Tusk wyobraża sobie polską wspólnotę, polskie centrum, niepewne, wahające się…

I jeszcze jeden, i jeszcze raz

Tę stabilną większość „nieradykalnych Polaków”, wahających się i podtrzymywanych w tym wahaniu, trzeba jednak czymś zmobilizować, żeby zechcieli pójść do wyborów. A czym? Chociaż sama bardzo bym chciała, żeby Kaczyński z Tuskiem przegrał, to jednak od czytania rozmowy Lisa z Tuskiem słabnie moja nadzieja. Tusk chce bowiem budować jedność na opozycji. Czyli chce zwyciężyć z PiS, zwyciężając najpierw z Hołownią i Lewicą.

„Po pierwsze, wygramy następne wybory. Po drugie, te wybory wygra zjednoczona opozycja” − mówi w wywiadzie lider PO. Nie jest to żaden nowy pomysł, bo od paru lat kolejni przywódcy tej partii głoszą, że chcą zjednoczyć opozycję. Mówił tak Grzegorz Schetyna w roku 2017 i 2019, mówił później Borys Budka – tyle że zawsze zabierali się do tego jednoczenia z pozycji aroganckich szantażystów. Borys Budka, bez wcześniejszego porozumienia z potencjalnymi koalicjantami, ogłaszał „koalicję 276” w czasie konwencji swojej partii, tak samo z resztą jak wcześniej Grzegorz Schetyna, który też obiecywał koalicję i wygrane wybory.

Rzeczywiście, kolejne sondaże pokazywały, że głosów oddawanych na opozycję jest w sumie więcej niż na Zjednoczoną Prawicę, w kolejnych wyborach wydawało się więc, że zwycięstwo jest niemal na wyciągnięcie ręki. Równolegle wzmacniało się też przekonanie, że tylko zjednoczona opozycja ma szansę wykorzystać reguły metody D’Hondta – faworyzującej ugrupowania większe – zamiast paść jej ofiarą. A jednak koalicji jakoś nie udawało się zmontować, a kolejne wybory PO − największa partia opozycyjna – przegrywała, dramatycznie tracąc popularność i popadając w marazm.

Teraz Donald Tusk proponuje dokładnie to samo: zjednoczoną opozycję i wygraną. A jak tę zjednoczoną opozycję buduje? Niestety znów tak samo jak poprzednicy, czyli podszczypując potencjalnych koalicjantów. O Trzaskowskim i Hołowni mówi: „Jak rozumiem, wielu polityków uznało, że taki detal jak pokonanie Kaczyńskiego ich nie interesuje”, zaś o Lewicy: „Nikogo nie oskarżam o podwójną grę, ale jest wystarczająco dużo powodów, żeby zapytać bardzo wyraźnie, i odpowiedź musi paść przed wyborami: czy lewica Czarzastego jest lewicą obrotową, to znaczy taką, która będzie szukać politycznych fruktów”. W domyśle: niewiarygodną, co nakazywałoby jej wyborcom znów głosować na Platformę jako „mniejsze zło”.

Krzyż na bochenku chleba. Czy ktoś powiedział Tuskowi, że jest 2021 rok?

Serio?! Przecież Donald Tusk doskonale wie, że wyborcy lewicowi są najbardziej przeciwni rządom PiS i również najbardziej zdeterminowani, by przeciw nim protestować. Dlatego czasem głosują np. na Trzaskowskiego. Były premier wie też, że bez lewicowej determinacji, mając za sobą tylko tych „umiarkowanych, wahających się” Polaków − nie wygra. Takie wnioski każe nam zresztą wyciągać historia nie tylko ostatnich wyborów, ale też całego procesu odzyskiwania niepodległości, której rocznicę właśnie obchodziliśmy − to m.in. dzięki zdeterminowanej, radykalnej lewicy ten pomysł się ziścił, bo zwykli, „nieradykalni” Polacy, dopiero kiedy już się udał, mu przyklasnęli.

Ruch Obrony Praw Człowieka i Obywatela 2.0

Wojna polityczna w Polsce toczy się na polu praw człowieka i pora wreszcie to zauważyć. Że zagrożone są nie tylko nasze prawa obywatelskie, ale – wraz z zaostrzeniem prawa aborcyjnego, nagonką na osoby LGBT, bestialskim stosunkiem do ludzi na granicy, całkowicie instrumentalnym traktowaniem pandemii i jej ofiar, lekceważeniem medyków, ale też katastrofą w edukacji, narastającym ubóstwem i dezinformacją – że to właśnie o prawa człowieka trzeba się bić. A prawa człowieka to: prawo do życia, wolność słowa, prawo do zrzeszania się czy prawo do edukacji.

Rząd ma za nic prawo i ludzkie cierpienie

I to prawa człowieka wydają się najlepiej nadawać na sztandar, pod którym mogliby się gromadzić demokratki i demokraci różnych odcieni. Prawica również ma w swojej historii walkę o prawa człowieka, bo to w Ruchu Obrony Praw Człowieka i Obywatela zaczynało swoją działalność wielu polityków starszego pokolenia polskiej centroprawicy: i PiS, i PO, więc jest się do czego odwołać.

A ustawienie właśnie praw człowieka w centrum pozwoli nam nareszcie spojrzeć w przyszłość. Bez uzgodnionego stosunku do praw człowieka nie poradzimy sobie bowiem ani z wyzwaniami klimatycznymi, ani z migracją, ani tym bardziej z tworzeniem społeczeństwa, które to przetrwa.

Prawa człowieka jako ideę łączącą mogą poprzeć i Lewica, i Hołownia – może wtedy nie będzie trzeba ich zjadać, a uda się z nimi dogadać. A rezygnacja z modelu starcia tytanów, które wyłoni „jednego, by wszystkimi (na opozycji) rządzić”, na rzecz koalicji różnych politycznych podmiotów też pokaże chęć wyjścia naprzód, uszanowania demokracji i właściwego jej pluralizmu postaw i poglądów. Może już wreszcie, po latach przywództwa, które pragnie narzucić swoją przewagę, subordynować i podporządkowywać, po latach przywództwa „lwiego” według koncepcji Vilfreda Pareto, czas już na politykę „lisów”, działających wspólnie.

Taka zmiana mogłaby wyprowadzić nas z matni walki o przeszłość i o prawicowe totemy oraz pozwoliłaby dać jasną odpowiedź na rosnący w siłę faszyzm.

Bo teraz, kiedy to piszę, w wioskach dookoła obszaru objętego stanem wyjątkowym pojawiły się grupy faszystów ochotniczo przeczesujących wsie i miasteczka w poszukiwaniu osób o kolorze skóry innym niż biały, mówiących językiem innym niż polski, doszło też już do pierwszego ataku na proszących o wodę ludzi. Przez Kalisz z kolei przeszedł marsz pełen nienawistnych, antysemickich haseł, w czasie którego spalono kopię Statutu kaliskiego. Chodzi o XIII-wieczny dokument regulujący sytuację prawną Żydów w Polsce, a jego zniszczenie to akt mający symbolicznie wyjąć Żydów spod prawa.

Ruch Bąkiewicza i jemu podobnych rośnie w siłę. Symboliczny awans, którego doświadczył 11 listopada, szybko zobaczymy na ulicach miast, kiedy kolejnym wrogiem, po migrantach, staną się przeciwnicy polityczni władzy, oskarżani o antypolskie postawy.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Katarzyna Przyborska
Katarzyna Przyborska
Redaktorka strony KrytykaPolityczna.pl
Redaktorka strony KrytykaPolityczna.pl, antropolożka kultury, studentka The Graduate School for Social Research IFiS PAN; mama. Była redaktorką w Ośrodku KARTA i w „Newsweeku Historia”. Współredaktorka książki „Salon. Niezależni w »świetlicy« Anny Erdman i Tadeusza Walendowskigo 1976-79”.
Zamknij